sobota, 22 stycznia 2011

O miejskim bydle i wiejskim kołtuństwie


Na szczęście, i jest to dowód na to, że Czytelników mamy na Agepo naprawdę z klasą – wczorajsza nawalanka w sprawie bydła, kołtuństwa, psów i sieczkarni dała się spacyfikować bez (mniej – więcej) drastycznych kroków. Jestem Państwu z tego powodu niezmiernie wdzięczny. Przy okazji chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami bardziej ogólnej natury – a że w żadnym razie nie dotyczą one przetrwania Peak Oil, robię to u siebie zakładając, że najbardziej zainteresowani i tak tu wcześniej czy później zajrzą J.

Jedną z najbardziej podstawowych cech ludzkiego umysłu jest dążenie do tworzenia pełnego, kompletnego, pozbawionego luk oglądu świata. Zatwardziali ateiści utrzymują, że stąd się wzięły religie – jako sposób wytłumaczenia tych zjawisk, dla których prostą obserwacją nie sposób było znaleźć przyczyny. Osobiście nie uważam, żeby było to takie łatwe. Zauważcie Państwo, że opowieść o Zeusie ciskającym piorunami jest bezsensowna jako wytłumaczenie zjawiska burzy – i zresztą już w głębokiej starożytności nikt jej tak z całą pewnością nie traktował: co ma boska sprawiedliwość do biczowania tymiż piorunami jakichś pustych skał..? Coś więc na rzeczy jest, ale sama niewiedza co do odleglejszych ogniw łańcucha przyczynowo – skutkowego jakiego używamy do tłumaczenia świata, dla wyjaśnienia powstania religii nie wystarczy. W zupełności za to wystarcza do wytłumaczenia takich pojęć jak „miejskie bydło“, czy „kołtuństwo“, które się we wczorajszej dyskusji pojawiły.

Przeciwstawienie „miasta“ i „wsi“ ma dość długą tradycję. Od razu też warto zaznaczyć, że podział ten niewiele miał i ma wspólnego z tym, w jaki sposób mieszkańcy miast i mieszkańcy wsi zdobywają środki swego przeżycia. Większość Ateńczyków w czasach Peryklesa po dawnemu żyła z uprawy oliwek i wypasu kóz – a jedynym, co ich różniło od mieszkańców ateńskiej „prowincji“ był fakt, że budowali w obrębie miejskich murów okazalsze domy – podczas gdy szałasy i domki mieszkańców Attyki w tych właśnie czasach regularnie, każdego lata, były palone przez nawiedzającą ateńskie państwo armię Peloponezyjczyków. I tak przez ćwierć wieku. Można się przyzwyczaić – prawda..?

Bodaj pierwszym naprawdę sporym miastem, w którym przytłaczająca większość mieszkańców utrzymywała się z handlu i z rzemiosła a nie z uprawy roli, była Aleksandria. Potem takich emporiów było jeszcze kilka: Rzym, Antiochia, być może – Palmyra czy Petra, Konstantynopol. Jednak dla 99% ośrodków uważanych przez nas zgodnie za miejskie zasada, że przynajmniej spora część lub nawet większość ich mieszkańców to byli dalej rolnicy – pozostała prawdziwa aż do wieku XIX. Po dziś dzień zresztą, są pola uprawne i rolnicy (nie tylko „chłopi z Marszałkowskiej“) w Warszawie.

