niedziela, 13 lutego 2011

Opowieści pana Władysława

Będą tu pieniądze, krew i seks – wszystko, co Państwo lubicie! Wysłuchałem ongiś tych opowieści na pokładzie luksusowego, czarnego mercedesa, wyłożonego w środku białą skórą. Nie były raczej przeznaczone do uwiecznienia i upowszechniania. Myślę jednak, że skoro minęło już trochę czasu, nie łączą mnie obecnie z panem Władysławem żadne stosunki (czego skądinąd żałuję, bo przez pewien, bardzo krótki czas, odnosiłem z tego tytułu profity…), a ja nie podam danych pozwalających na jego bezpośrednią identyfikację i nieco stonuję ostrość niektórych sądów, jakie wygłosił – to może się nie pogniewa, że spróbuję w ten sposób Państwa rozerwać w tą piękną, acz mroźną niedzielę..?  Gdyby jednak się pogniewał – dowiecie się Państwo o tym niezadownie. Po prostu zniknę…

O narodowości

Nie wiem jakiej narodowości jest pan Władysław. Nie jestem pewien, czy on sam to wie. Nie jest na pewno Rosjaninem. Wprost mi to powiedział pytając, co Polacy sądzą o Rosjanach i dlaczego tak ich nie lubią. Zaznaczył przy tym wyraźnie, że ceni sobie język rosyjski (w tym języku się porozumiewaliśmy) i jest bardzo dumny z tego, że w tym właśnie języku odbierał edukację. Literatura rosyjska – dowodził – daje klucz do całej literatury światowej. Choć nic nie wie o literaturze polskiej to jest pewien, że umiałby o niej rozmawiać posługując się literaturą rosyjską jako punktem odniesienia. Przy tym w ten sposób, właśnie dzięki literaturze rosyjskiej, którą bardzo lubił – mówi – odniósł prawdziwą korzyść ze swoich niezbyt pilnych studiów w moskiewskim instytucie.

Na wykładach – mówił – graliśmy w karty. A często zamiast ich słuchać chodziliśmy na miasto, cieszyć się Moskwiankami. Teraz jednak, przynajmniej jestem wszechstronny. Potrafię rozmawiać z inżynierami, z technikami. Budynek mojej fabryki – sam zaprojektowałem!

Pan Władysław lubi żydowską muzykę – nazywa ją „ojczystą“. Taka afiliacja może jednak być bardziej niż z pochodzeniem, związana z niewątpliwym sukcesem materialnym, jaki odniósł. Pan Władysław pochodzi z Północnego Kaukazu. Czasem przedstawia się też jako Alan: byłby więc Osetyńcem..?

O pieniądzach

Pierwsze pieniądze – opowiada pan Władysław - zarobiłem dzięki Polakom. Pracowałem wtedy jako zaopatrzeniowiec w wielkiej, moskiewskiej fabryce papierosów i cygar. Na targach poznałem dwóch Polaków, którzy zapytali, czy mógłbym dla nich kupić bibułę na papierosy. Znałem wszystkich w tej branży, nie był to dla mnie problem. Wziąłem 500 tysięcy rubli kredytu, za 450 tysięcy kupiłem bibułę i sprzedałem Polakom, którzy w zamian dali mi telewizory z wideo. Wtedy telewizor z wideo kosztował więcej niż mieszkanie w Moskwie. Sprzedałem te telewizory i zarobiłem 3,5 miliona. Spłaciłem kredyt i miałem 3 miliony – a to było wtedy 800 tysięcy dolarów… Potem się okazało, że oni mnie i tak oszukiwali, ceny tych telewizorów były zupełnie inne niż mówili, ale pieniądze już były.

Potem sprzedawałem państwowym fabrykom tytoń po bardzo wysokiej cenie – i nie mieli prawa kupować u nikogo innego, ani nikomu innemu sprzedawać gotowych wyrobów. Cena na ich wyroby były państwowa, niska. W dodatku, do każdego wagonu papierosów dostawałem za darmo żiguli. Sprzedawałem te żiguli, wymieniałem, sprzedawałem papierosy, różne rzeczy się robiło. Piękne były czasy! Znało się gubernatorów. Uważaj: mówili, że to ja gubernatora Kraju Krasnodarskiego zdymisjonowałem! Był na delegacji w Paryżu i potem w wywiadzie dla gazety mówił, że w samolocie w drodze powrotnej się dowiedział, że go pan Władysław zdymisjonował! Głowa administracji prezydenta w Krasnodarze to był mój człowiek, u mnie trzy lata pracował, ja go stworzyłem.

