sobota, 15 stycznia 2011

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 16 – Aszchabad - Moskwa

Sens tego wydarzenia uwidacznia się dopiero na tle historii poprzednich 150 lat. Od końca XVIII wieku bowiem przede wszystkim w Rosji, ale także i w innych krajach wschodniej części kontynentu europejskiego, organizowano wiele rajdów, czy też wyścigów długodystansowych. Niemal nieodmiennie celem tych wszystkich przedsięwzięć, było udowodnienie wyższości miejscowych ras koni wierzchowych nad importowanymi z Zachodu końmi pełnej krwi angielskiej (przede wszystkim). Aż do 1935 roku we wszystkich takich wyścigach zawsze wygrywały konie importowane – o czym zresztą nikt dziś już nie pamięta.

Skąinąd powodem ciągłego powtarzania takich prób była właśnie krótka pamięć zainteresowanych hodowców: już pierwsze próby, podjęte w latach 80. XVIII wieku z inicjatywy słynnego rosyjskiego hodowcy Aleksego Grioriewicza hrabiego Orłowa – Czesmeńskiego oraz nudzącego się na przymusowej rosyjskiej „emeryturze“ ostatniego chana Krymu Sahin Gireja, powinny były w zasadzie wystarczyć. Około roku 1780 angielski ogier hrabiego Boloban wygrał zdecydowanie z najlepszymi bachmatami chana. W 1785 roku angielska klacz hrabiego, Kurguska dosłownie zagoniła na śmierć czerkieskiego ogiera jednego z kozackich atamanów w gonitwie na 30 wiorst (1 wiorsta = 1,06 km).[1] W kolejnych pokoleniach albo nie chciano o tym pamiętać, albo też zakładano, że wydłużając dystans w końcu dojdzie się do takiej granicy, której „wypieszczone“ konie z Zachodu nie zdołają już pokonać.

Rezultatem była ogromna ilość wypadków śmiertelnych wśród koni i stałe wydłużanie trasy kolejnych „ostatecznych“ rajdów. Za każdym razem jednak, i tak wygrywały konie pełnej krwi angielskiej. Przypadki gdy konie pełnej krwi angielskiej samotnie dochodziły do mety stępem po tym, jak ich „miejscowi“ współzawodnicy różnych ras padli z wyczerpania powtarzały się w 1839 na trasie Wilno – Troki – Wilno, w Carskim Siole w 1845 w gonitwie na 100 wiorst, na podobnej trasie w Warszawie w 1895 roku, gdzie z 44 startujących koni, tylko 8 doszło do mety żywych (i były to bez wyjątku konie pełnej krwi angielskiej) i wreszcie podczas gonitwy pomiędzy rosyjskimi a austro-węgierskimi kawalerzystami na trasie Berlin – Wiedeń, gdzie padło 25 koni oraz w wielu innych miejscach, gdyż tylko w graniach Imperium Rosyjskiego takie „wyścigi“ organizowano niemal corocznie.[2] Zdarzało się, że w stawce takich koni niespodziewanie dochodził do mety żywy koń turkmeński lub karabachski – na którymś z ostatnich miejsc, i tak jednak wykazując się o wiele większą dzielnością niż wszystkie pozostałe konie dońskie, czerkieskie, tatarskie czy po prostu „miejscowe“, które padały na mięśniochwat lub z powodu odwodnienia po drodze.

Zdarzało się także, że koń „miejscowy“ pokonywał ogromne odległości i docierał na miejsce przeznaczenia żywy i w dobrej kondycji – o ile nie wymagano od niego, aby się ścigał z o wiele mocniejszymi fizycznie konkurentami z Zachodu.[3] W ten sposób setnik kozacki Dymitr Pieszkow pokonał w 1890 roku trasę Błgowieszczańsk – Petersburg (8862 km) w ciągu 193 dni na wałachu rasy amurskiej (dziś już nie istniejącej, była to rasa kozackiego wojska amurskiego) Sierko.[4]

