sobota, 8 stycznia 2011

When the shit will hit, czyli goodbye ziółka!

No i stało się. Ziółka odchodzą w przeszłość. Umarły ziółka. Niech żyją materace, pościel wełniana, piecyki elektryczne i garnki! Czyli: chcąc nie chcąc, zaczynam „poważną“ karierę w sprzedaży bezpośredniej…

Nie powiem: łyso mi. Zarówno dlatego, że oczywiście nie wyruszę w trasę w poniedziałek i tak prawdę powiedziawszy to kwestia tego, jak się będę finansował przez najbliższe dwa – trzy tygodnie pozostaje otwarta. Jak i dlatego, że choć byłem sceptyczny i dałem temu poniżej wyraz (por. „Piguła czy zioło?“), to się już trochę do samozwańczego tytułu „fitoterapeuty“ przyzwyczaiłem: Polakiem jestem, więc jak każdy lubię sobie o chorobach pogadać i znam się na tym (to cytat z Wojtka Majdy, choć już nie pamiętam, gdzie to napisał, może sam przypomni…), a i niewątpliwie łatwiej dało się pod instynkt przetrwania, który mi kazał te ziółka sprzedawać, jeszcze i jakieś wyższe racje podstawić: wszak jest całkiem możliwe, że komuś jednak te ziółka które sprzedałem – naprawdę pomogły..? Nic mi o tym bliższego nie wiadomo, to prawda, ale z góry takiej opcji wykluczyć przecież się nie da…

Dziwne zwierzę z człowieka, prawda? Robi to co musi, ale lubi jeszcze poczuć się przy tym dobroczyńcą ludzkości..?

Mogę się tylko pocieszać myślą, że taki model sprzedaży bezpośredniej jaki w tej chwili istnieje i tak jest wcześniej czy później skazany na zagładę. Ma to sens bowiem tylko tak długo, jak długo państwo wypłaca renty i emerytury i jak długo banki traktują emeryturę jako najlepsze możliwe zabezpieczenie kredytu. A – powiedzmy sobie szczerze: czy jest możliwe, aby taki stan rzeczy trwał jeszcze przez długi czas..? Nie bardzo, oj nie bardzo! Tak więc jedynym co mi pozostaje, to zastosować w tym przypadku strategię „burn out“. Na koniec dnia to właśnie banki, które tak ochoczo dają teraz owe kredyty na zakup materacy, pościeli, piecyków czy garnków (bardzo dobrych materacy, pościeli, piecyków czy garnków, to prawda! Ale też niewątpliwie: po cenach których najbardziej nawet ekskluzywny supermarket nie ośmieliłby się wystawić na półki…), zostaną z całą kupą zobowiązań których nie będzie jak ściągnąć. Jest to, swoją drogą, pewien drobny może, ale wcale nie pomijalny przyczynek do najprawdopodobniej smutnych „będziejów“[1] naszej reformy systemu emerytalnego. Fakt, nie jest to tak wielka kupa szmalu jak ta z OFE, ale po pierwsze – też zaboli. A po drugie – na OFE załapali się nieliczni, a kasę z emerytów doją praktycznie wszyscy. Który to wniosek polecam wdzięcznej pamięci Kolegów – Blogerów ekonomicznych.

Jak to zwykle bywa, przyłożona do słabizny ostroga w postaci nagłego, niespodziewanego i gwałtownego końca firmy, w której ledwo niecałe trzy miesiące temu znalazłem zielarskie przytulisko, pobudziła mnie do refleksji i do – dość gwałtownego – poszukiwania trwalszych rozwiązań.

Od dawna mam już pomysł na biznes. Jest to co prawda dość trudny do zrealizowania biznes i wcale nie mówię, że przetrwałby on spodziewane załamanie systemowe lepiej niż kredytowa sprzedaż garnków emerytom. Ale przynajmniej byłby własny.

Lepsza Połowa z upodobaniem ogląda programy kulinarne BBC. W jednym z takich cyklicznych programów pewien kucharz otwierał restaurację której założeniem było podawanie potraw przyrządzonych wyłącznie ze składników pozyskanych na terenie Wielkiego Londynu – od owoców morza z ujścia Tamizy po miód od pszczół hodowanych przy jakichś ogródkach działkowych (nota bene: ogródki działkowe były głównym źródłem owych produktów! Co z kolei polecam wdzięcznej pamięci Kolegów – Agepowiczów…). W każdym odcinku przedstawiano poszukiwanie jednego lub kilku takich produktów (mleko, mięso, ryby, zboża na mąkę, przyprawy, itd.), dość szczegółowo pokazując jak powstają i gdzie – po czym ów kucharz przyrządzał z nich niezwłocznie jakieś pyszne danie. Nie pominięto też kwestii przystosowania lokalu, zdobycia środków finansowych itd.

Ponieważ budowałem kiedyś restaurację, całkiem mnie ten program wciągnął. Ale kucharzem nie jestem i bynajmniej nie chciałbym tego naśladować. Chodzi mi o coś innego.

