środa, 9 lutego 2011

Niemiecki właściciel

Dowiedziałem się dziś bardzo ciekawej rzeczy. Jak to zwykle bywa - przypadkiem. Otóż próbował jeden z sąsiadów naszej pustyni - z daleka nie widać że zaorana i że pomysł objechania w ten sposób kałuż na drodze stanowczo nie należy do rozsądnych (skądinąd przypomina mi to, że koniecznie muszę skończyć ogradzanie całego terenu, to takich pokus nie będzie...). Utknął oczywiście, a mnie się go nie udało wyciągnąć - trzeba było ten samochód nie tylko do tyłu, ale i do góry podnieść, tak głęboko się w miękką ziemię zapadł. Przy okazji jednak zamieniliśmy kilka słów.

Jedno z pierwszych pytań Mojego Drogiego Sąsiada brzmiało: "tu jest niemiecki właściciel..?"

No ręcę i nogi opadają... To tak już kiepsko wygląda komunikacja nieformalna na wsi, że ludzie w Boskiej Woli nie wiedzą że ja tu sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem i biorą mnie za najemnego pracownika, który jakiemuś "Niemcowi" (to jest akurat zrozumiałe: kto inny oprócz "Niemca" - istoty z definicji niepojmowalnej - mógłby zajmować się czymś tak abstrakcyjnym i niepraktycznym, jak jakieś chude konie..?) ziemi pilnuje? No może nie wyglądam na obszarnika, to fakt. Ale przecież cała masa ludzi wie doskonale co i jak. Skąd zatem tak daleko idące niedoinformowanie..?

W każdym razie - daję odpór takim pomówieniom!

9 komentarzy:

  1. Ha, niedawno znajomi z małego miasteczka, mieszkający w nim od kilku ładnych lat dowiedzieli się na drugiej wsi, że... kiedyś własne dziecko sprzedali bogatym ludziom i teraz nic nie robią, bo nie muszą (mają pracę na internet). Moim zdaniem to w dużej mierze kwestia niekomunikatywności. Ciekawość ludzka ma to do siebie, że jak czegoś nie wie to sobie dopowie i będzie w to wierzyć. Może tak od czasu do czasu rzucić jakieś info gawiedzi samemu? Kontrolowane, ale bardziej przyziemne?
    Ewa S.

    OdpowiedzUsuń
  2. Akurat! Nimeśmy tu jeszcze w ogóle ziemię kupili, już się ze wszystkiego opowiedziałem w sklepie i u Sołtysa. Potem też niczego nie ukrywaliśmy, nasze ogrodzenia mają ztrzymywać konie, nie ludzi, więc są raczej przejrzyste, a wszystkim którzy o cokolwiek pytali, zawsze mówiłem całą prawdę. Już nie mówiąc o tym, że przecież na wsi też tego bloga czytają. Wychodzi - że kanały informacyjne wewnątrz wsi są niedrożne, skoro mimo to, takie mity mogą powstawać!

    Jest owszem japoński zwyczaj wszystkich sąsiadów z poczęstunkiem obchodzić, każdemu z osobna się przedstawiając - ale prawdę pisząc: na razie nie wydaje mi się to najpilniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  3. ;-)
    Ktoś raz coś usłyszał głupiego i już nie dociekał potem jak to się ma do prawdy. Może głuchy?

    OdpowiedzUsuń
  4. :D Przepraszam, ale się ośmiałem. Dzięki za to. Niemiec - diaboł, weź Ty poproś jakiego znajomego, aby połaził w skórzanych, oszelkowanych gaciach i kapelusiku z kogucim piórkiem po szczerym polu, ale tak, żeby kto miejscowy zauważył i, jako pomocnik Diaboła, będziesz miał w dzisiejszych, nowoczesnych (czyli z zasady lekceważących Diaboły) czasach poważanie. A jeszcze jakby tak kusztykał na jedną nóżkę, niby, że mu kopytko przeszkadza... ho,ho :D Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety, nie mam wśród znajomych ani jednego transwestyty. No pech..!

    OdpowiedzUsuń
  6. Sądzisz, że tylko transwestyta może wyglądać jak Bawarczyk w stroju ludowym? :D Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  7. Coś jest z tymi Niemcami na rzeczy, ale myślałam, że raczej tylko tu, na zachodzie. Troszkę odwrotna historia. 10 lat temu, gdy się wprowadziliśmy, każdy, kto z nami nie porozmawiał myślał, że jesteśmy Niemcami. Na wsi to jeszcze pół biedy, ale nawet w miasteczku o 6 km od nas oddalonym, gdy stałam w sklepie w ogonku, szeptano, że "jakieś niemce tu zjechały". Nie mówię już o rzeczy szokującej, że gdy jeździłam rowerem po sąsiedniej wsi, dzieci rzucały we mnie kamieniami wołając "niemce, niemce, raus...", cokolwiek to znaczy, bo niemieckim nie władam ni w ząb :-)
    Jak się to teraz wspomina, to wydaje się, że to jakiś "matrix".
    Świat zmienia się na naszych oczach, dziś taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Opowiedzieć się w sklepie to też czasem nie wystarczy. Po przeprowadzce, mój ojciec, usiadł sobie z piwkiem z miejscowymi i jako dumny tatuś i teść, rozpoczął opowiadanie. A potem, przez lata, dowiadywaliśmy się, że... mamy 30 psów, jesteśmy treserami psów, hodujemy rottweilery (rerievery a rottweilery-mała różnica :-), etc.
    I plotek nie dementuję. Niech się jakiś złodziej zapuści na teren trzydziestu wytresowanych rottweilerów :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jest jeszcze możliwość taka, że Sąsiad chciał w taki właśnie wyrafinowany, okrężny sposób pochwalić panujący u Ciebie porządek. Co daj Boże. Pzdr.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...