To dziwne, ale jakoś nigdy żadnego reketu nie płaciłem. Szanowali mnie. Mówili o mnie „czysty“. Ja się nie wtrącałem w ich sprawy, oni mnie nie zaczepiali. Raz tylko, dwóch takich przyszło do mojego biura po haracz. A ja nie miałem żadnej ochrony (ludzie wtedy po dwa dżipy z ochroną przed samochodem mieli), tylko jednego człowieka – trochę przygłupiego, opóźnionego w rozwoju, tylko ja go rozumiałem. Wierny był jak pies i jak pies wyczuwał niebezpieczeństwo. Trudno było nad nim panować. Kiedyś w kasynie najpierw ja wygrywałem, a potem przyszedł pewien Japończyk i zaczął wygrywać. Mój chłopak rzucił się na niego i musiałem go odciągnąć, żeby żółtka nie zabił!

Kiedy tamci przyszli do biura, nie było żadnego hałasu. Normalnie skończyłem pracę i wychodzę, a widzę że dwaj leżą na dywanie a chłopak ostrzy nóż. Co ty robisz – pytam się? A, bo chcę ich pokroić i spuścić do kanalizacji… Widzicie – powiedziałem do nich – co się z wami stanie? Macie mi przynieść na drugi dzień 300 tysięcy, albo tak skończycie! Tak się przestraszyli, że naprawdę przynieśli te 300 tysięcy. Kazałem im zabrać te ich pieniądze i się wynosić. Ja cudzego nie chcę – ale swojego nie dam! Zawsze tak zresztą było. Na wszystko musiałem zapracować. Jak wygram pieniądze w kasynie, to potem trzy razy tyle tracę…

Miałem piękny dom w Krasnodarze. 20 metrów wysoki. Obok był dom brata. Ale sprzedałem. Za grosze sprzedałem. Teraz jeszcze mam bazar w Krasnodarze. I skład celny. I jeszcze bazar w Moskwie.

O Litwie

Kiedyś przyjechałem do Wilna po paczki do papierosów. Wyobraź sobie: wielkie fabryki (a ta, w której pracowałem, w Moskwie, była największa w całym Związku), a wszystko stoi, bo nigdzie nie można dostać paczek. Robi je tylko jedna, jedyna fabryka w Wilnie.

Zabrałem ze sobą wódki, suwenirów, wszystkiego co trzeba i przyjechałem. Do dyrektora tej fabryki. Trochę mi kazał poczekać, potem wezwał do siebie. Wchodzę do gabinetu, patrzę, siedzi za biurkiem taki „gorący litewski chłopak“. Od razu sobie pomyślałem, że muszę go bardzo specjalnie zażyć.

Jako dyrektor zaopatrzenia wielkiej moskiewskiej fabryki, byłem ważną figurą. Ale nie dałem tego po sobie poznać. Przywitałem się, wręczyłem wódkę, suweniry i zacząłem rozmowę. Po co przyjechaliście – pyta się tamten. – Żeby zapoznać się z atrakcjami i pamiątkami wielkiej, litewskiej kultury – odpowiadam. Tamten od razu się rozchmurzył.

Zmarzłem – mówię. – Może byśmy napili się tej wódki, co ją przywiozłem? Oczywiście, dyrektor wyciąga dwa kieliszki. W dwie godziny, zrobiliśmy dwie butelki, dyskutując o atrakcjach Wilna (do czego przedtem się trochę przygotowałem). W końcu tamten widząc, że w przerwach między toastami puszczam oczko do jego sekretarki powiedział: - Słuchaj Władek, może i wy, kaukaskie chłopaki, macie się czym pochwalić, ale i my na Litwie też coś umiemy. Jedziemy do mojej matki!

Poszedł do sekretarki, coś do niej po litewsku zaszwargotał i jedziemy. Odjechaliśmy może 50, 60 km od Wilna, w końcu przyjeżdżamy do chutoru. Najpierw do matki – wręczyłem suweniry. Potem idziemy do budyneczku nad jeziorem, jakby bani. Puk, puk – drzwi się otwierają, a tam sekretarka. Goła. Na górze nic, na dole wąziutkie szorciki. I jeszcze jedna przyjaciółka, też goła. W środku faktycznie bania – ogień już rozpalony, na stole całe przyjęcie – a obok dodatkowa izdebka, gdzie zamiast podłogi jest woda jeziora. I przez okienko pod wodą można na jezioro wypłynąć!

