sobota, 12 marca 2011

Był dzień...

Zacząłem rano od pisania dla Państwa długiego, filozoficznego posta o historii. Ale nie skończyłem, bo mnie Lepsza Połowa - jak najsłuszniej - wykopała sprzed końputera po siano. Dzięki czemu przejechałem nim ziemia rozmarzła.

Przywiozłem to siano - i trochę siana z seradeli, którego M. chce się pozbyć - koniowatym bardzo smakowało. Pojechaliśmy na targ. Po drodze skończyło się paliwo. Na szczęście miałem w bagażniku kanister. Oczywiście - pusty. Ale przynajmniej było w co nalać na stacji, odległej tylko o jakiś kilometr od miejsca do którego dojechaliśmy, dość ropy, żeby pojechać na targ i wrócić. Nie miałem za to lejka - ale przy drodze leżała butelka po wódce, to zrobiłem "tulipana". Szczęście od Boga, że się maszyna nie zapowietrzyła - Volkswagen Passat, którego mi Ojciec podarował (bardzo, bardzo dziękuję! Więcej będzie, jak zrobię kiedyś rzeczonemu Passatowi zdjęcie), nie ma ręcznej pompy do paliwa. Już mi się widziało odlewać z baku z powrotem do kanistra, wracać do domu po Wendi (której też za wiele w baku nie zostało - i dlatego miałem ze sobą kanister!) i holować się, aż się odpowietrzy... Ale nie. Grzeczny był. Ruszył.

Wróciliśmy z targu, posadziliśmy z Lepszą Połową w Lasku Centralnym znalezione przez nią w miejscu naszego przymusowego postoju kasztany z kiełkami i wziąłem się za sprzątanie pod wiatą. A bardziej na zimowym padoku, gdzie spod śniegu pokazały się wszystkie wcześniej nim przykryte bobki. Wyszło tego 12 taczek dzisiaj. I pewnie zostało jeszcze na drugie tyle jutro. Dobrze! Bardzo dobrze! Nasza pustynia użyźnia się!

Skończyłem z wiatą i chciałem przeładować siano z przyczepy do magazynowej części wiaty. A że akurat była pora napoić koniowate, to machinalnie zdjąłem po drodze górną belkę wejściową, jak zawsze robię nosząc siano. Tyle, że nim nalałem wiadro wody - stado prysło na zewnątrz, idąc w ślady naszego emeryta, Glusia. Trafiły na Wielki Padok. Bodaj robiąc przy okazji radochę jakimś przejezdnym, bo wyskoczyli z aparatami fotograficznymi. Się naganialiśmy! Wystane są nasze czterokopytne, oj wystane! Dalia wlkp dała się w końcu złapać, gdy była już cała w pianie.

OK, przeładowałem siano. Porąbałem drewno, które dwa dni wcześniej Lepsza Połowa pracowicie wyładowała z przyczepy, gdzie stało od wtorku. Skończyłem przed chwilą. Tego posta z poranka skończę jutro.

A Krystyna spożyła dziś swoje śniadanie w naszej kuchni, wskoczywszy tam uprzednio przez otwarte na ciepłe, wiosenne powietrze okno:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...