wtorek, 1 marca 2011

Jakeśmy po omacku koni nie kupili


M. ma w tym roku wyjątkowego pecha do koni. Najpierw Iskierka, której historię tu opisywałem: niestety, kobyły nie udało się doprowadzić do stanu używalności. Była zbyt niebezpieczna i dla siebie i dla otoczenia. W związku z czym jesienią jeszcze stała się ozdobą jakiegoś świątecznego włoskiego stołu. Została po niej całkiem dorzeczna źrebica – już ją zresztą M. ćwiczebnie do opony po ciągniku zaprzęgał, będzie z niej dobry koń roboczy – ale przecież do pracy na razie za mała.

Tak więc zaraz po sprzedaży Iskierki, M. kupił w sąsiedniej wsi 10-letnią, doświadczoną wieloródkę, dobrą matkę, mleczną, a przy tym dla ludzi łaskawą i oprzęganą, źrebną. Niestety – kobyła potwornie była zapasiona i zastała. Kowal, którym się z nim podzieliłem narzekał, że ciężka z nią była robota – z rok jej na poprzednim miejscu kopyt nie rozczyszczali, aż odwykła, a nie jest lekką i łatwą sprawą nauczyć na nowo podawania nóg 600-kilowe kobyliszcze! M. zaprzęgał ją ile razy mógł, żeby trochę przed wyźrebieniem kondycję jej poprawić – ale nie często mógł, a obfite śniegi i mróz też w tym nie pomagały. Wyźrebiła się w styczniu – i źrebak, ładny dość ogierek, od razu zachorował na jakąś źrebięcą infekcję. Dało się go odratować. Już zaczynał zdrowo rosnąć, kiedy jego matkę dotknął poporodowy paraliż. Kilka tygodni M. walczył z pomocą naszego znakomitego weterynarza, aż się poddał – i w sobotę również ta kobyła, razem ze swoim potomkiem, na włoski stół powędrowała. I co teraz..? M. mówi, że co obok stajni przejdzie, to z żalu aż go ściska…

Jak wiadomo, najlepsza jest metoda „klin klinem“ na takie przypadłości. Ledwo więc wróciłem wczoraj z pracy (zmęczony lecz szczęśliwy, bo choć wiele jeszcze roboty przed nami, miło jest, jak człowiek miłe rzeczy o sobie słyszy, a tak mi się właśnie wczoraj w pracy przydarzyło…), podczepiłem przyczepę i pojechałem po M. Oczywiście, światła pozycyjne w przyczepie zgasły jak tylko zrobiło się ciemno. No bo po co światła w nocy, prawda..? Krążyliśmy więc po okolicy jak duch, albo jak konwój w czasie zaciemnienia – i tylko się zastanawiałem, kiedy nam ktoś w kuper wiedzie. Do czego na szczęście nie doszło (awaryjnych wolałem nie włączać, choć działały, żeby jeszcze bardziej nie zwracać na siebie uwagi Policji, z którą w tej chwili naprawdę nie chciałbym się bliżej zaznajamiać – w każdym razie, póki wreszcie nie odbiorę polisy OC, która od dwóch tygodni czeka na mnie na Żoliborzu…).

Ale koni M. i tak nie przywieźliśmy. Na miejscu okazało się bowiem, że zaciemnienie jest kompletne i powszechne. Nie było oświetlenia ani w stajni, ani na placu przed stajnią. M. coś tam oglądał w świetle komórek, a potem małej latarki którą ktoś przyniósł. Nawet mu się tak namacane konie podobały. Aż się przestraszyłem, bo znowu – podkreślam: znowu! – były to roczne klaczki nigdy nie wiązane i nigdy nie przewożone przyczepą. Roczna zimnokrwista klaczka to już tak dobrze pod 400 kg ma – i jak sobie wyobraziłem, co one we dwie zrobią z moją przyczepą jak się odsadzą zadami przy próbie uwiąznia… Na szczęście, panowie nie dogadali się co do ceny.

Namacałem za to w sąsiednim boksie dwie bardzo fajne kucyczki. Z bryczką do kompletu. Ojojojoj…

Jeszcze będziemy z M. w tamtej okolicy. Po sąsiedzku są bowiem jeszcze i inne konie, prawdopodobnie tańsze, tylko właściciela wczoraj nie było – wybył w pijacki tan i sąsiedzi nie byli w stanie wskazać dokładnie dokąd…

A teraz – do pracy!

Będę pisał rzadziej i krócej. Po prostu nie mam czasu…

3 komentarze:

  1. Ha! Nie ukrywamy, że mamy Plan, aby przy zakupie naszych koników w przyszłości nadwyrężyć nieco Twoją wrodzoną cierpliwość i (mamy nadzieję) życzliwość ku nam. Nie chodzi tu naturalnie o ciągnięcie Cię przez całą Polskę, tylko o możliwość skorzystania z Twojego koniarskiego doświadczenia na odległość. Mamy nadzieję, że nam na to pozwolisz. :D Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło przeczytać, że Cię w pracy chwalą! :)
    A tych koników szkoda, współczuję M.
    Natomiast dobrze, że po ciemaku nie kupił niczego, bo by się mogło w świetle okazać, że znów coś jest nie tak.
    Powodzenia, mam nadzieję, że mimo wszystko będziesz pisał! Zaglądam, tylko nie zawsze mam czas na komentarz :)
    A komentarz tylu Byłam tu sobie odpuszczam :))
    pozdrowienia serdeczne!

    OdpowiedzUsuń
  3. @Go i Rado
    Jeśli tylko będę mógł pomóc - pomogę. Ale naprawdę nie jestem żadnym wielkim znawcą...

    @Iw
    Wielkie dzięki. Masz bardzo fajnego kotka. Ale też nie mam czasu na komentowanie :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...