Setnik Pieszkow na swoim Sierko.[5]
Rajd Aszchabad – Moskwa, na trasie o długości 4300 km, pokonanej w ciągu 84 dni był pierwszym, w którym jednocześnie wystąpiły konie kilku ras, w tym konie z dużym dolewem pełnej krwi angielskiej (anglo-achałtekińskie i anglo-jomudzkie) a mimo to lepiej pokonały trasę konie miejscowe: czystej krwi achałtekińskiej i czystej (tj. bez dolewu pełnej krwi) krwi jomudzkiej. W ten sposób nareszcie, po 150 latach poszukiwań, udało się dotrzeć do granicy, której konie importowane z Zachodu bądź posiadające duży dolew krwi zachodniej pokonać nie zdołały: inna sprawa, że niczego to nie dowiodło poza tym, iż „uszlachetnianie“ koni turkmeńskich końmi pełnej krwi angielskiej nie ma sensu. Niczego się w ten sposób nie zyskuje pod względem użytkowym, tracąc za to naturalną wytrzymałość koni czystej krwi. Co do intuicyjnego najzupełniej przekonania większości użytkowników, że „wypielęgnowane“ do wyścigów na stosunkowo krótkich dystansach konie pełnej krwi angielskiej nie mają wytrzymałości mniej wymagających pod względem żywieniowym ras wschodnich, to okazuje się ono prawdziwe także w świetle doświadczenia dopiero przy odległościach które praktycznie wykluczają ich jakiekolwiek zastosowanie sportowe. Rajd Aszchabad – Moskwa został powtórzony w roku 1988, a pomiędzy rokiem 1935 a 2004 Rosjanie, Turkmeni i Uzbekowie zorganizowali jeszcze kilka krótszych, ale także wielodniowych i wielusetkilometrowych rajdów w których konie achałtekińskie dzielnie się spisały. Niczego to nie przesądza odnośnie odległości mniejszych, takich, na jakich faktycznie odbywają się zawody (do 160 km). W roku 2009 pewna Francuzka przejechała z Aszchabadu do Paryża na koniu achałtekińskim – był to rajd o ok. 3 tysiące kilometrów dłuższy od historycznego z 1935 roku.[6]  Czy to jednak czegoś w ogóle dowodzi..? Koniec końców, jak już wiemy, płk Teofil Szemberg „obrócił“ na trasie Warszawa – Isfahan prawie dwa razy (raz tam i z powrotem i raz tylko w jedną stronę). Też nie na piechotę przecież…

W każdym bądź razie obszerne wywody autorów strony www.akhalteke.info na temat niebezpieczeństwa dolewu pełnej krwi do rasy achałtekińskiej wynikającego z rzekomo radykalnie różnej konstytucji koni tych dwóch ras, nie wynikają z żadnej autentycznej wiedzy, a są jedynie powtórzeniem przesądów, które wprowadzeniu koni pełnej krwi do Europy kontynentalnej towarzyszyły od końca XVIII wieku: że dolew tak „wypieszczonej“ krwi psuje miejscowe konie, które stają się tłuste, wymagają więcej pokarmu i uważniejszej opieki i tracą swoje zalety użytkowe. Owszem: tracą, ale dopiero powyżej dystansu kilkuset kilometrów, co przecież nie ma już żadnego praktycznego znaczenia.

Rajd Aszchabad – Moskwa zorganizowano z inicjatywy tzw. „aktywu partyjnego“ Turkmenii. Od momentu powstania Turkmeńskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej prowadzono w odniesieniu do rządzących nią kadr politykę tzw. „korenizacji“ („ukorzenienia“). Oznaczało to promowanie na widoczne stanowiska (niekoniecznie związane z realną władzą – na pewno zaś z wyłączeniem sektora wojskowego, którego częścią była także hodowla koni) rodowitych Turkmenów. Ci Turkmeni nie mogli obojętnie patrzeć na zagładę narodowej rasy koni. Z ich inspiracji grupa 28 turkmeńskich kołchoźników i komsomolców z S. P. Sokołowem, komendantem wojsk ochrony pograniczna NKWD Republiki jako przewodniczącym rajdu oraz E. P. Łamanem, instruktorem przysposobienia obronnego jako zastępcą przewodniczącego i z dwoma dziennikarzami: kamerzystą P. Piatkowem i korespondentem N. Putilinem (łącznie 32 jeźdźców i tyle samo koni; koni dostarczyły kołchozy Turkmenii) 30 maja 1935 roku wyruszyła w drogę do Moskwy – oficjalnie, w celu uczczenia I Wszechzwiązkowej Wystawy Rolniczej, podczas której (we wrześniu tego roku) prezentowano konie w Moskwie.[7]