W ramach naszej skretyniałej kultury ruchomych obrazków taki program był najlepszą możliwą formą reklamy, a zarazem uwiarygodnienia przedsięwzięcia, które przedstawiał. A co bardziej cierpi na brak wiarygodności niż… sprzedaż żywności „ekologicznej“..? Jest ktoś jeszcze, kto daje wiarę sążnistym certyfikatom i zapewnieniom sprzedawców po tym, jak to tu, to tam co jakiś czas mniejszy lub większy skandal wybucha? Jeżdżąc z ziółkami i rozmawiając ze staruszkami o chorobach, poruszałem i temat żywienia – i mam wrażenie, że najbardziej rozpowszechnione przekonanie (skądinąd zresztą niesłuszne – jak sądzę!) jest takie, że to wszystko jedna chemia – niezależnie od etykietki.

Wymyśliłem więc sobie, że można by uruchomić przedsięwzięcie pt. „dostawa żywności ekologicznej“ – prosto od jej producentów na wsi, do konsumentów – bogatych snobów w mieście. Straszna manufaktura, bo chcąc robić to uczciwie trzeba po prostu wsiąść w samochód i jechać – każdą grządkę i każde drzewko osobiście oglądając nim się cokolwiek kupi. No i kwestia logistyki tego przedsięwzięcia też łatwa nie jest. W dodatku, żeby to w ogóle miało ekonomiczny sens – właśnie trzeba by wszędzie za sobą ekipę filmową ciągnąć i proces pozyskiwania owej „czystej“ żywności dokumentować, tym samym zyskując rozgłos i wiarygodność.

Akurat jakieś tam, nie powiem że rewelacyjne, ale jakieś tam dojścia „na szkło“ mam. Tylko potrzeba by jeszcze kapitału…

Nie, nie – wcale nie proponuję Państwu spółki. Moje osobiste doświadczenie jest takie, że 99% naprawdę bogatych Polaków to analfabeci. W każdym razie – analfabeci komputerowi. I słusznie zresztą. W początkach naszej transformacji ustrojowej, kiedy ci ludzie tworzyli podstawy swego majątku, internet nie był w stanie przynieść im żadnych korzyści – a że roboty mieli po czubek głowy, to czasu na rozrywki im nie starczało. Nie spodziewam się więc, żeby ktokolwiek, kto ma dość kasy na uruchomienie takiego przedsięwzięcia, mógł się w ten sposób o moim pomyśle dowiedzieć. Stąd też i nie boję się, że mi go ktokolwiek ukradnie J. Tak sobie chciałem po prostu pogadać – to jest na razie i pewnie na zawsze zostanie tylko i wyłącznie wirtualny pomysł, jakich mam i mogę mieć – bardzo wiele… O! I o to chodzi, proszę Państwa. Kreatywny jestem. Naprawdę mogę się przydać. Nie tylko do sprzedaży bezpośredniej, którą się z rozpaczy wyłącznie zająłem, nie z innego powodu.

Czasami spotykam się z pytaniem – dlaczego nie sprzedam ziemi i koni, skoro tak cienko w tej chwili finansowo przędę..? No cóż, na to pytanie są dwie odpowiedzi. Po pierwsze – i mniej ważne: nie jest to takie proste. Teoretycznie moja ziemia jest sporo warta – rekultywując ją, uzbrajając w media, ogradzając, uzyskując pozwolenie na budowę naprawdę dużego ośrodka jeździeckiego z hotelem i wszystkimi możliwymi bajerami, co najmniej potroiłem jej wyjściową wartość. Sprzedaż zatem nie byłaby wcale takim złym interesem. Tylko jeszcze musiałby się trafić nabywca – a z tym wcale nie jest tak łatwo! Konie pewnie łatwiej byłoby zbyć – tylko po co: trzymając je tutaj prawie nic na ich utrzymanie nie wydaję, w tej chwili na tych zapasach które mam całkiem spokojnie dociągnę do wiosennej trawy i jest tylko kwestią otwartą czy uda mi się, w taki czy inny sposób, zarobić na kolejną próbę krycia – trzech w tym roku – kobył..?

Po drugie jednak – ja wcale nie chcę sprzedawać ani koni, ani ziemi. Przywiązałem się. Zainwestowałem to w miejsce trzy lata ciężkiej pracy. Dlaczego miałbym się stąd wynosić? Że cienko przędę? Bywało już, że przędłem jeszcze cieniej! Po latach chudych kiedyś wreszcie muszą przyjść lata tłuste – a na razie mam przynajmniej moją ziemię i moje konie i niezależnie od tego, że nie zawsze jest co jeść i co do baku samochodu wlać – mogę się nimi cieszyć.