O Litwinkach

Litwinki wcale nie są chłodne. To tylko pozory, tak naprawdę to temperamentne kobiety. Zupełne przeciwieństwo Słowaczek. Słowaczce jest zawsze wszystko jedno – pójdziemy do kina? Dobrze, pójdziemy. Nie pójdziemy do kina? Dobrze, nie pójdziemy… Jak lalka, zupełnie pusta i bez duszy.

Polki też nie są tak naprawdę temperamentne. U nich to jest tylko maniera, styl życia. Tak wypada. Ale jeśli przyjdzie co do czego, cała zadziorność się z nich ulatnia.

Kiedyś byłem w Połądze. To było 25 lat temu. Byłem wtedy dyrektorem fabryki słodyczy. Najmłodszym dyrektorem w całym Związku. Fabrykę zbudowałem w szczerym polu, od niczego. Żeby produkować słodycze, potrzebny był agar-agar. Uzyskuje się go z wodorostów. Koło Połągi był duży sowchoz, który produkował agar-agar.

Byłem sportowcem i chuliganem, miałem krucze włosy i zawadiacki krok – piękniś był ze mnie jednym słowem i od dziewczyn trudno się było opędzić. W Połądze poszedłem do variete. Pierwszy raz w życiu. Siedziałem z pewnym pułkownikiem, który korzystał z faktu, że żona z dziećmi wyjechały i chciał się rozerwać. Program się skończył i zaczęły się tańce. Podeszła do mnie pewna dziewczyna i pyta, czy z nią zatańczę. Niezbyt mi się spodobała, to mówię jej, że nie tańczę.

Po jakimś czasie znowu do mnie podchodzi i pyta, czy z nią zatańczę. Ja jej znowu, że nie tańczę. Jednak wypiło się trochę z tym pułkownikiem, rozgrzałem się, wyrwałem jedną z dziewczyn do tańca. Gdy skończyliśmy, tamta pierwsza znowu podchodzi i pyta, czy z nią zatańczę. Ja jej a piat‘ to samo, a ona: - Jak to nie tańczysz, skoro przed chwilą z tamtą tańczyłeś? Posłuchaj – mówię do niej. – Może i tańczę, ale z tobą zatańczyć nie chcę!

Jak mnie walnęła w twarz, tak się krwią zalałem jak zarzynane prosię! O popatrz – wskazuje na widoczną bliznę pod nosem, na górnej wardze. – Taką mi zostawiła pamiątkę. Rzuciłem się potem za nią, uciekła przez kuchnię, a pamiątka została. Lekarze jakoś pozszywali, ale warga spuchła, przez pięć dni z hotelu nie wychodziłem…

O teściach

Mój teść to był poważny człowiek. Pułkownik wywiadu. Pracował w Ankarze. Kiedy poznałem moją przyszłą żonę był już na emeryturze. Zaprosili mnie kiedyś na obiad. Siedzimy przy stole, podano wódkę. Obok mnie siedział wuj żony. Napił się i zaczął coś wykrzykiwać. A ja byłem wtedy zapaśnikiem i niczego się nie bałem. Powiedziałem do niego: siedź cicho albo cię wyrzucę. Ten dalej krzyczy. Mówię do niego drugi raz: bądź ty człowieku cicho. Nie posłuchał. No to podniosłem z krzesła, wziąłem na ręce, wyniosłem przed dom i wyrzuciłem do rynsztoka. Taki byłem kozak!

Mężczyzna powinien mieć cztery żony. Jak w islamie. Wtedy dopiero życie miałoby sens. Oczywiście – bez teściów i teściowych! Po co teściowie..?

O młodej kochance

Czy kogoś takiego jak ja może kochać 25-latka? – Pyta pan Władysław samokrytycznie, wskazując na swój obfity brzuch i rzadkie włosy. – Nie, ona kocha moje pieniądze. Tak się zresztą mówi: „kocham cię aż do ostatniego złota“. To modelka. Poznałem ją 5 lat temu. Miała wtedy lat 20 i żyła z pewnym modelem. Ona modelka, on model – od razu jej powiedziałem, że to nie ma sensu.