Z drugiej zaś strony, zawsze była taka część mieszkańców wsi, którzy nie pracowali na roli – a przynajmniej: dla których nie było to jedyne źródło utrzymania. Odkąd najprostszy nawet pług zastąpił kij kopieniaczy – nie jest możliwa uprawa roli bez wsparcia zręcznych rzemieślników na miejscu wyrabiających i remontujących niezbędne maszyny. W tej chwili tacy „rzemieślnicy“ – a także: ci, którzy świadczą najrozmaitsze usługi bytowe mieszkańcom i ci po prostu, którzy dojeżdżają do pracy w mieście – stanowią większość mieszkańców wsi. Nieliczni w 100% utrzymują się tylko z pracy na roli – nieco więcej jest takich, którzy uprawę swoich niewielkich pól lub bodaj koszenie trawy czy też przeoranie raz na rok ugoru (żeby dostać dopłaty) traktują jako dodatek do innych dochodów. Co jest, tak na marginesie, zupełnie wystarczającym do tego aby śmiało twierdzić, że małorolne rolnictwo ma przed sobą przyszłość: nie tylko dlatego, że absolutnie nie jest prawdą, że jakieś ogromne areały są koniecznie potrzebne, żeby ziemię z zyskiem uprawiać (aż nadto jest całkowicie przeciwnych temu twierdzeniu przykładów…), ale też dlatego, że zawsze będą ludzie zajmujący się uprawą roli „na pół etatu“. Jest to w sumie dużo pewniejszy rodzaj zabezpieczenia emerytalnego niż odkładanie w OFE, o ZUS-ie nie wspominając! Koniec końców: co jest na poły rozrywką, na poły sposobem obniżenia części kosztów utrzymania (własne jarzyny, ziemniaki, itp.) – w gorszych czasach może przynajmniej zapewnić minimum biologicznej egzystencji. A tego o wirtualnych zapisach na kontach emerytalnych z całą pewnością powiedzieć nie można. Owszem – estetyczniej, ładniej, czyściej – jest gromadzić złoto w sejfie. Jak już jednak pisałem, jak się nie ma innego wyjścia – gromadzenie gówna na polu jest co najmniej dobrym rozwiązaniem zastępczym. Lepszym niż czekanie na łaskę losu i niemiłościwie nam panującego gosudarstwa w każdym razie!

Tak na marginesie – wspomniane już tu dopłaty tyle tylko zmieniają, że część (nie wszystkie bynajmniej, oj nie wszystkie..!) smutnych nieużytków takich „małorolnych“ albo „nieobecnych“ (to swoją drogą osobna kategoria – z własnego doświadczenia wiem, że są nawet i tacy, którzy NIE WIEDZĄ o tym, że posiadają gdzieś ziemię rolną…) właścicieli, została wzięta z powrotem pod uprawę. Nie jest to może jakaś specjalnie zaawansowana uprawa (a już o tym corocznym przeorywaniu ugoru to pewnie Wojciech Majda miałby co nieco do powiedzenia…) – ale przynajmniej samosiejkami nie zarasta, więc w razie głodu da się to łatwiej wziąć pod siew… A przypominam: ceny żywności na rynkach światowych właśnie wzrosły średnio o 25% w stosunku do ubiegłego roku. Co prawda: nie ma to żadnego związku z cenami podstawowych artykułów żywnościowych na rynku europejskim, bo te i tak są sztuczne, kwotami produkcyjnymi i zaporami celnymi windowane, więc taki wzrost nic jeszcze nie znaczy – ot, hurtownicy i pośrednicy więcej zarobią, bo się im automatycznie marża zwiększy, podobnie jak VAT dla gosudarstwa, ceny skupu wcale nie muszą od tego drgnąć nawet, jakoż i nie drgnęły do tej pory – a nawet, w niektórych kategoriach: trochę spadły… Takie są niestety skutki życia w wirtualnym świecie, a nie da się ukryć, że europejskie rolnictwo jest bytem w swej obecnej postaci – wirtualnym. Podejrzewam, że gdyby nie było tych barier to przy obecnych, ciągle bardzo niskich mimo wzrostu cen ropy kosztach transportu, w Europie opłacałaby się głównie produkcja nowalijek i różnych „produktów specjalnych“ – np. właśnie żywności ekologicznej. I nie wiadomo, kto by się w tym sporcie lepiej sprawdzał: firmy gospodarujące na tysiącach hektarów, czy właśnie – małorolni..? Ale już dość dygresji o sprawach współczesnych, wracamy do naszych baranów, czyli do historii.


W tradycji śródziemnomorskiej miasto kojarzy się z wolnością. A także z oświeceniem, postępem, cywilizacją. Ma to swoje źródła w starożytności, a jakże: przede wszystkim bierze się to stąd że wielcy właściciele ziemscy w świecie śródziemnomorskim zwykli rezydować w większych lub mniejszych miastach, tam wydając zarobione dzięki mozolnej pracy swoich niewolników/kolonów/chłopów pańszczyźnianych pieniądze. Pędząc przy tym żywot wolny (od trosk materialnych i konieczności fizycznej pracy, która to praca fizyczna jeszcze całkiem niedawno była prawdziwym przekleństwem człowieka – mam wrażenie, że jeszcze 30 czy 40 lat temu ludzie trochę dosłowniej odbierali jak raz rok liturgiczny rozpoczynające czytanie o wygnaniu Adama z Raju…) i dając zatrudnienie tak samo wolnym duchom – nauczycielom wymowy, filozofom, artystom.

