poniedziałek, 28 marca 2011

Historia naszej chatki

Naszą chatkę nabyliśmy przy pomocy pana Waldka. Nie znacie pewnie Państwo pana Waldka..? Tym gorzej dla Was!
Miałem zaszczyt poznać pana Waldka w kolejce do tatarku. W okolicy jest – bardzo, ale to bardzo tani i bardzo, ale to bardzo niesolidny – leśny tartak. Ciężko tam dojechać, o tej porze roku to pewnie wręcz niemożliwe. W każdym razie – bez czołgu, amfibii, albo ursusa C-330 J. Poznałem tartak i jego sympatycznego, ale niezmiernie zapracowanego i rozkojarzonego przez nadmiar obowiązków właściciela dzięki pomocy naszego Sołtysa. Kiedy budowaliśmy wiatę dla koni.

Umówiłem się na dostawę tarcicy potrzebnej do wykonania konstrukcji wiaty – większość belek dostałem w prezencie od Ojca, który je przywiózł wraz z tir-em pustaków spod Starogardu, ale kilku potrzebnych na wymiar i kaliber brakowało, podobnie jak desek na pokrycie dachu. Umówiłem się więc z właścicielem tartaku na konkretny termin. Pojechałem. Przebyłem bezdroża, bagna i rozlewiska. Na miejscu zastałem długą kolejkę oczekujących – tartak jeszcze nie ruszył, właściciela brak…

Nim ów się odnalazł, przez kilka godzin oczekiwania, zdążyliśmy się, jak to w kolejce, sfraternizować. I tak właśnie poznałem pana Waldka, który też był tego dnia umówiony po odbiór desek potrzebnych mu do remontu dachu.

I tak od słowa do słowa, wyjawiłem panu Waldkowi najbardziej wówczas dręczące nas pytanie: wiem, gdzie zamieszkają konie, ale gdzie my zamieszkamy..? Na co pan Waldek: a to mój sąsiad ma chatkę z bali na sprzedaż…

Jeszcze tego samego dnia, odwiózłszy wpierw tarcicę na budowę, obejrzałem sobie obiekt. Niepozorny, ale na jedną zimę… Tak wtedy myślałem!

Sąsiedzka rekomendacja zadziałała rewelacyjnie. Za pośrednictwem pana Waldka mój telefon trafił do sąsiada, który sam mi zaproponował cenę: 2.500 złotych (dwa tysiące pięćset złotych). Nie było się nad czym zastanawiać!

Chatka dojechała na miejsce na lawecie. Było z tym siedem pociech. Poprzedni właściciel naszej chatki zdążył ją zakupić i przewieźć (w cztery konie, na dwóch przodkach od wozów!) z jednego końca wsi na drugi. Nie zdążył jej jednak zasiedlić. Chatka, częściowo zdemolowana (brak szyb i większości podłogi), stała sobie na kamulcach przez kilka lat. Stała się chatką na sprzedaż, gdyż małżeństwo owego poprzedniego właściciela rozpadło się, nim do zasiedlenia chatki dojść mogło. Jest to zatem – chatka rozwodowa!

Chatka stała na kamulcach, ale przecież za nisko, żeby pod nią lawetą podjechać. Trochę ją wyżej podniesiono lewarami (takimi, jakich się do tej pory na PKP używa). Za mało. Trzeba było podkopać. A po piasku nie byłem w stanie tej lawety wepchnąć samochodem pod spód. Wciągnęliśmy więc lawetę wciągarką. A potem podjechał jeden z moich nowych sąsiadów i popchnął od tyłu ciągnikiem, gdy ruszałem.

Gdy zjechaliśmy z piasku, jakoś już poszło. Tylko na nisko wiszące kable (dach był złożony, ale zawsze…) trzeba było uważać. Wendi poradziła sobie z ciężarem złożonym na 9-metrowej lawecie doskonale!

Po naszej piaszczystej drodze od wsi pomógł nam ciągnikiem Sołtys.

Na miejscu trzeba było trafić chatką w już istniejące podłączenia wody i kanalizacji. Co mi się tak do końca nie udało – nie zahamowałem z taką masą na dyszlu jak chciałem – i w efekcie Lepsza Połowa ma ciemną kuchnię. Bo owe podłączenia wyszły nie pod oknem, tylko wprost przeciwnie.

Z lawety chatka trafiła na lewary, z lewarów na bloczki betonowe na których, po wypoziomowaniu, stoi do tej pory. Pozostało tylko postawić z powrotem dach, podłożyć pod spód izolację (najpierw piasek, który „Białoruśką“ po sąsiedzku nakopałem, potem folia), na to podłogę (bardzo tanio udało mi się podłogówki kupić w Świętokrzyskiem!), wykończyć instalację wodno – kanalizacyjną, wykonać nową instalację elektryczną (tym zajął się mój niezawodny Ojciec) – i już: można się było wprowadzać.