Spośród 32 koni (w większości ogierów, ale było też kilka klaczy), 15 było końmi czystej krwi achałtekińskiej, pozostałe zaś, należały do trzech innych grup rasowych, które sprawdzano na trasie rajdu. Kołochoz im. K. E. Woroszyłowa wyprawił na rajd dwóch swoich przodowników pracy: Bek Murada i Aszyr Kuli, dając im dwa najlepsze ogiery: czystej krwi Araba i anglo-tekińca Dor Depele z poleceniem, aby lepszego z nich podarowali Woroszyłowowi (względnie, w innej wersji: Budionnemu).[8] Lepszym okazał się Arab. Niestety, nie sposób znaleźć pełnej listy koni, które brały udział w rajdzie – z łatwością za to można odnaleźć listę jeźdźców: zostali odznaczeni orderem Czerwonej Gwiazdy i listami pochwalnymi Centralnego Komitetu Wykonawczego (rządu) ZSRR. Kołchozy, które dostarczyły koni, otrzymały w zamian samochody ciężarowe (biorąc pod uwagę potencjalną rynkową wartość tych koni, gdyby doszły bodaj do Warszawy, a nie do Moskwy, to te nędzne ciężarówki wydają się bardziej obelgą niż jałmużną – ale taki był ten system…).

Wynik tej próby podsumował, jak zwykle w prostych, dosadnych słowach właściwych dla carskiego wachmistrza, świeżo mianowany marszałkiem Związku Radzieckiego Kliment Woroszyłow: „Еще недавно кое-кто считал туркменскую лошадь «жидковатой» и потому, якобы, непригодной для кавалерии в Европейской части Союза. Но теперь доблестные победители гигантского пространства делом доказали неправильность этих взглядов”, co się przekłada następująco: „Jeszcze niedawno byle kto uważał, że koń turkmeński jest „żydkowaty“ i dlatego, jakoby, nieprzydatny dla kawalerii w europejskiej części Związku. Jednak teraz znakomici pogromcy gigantycznych przestrzeni czynem dowiedli nieprawdziwości takich poglądów.“

Niestety, w żaden sposób nie udało się ustalić, jak konkretnie została wykazana wyższość koni czystej krwi (badano im tętno i krew? Po prostu oceniano po wyglądzie? Czy też na poszczególnych etapach ścigano się i one przychodziły pierwsze?). Jedyne, czego można się dowiedzieć z ówczesnej (i dzisiejszej) literatury, to że konie czystej krwi achałtekińskiej: Arab, Dorkusz, Al-Sakar, Titanik, Al-Kusz, Mele, Al-Bilek, Maro, Sulgun i inne szły bardzo dobrze, podczas gdy ogiery półkrwi Dor-Depel i Burnok bardzo osłabły. 6 lipca 1935 w jednej z publikacji na temat rajdu N. Putilin pisał: „Doskonale idą jomudy i achałtekińce, gorzej anglo-tekińce“ i dalej: „Wbrew powszechnym obawom kamienisty gleby Ust‘-Urta nie przyniosły szkody achałtekińcom“.[9]

Rajd został skonsumowany propagandowo na dwa sposoby. Z jednej strony, niewątpliwie inspirowani przez lokalnych, turkmeńskich działaczy komunistycznych kołchoźnicy z Turkmenii (w rajdzie brały udział tylko konie hodowane w sektorze „kołchozowym“ – z czego można domniewać i to, że w sektorze „państwowym“ koni czystej krwi już nie było, bądź też nie przywiązywano do nich wagi), zapewnili sobie możliwość dalszej hodowli koni turkmeńskich w czystości krwi – i od tej pory robił to także „państwowy“ Konny Zawod w Aszchabadzie, a potem także inne państwowe stadniny w Związku Radzieckim. Z drugiej strony, władze centralne mogły wykazać, że kolektywizacja rolnictwa przynosi postęp także i w tak zacofanych i odległych od centrum miejscach jak pograniczna Turkmenia. Zostało to skwapliwie wykorzystane przez sowiecką machinę propagandową. Oczywiście konie z Moskwy już do Turkmenii nie wróciły. Co jest jednak materiałem na następną opowieść…