Już w odniesieniu do naszej bezpośredniej przeszłości to wcale nie jest takie oczywiste. Owszem owszem – wieś niby pańszczyźniana, a miasta niby wolne. Tylko jakoś nam te wolne miasta marniały, biedniały i więdły – więc jeśli kto chce w Polsce zabytków szukać, to się nie może ograniczyć do miast (w Warszawie, tak po prawdzie, to niewiele tego zostało – przez narwanych naszych dziadów, nie ma co kryć…), bo na wsi łatwiej o barokowy kościół czy klasycystyczny dwór, a trafiają się i starsze perełki. Zresztą, owa tyrania pańszczyźniana jest po większej części mitem – źle z chłopami zrobiło się dopiero pod zaborami, gdy w sukurs właścicielom ziemskim przyszła wcześniej nie istniejąca policja.

W Chinach zawsze było i dalej jest całkiem na odwrót. Miasto, pod okiem władzy zakładane, poddane było ścisłej kontroli i reglamentacji. Metody tej kontroli, nader zmyślne, kiedyś może osobno opiszę, bo to samo w sobie ciekawe, a nader niewesołe nasuwa analogie do czasów nam współczesnych. Wieś za to – przeciwnie niż u nas: zwykle liczna, zwarta, murem otoczona – cieszyła się i nadal się cieszy znacznym zakresem autonomii.

Swoją drogą widać, jaką „ścieżką rozwoju“ nasza cywilizacja podąża. Jak możemy nie dać się wyprzedzić Chińczykom, skoro ich właśnie naśladujemy..? Przecież jasnym jest, że oryginał zawsze będzie sprawniejszy od imitacji, w dodatku przeszczepianej na niezbyt podatny grunt, bo całkiem przeciwną tradycją ukształtowany. Wszak w tej chwili, chcąc się podatkowej i reglamentacyjnej tyranii wymknąć – dobrze jest właśnie wyprowadzić się z miasta na wieś… dokładnie tak samo, jak w Chinach!

Przechodząc już do konkluzji, czyli do owego „miejskiego bydła“ i (wiejskich – w domyśle) „kołtunów“. Samo to przeciwstawienie jest dla naszej tradycji kulturowej normalne, odwieczne i zmienić się tego nie da. Mieszkaniec wsi, choćby był doktorem filozofii, dla mieszkańca miasta, choćby ostatniego menela – będzie „wieśmakiem“, „wiochmenem“, „kołtunem“, itp. Nawet nie ma co z takim oglądem sprawy dyskutować. Prawda jednak – że kiedy sobie człowiek uświadomi z jakiej otchłani dziejów się to przeciwstawienie wywodzi, od razu robi się cieplej na sercu, a jak się jeszcze wie – z czego ono się wzięło – to już tylko pośmiać się nad taką ciemnotą wypada..?

Inaczej sprawa się przedstawia z konkretną treścią pod owe puste, a z przeszłości zaczerpnięte symbole podkładaną. Po pierwsze – jak chodzi o „wolność“ w każdym możliwym sensie tego słowa, to osiągnęliśmy już chyba czas jakiś temu dokładne tradycyjnego stanu rzeczy przeciwieństwo – czyli właśnie jest u nas jak w Chinach, a nie jak w starożytnym Rzymie epoki późnego cesarstwa czy bodaj za pańszczyzny. Tym łatwiej być wolnym, im dalej od złowrogiego oka niemiłosiernie nam panującego gosudarstwa się odsuniemy, a o to łatwiej na wsi niż w mieście. Po drugie – co zwykłem podkreślać nieustannie, acz chyba bez echa i bez efektu: znakomita większość pojęć, tradycji, nawyków które obecnie uważamy za charakterystyczne dla „życia wiejskiego“ i „życia miejskiego“ – jest bardzo świeżej daty.

Z zawodowej ciekawości kolekcjonuję śmiesznostki i ciekawostki związane z końmi. Niedawno się dowiedziałem, że jednym z „szabasowych zakazów“, określających sposób świetowania niedzieli – jest zakaz wyprowadzania w niedzielę konia ze stajni. Choćby po to, żeby go komuś pokazać.