Zawsze mi się w takim momencie przypomina gdzieś zasłyszana opowieść jak to pewien bogaty turysta z Ameryki patrzy na bujającego się w hamaku karaibskiego rybaka i pyta go:
-       Dlaczego nie łowisz ryb?
-       A, nie chce mi się..
-       Ależ człowieku, jeśli wypłyniesz na połów, złowisz więcej ryb i sprzedasz, będziesz mógł sobie kupić lepszą łódź!
-       Po co mi to?
-       Kiedy będziesz miał lepszą łódź, będziesz mógł wypływać dalej i łowić jeszcze więcej ryb – z czasem dorobisz się całej floty takich łodzi!
-       No i..?
-       No i będziesz mógł sobie leżeć pod palmą i popijać drinka…
-       Kiedy ja właśnie teraz to robię…

Oczywiście nie zamierzam kłaść się w tej chwili na hamak (na zimę zwinąłem i schowałem go na strychu). Pora bowiem brać się za gromadzenie kapitału na niepewną przyszłość. Jakiego kapitału? No cóż, ci z Państwa, którym lepiej się powodzi, gromadzą złoto, srebro czy inne kruszce. A ja gromadzę – gówno. Codziennie, taczką, wywożąc to, co nasze czworonogi wyprodukowały na naszą pustynię – tam, gdzie w ogóle nie było gleby. I już, muszę się pochwalić, spory kawał tej jałowej poprzednio ziemi, zamienił się w urodzajne grządki. Na wiosnę, mam nadzieję, czymś już je obsiejemy!

Zdjęcie byłej „pustyni“ stare, jeszcze letnie, ale ostatnio kompletnie nie mamy nastroju do fotografowania. Jest zresztą w tej chwili szaro, smutno i bardzo mokro…

[1] „będzieje“ – neologizm Stanisława Lema z powieści „Kongres futurologiczny“. Oznacza to, co będzie. W przyszłości.

46 komentarzy:

  1. Ten cytat, który przedstawiłeś trafnie oddaje w czym rzecz, też nie pamiętam gdzie o tym pisałem, ale raczej gdzieś u Ciebie.

    Twoje ziółka musiały pomóc - jak ktoś dawał grube pieniądze za kurację (tak, że kredyt na to brał), to siłą rzeczy musiał mocno wierzyć, że te ziółka mu pomogą. Sam efekt placebo powinien ich uzdrowić, a przecież te ziółka pewnie jakieś pożyteczne substancje czynne również posiadają...

    Przedsięwzięcie może wypalić, chociaż na pierwszy rzut oka nie rozróżni się żywności eko od konwencjonalnej. No chyba, że po ilości robaków w jabłkach?

    W kwestiach natury ekonomiczniej postępujesz IMO jak najbardziej racjonalnie - maksymalizujesz korzyści. Co Ci po pieniądzach jak nie będziesz miał koni, które kochasz? Pieniądze szczęścia nie dają, ale zakupy tak! Ty już masz konie, więc..?

    Sam jak już kupię ziemię i będę miał jakąś podstawową infrastrukturę, to mogę już w potocznym tego słowa znaczeniu biedować, bo dla mnie biedowaniem to już nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam. Jestem stałą podglądaczką Twojego bloga chyba od początku jego istnienia. Rzadko zdarza mi się zabierać głos z racji tego że na koniach nie znam się wcale. Tyle mam z nimi wspólnego co kuligi pod chałupą mi raz po raz przemykają. No nie powiem wspaniałe widowisko szczególnie kiedy wieczorem mknie kilkanaście sań z pochodniami.

    Natomiast chciałam o tej żywności ekologicznej.

    Od dwóch lat ogródek uprawiam. Mały, tyle co na potrzeby własne. Oczywiście chemii żadnej nie stosuję. No jesień grządki przekopuję własnym kompostem uzyskanym z króliczych bobków, zielska wszelkiego wyrwanego z ziemi i domowych resztek. W fazie rozwoju roślin wytwarzam różnego rodzaju gnojówki i podlewam.
    Przyznać się muszę że nachodzić się koło tego trzeba. Wyrywanie chwastów, przerywanie, jeżeli susza to wiadomo z konewką tez trzeba się naganiać.
    A plony ? Tak jak Wojciech napisał. Warzywka niewielkie, często z robaczkiem. Owoce nie pryskane też małe i najczęściej z mięsną wkładką.
    Wydaje mi się że naród ( nawet ten bogaty )nie bardzo chciał by ciężką kasę płacić za takie plony.
    To samo mogę napisać o hodowli królików. Chodzę koło nich kilka razy dziennie, leczę, szczepię, dbam jak o własne dzieci :) Tuszka po około 8 miesiącach nadaje się do sprzedaży. Gdybym chciała policzyć mój wkład pracy w odchowanie tych królików nikt by mi nie zapłacił.

    Dlaczego to piszę ? No tak sobie myślę że tylko reklama TV mogła by skusić potencjalnych nabywców ;)

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze zapomniałam.
    Przez jakiś czas żywiliśmy się tylko tym co z ogródka. Chłop stracił pracę, kasy nie było. Od czasu do czasu króliczek na obiad, pstrąg z potoka i jakoś to szło. Nie powiem że było pięknie, wspaniale i bezstersowo ale można.