Chatka ma multum wad. Jest nieszczelna. Między drzwiami a futryną zieje szczelina na kilka centymetrów szeroka. Ale i antyczna suprema i półbalik z którego jest wykonana, dziurawe są jak rzeszoto. Osobliwie w kąciku biurkowym, gdzie teraz przy końputerze siedzę, wieje po nogach. Przy pierwszej już przeprowadzce, chatka straciła swój piec kuchenny, który nie tylko dawał ciepło, ale i dzielił ją na dwa pomieszczenia. Teraz mamy „open space“, a miejsce po murowanej ścianie widoczne jest na suficie w postaci dziury, wypełnionej od góry folią, styropianem i deskami.

Wszystko się tu kurzy i brudzi nieustannie. Lepszej Połowie po przeprowadzce na wieś wzmogła się astma zamiast osłabnąć. Wnętrze wyłożone jest oryginalną, koślawą i odłażącą od ściany boazerią domowej roboty. Lepsza Połowa sądzi, że robił ją ten sam majster, co podobną w naszym kościele parafialnym. Depresyjne otoczenie!

Izalacja pod podłogą okazała się niedostateczna, nie chroni przed przemarzaniem – a obie zimy, który tu spędziliśmy, były ciężkie. No i ta koza, nasza radosna improwizacja…

Ale cóż: nawet ziemianki bym tak szybko i tak tanio nie wybudował, jak naszą chatkę postawiłem.

Sponsorem opowieści był pan „drwal0“, który o historię naszej chatki pytał.

14 komentarzy:

  1. na 1 zdjęciu wygląda ładnie.
    więc developer się "nie postarał" ;>
    dzięki za opis, domek mały ma sporo zalet, napisze na maila. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. >>Chatka ma multum wad. Jest nieszczelna.

    Paaanie szanowny, bądź Pan mężczyzną, kup Pan piankę montażową i po kłopocie. Albo pakuły. A na serio - uwielbiam takie improwizacje. Byłem świadkiem (jako dziecko) budowania takiego domku na rodzinnej działce. Stoi do dziś. Prowizorki są długowieczne.
    Mam pytanie - jak było z pozwoleniami na budowę? Do 35(?) m można na zgłoszenie, ale chatka ma chyba więcej. I jeszcze jedno - dlaczego nie wybudował Pan ganku, żeby sobie wieczorem w fotelu bujanym popykać fajkę?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Z podziwem patrzę na Waszą chatkę, faktycznie sporo by trzeba poizolować, podocieplać, żebyście szczególnie zimą mogli mieszkać bardziej komfortowo i zdrowiej.
    Ale często ludzie nie mają dachu nad głową albo nawet przez całe życie mieszkają w wynajmowanym mieszkaniu.
    Uważam, że jednak co swoje, to swoje, ale o to swoje ciągle trzeba dbać, udoskonalać i poprawiać :) Taki już los!
    Za to widoku na pola i lasy pozazdrości Wam niejeden mieszczuch :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Doktor Żywago w Warykinie.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Lurker
    Pianki montażowej nie stosuję się do drewna, ponieważ drewno pracuje i na przestrzeni lat pianka oberwie się od takiego materiału.
    M.in. właśnie dlatego nie można montować drewnianych okien pianką.

    OdpowiedzUsuń
  6. Drewniane okna, szczególnie dobrze zrobione z wyszonej, w miarę cienko sklejanych naprzeminnie usłojeniem desek, nie nie pracuje na tyle, żeby piana montażowa się od nich odrywała :) Między balami, to może się tak zdażyć, jednak, z czasem bale osiadają i pianę ściskają. Mam pianę w balach już od jakichś dziesięciu lat i nie zauważam pogorszenia szczelności. Bale od środka mam "na wierzchu", wszystko widać:) Na pewno przy konstrukcjach lekkich, z tartacznego drewna, nawet wysuszonego, to jednak piany - lepiej nie...

    Ja się jednak zdecydowałam na rozbiórkę domu i przewiezienie w częściach, ale długo zastawiałam się nad wynajęciem lawety:) Potwierdzam, taniej domu to już się chyba nie da (nawet wlicząjac w to już nowe ocieplenie i inne poprawki:)))

    Pozdrawiam wiosennie

    OdpowiedzUsuń
  7. w ogóle dość mocny samochód, że uciągnął całą chatkę

    ciekawa historia

    OdpowiedzUsuń
  8. Ooo to widzę, że Wasza chatka pokrewna naszej! My też mieszkamy w przeniesionej chałupie z bala, z tym że nasza została rozłożona na części tzw. pierwsze i zapakowana na lawetę. Wasza jak widzę przeżyła podróż w całości :)
    Znam niedogodności nieidealnie (eufemizm) wykończonych domów z bala, mimo że mój dom i całoroczny i szczelny i ciepły (OK, poza podłogą, nasz błąd konstrukcyjny).