Czy to jest „odwieczna tradycja“..? A gdzież u nas przed rokiem 1863 były jakieś stajnie po wsiach..?[1] Już pomijając to, że moim zdaniem, jest to zwyczaj który nie miał szans pojawić się na szerszą skalę wcześniej niż 80 lat temu. Bo dopiero po I wojnie światowej sieć parafii stała się na tyle gęsta, by konieczność dojeżdżania na Mszę niedzielną wozem zmniejszyć lub wyeliminować. Kto nie wierzy, niech się przejedzie po okolicy i sprawdzi daty erygowania parafii, zwykle są przy drzwiach do kościoła dużym drukiem wypisane.

Ogólnie rzecz biorąc – uwłaszczenie chłopów dopiero było tym czynnikiem, który obecny sposób życia na wsi (i przez kontrast – a także: dzięki tym milionom pozbawionych w wyniku tego zjawiska źródeł utrzymania na wsi, byłych chłopów, którzy wyemigrowali do miast lub za Wielką Wodę… - również: życia w mieście) ukonstytuował. Owszem, są zwyczaje starsze – zwłaszcza te związane ze sposobem obchodzenia niektórych świąt, z traktowaniem pewnych zjawisk przyrody – tu bywają wcale liczne relikty jeszcze pogańskie, plemiennej, przedpaństwowej przeszłości. Zasadnicza treść jednak tych przesądów, jakie wzajem wobec siebie mieszkańcy miast i wsi żywią: jest ledwo XIX-wieczna w najlepszym razie…


[1] Oczywiście dotyczy do zaboru rosyjskiego. Na Śląsku stajnie po wsiach były wcześniej. Tyle że – nawet obecni mieszkańcy Śląska to przecież w większości osiedleńcy z zaboru rosyjskiego…

16 komentarzy:

  1. Zgadzam się z tezą, że gromadzenie "kupy konia" może się okazać lepszą inwestycją niż złoto w sakiewce, pod warunkiem, że do owej kupy w komplecie dokupimy skrawek ziemii, co autor akurat ma już z głowy.

    Ponadto chcialbym zauważyć, że kupa konia jak dla mnie śmierdzi "pachnąco", zaś kupa ludzka daje jak "niemiec bity w kask".

    OdpowiedzUsuń
  2. Powodowana najniższym instynktem obietnicy owej nawalanki (powinnam się wstydzić, ale jakoś nie potrafię:-) zerknęłam i przeczytałam wpis na Agepo. Jeśli pozwolisz, zadam tutaj pytanie, które już jakiś czas mnie nurtuje. Dlaczego najgorszym dla warszawiaka wyborem jest zakup gruntów i hodowla koni na Mazurach? Na pewno czegoś nie wiem, ale wydaje się, iż jest to rozsądne miejsce na utrzymywanie się zarówno z turystyki, jak i z hodowli owych koni. Teren wydaje się być malowniczy i nie nudny (raz byłam), pół kraju wali latem na Mazury. Co jak co, ale wiele jeszcze gospodarstw agro znalazłoby tam utrzymanie. W czym tkwi więc haczyk?

    OdpowiedzUsuń
  3. najbardziej ostrą nawalankę wykasował Maczeta i dobrze, a piesek rodziców dostał dziś ode mnie i tak nową piekną skórkę wieprzową - i jeśli obrońcy zwierząt mają coś przeciw karmieniu psa obrzydliwymi odpadami, niechaj donoszą do prokuratury...

    ja osobiście jestem zakochany w Dolnym Śląsku i widzę tu własnie potencjał, choć niewykluczone, że z powodów rodzinnych wyląduję i tak na Kociewiu

    OdpowiedzUsuń
  4. @Riannon
    Tak sobie kombinuję, że może długość okresu wegetacyjnego - im dalej na NE tym krócej trwa on trwa, może też dojazd, może gleby, może ceny?

    @R-O
    Skóra ma dużo kolagenu. Dobra zatem jest na stawy, chrząstki no i... skórę!

    OdpowiedzUsuń
  5. A aktualny rekord świata w orce 24 godzinnej został podniesiony, do 310 ha! Około 600 razy więcej niż może zaorać przeciętna para koni w dzień.
    Zużyto na ha 8,5 litra ropy.