    Myślę że wkrótce sytuacja finansowa się u Was ustabilizuje i będzie lepiej. Może w tym roku klacze a raczej ogiery się postarają :)

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  4. Osobiście wolałbym, żeby moja sytuacja finansowa się w tym momencie nie stabilizowała a znacznie poprawiła ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. kilka pytań mam, czy zamiast łysej ziemi na której rosną chwasty nie można między grządkami słomy wyłożyć czy tektury aby wygłuszyć dziadostwo, chyba angole tak robią,

    i czy kurczaki nie są mniej pracochłonne niż króliki, z tego co u sąsiadki widziałem to rano wypuścić, na wieczór zagonić, raz dziennie nalać wody i rzucić ziarno, czasem rzucić im odpady z kuchni - jakoś sąsiadka nie jest urobiona przy tych kurach

    OdpowiedzUsuń
  6. Panie Wojciechu A Pan Jak zwykle się czepia ;) oczywiście miałam na myśli poprawę sytuacji Pana Jacka :)
    Anonimowy - Tak, tak kurczaki to dobry pomysł. Na wiosnę mam własnie zamiar kupić parę kurek.
    Niestety nalać wody,rzucić ziarno, myślę że nic tak łatwo nie przychodzi. Wtedy po każdym gospodarstwie grasowało by stado kur.
    Mieszkam na wsi, każdy dom w okolicy ma jakieś zabudowania gospodarcze i zaplecze. Kur nie ma nikt w okolicy - dlaczego ?

    Przepraszam właściciela bloga że pozwoliłam sobie pod nieobecność prowadzić dyskusje jak u siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. @Anonimowy
    Kury pod kątem samowystarczalności są o tyle "gorsze", że wymagają trochę ziarna, które najczęściej trzeba zakupić (choć jak nie stać ludzi na ziarno dla kilku kur to już naprawdę nędza w kraju).

    Jeśli masz chwasty i chcesz założyć grządkę, to KONIECZNIE musisz dać jakąś solidną barierę "antychwastową". Słoma taką barierą nie jest - musi to być jakaś gruba warstwa czegoś spójnego np. kartonu.

    @Koza
    No nie byłbym sobą, gdybym się nie czepiał :)

    W wolnej chwili postaram się kilka słów napisać o hodowli królików, jak poprawić współczynnik konwersji paszy i jak zrobić, żeby szybciej rosły. Wszystko w miarę "ekologicznie".

    @Koza i Anonimowy
    Myślę, że sporo ludzi nie widzi potrzeby trzymania kur - po podliczeniu kosztów wychodzi ciut taniej a to tylko pod warunkiem, że się swojej robocizny nie liczy. W Biedronce jajka dużo nie kosztują a nie trzeba latać. Nie otrzymuje się co prawda produktu tej samej jakości, ale to już inna sprawa.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wszelkie zajecia, w ktorych osoba wykonywujaca prace zyje wylacznie z procentu od sprzedazy sa z reguly nieoplacalne jesli wezmie sie pod uwage wklad czasu wlasnego oraz inwestycje w organizacje i przejazdy. Troche wieksze szanse maja systemy wielowarstwowego marketingu (np Amwey) ale i tu dobrze sie maja tylko ludzie u szczytu piramidy. Ale ma Pan racje jesli chodzi o szanse zarobku na dostawach naturalnej zywnosci. Osobiscie radzilbym spojrzec na mozliwosc produkcji pieczarek w "starym stylu" czyli uzywajac konskiego nawozu. Tak produkowane grzyby maja zupelnie inny smak niz to co jest obecnie sprzedawane w supermarketach.
    Ale nie wiem czy unijne przepisy nie zabraniaja takiej produkcji ze wzgledow higienicznych. Druga mozliwosc to produkcja powidel wedlug receptur klasycznych. Tez wymaga to sporo pracy i uwagi aby nie przypalic i zrobic gesta a smaczna mase ale to co obecnie sprzedaja w sklepach tak odbiega od wzorca jak obecna produkcja czekolad Wedla od orginalu.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jako "karaibski rybak" powiem Ci, że sprzedaż koni i ziemi to najgorsza rzecz, jaką w tej chwili mógłbyś zrobić. Trzymaj się po prostu swojego upatrzonego celu (rozumiem, że ów cel to hotel z ośrodkiem jeździeckim) i nie rozmieniaj się na drobne w poszukiwaniu pomysłu na życie. Rozumiem, że na ów hotel trzeba zarobić (może jednak jakiś inwestor do pomocy, albo na początek mały hotelik) i do tego czasu trzeba coś jeść. Pomyśl, jak możesz wykorzystać dotacje unijne w swojej sytuacji? Masz 14 ha ziemi, czy pobierasz jakieś dotacje? Nasz domowy budżet to w połowie właśnie dotacje na 10 ha upraw. Skoro to piaski, to może przysługuje Wam dopłata ONW (obszar o niekorzystnych warunkach)?
    I postawiłabym w Twojej sytuacji jednak na hotel dla koni.
    W każdym razie, może to zabrzmi infantylnie, ale podążaj za marzeniami i nie daj się wkręcić w jakieś gówniane interesy. Pieczarki, konfiturki, ok, ale trzeba znaleźć na to nabywcę. Ja mam pół ha sadu, jabłka są cudowne, nie pryskane nigdy, bez robaczka i całkiem spore i wcale ludzie nie pchają się drzwiami i oknami. No chyba, że oddaję za darmo.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Bobola
    Pieczarki białe i brunatne posiane - i nawet już (białych) kilka sztuk w zeszłym roku się pojawiło. Mam nadzieję, że grzybnia zdziczała i w tym roku będzie ich więcej. Ale oczywiście nie może to być poważne źródło dochodu, dopóki nie szarpnę się na tunel, a do tego jeszcze ciut mi brakuje... Do powideł zaś - trzeba w ogóle mieć kuchnię.