Kupiłem jej mieszkanie, dawałem pieniądze. Potem ona powiedziała, że nie chce już być razem ze mną. Uszanowałem to, usunąłem się. Po kilku miesiącach wróciła. Ten jej model objadł ją do szczętu i ogołocił z pieniędzy – wyrzuciła go w końcu z tego mieszkania, bo miała go dość.

A ja jej zapewniłem edukację, poszerzyłem horyzonty. Nie łatwo będzie jej teraz znaleźć kogoś innego. Po pierwsze – musiałby być bogaty. Przyzwyczaiła się…

O koniach

Pierwszy raz wsiadłem na konia jak miałem 7 czy 8 lat. Mój ojciec był przewodniczącym kołchozu, a wuj – brygadzistą. Brygadzistom wtedy przysługiwał służbowo koń pod siodło. Wuj przyjechał do nas do domu zjeść obiad, a konia zostawił na podwórku. Ojca nie było w domu. Nikt nie zauważył jak się wymknąłem. Wsiadłem na tego konia i zacząłem jeździć. Na początku powoli, potem coraz szybciej, aż zacząłem galopować – do lasu i z powrotem. Na to wyszedł po obiedzie wuj i mnie zobaczył. A mój ojciec był we mnie nieprzytomnie zakochany – wuj wiedział, że jeśli coś mi się stanie, ojciec nigdy mu tego nie daruje. Biegał więc za mną za tym koniem i wrzeszczał: Władek, zsiadaj, proszę, zsiadaj! A ja nie – nie zsiadłem. Dalej galopowałem do lasu i z powrotem. Aż mi się znudziło – wtedy mu konia oddałem. Taki był ze mnie chuligan.

O Szwajcarach

Delikatnie naprowadzony na kwestię minionej świetności jego imperium napędów optycznych w Szwajcarii, pan Władysław natychmiast się zapala:

- W Szwajcarii wszystko jest uregulowane. Każdemu wolno tyle a tyle, nie mniej, ni więcej. Od do. Jeśli przekraczas swoją miarkę – giniesz. Wyobraź sobie: to jest najbardziej policyjny kraj na świecie! U nich jest kara za nie doniesienie. U nas zawsze możesz powiedzieć: nie wiem, nic nie widziałem. Tam, jeśli tak zrobisz, zostaniesz ukarany.

U nich nie ma armii – a jednocześnie wszyscy są armią. I jeśli ktoś jest pułkownikiem, to co by nie umiał, od razu dostaje wysokie stanowisko w banku. A w mojej radzie nadzorczej miałem generała brygady, brygadiera, co bardzo rzadko się zdarza. I samego Filipa Morrisa. Dlatego na początku szło dobrze.

Kiedy budowaliśmy fabrykę, mityngi zwoływałem nocami. Jak Stalin. Robiliśmy dzień i noc, po cichutku. W cztery miesiące fabryka z siedmiomia liniami (do produkcji napędów optycznych) była gotowa. Szwajcarskie gazety pisały „duch Stachanowa unosi się nad Szwajcarią“, „nowy Stachanow“. Udzielałem wywiadów, byłem bohaterem. Na otwarcie przyjechał rząd. Przedtem mnie dokładnie sprawdzili – i o ile wcześniej co i raz słyszałem „mafia“, „ruski“, „KGB“, to po tym otwarciu rząd oficjalnie zakazał takich zaczepek. Wyszło pismo okólne z ministerstwa tej sprawie!

Potem zaprowadziłem w fabryce współzawodnictwo. Między brygadami, między liniami. Ludzie się do tego zapalili. Mówili „nasza fabryka“, duch był w załodze wspaniały. Zatrudniałem wtedy 400 ludzi. I co miesiąc udzielałem szkoleń dla szwajcarskich biznesmenów. Mówili, że pożeniłem kapitalizm z socjalizmem tym systemem.

Szło wspaniale. Dopóki nie odezwała się moja mania wielkości i nie postanowiłem rozbudować fabryki. O kolejne sześć linii. Napisałem w tej sprawie do Ministerstwa. I dostałem od pani minister odpowiedź: zamiast kupować jeszcze sześć linii do produkcji napędów, lepiej kup żonie dom (a mieszkaliśmy wtedy we czworo w dwupokojwym mieszkaniu)! Długo chodziłem z tym listem i pokazywałem go ludziom. Uwierzysz: minister, który nie chce, żeby powstały nowe miejsca pracy..?

