niedziela, 27 marca 2011

Maciejowicka klęska A.D. 2011

Potrafię jeszcze zaskoczyć samego siebie. I nie ma w tym nic pozytywnego. Bo tym razem – zaskoczyłem się nader negatywnie. Załamałem się w piątek, w ostatnim dniu „poligonowego“ objazdu kilku małych miejscowości na południe od Warszawy  (z tytułowymi Maciejowicami – tak jest, tymi samymi – w ostatnim tegoż objazdu dniu) z naszą nową, zielarską prezentacją. Załamałem się tak, że teraz nie wiem, co będzie dalej..?

Będę dalej pracował w tym biznesie czy nie? Jeśli tak, to czy będę jeszcze próbował prowadzić prezentacje – czy już tylko biuro..? W najlepszym razie – o co najmniej tydzień opóźni się szansa na budżetowe „wyjście na prostą“. Tym samym raczej powinienem zapomnieć o wyjeździe do Turkmenii. A jakie będą dalsze konsekwencje, to się zobaczy.

Dlaczego się załamałem? A czy to takie ważne? Nie powinienem się był załamywać. Szczególnie, że jak chodzi o samą prezentację, to tak obiektywnie rzecz biorąc – nigdy nie wygłosiłem lepszej! A że nic nie sprzedałem..? No cóż: i tak bywa…

Na fali depresji wypucowałem pod wiatą prawie do gruntu – a dzisiaj, już na fali wychodzenia z depresji, pozwoliliśmy z Lepszą Połową naszym wierzchowcom zanieść się „do kamienia“ i z powrotem. Jestem teraz rozluźniony jak gumka w majtkach. I mam kompletną pustkę w głowie. Cokolwiek się stanie jutro, przystosuję się. Bo życie jest piękne – czyż nie..?
No dobra, przyznaję się: poprzedni post, czwartkowy, był „na wspomaganiu“. Porąbałem najpierw przyczepę drewna i tak mi się przy tym mózg dotlenił, aż w niczym nie uzasadnioną euforię wpadłem. A następnego dnia wszystko się na nice wywróciło J.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...