    Wszystko w swoim czasie, pomalutku!

    Zaś co do tej żywności "ekologicznej". Trzeba sobie jasno powiedzieć: logistyka takiego projektu to by był koszmar. W dodatku absolutnie nie ma szans robić tego "part time" - nic z tego nie wyjdzie jeśli się nie będzie zasuwać praktycznie non stop. Co implikuje konieczność poważnej inwestycji - w tym np. pokrycie choć części kosztów produkcji materiału telewizyjnego (na szczęście, mam zaprzyjaźnione studio!). Co się potem może zwrócić z reklam, a może się nie zwrócić - nie wiadomo... Ogólnie: rzucam pomysł, ale specjalnie nie wierzę w to, że uda mi się go kiedykolwiek zrealizować!

    W sumie to producenci takiej żywności powinni być zainteresowani. Ale ich chyba nawet i pytać o to nie warto...

    Na koniec: z tymi zyskami z prowizji różnie bywa. Nie jestem pazerny ani nie cenię mojego czasu jakoś strasznie wysoko. Co z tego, że spokojnie mógłbym dziennie pisać np. jeden artykuł za 200 - 300 złotych i robić jeszcze oprócz tego masę innych rzeczy - jeśli realnie nikt ode mnie jednego artykułu dziennie nie kupi..? Lepiej więc zarobić cokolwiek, niż w ogóle nic...

    OdpowiedzUsuń
  11. @Riannon

    Ziemi mam formalnie 15,4 ha, używam ok. 17 ha, w tym na pastwiska 14 ha, do dopłat zgłaszam 11,52 ha - trochę to skomplikowane, ale to może kiedyś osobno opowiem. Generalnie - tutaj (80 km od Warszawy!) ziemi więcej niż ludzi do pracy na niej, ma się jej tyle, ile się jej ogrodzi. Piaski, ale mnie akurat żadne dodatkowe płatności (poza paszową) się nie należą.

    Skorzystałem - rzutem na taśmę - z "Młodego Rolnika" i oczywiście, jak tylko będzie szansa, wyszarpnę co się da. Ale to nie jest sposób na życie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zgadzam się, to nie jest sposób na życie, ale spora pomoc dla budżetu. My pół roku żyjemy z samych dopłat, nie da się tego zlekceważyć. My też zgłaszamy mniej niż mamy z różnych względów. Kiedyś były większe niż standardowe dopłaty na łąki zielne, czy coś takiego. Może jeszcze to jest? Przy koniach byłoby to idealne. Jak dają, trzeba wyciągać, ile się da, zanim ten system ekonomiczny się rozleci (oby nie za naszego życia :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. wracając do kwestii kurczaków

    ludzie na wsi kur nie trzymają - po co sobie brudzić rączki? łazi to stworzenie wszędzie, rozgrzebuje wszystko i wszędzie sra, gdacze, pieje i budzi rano

    jajka są tanie, mięso kurczaka jest chyba najtańsze na rynku - sąsiadka na wsi trzyma kury bo to jest hobby i tradycja, jej ukochane kurki i dla jajek dla wnuka, smacznych jajek bo i mi sąsiadowi czasem coś skapnie, pracy przy tym mało

    jak jestem w domku na wsi też rzucam tym kurom resztki jedzenia i chleba

    OdpowiedzUsuń
  14. Na sprzedaży żywności eko można zarobić "przy okazji" jakiejś innej działalności, która ma miejsce na danym obszarze.

    W przypadku Jacka może to być właśnie ten hotel dla koni. W moim wyobrażeniu koniarze, to są ludzie raczej ciut bardziej majętni niż przeciętny człowiek. Może przy okazji odwiedzania swojego konia by też coś eko żarcia kupowali? Minusem jest to, że pewnie nie da rady trzymać u Ciebie więcej niż kilkanaście koni, czyli kilka-kilkanaście potencjalnie stale odwiedzających Cię klientów. No, ale jeśli będziesz miał już kilku klientów na trzymanie koni, to już jakoś biedę się chyba odepchnie. Może nie daleko, ale wielce prawdopodobne, że bieda się na chwilę przewróci i bliżej przez chwilę nie podejdzie :)

    OdpowiedzUsuń
  15. agroturystyka, postawić budkę kampingową, miejsce na namioty i zaprosić mieszczuchów, choćby czytelników bloga, parę groszy zostawią

    w ramach wczasów atrakcje i jazda konno

    OdpowiedzUsuń
  16. Agroturystyka tutaj w tej chwili to by był niezły hardcore! Chyba dla miłośników sportów ekstremalnych... A i latem - wygodniejszych, bardziej komfortowych ofert: ile kto chce. Wątpię, by wielu się skusiło na przyczepę kampingową czy namiot. Nie te czasy.

