niedziela, 20 lutego 2011

Niedobrana para

Jej szparka jest za ciasna, żeby dało się go bez trudu w nią wcisnąć. Jednocześnie – jest też za długa, żeby się z niej nie wyślizgiwał. Długo myślałem jak temu niedobraniu zaradzić – powinno się jednocześnie trochę pogładzić w jednym miejscu i dołożyć coś pogrubiającego w drugim, żeby to połączenie było trwałe. Przynaglony jednak okolicznościami, wbiłem go siłą. I przy tej okazji, okazało się, że jest w dodatku – kruchy!

Tak to jest, jak się do kociewskiej siekiery kupuje trzon na targowisku w Warce – no, po prostu: niedobrana para i tyle! Innego jednak nie było. Kiedy więc złamałem w piątek także i stylisko siekiery rezerwowej (zbyt długo stała w kącie przy drzwiach chatki „na wypadek wszelkiego wypadku“ – i się zwyczajnie rozeschła…), a drewno czekało w przyczepie – nie było wyjścia: musiałem go nabić młotkiem. Od czego natychmiast niemal zaczął pękać. Nie nabiłem więc do końca i teraz to wisi sobie na słowie honoru bardziej niż na czymkolwiek innym. Ale – drewno podziabać się dało, nie narzekam, wszyscy żywi na razie!

Niestety, ta wyprawa po drewno prawdopodobnie była ostatnim występem naszego zestawu przyczepa + Wendi. W naszym kosmicznym krążowniku wysiadł bowiem hipernapęd, nie ma jak skoczyć w nadprzestrzeń, a że napadało znowu białego gówna, jak by komu było do czego potrzebne, poruszanie się w normalnej przestrzeni patrzy mi na niewykonalne. Mówiąc po ludzku: spie…yło się zawieszenie przedniej osi tak, że nie mogę włączyć napędu na przód – od razu się koła blokują. Trzeba to oczywiście naprawić, tylko są dwa problemy: na razie nie bardzo jest za co – no i – nie bardzo jest kiedy, bo wątpię, by to się Mistrzowi Dębskiemu udało zrobić w jeden dzień, a przecież muszę jakoś do pracy dojechać. A tymczasem siano czworonogom z zaprzyjaźnionej stodoły, gdzie jest składowane, jakoś trzeba będzie dowieźć…

Ojciec, który przeszedł ostatnio poważną operację serca i twierdzi, że przez dłuższy czas za kółkiem nie siądzie, chce mi podarować swój wóz. Nie bardzo wiedziałem co o tym myśleć (Ojciec z końcem roku przeszedł też na emeryturę – i to w ogóle jest klasyczny przypadek tego, co się dzieje z nadmiernie aż aktywnym mężczyzną gdy z pracy odchodzi – brak zajęcia ruinuje organizm o wiele szybciej niż najcięższa nawet praca – a tu się jeszcze i długie lekceważenie problemów zdrowotnych i „umiejętności“ niektórych chirurgów przebijąjących podczas udrażniania aorty płuco i niszczących zastawkę, dołożyły do całokształtu – boję się, że z tym oddawaniem samochodu to tylko jeden z objawów utraty chęci do życia…: nie chciałbym o tym się publicznie uzewnętrzniać więcej) – teraz to teoretycznie wygląda na wybawienie z kłopotów. Tyle, że ten samochód jest 400 km stąd, a i ja się nie wyrwę z dnia na dzień, a raczej – nie wyrwę się wcale, dopóki firma nie zacznie normalnie działać, a jest dopiero na wstępnym rozruchu. Podejrzewam, że przez najbliższe 2 – 3 tygodnie nawet o całkowicie wolny weekend będzie trudno. Wczoraj na przykład – byłem w pracy (co tak w ogóle jest całkiem miłą odmianą – jestem do mojego Ojca bardziej podobny niż kiedykolwiek wcześniej przypuszczałem J).

Tak czy inaczej więc, coś trzeba doraźnie z tym sianem wymyśleć. Co jest o tyle irytujące, że jednocześnie piękny i dzielny koń Lepszej Połowy znalazł sposób na plandekę oddzielającą mieszkalną część wiaty od części magazynowej – zadziera wysoko przednią nogę (szkoda, że jej się nie chciało tego robić, gdy na czworoboku występowała…) i grzebie tak długo, aż zszywki i pętle trzymające to u góry i z boku puszczą. Już dwa razy tak zrobiła, nie mam więc złudzeń, że przestanie – ergo: nawet, gdybym na przykład zorganizował ciągnik z przyczepą i przywiózł sobie więcej niż tygodniowy zapas siana, który zwykle przerzucałem własnym zestawem, jest spora szansa, że się część tego siana na skutek niszczycielskiej pasji czworonogów zmarnuje.

Wszystko to oczywiście da się rozwiązać – tak naprawdę to tylko stan ducha i zdrowotne problemy Ojca martwią. Ale czasem trzeba sobie ponarzekać w niedzielny poranek. Zwłaszcza, jak się zaspało, a zaraz po przebudzeniu: odławiało łażące luzem poza ogrodzeniem Maleństwo i mocowało na nowo zerwaną plandekę – a pan Henio z masztu telekomunikacyjnego w Warce kolejny raz rozłącza internet…

Acha! 12 km marszobiegu do stacji benzynowej i z powrotem w czwartek prawdopodobnie wykonałem niepotrzebnie – bezpieczniki były w porządku, tylko od wstrząsów (rozp…one zawieszenie nie amortyzuje już nic a nic…) zacisk zszedł z klemy akumulatora. To tak tytułem wyjaśnienia. Znalazłem za to przy okazji piękne tereny po których przy lepszej pogodzie będzie można pojeździć konno.

3 komentarze:

  1. Na okoliczność siekiery: mój Chłop mawia w takich wypadkach ..."Jak się popieści, to się zmieści" :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam to powiedzonko. Do sytuacji pasuje także i drugie: "nic na siłę - wszystko młotkiem!"

    Jestem dumny z siebie, jak bym co najmniej lwa połknął! Przywiozłem przyczepę siana - BEZ napędu na przód. Fakt, że pojechałem dookoła...

    OdpowiedzUsuń
  3. na moje oko za 15 lat będziesz sobie radził z takimi i wiekszymi problemami a kto wie moze i innym pomozesz

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...