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI SIEDEMNASTEJ

[1] M. Czapski, op. cit., t. II, str. 240 i nn.
[2] www.equiros.ru: Konnyje probiegi: istoria i sovriemiennost’, 1999
[3] Jak się zdaje jednym z głównych powodów tej prawdziwej masakry koni miejscowych była zła taktyka ich jeźdźców: po co próbowali od startu ścigać się z anglikami, zamiast odpuścić im i jechać swoim tempem, licząc na to, że „wypieszczony“ koń z Zachodu po 40, 50 czy 100 km sam się zmęczy i odstanie? Cóż: cały problem zasadzał się na urażonej dumie i irracjonalnych resentymentach, trudno zatem wymagać od porażonych takimi przypadłościami racjonalnej taktyki.
[4] www.equiros.ru: Konnyje probiegi: istoria i sovriemiennost’, 1999
[5] S.P. Urusov, op. cit., str. 138
[7] Julia Kuzniecowa, K 70-letiu konnovo perehoda Ashgabad – Moscva, Akhalt-Inform, 2005, za: www.maak.ru
[8] Co i tak nie ma znaczenia, bo przecież ani jeden, ani drugi, nie mógł tego konia zatrzymać na własność.
[9] J. Kuzniecowa, op. cit.

12 komentarzy:

  1. 1. Pisząc, że dolew krwi angielskiej do achałtekińców nic by nie dał masz an myśli, że nic by nie dał w celu hodowlanym (dla dalszych pokoleń)?

    2.Czy nie ujawniłby się u takiej mieszanki efekt wybujałości, dając co prawda przez jedno pokolenie, ale zawsze poprawę wartości konia?

    3.Czy takie konie u których stwierdza się (bo chyba można to stwierdzić badając przodków?) efekt wybujałości są mniej cenione (finansowo), bo ich potomkowie nie odziedziczą po nich tak dobry cech?

    OdpowiedzUsuń
  2. A na takich wielotysięcznych wyścigach są jakieś punkty kontrolne czy miejsca gdzie konie mogą się najeść owsa, napić wody, czy też muszą same znaleźć jedzenie i wodę?

    OdpowiedzUsuń
  3. Zjawisko wybujałości przy takiej krzyżówce nie zachodzi.

    Zjawisko to nie zachodzi zresztą także przy krzyżówce konia achałtkieńskiego z koniem małopolskim - zdaje się natomiast zachodzić w przypadku krzyżówki z koniem wielkopolskim.

    Brak jest danych które pozwalałyby jakiekolwiek wnioski z tych przesłanek wyciągać co do pokrewieństwa lub braku pokrewieństwa poszczególnych ras koni.

    Wartość użytkowa konia a jego wartość hodowlana to są dwie różne sprawy. Koń może być bardzo cenny użytkowy i nie mieć żadnej wartości hodowlanej - jeśli np. jest wałachem. Ceny cennych koni są tak abstrakcyjne, że "przetłumaczenie" tego na pieniądze jest już całkowicie dowolne...

    Oczywiście że podczas tak długiego rajdu konie normalnie jedzą, piją i śpią. Po przejściu określonej normy - od 30 do 100 km dziennie, zależnie od warunków. Teraz. Bo kiedyś to różnie było...

    OdpowiedzUsuń
  4. w krajach cywilizowanych dziś takich "maratonów" się nie organizuje a w dyscyplinach które się ostały wąska specjalizacja dyktuje priorytet hodowlany

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie organizuje się już takich zabójczych maratonów jak ten pomysłu Wilhelma II. Ale co do tego, że można sobie jechać na koniu gdzie oczy poniosą, to przecież - można. Mój przyjaciel Sebastian Karaśkiewicz dwa lata temu pojechał sobie nad Morze Czarne i wrócił.

    Poza tym nie lubię terminu "kraje cywilizowane". Jeśli nie jest użyty ironicznie - implikuje co najmniej małą wiedzę o świecie, a jeszcze mniejszą - o własnej przeszłości...

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam!

    Ja jestem ten wygoniony anonimowy (piszę, żeby Pan wiedział, którego posta skasować). Pozwoliłem sobie tu zajrzeć i napisać po dłuższej nieobecności.

    Rozumiem, że zajmuje się Pan wciąż historią tej rasy, a nie teraźniejszością, bo do historii ona należy? Czy może to Pana zawodowe zboczenie? Na stronach hodowców koni holsztyńskich czy arabskich można raczej znaleźć informacje o celu hodowlanym, użytych ogierach, etc. Tak, że od razu widać, że rasa żyje, że stoi za nią jakaś logika inna niż historyczna jedynie..