    Sprzedaż żywności "przy okazji", co wielu ludzi robi (dokładnie w tym celu pieczarki siałem i parę innych rzeczy jeszcze posieję!), a wielki telewizyjny show to są dwie różne rzeczy, które nic ze sobą wspólnego nie mają.

    OdpowiedzUsuń
  17. "Wielka" kampania telewizyjna za unijne pieniądze, promująca żywność ekologiczną zakończyła się chyba
    w ubiegłym roku.Jeżeli nikt z Was jej nie zauważył,to śmiem twierdzić,że na tych reklamach
    najwięcej zarobiła firma P.Rusaka produkująca te
    spoty.Nie odnieśli korzyści ani rolnicy-ekolodzy,
    ani konsumenci w mieście.

    OdpowiedzUsuń
  18. Ale chyba jasno napisałem o jaki rodzaj promocji mi chodzi..? I co to ma w ogóle wspólnego z Jewrosojuzem, tfu..?

    OdpowiedzUsuń
  19. dla rozlużnienia////kilka lat wstecz mój sąsiad w okolicach Piaseczna "przejął" zapuszczone kilku 3-4h gospodarstwo w ciągu tych lat byłem i nadal jestem świadkiem nieustannego rozwoju zaczęło się dostosowania na początku niewielkiego budynku gospodarczego zjawiło się kilka koni rurami ogrodzono najpierw 1 potem następne pastwiska dobudowywano budynki karczowano krzaki co tu dużo gadać praca tam wre non stop ...nie znam się zbytnio ale dziś koni spaceruje na kilku oddzielnych pastwiskach ok 50szt na elegancko wysprzątane podwóreczko podjeżdżają luxusowe terenowce ostatnio stanął namiocik ?50x50m znajoma za "przechowywanie" swojego śiwka buli tam 1500 miesięcznie a właściciel całego bałaganu w ciągu tych kilku lat przesiadł się z cinkiego na terenowego merca ...i to nie jest bajka

    OdpowiedzUsuń
  20. Witam.Śledze Twoje zmagania i jako rolnik chciałbym zwrócic Twoją uwagę na ekologie a konkretnie na dopłaty do gospodarstw ekologiczych.Mając łąki i pastwiska można sie starac o takie płatności(330 zł/ha)Możesz również złożyc wniosek o płatnośc rolnośrodowiskową (550 zł/ ha).Sam korzystam z rolnośrodowiskowych i wiem jaki to jest zastrzyk gotówki.Proponuję wyprawę do arimr.tam wszystko wyjaśnią. A teraz z innej beczki,dlaczego na obornik sypiesz wapno,przecież wg. wzelakiej literatury rolniczej i mojej wiedzy stosowanie obornika wyklucza wapnowanie,przynajmniej wtym samym roku.Wapno powoduje utratę azotu i ani nawożenie ani wapnowanie nie poprawia zasobności gleby i cała robota idzie na marne.To tyle jeżeli mogę w czymś pomóc dzieląc sie wiedzą na tematy rolnicze chętnie pomogę.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  21. Witam,

    Co do dopłat. Wchodząc w program rolnośrodowiskowy trwałe użytki zielone będzie to:

    JPO - 600 zł
    TUZ - 500 zł
    Ekologia - 200 zł.

    Razem - 1300 zł/ha

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  22. Co do JPO i TUZ zgoda ale za ekologiczne jest 330zł za UZ bez zł.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  23. Dobra koniunktura dla obszarników:))Ciekawe jak długo potrwa ta paranoja?

    OdpowiedzUsuń
  24. Przykład z moich stron
    http://www.radomice.pl/news.php
    radzą sobie całkiem dobrze.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  25. Do Pana Anonimowego.O jakiej paranoi mówisz? Przecież dopłaty istnieją na całym świecie w różnych formach.Ja mogę zrezygnowac z dopłat pod warunkiem że będę ustalał cene za wytworzone produkty a ouki co ceny ustalają pośrednicy,hipermarkety itd.a rolnikowi jak się nie podoba to może nie sprzedawac.I to jest paranoja.Ja kupując środki do produkcji muszę płacic tyle ile żąda sprzedawca a sprzedaję za tyle ile daje kupujący i nic nie mam do powiedzenia.Pana boli to ze rolnik ma samochód,buduje dom,inwestuje w gospodarstwo? Przecież każdy chce sobie polepszyc warunki życia.Dopłaty są po to żeby zrekompensowac koszty produkcji, które są czesto poniżej opłacalności a poza tym najlepiej zabrac dopLaty dowalic podatek podnieśc krus i wszyscy pójdziemy do opieki a Pan Anonimowy będzie wyjadał kit z okien.
    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  26. Witam,


    330 w pierwszym roku, po przestawieniu 260.
    Licząc pewne koszty (koszenie) można zaokrąglić do kwoty 1300 zł, czyste wyliczenie 1360 zł po I roku i 1430 w pierwszym roku. Jeśli wchodzi w grę dyrektywa ptasia lub środowiskowa, to może wyjść ponad 2500 zł. Maliny były ponad 4000 zł.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  27. cyt anonim" Dobra koniunktura dla obszarników:))Ciekawe jak długo potrwa ta paranoja?"

