czwartek, 13 stycznia 2011

Czas vatermörderów


Ogłosiłem na Agepo.pl koniec ery luzowania gorsetów. Pora ustalić, co się za tym kryje..? Szczególnie, że dzięki wypłacie z „Końskiego Targu“ właśnie sobie przywiozłem wcale zacny trójniaczek z „Pierdonki“, koza grzeje, jest miło, ciepło i radośnie – można się pośmiać.

Jak chodzi o panie, sprawa jest w miarę jasna. Nie, żebym był jakimś zdeklarowanym fetyszystą czy zwolennikiem pin-upu, ale nie da się ukryć – trudno byłoby znaleźć pana, któremu by się pani w gorsecik, pończoszki, pas do pończoch i wszystkie temu podobne wynalazki, które tak utrudniały intymne pożycie naszych pradziadów 100 lat temu odziana – nie podobała. Z książek Joanny Chmielewskiej i od Lepszej Połowy wiem, że to podobno strasznie dla pań niewygodne. Trudno. Pomijając względy erotyczne: o wiele łatwiej jest taki rynsztunek wyprodukować z naturalnych surowców pozyskanych w samowystarczalnym gospodarstwie ekologicznym (fiszbin na gorsety też się znajdzie! To nieprawda że wielorybom grozi zagłada… a poza tym, to bardzo trwały materiał!), niż samonośne pończochy z syntetyczną lycrą…

Gorzej z nami, drodzy panowie. Znacznie gorzej! Nadchodzi bowiem… czas vatermörderów! Narzędzia tortur dość wiernie opisanego w znanej powieści Dukaja „Lód“ (Lepsza Połowa ogłosiła bodaj wczoraj, że Dukaj jest wtórny wobec Pynchona: z pokorą przyznaję, że brak mi kompetencji do dyskusji z tym orzeczeniem, przyjmuję je zatem z dobrodziejstwem inwentarza za własne…). Usztywnionego krochmalem. Albo – jak podpowiada mi zza pleców Lepsza Połowa – oszczędnościowo: specyfikami do impregnacji papieru (bo rzadziej trzeba było prać: starczyło zetrzeć brud zwykłą gumką do ołówka…).

Do tego sztywny jak pętla wisielca krawat z naturalnej, grubo tkanej bawełny. Długie skarpety z tamującymi obieg krwi w odnóżach podwiązkami pod kolanami. Cywile przynajmniej będą mogli poruszać się w miarę swobodnie. Wojskowym grożą „łosiowe“ spodnie tak obcisłe, że dało się je włożyć tylko po namoczeniu – zaś właściwa dla wieku XIX wstydliwość sprawiała, że krawcy osobliwości męskiej anatomii pomijali całkowitym milczeniem swych nożyc i igieł, niejeden ród skazując w ten sposób  na bezpotomne wymarcie.

Doprawdy nie wiem, czy nie lepiej byłoby w tej retrogresji pójść kawałek dalej i cofnąć się do obszernych, przewiewnych, o wiele lepiej i do anatomii i do klimatu dostosowanych – kontuszy..? Z prostą koszulą i luźnymi, wschodnimi w kroju hajdawerami pod żupanem (hip-hopowcom by się spodobało!)..? Tylko: czy będziemy mieli wpływ na to, co nosimy..? Nie wydaje mi się. Na początku XIX wieku, kiedy się zmiana stroju u nas po raz pierwszy dokonała, mężczyźni nic w tej sprawie nie mieli do gadania. Po prostu panie in corpore uznały, że żupan i kontusz jest demodé, za to frak – come il faut. I stąd już w „Panu Tadeuszu“ wygodnie ubierają się tylko stare pryki, którym już i tak żadna maskarada w sukcesie reprodukcyjnym pomóc nie mogła.

Wracając na chwilę, ale tylko na chwilę – obiecuję – do śmiertelnej powagi naszych katastroficznych przewidywań: zwykło się nazywać okres sowieckiej dominacji „zamrażarką“. To zamrożenie nie tylko waśni narodowych, którym przez tyle lat nie wolno było dać głośno ujścia dotyczy. Stosunków rodzinnych jak najbardziej też. Przede wszystkim dlatego, że w systemie sowieckim lub na sowieckim wzorowanym, samotnik bez rodziny i przyjaciół skazany był na rychłą zagładę. Owszem – system robił co mógł, żeby więzy rodzinne, klanowe, plemienne i narodowe osłabić. Ale jednocześnie sama istota jego działania wymagała wręcz dla przetrwania – kumoterstwa. A jakie kumoterstwo jest lepsze, pewniejsze i tańsze – niż rodzinne..?