    OdpowiedzUsuń
  6. R-O. Mniam, mniam...za taką skórę moje psy zalizałyby Cię ze szczęścia na śmierć :-)

    Wojtek- ale na piaskach u Jacka też trudno się będzie uprawiać ziemię, chyba trudniej niż wstrzelić się w krótszy okres wegetacji. Ja (powtarzam-chyba, że o czymś nie wiem) raczej zakupiłabym mniejsze gospodarstwo z gotowym domem do remontu, gdzie od razu mogę zarabiać na turystach i zapraszać ich na wakacje pod siodłem, niż kilkunastohektarową pustynię, gdzie same projekty, pozwolenia i uzbrojenie terenu zżerają mi pieniądze. I właśnie ja takiego wyboru dokonałam. Dwa lata szukałam odpowiedniego miejsca.
    Oczywiście, Jacku nie traktuj tego jako krytyki, czy coś w tym rodzaju, bo na pewno miałeś swoje powody, aby właśnie takiego wyboru dokonać. Mnie tylko ze zwykłej ciekawości mierzi pytanie- a dlaczego jednak nie Mazury?

    OdpowiedzUsuń
  7. Mazury ze względu na krótki okres wegetacyjny, kiepską glebę (co z tego że glina, jeśli bonitacyjnie to jest mniej - więcej to samo co moje piaski..?) i obfitość komarów. Owszem, lokuje się tam nawet wiele stadnin, bo to jest jakaś "cliche" która w umysłach Warszawiaków zwłaszcza pokutuje - ale znam tylko jeden udany eksperyment: królewską stadninę koni w Trakenach. Zanim tam się pierwszy koń pojawił przez kilka lat najpierw meliorowali, drenowali, nawozili (naturalnie ma się rozumieć - bo wszystko to na przełomie lat 20. i 30. XVIII wieku) - a przy tym było to zrobione na tak wielką skalę, że w sumie - nie mogło się nie udać. Zresztą, Prusacy wtedy jeszcze Śląska nie mieli, to jaki mieli wybór..?

    Generalnie, jakieś 30 lat temu panowało przekonanie, że dobre konie mogą się rodzić tylko tam, gdzie sezon pastwiskowy trwa cały rok. I stąd np. Polska jest skazana na import reproduktorów pełnej krwi angielskiej, bo tak dobre ogiery, żeby się do rozpłodu nadawały u nas, przebywając na trawie co najwyżej przez 5 - 6 miesięcy, po prostu się nie odchowają, choćby nawet geny im to umożliwiały. Współcześnie, dzięki dodatkom paszowym, różnym zmyślnym maszynom treningowym, masażom, fizjoterapii, naświetlaniom, basenom (sam taki bym chciał kiedyś mieć) itp. - już się tak nie uważa i rzeczywiście, są przykłady na świecie bardzo dobrych koni, które w dzieciństwie wiele trawy nie oglądały. Oczywiście - dalej nie u nas, bo my tych wszystkich zmyślnych urządzeń też nie mamy, tak samo jak trawy przez cały rok... No i faktycznie: poza arabami, to w zasadzie hodowla wszystkich ras koni "postępowych" (pomijam tu żywe zabytki w postaci ras objętych "programem ochrony") opiera się na importowanych rozpłodnikach.

    A dlaczego kupiłem moje piaski..? Że w okolicy Warszawy - bo nie mogłem inaczej: ciągle pracowałem i planowałem przejść na wcześniejszą emeryturę dopiero po rozkręceniu interesu. Że wysypisko śmieci i tak duże i bez zabudowań - na to złożyły się dwa czynniki. Jeden był racjonalny, drugi nie. Racjonalny był taki, że miałem wtedy zdolności kredytowej, jak mi w banku wyliczyli, na milion - więc wybudowanie od podstaw obiektów (wygodnych, bo od razu zaprojektowanych tak, żeby służyły docelowemu przeznaczeniu) za mniej niż połowę tej sumy, nie wydawało się czymś strasznym. Lepiej więc było kupić więcej ziemi, skoro się tak tania i tak dobrze położona trafiła - niż mniej. Irracjonalny był taki, że po iluś tam obejrzanych gospodarstwach i działkach odezwała się we mnie krew chłopskich przodków i poczułem nienasycony głód ziemi. Do tej pory żałuję, że nie kupiłem 40 ha, a mogłem, gdybym inaczej ze sprzedającą rozmawiał..! Też w jednym kawałku, tu wszędzie dookoła - puste leży, nikt się tym nie interesuje...