    Widzę, że powraca do łask komunistyczna retoryka? Niedługo kułakami nas będą nazywać. Dziesiątki lat komuny i propaganda telewizyjna zrobiły swoje. Rolnicy, którzy tak naprawdę przędą na granicy ubóstwa, przedstawiani są jako żyjący w raju podatkowym. Warto ruszyć tyłek zza biurka, aby na własne oczy przekonać się, jakiż to raj funduje rolnikom państwo.

    OdpowiedzUsuń
  28. Korzystając ze znajomości z gospodarzem pozwolę sobie zaspamować moim najnowszym wpisem dotyczącym wydajności poszczególnych rodzajów rolnictwa.

    Opisana jest tam pobieżnie sytuacja prawna, którą nasze państwo stwarza względem rolników i jak przeszkadza we wzroście wydajności i opłacalności. Przy okazji byśmy zaoszczędzili na karach za wydalanie ekwiwalentów CO2...

    http://permakultura.net/2011/01/09/wydajnosc-gospodarstw-ekologicznych-permakulturowych-i-konwencjonalnych/

    OdpowiedzUsuń
  29. @Wszyscy

    Piękna dyskusja się tu pod moją nieobecność rozwinęła, z przyjemnością przeczytałem.

    Wapno sypię głównie po to, żeby wybić robale. Strata azotu chwilowo nie ma większego znaczenia. Nie przyorywuję tego przecież, tylko zostawiam na wierzchu w kupach, jak z taczki wypadnie. Wapno zostaje na wierzchu i tylko z wodą schodzi niżej - miną lata nim się to koniec końców przemiesza, ale nie ma tu pośpiechu: teren "pustyni" ma być kiedyś wybiegiem dla ogiera, a do tego naprawdę jeszcze kupa czasu została. A jak widać na zdjęciu, owies i żyto (ze słomy, część miała kłosy), rośnie bujnie, choć poza pieczarkami nic tam jeszcze nie siałem.

    W tym roku z dopłat "wyciągnę" ciut powyżej 10 tysięcy - więc niewiele mniej niż owe 1300 zł/ha. W zeszłym roku było więcej. Zależy od kursu euro. Niestety, te 10 tysięcy to wszystkiego 5 rat kredytu... Pomaga to, nie mogę zaprzeczyć - ale też nie nazwałbym tego jakąś szczególnie istotną pozycją w naszym budżecie.

    Przyznaję, że kwestie kosztów produkcji i cen zbytu niewiele mnie obchodzą. Ja bowiem istotnie jestem "obszarnikiem": jako żywo - nic tu nie produkuję, a tylko posiadam ten "obszar"! Oczywiście, tak być nie miało. Po prostu katastrofa finansowa dotknęła mnie nim zdołałem jakąkolwiek bazę produkcyjną stworzyć - zdążyłem tylko z trawą i z niczym więcej.

    Generalnie skutkiem zniesienia dopłat byłaby pewna - nieznaczna - zwyżka cen płodów rolnych. Teoretycznie rzecz biorąc. Jak to będzie w praktyce, to całkiem możliwe że się już wkrótce przekonamy - co będzie z dopłatami na rok 2013 nikt przecież jeszcze nie wie...

    OdpowiedzUsuń
  30. tak jest również uważam że dopłaty powinny być takie by starczały na cały rok a nie na pół siedzenia i opowiadania o ciężkiej pracy rolnika:) szkoda że mi np prowadzącemu warsztat samochodowy nikt nie dopłaca do kosztów np zakup narzędzi itd ....ale jako właściciel 80 h z tym się zgadzam dopłaty do "rolnictwa" powinny być na całym świecie co najmniej 2 x wyższe niż dziś i ten stan powinien trwać wiecznie:))))pzdr

    OdpowiedzUsuń
  31. kułakiem to trzeba się urodzić:P tylko nieliczni z potomków chłopów małorolnych i robotników rolnych którym po 22 lipca państwo ofiarowało kilka h mogą pretendować dziś do tego zaszczytnego miana;)

    OdpowiedzUsuń
  32. 6 września 1944 górny 5h;) parcelacji podlegały majątki pow. 100h bądż 50 h użytków rolnych ..ukochany kraj umiłowany kraj....

    OdpowiedzUsuń
  33. O tym, że dopłaty szczęścia nie dają pisałem dawno temu. Por. http://boskawola.blogspot.com/2009/11/na-wsi-bida-czyli-jak-radkowi-unia-nie.html

    Wcale nie uważam że powinny być wyższe i trwać wiecznie. Byłoby sprawiedliwiej, gdyby ich nie było wcale. Aczkolwiek:
    - póki dają zamierzam brać i to możliwie jak najwięcej,
    - jest wiele racji w tym co pisali przedmówcy: rynek rolny nie jest wolnym rynkiem, a różne działający na nim i politycznie umocowane lobbies na pewno nie miałyby zamiaru czegokolwiek "odpuszczać", gdyby dopłat nagle zabrakło - tylko dlatego, że rolnikom przez to wzrosły koszty produkcji...