Mistrz Lem w opowiadaniu „Profesor A. Dońda“ daje prześmiewczy obraz tego stanu rzeczy. W fikcyjnym, socjalistycznym państwie afrykańskim, w którym dzieje się ta opowieść, konieczność utrzymywania jak najrozleglejszych nieformalnych kontaktów w celu zapewnienia sobie w miarę znośnej egzystencji (w sytuacji gdy wszystkie formalne i oficjalne metody jej zabezpieczenia są czystą fikcją) wymusza rozszerzenie modelu rodziny – dopiero seks grupowy daje wystarczającą liczbę partnerów, żeby w coraz to bardziej złożonym społeczeństwie dało się przynajmniej podstawowe potrzeby jakoś „pod stołem“ zaspokoić. To oczywiście tylko satyra i nic więcej.

Jeśli więc do dziś dnia w starszym pokoleniu Rosjan, Polaków, Rumunów, Węgrów – a nawet: Czechów (którzy zawsze mieli najwięcej dystansu i autoironii) czy wschodnich Niemców, dominuje tzw. „tradycyjny“, „patriarchalny“ model rodziny – to stało się tak nie bez przyczyny. Po prostu był to model optymalny dla przetrwania ciężkich czasów. Zapewniający maksimum spoistości i jedności działania.

Że wiązało się to i wiąże z ignorowaniem niektórych przynajmniej, indywidualnych pragnień i anarchicznych skłonności członków rodziny..? Taka jest niestety cena przetrwania.

Przyznam się tu Państwu, że sam z własną rodziną nigdy nie czułem się komfortowo. W moich stronach rodzinnych okazywanie emocji, a jeszcze okazywanie emocji – spontanicznie – nie należy do dobrego tonu. Pamiętam jak jako smarkacz niewiele od poziomu gruntu wyrosły, rozbeczałem się na pogrzebie ciotki, która wcześniej z nami mieszkała. Dostałem za to od matki wciry. Ciotki już kompletnie nie pamiętam – wciry tak. Jakoś od tamtej pory nawet na zdjęciu nie było mi z bliskimi najlepiej. Może bym to jakoś strawił, jako że z natury jestem dość potulny i skłonny do zgody, a nieskory stawiać na swoim – ale jak już wyjechałem na studia do Warszawy, to tak prawdę powiedziawszy: powrót w strony rodzinne był po prostu niemożliwy.

Na szczęście sam dzieci nie mam i mieć nie będę – więc się to na następne pokolenie nie przeniesie. Zaś emocjonale niedogrzanie zawsze można jakoś ukoić w ciepłym futerku Sylwestry albo w delikatnych chrapkach Osman Guli – jak już Lepszej Połowie nie chce się akurat przytulać.

Nie da się jednak ukryć, że nie jest to model do naśladowania. Stanowczo lepiej, zdrowiej, bezpieczniej – jest wszelkie takie drobne niedogodności rodzinnego pożycia przełknąć, nie dając po sobie znać że boli czy ziębi: i trzymać się w kupie. Kupą mości panowie – jak wiadomo – kupa śmierdzi, kupy nikt nie ruszy!

I jedyne co mogę zrobić dla przyszłych pokoleń to apelować: Drogie Panie! Nie zatrzymujmy się na sztywnej epoce krochmalonych vatermörderów! Zaiste, luz żupana i kontusza bardziej licuje z wyzwaniami niepewnej, post-peak-oilowej przyszłości! Może Wam w zamian te fiszbiny przynajmniej – podarujemy..? Jak sądzicie  – Panowie..?

20 komentarzy:

  1. Łał! Radość Twoja z przelewu i trójniaczek chyba spowodowały, że nie jest dla mnie jasnym, czy namawiasz nas do seksu grupowego, czy chcesz wcisnąć nas na powrót w gorsety? :-) I dlaczego to panowie mają decydować o noszeniu przez babeczki fiszbin? Jedno jest pewne, katastrofa, czy nie, w gorsecik nie dam się włożyć, niech żyje nonkonformizm i dekadencja!!! :-)))
    P.S. Styl pin-up jest super... na obrazku :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, że chodzi o seks grupowy w fiszbinach. Bo o cóż innego..? :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się zatem, że wreszcie zrobiło się na Twoim blogu tak frywolnie i trochę jakby... dekadencko? :-))) Do tego klimatu właściwszy byłby absynt.
    Co tu ukrywać, dziś nawet trójniaczka zazdroszczę, bom narzuciła sobie sama-tak dla zdrowia- tydzień abstynencji :-(

    OdpowiedzUsuń
  4. Dekadencja jest stałym motywem tego bloga. Zajrzyj do "Stulecia sekretarek" chociażby: http://boskawola.blogspot.com/2010/09/stulecie-sekretarek.html

    Tydzień szybko zleci. A wiesz jak cudnie będzie potem smakował pierwszy łyk... czegokolwiek, co wypijesz..?