    Ale naszego domku na kurzej łapce nie zamienimy na żaden inny. Dużo w nim dobrego ducha (albo dobrych duszków).

    Potwierdzam również, że taniej się nie da. Wyobrażenie o poniesionych przez nas kosztach da odjęcie jednego zera od kwot zwyczajowo przeznaczanych na dom 140 mk p.uż.
    Oczywiście nie udałoby nam się nigdy bez Wandegesellen, czyli najlepszych na świecie wędrownych cieśli. Jeśli kiedykolwiek zobaczycie dziwnych autostopowiczów: http://www.google.pl/images?hl=pl&q=wandergesellen&um=1&ie=UTF-8&source=og&sa=N&tab=wi&biw=941&bih=550
    to radzę zatrzymać się i koniecznie ich wziąć. Nie ma lepszych cieśli, dekarzy i kamieniarzy!!!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ania i Damian, czy można coś więcej o waszym domu? Kilka słów o kosztach? Może jakiś link i post?

    Bardzo mnie to zainteresowało. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Hmm nasza chatka.
    Budżet startowy 30 000 PLN + oszczędności rzędu 4 tysięcy (proszę się nie śmiać..)+ pożyczki od rodziny łącznie z 5 tysięcy c
    Koszt projektu: zero
    Koszt uzgodnień z konstruktorem: 1 butelka płynu
    Kupno chaty z bala, której nie chciał skansen: 6000zł
    Rozbiórka i transport: wuj z lawetą
    Fundamenty: 2 Ukraińców i gruszka z betonem (3000zł)
    Ekipa: dwóch Wandergesellen, cieśla podlaski Stanisław z synem, mój mąż jako popychle, ja jako kuchta. Zakwaterowanie na placu w kempingu.
    Nowe drewno na uzupełnienie, kotwy gwoździe i inne materiały, więźba, dach z blachodachówki, komin, wynagrodzenie dla ekipy za 3 mce pracy (Wandergesellen wzięli śmieszne pieniądze, p. Stanisław też niewiele): i skończyła się kasa. Dom stał przykryty.
    Zamieszkaliśmy na podłodze z desek odpadowych i z foliowymi oknami, smażąc jajecznicę na ognisku i szczęśliwi jak niewiemco ;)
    Przez 7 lat standard stopniowo się polepszał, teraz mamy dwie łazienki a w drugiej to nawet i drzwi będą :D No i doszło dwoje dzieci. Kominek + CO i wszelkie wygody :)
    Zdjęcie chyba z 1 zamieszkanej zimy:
    http://i129.photobucket.com/albums/p203/damianiuki/22510011.jpg
    i tak z 5 lat po budowie chyba:
    http://i129.photobucket.com/albums/p203/damianiuki/dom_czerwiec07.jpg?t=1239886861

    Powiem tyle: niewymagający jesteśmy i zahartowani, a wymagania mamy dość adekwatne do możliwości finansowych.
    No i w drewnianym mogliśmy zamieszkać w stanie surowym, a w murowanym by się nie dało.

    Chwała Wandergesellen. I panu Stanisławowi też :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Hm, teraz po napisaniu posta przyszło mi do głowy, że jednak może powinnam go skierować na prywatnego maila osoby pytającej.. Jacku, jeśli uważasz że post jest jakoś nie na miejscu, kasuj go bez żalu :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Rewelacja - jeśli się zgadzacie to wrzucę to u siebie na blog

    OdpowiedzUsuń
  13. Ależ proszę bardzo! Tylko nie zapomnij o Wandergesellen.
    Mam zdjęcia krok po kroku z budowy, muszę zeskanować. Jesli chcesz, wrzucę kilka na picasa.
    I jeszcze jedno: inżynierzy w rodzinie się przydają: nie płaciliśmy za projekt i wykonanie wewn. inst. elektrycznej, projekt przyłącza wod-kan i gazowego. Fakt, że jestem architektem wnętrz też troszeczkę ułatwił.

    (Ale teraz nie wiem jak te pierwsze pół roku wytrzymaliśmy, bez niczego dosłownie. Chyba dlatego, że była wiosna, a my byliśmy młodzi, i wolnych zawodów. I kąpaliśmy się\praliśmy u rodziny...)
    I to wszystko działo się w 2006, trochę inna epoka.

    OdpowiedzUsuń
  14. a z chęcią jakieś foto z wnętrza wrzucę, zamierzałem wkrótce u siebie opisywać tanie mieszkanie - domy na wodzie

    a tu taka niespodzianka - tani dom z bali

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...