    Pozdrawiam

    nielubiany ale anonimowy

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie zdziwię się, gdy tak ostentacyjnie szyderczy komentarz zostanie przez właściciela bloga usunięty.

    Cykl traktuje o historii rasy, i zgodnie z kierunkiem obrotu wskazówek zegara, podąża od czasów zamierzchłych ku teraźniejszości.
    A rasa żyje, choć w Polsce tylko poprzez pojedynczych przedstawicieli. Co może się kiedyś zmieni, a zmiana ta być może będzie też w jakimś stopniu efektem pisania i działania Jacka.
    ----------------


    Do autora: wciąż nie jestem przekonana, że "Historia.." wydana drukiem nie ma szans znaleźć nabywców.

    OdpowiedzUsuń
  8. Akurat w tym przypadku Pan Anonimowy ma rację: konie achałtekińskie to cenny zabytek przyszłości. Nie istnieje możliwość aby kiedykolwiek w przyszłości miały takie znaczenie jak konie holsztyńskie lub hanowerskie obecnie. Chyba, że oddamy wszystkie czołgi na złom i znowu zaczniemy wywijać lancą... - co, wybaczcie, ale nawet w konwencji post-peakoilowej katastrofy nie mieści mi się w głowie.

    Ten cykl żeruje na moich wcześniejszych artykułach i na pracy (po)dyplomowej dla Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Skądinąd napisanej w odwrotnym porządku, bo genealogicznym - czego tutaj zastosować nie chciałem, jako że odwróceniu porządku biegu czasu przy opowieści snutej odcinkami niezmiernie by myliło Czytelników: łatwo by było zapomnieć, kto był czyim pradziadkiem. Do współczesności zatem dopiero docieramy...

    Próbowałem "Historią..." zainteresować różne wydawnictwa. Bez rezultatu. Materiał jest stanowczo zbyt egzotyczny. Oczywiście: w ramach tego cyklu nie wyczerpuję całości zagadnienia, wersja drukowana mogłaby być o wiele obszerniejsza!

    OdpowiedzUsuń
  9. No i proszę: podświadomie napisał mi się "zabytek przyszłości", zamiast "zabytek przeszłości" jak być powinno... O czym to świadczy..? O tym, że powinienem sobie zrobić drugą kawę :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Hm między przypuszczeniem "rasa nie żyje" a "rasa ma mniejsze znaczenie niż holsztyn" jest pewna przestrzeń ;)
    i o to mi chodziło w moim komentarzu laika.

    Niepotrzebnie odebrałam emocjonalnie wpis anonimowego.
    A przejęzyczenie - hm może jest znaczące! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. ja mam dwie kwestie do tego odcinka (raczej do komentarzy):

    1- jak kolega pojechal i wrocil? czy trzeba po kazdej granicy oddac zwierza do jakiejs panstwowej kwarantanny i wozic ze soba segregator dokumentow na wszystko? pytam powaznie bo nigdy zadnych zyjatek malych ni duzych nie przewozilem. A jakbym tak z glupa polecial do Duszanbe, kupil jakas dzika kobyle i na niej przyjechal do Polski. zakladajac ze obydwoje nie padniemy po drodze to sie tak da?

    2- nie wiem ile taka ksiazka by kosztowala ale cykl jest na tyle ciekawy ze kupilbym to nawet po angielsku czy rosyjsku

    OdpowiedzUsuń
  12. Państwowe kwarantanny to już przeszłość. Przed wyjazdem koń przechodzi kompleksowe badania wedle szczegółowej specyfikacji wymagań wszystkich państw jakich granice trzeba przekroczyć. Dostaje się segregator dokumentów i jedzie - starając się trafić na kolejne granice w terminach wcześniej uzgodnionych (bo przyjazd na granicę ze zwierzęciem trzeba wcześniej zgłaszać).

    Rajd z Duszanbe można by potraktować jako "imprezę sportową", a wówczas wymogi są uproszczone. Zresztą, w takiej sytuacji, biorąc pod uwagę zrozumiałe ambicje i dumę miejscowych, chyba nie byłoba trudno o wysoką protekcję...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...