    OdpowiedzUsuń
  34. Taka uwagą... ilość komentarzy pod tym wpisem (upraszczając jest on o finansach) i wpisie poświęconym finansom na moim blogu oraz liczba komentarzy pod wpisem o ziółkach dowodzi, że Polacy znają się na finansach i medycynie, a nawet jak się nie znają, to mogą coś doradzić. Sam też tak mam:)

    Porównajcie to proszę Szanowni Komentarzy z mocą komentarzy do ostatniego wpisu o koniach achałtekińskich Jacka (w chwili pisania komentarza 0).
    http://boskawola.blogspot.com/2011/01/koni-achatekinskich-historia-sekretna.html

    OdpowiedzUsuń
  35. Ustalmy fakty. Jak chodzi o "historię sekretną" to jest w Polsce jedna dokładnie osoba która może mieć coś sensownego do powiedzenia - Olga z Krakowa. Dopiero gdybym to przetłumaczył na angielski albo na rosyjski, może byłaby jakaś dyskusja... A na finansach i na medycynie - jakże się nie znać..? :-)

    OdpowiedzUsuń
  36. No oczywiście! Dlatego czuję niedosyt, że nikt ze mną o współczynniku konwersji paszy nie rozmawia :)
    Mimo, ze tłumaczenie na angielski jest uciążliwe, to powoli się zabieram do tego, bo dyskutując można się wiele nauczyć i ciekawe informacje uzyskać.

    OdpowiedzUsuń
  37. Ty się lepiej zabierz za te hektary Łucji, bo naprawdę uwierzę, żeś zaprzedany teoretyk! Rozumiem, że potrzebujesz dochodu pieniężnego - ale może da się coś takiego znaleźć przy okazji wycieczki do Krakowa..? Może zwróci Ci za podróż i zapewni wikt i opierunek na miejscu? Zawsze to jakaś przygoda...

    OdpowiedzUsuń
  38. Już coś kombinujemy, rzeczywiście lepiej coś robić niż nie robić.

    OdpowiedzUsuń
  39. współczynnik konwersji paszy miałby "lepsze wzięcie" na forach dotyczących psów koni gołębi lub wielbłądów ...wyścigowych;)

    OdpowiedzUsuń
  40. W sumie racja. Wątki tylko z pierwszych stron forum Re-volta.pl:
    "Co zrobić, żeby koń przytył/schudł?" http://www.re-volta.pl/forum/index.php/topic,727.0.html
    "Ile kosztuje Was utrzymanie własnego konia?" http://www.re-volta.pl/forum/index.php/topic,1957.0.html
    "Jakie pasze dajecie swoim koniom?" http://www.re-volta.pl/forum/index.php/topic,25.0.html
    "dodatki witaminowe, mineralne, odżywki itp." http://www.re-volta.pl/forum/index.php/topic,78.0.html
    "zioła, ziółka, mieszanki i właściwości - dla konia" http://www.re-volta.pl/forum/index.php/topic,755.0.html
    "menu waszych koni" http://www.re-volta.pl/forum/index.php/topic,1309.0.html
    "Musli domowej roboty" http://www.re-volta.pl/forum/index.php/topic,11430.0.html
    były jeszcze jakieś o pastwiskach, ale ze względu na sezon spadły dalej, nie chce mi się szukać.

    No i mamy 40-ty komentarz :-)

    OdpowiedzUsuń
  41. dla siedzących Tych czytających i Tych klepiących tak naprawdę tematy materialne są mało istotne ;)jeżeli chce się coś osiągnąć w tym temacie to trzeba wyłączyć sprzęt i wziąść się do roboty;(

    OdpowiedzUsuń
  42. To cytat z Lecha W. czy sam na to wpadłeś..?

    Sorry ziom, ale popracuj nad składnią :-)

    OdpowiedzUsuń
  43. sądzisz że Leszek by na to wpadł?:))) h...ze składnią w tym przypadku najważniejszy jest przekaz jeżeli jest zrozumiały to dobrze ;) jeżeli wywołuje reakcję nerwową to już gorej;(

    OdpowiedzUsuń
  44. Ziom, nad ortografią też popracuj. Ten wyraz pisze się przez "ch".

    A przekaz jest płytki jak kałuża. Intelektualistą jestem i do żadnej roboty brać się nie zamierzam! I co mi zrobisz rybeńko..?

    OdpowiedzUsuń
  45. nie często pisuję więc dzięki za rady najważniejsze że przekaz jest czytelny ;) tu zagląda wiele osób (nie tylko intelektualiści;) może ktoś się ocknie?

    OdpowiedzUsuń
  46. Kilka ofert się u mnie pojawiło, nie są to co prawda oferty stricte biznesowe, ale nie powiem... miło. W razie czego z głodu nie umrę!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...