Potem zrozumiałem: Szwajcarom nie zależy na tym, żeby u nich istniała jakaś klasa robotnicza. Od tego są tylko strajki, związki zawodowe i zamieszki. Po co im to? Takie zakłócenie spokoju? Dlatego dają pracę każdemu ze swoich, cokolwiek by nie umiał i dobrze mu płacą – niech tylko będzie spokojny. A wielki przemysł, wielkie fabryki i klasa robotnicza, to nie dla nich.

Zanim jeszcze dostałem ten list, przychodzili znajomi, dziwili się, że żyjemy tak skromnie. Mówili: my, Szwajcarzy, lubimy jak ludzie są osiadli i można z daleka zobaczyć, kto co jest wart. Kup dom, a przestaną mówić, że chcesz obrabować Szwajcarię z pieniędzy i uciec…

Co było robić. Kupiłem dom. Nie było to takie łatwe. Są tam okolice, gdzie za żadne pieniądze nie sprzedadzą domu Rosjaninowi. Znajomy szwajcarski pułkownik mówił nawet, że i nie każdemu Szwajcarowi sprzedadzą. Wyjaśnił zresztą dlaczego, kiedy u niego byliśmy. Zaprowadził nas do ogrodu i pokazał drogę w dole: tamtędy, podczas szczytu G-8 kilka razy przejeżdżali wszyscy prezydenci i premierzy. Z mojego domu i z ogrodu z każdego punktu kryje się ogniem tę drogę i każdego z nich mogłem zabić. Jak więc można by taki dom sprzedać komukolwiek?

Dostawałem różne oferty, w końcu dostałem taką, że nie mogłem odmówić – od prezesa światowego związku chirurgów plastycznych, staruszka 90-letniego, który musiał się wyprowadzić do domu starców, a dom miał piękny, zbudowany przez słynnego architekta. Kupiłem ten dom. Ale i tak od tej pory szło coraz gorzej…

W Szwajcarii nie wolno wznosić toastów, trzeba jeść i pić po cichutku i co jakiś czas wzdychać aaaa – jakie to dobre. Zięć bardzo udatnie umie to robić. Aaaa – jakie to dobre…

Wyobraź sobie, u nich jest prawo, że każdemu zbiegowi politycznemu przysługuje mieszkanie, leczenie i 1800 franków miesięcznie. Oczywiście, wielu ruskich na tym pasożytuje. Jest jeszcze prawo, że jeśli kogoś deportują, muszą to zrobić dokładnie w taki sam sposób, jak deportowany dostał się do Szwajcarii – jeśli koleją, to i pociągiem wyjedzie, jeśli samolotem, to samolotem go wywożą itd.

Znajomy pewnego dnia poszedł na komisariat i mówi, że chce się poddać jako zbieg polityczny. Tamci mu nie uwierzyli (bo też i nie była to prawda) i najpierw go pałką po tyłku – przyznaj się, taki owaki, że kłamiesz! On na to w płacz. I mówi: łamiecie prawa człowieka, ustawa taka i taka, za to wam grozi kara jak się poskarżę. Od razu zmiękli. Pytają: jak się dostałeś do Szwajcarii. On na to: zeskoczyłem na spadochronie.

Trochę się znowu zezłościli, ale co go szturchają, on dalej: na spadochronie zeskoczyłem, mogę wam pokazać gdzie spadochron zakopałem. Pojechali do lasu, wskazał miejsce, faktycznie wykopali spadochron. Oczywiście wiedzą, że to wszystko bujda, ale nic mu nie mogą zrobić. To właśnie jest szwajcarska mentalność – jeśli w przepisach jest a i b, to co by się nie działo, tak właśnie robią. A przecież nie wrzucą go z powrotem na pokład lecącego samolotu, deportacja mu do końca życia nie grozi. Więc dali mu mieszkanie i te 1800 franków. On jeszcze na to, że chce psychiatry, bo choruje na depresję. Na depresję choruje 30% Szwajcarów.