    OdpowiedzUsuń
  8. Rozumiem, wszystko jasne, dzięki za odpowiedź :-)
    Też żałuję, że nie kupiliśmy więcej ziemi, ale proponowano nam 100 ha w jednym kawałku. Tyle to nie dałoby rady, ale gdybyśmy kupili ze 20 ha , przy tych dopłatach, dziś moglibyśmy się spokojnie utrzymać bez dodatkowych źródeł dochodu. Ale w 2001 nikt tak naprawdę nie wiedział, jak będzie wyglądał świat po wejściu do Unii.
    Ja nie mam takich dylematów, że dopłaty Unijne to nie jest sposób na życie. Wolałabym (i chyba każdy) mieć finansowy spokój, by móc robić to, co lubię i to, na co mam ochotę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Witam,

    Z tą ziemią na Mazurach,nie jest tak źle. Są miejsca gdzie są bardzo dobre gleby, choć oczywiście w związku z warunkami wodnymi potrzebna jest dobra, sprawna melioracja. Np. okolice Kętrzyna, aż do granicy rosyjskiej - rzepak, pszenica. Ceny gruntów b. dobre, jeszcze w tej chwili można kupić ha za 4-5 tys.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  10. Witam i o zdrowie pytam
    4-5 tys/h to astronomiczna kwota (w porównaniu -15 lat wstecz) ale za 10 lat na mazurach nie znajdziecie poniżej 10tys/h ....a może nie? na czytaniu i pisaniu czas szybko ...ucieka;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Hm... 4-5 tysięcy, toż to El Dorado! Ja kupowałam w 2003 roku hektar za 3 tys (Dolny Śląsk, ziemie III i IV klasy), w tej chwili, z drugiej ręki wołają po 50 tys. Bo wolnej ziemi już nie ma. Są wariaci, którzy za hektar chcieliby 200 tys, ale to już przesada.
    Anonim ma rację. To co już jest u nas na zachodzie kraju, dojdzie za jakiś czas na wschód, trendów nie da się odwrócić. Jeśli ktoś ma głowę na karku, powinien zainwestować i po prostu kupić sobie ziemię na lokatę, póki taka tania.

    OdpowiedzUsuń
  12. U nas w tej chwili przeciętna cena to 30 tys. Biorąc pod uwagę odległość od Warszawy - i tak rewelacja, nigdzie taniej się nie znajdzie! Przy czym, mam wrażenie, że sami jesteśmy powodem dla którego ceny tak wzrosły - 3 lata temu kupowaliśmy po 10 tys. i przepłaciliśmy ("między swemi" hektar wtedy chodził po 8...) - a rok temu, kiedy Agencja licytowała to różne skrawki, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów kupujących było więcej niż ofert i nawet się bili, do wspomnianego już poziomu ostateczne ceny windując. Wydarzenie to stanowi epokę w życiu gminy - ciągle się o tym mówi. Jakoś ludzie nabrali wiary, że ceny będą rosły, skoro ludzie się tu sprowadzają... Natomiast co do trwałości tendu wzrostowego - byłbym ostrożny. Przy dużym wzroście stóp procentowych - ceny ziemi spadną...

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam,

    Tak jest. Ziemia, to w tej chwili najlepsza lokata kapitału. Biorąc pod uwagę mądrze poprowadzone dopłaty - zwraca się po max. 4-5 latach. Zresztą już w pierwszym roku, można uzyskać zwrot rzędu 15-20%, biorąc pod uwagę ceny max. 6 tys. Bo drożej się nie opłaca kupować - okres zwrotu zbyt długi, a po 2013 nie wiemy jeszcze jak to będzie.
    Co więcej można jeszcze kupić ciekawe działki do zabudowy. Np. 2300m2, 6 km od Mrągowa, media, ogrodzona z 3 stron, 800 m do jeziora, za... 16 000 zł :)

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  14. Witam,

    Jeszcze jedno po 2016 otwiera się możliwość zakupu ziemi przez obcokrajowców, więc ceny skoczą.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  15. W Magdalence k/Piaseczna można dziś kupić 1/h łąki (graniczącej z lasem) po byłym PGR za 2,5mln.(dobra cena) W 2003 bez problemu można było nabyć ten teren po 100tys/h Czy będzie drożej? w tym przypadku raczej nie;(

    OdpowiedzUsuń
  16. Witam,

    Każda nieruchomość ma swój pułap wzrostu.
    Fakt jest taki, że 100-200 ha = obecnie spokojne życie, oczywiście bez fajerwerków.
    Ziemia zawsze przynosi dochód, dopłaty są b. dobrą okazją na "zakup ziemi za darmo" - taka jest stopa zwrotu. Ceny żywności idą w górę.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...