Po miesiącu przychodzi do nich i mówi: depresja mi się nasila, bo matka mi zmarła. Dajcie mi mieszkanie z widokiem na jezioro! A jak ci się ta depresja nasila – pytają? Mam wielką ochotę gwałcić. Na przykład teraz chciałbym zgwałcić tę kobietę – wskazuje policjantkę. Tak się przestraszyli, że dali mu mieszkanie z widokiem na jezioro. Wychodzimy z tego komisariatu (byłem razem z nim) a on się pyta, gdzie by mógł dobre pamiątki dla matki kupić. Przecież ci matka umarła – pytam? Co ty, nie ruski, że w takie rzeczy wierzysz? – Odpowiada. – Pewnie, że żyje i ma się dobrze.


Takie to opowieści i inne jeszcze, których już nie powtórzę, żeby się na zniknięcie nadmiernie nie narażać, snuł pan Władysław. Mam nadzieję, żeście się Państwo przynajmniej uśmiechnęli z sympatii do pana Władysława, zadumali nad ludzkim losem, wyciągnęli jakieś wnioski praktyczne o życiu, pieniądzach i temu podobnych, męskich sprawach..? A może macie jeszcze jakieś w tej kwestii przemyślenia?

9 komentarzy:

  1. Nie tylko uśmiechnęli, ale nawet lekko z wrażenia popuścili... A trochę mitomanii w opowieściach pana Władysława to nie ma, hę? :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pan Władysław to poważny człowiek. Śmiertelnie poważny!

    OdpowiedzUsuń
  3. To zabawne, że ludzie nazywają Szwajcarię najbardziej policyjnym państwem świata. Z takim określeniem kraju Helwetów spotkałem się już kilkukrotnie.
    Pozwolę sobie na drobne porównanie z naszą ojczyzną.
    W Szwajcarii często bywam, zjeździłem ją samochodem we wszystkich kierunkach, moja rodzina mieszka tam od 1936roku.
    Nigdy w Szwajcarii nie zostałem wylegitymowany przez policję, co w Polsce zdarza mi się bardzo często, szczególnie na warszawskiej Pradze, ale nie tylko. Zdarzyło się, że podjechał do mnie radiowóz jak szedłem pijany w nocy w Zurichu i... zapytali się czy się dobrze czuję.
    W Polsce kiedyś zostałem odwieziony na komisariat w celu przesłuchania, bo nie chciałem powiedzieć co robię w mieście o 3 rano.
    W ogóle spotkanie policji w Szwajcarii to rzadkość. U nas ciężko znaleźć miejsce gdzie ich albo Straży Miejskiej nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  4. A, jeszcze jedno.
    Nigdy w Szwajcarii nie spotkałem przy drodze miśków z suszarką, ani też zatrzymujących do wyrywkowych kontroli kierowców.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nigdy nie byłem w Szwajcarii i trudno mi brać odpowiedzialność za prawdziwość opowieści, którą tylko powtarzam. Mam jednak wrażenie, że społeczeństwo które jest szeroko znane ze swojego uładzenia, uporządkowania i stabilności - niezależnie od tego czy naprawdę jest społeczeństwem policyjnym czy nie, może się takim wydawać prawdziwie stepowej, kozackiej naturze ze Wschodu...

    OdpowiedzUsuń
  6. Niezły Kozak z pana Waldka! No i człowiek doświadczony z niego. Szkoda, że kontakt Ci się urwał, bo pewnie ma niezłe znajomości.

    OdpowiedzUsuń
  7. mam wrażenie,że też znałam pana Władka.-) Z Barnauła pochodził i na wideoodtwarzaczach fortunę zaczynał robić. Jacht na rzece Ob już miał.
    Ech...-) nie było dla niego rzeczy nie do załatwienia, wszystko było możliwe. To nie on był dla świata,to świat był dla niego. Najdziwniejsze jest to ,że wszyscy, którzy mieli możliwość zetknąć się z nim , też tego ducha wszystkomożności przejmowali i rozmachu w życiu nabierali, choć przez chwilkę...
    Pozdrawiam Walentynkowo;-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Barnauł to na Ałtaju, a "nasz" pan Władysław jest zdecydowanie Kaukazczykiem. Swoją drogą: zna może Pani Wojtka Grzelaka..?

    OdpowiedzUsuń
  9. tak, Panów Władków jest więcej.
    Nie znam Wojtka Grzelaka osobiście.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...