    OdpowiedzUsuń
  5. Może nie na co dzień, ale gorsetom mówimy stanowcze tak!

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak sobie myślę, że dużo ma do rzeczy to jak młody ktoś jest. Jeśli chce się osiągnąć sukces reprodukcyjny, zwłaszcza z atrakcyjnym partnerem, to często jest się niemal zmuszonym podążać za modą. Mowa o ogóle, bo w wyjątkowych wypadkach nie gra to roli. Pewnym wyjątkiem od reguły są niektóre nastolatki, które celowo oszpecają się robiąc sobie obrzydliwe fryzury. Tzw. "pankówy" w tego typu zachowaniu przodują.

    OdpowiedzUsuń
  7. wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr!
    A niechby ktorys z szanowych panow zalozyl sobie taki gorset i poprobowal przez pol godziny usiasc, pojsc do kibla czy napic sie czegos.
    Moze zmienilibyscie zdanie. W tym nawet seksic sie nie da, bo nie mozna sie RUSZYC w zasadzie :(
    (wiem to z praktyki).

    Jak juz bym miala wybierac to gwoli wygody najlepsze byloby skrzyzowanie tradycyjnego stroju chinskiego (szerokie luzne spodnie i kaftanik) z eskimoskim (obfitosc luznych futer i czap na zime). Albo tak jak sie ubierali nasi slowianscy przodkowie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Toż właśnie proponuję we wspólnym interesie powrót do sarmatyzmu w modzie! Tyle, że to się raczej nie uda... Nie o to bowiem chodzi, co wygodne i praktyczne, a co nowe i atrakcyjne...

    OdpowiedzUsuń
  9. Chyba mamy jednak inne podejście do owego dekadentyzmu, ale to dobrze, bo nudno się robi, gdy każdy każdemu potakuje :-)))

    Wojtku, w dzisiejszych czasach sukces reprodukcyjny, czyli znalezienie odpowiedniego partnera (dziś niekoniecznie w celu płodzenia dzieci), oznacza chęć podobania się tym, którzy nam się podobają. "Pankówy" podobają się swoim chłopakom punkom i nie zależy im na zdaniu facetów zamkniętych w konwenanse. I oczywiście vice-versa :-)
    I futrzak ma rację. W gorsecie nic nie da się zrobić. Niech więc sobie one pozostaną, ale na obrazkach :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie, żebym kiedykolwiek zakładał, bo ja nie z tych , co mają takie potrzeby ;), ale empirycznie mogę powiedzieć, że jednak da się. Może to niekoniecznie był gorset-gorset a twór stylizowany na gorset i wyglądający jak gorset? Specjalnie sztywny raczej nie był, fiszbiny można zatem podarować :)

    Szpilki też są niewygodne a sprawiają, że ładnie panie wyglądają. Podsumowując... chcesz ładnie wyglądać kobieto/mężczyzno - cierp! Słowo dyktator mody jest bardzo trafnie dobrane.

    Z Twoją analizą dotyczącą "panków" się zgadzam - podnosi się poziom atrakcyjności względem jednej grupy a obniża względem reszty społeczeństwa. Też to jakaś strategia.

    Trochę podobnie robią niewiasty typu "solaris", które opalając się w solariach "na skwarka" podnoszą czasowo swą atrakcyjność w grupie docelowej. U nich dochodzi też taki czynnik, że jest to inwestycja ryzykowna - jeśli w ciągu kilku lat nie uda się znaleźć odpowiedniego, stałego partnera to poniesie się koszty takiego zachowania - zniszczona skóra, co obniży atrakcyjność danej kobiety.

    OdpowiedzUsuń
  11. I pomyśleć że kolejny rok męczę się z powieścią, dziejącą się w 2112, kiedy to po burzliwym (ale nie apokaliptycznym) XXI wieku kultura (czy moda) europejska wygląda praktycznie jak lata 1910-1914... A na Bliskim Wschodzie króluje Empire...
    Miło mi p raz pierwszy pojawić się aktywne na tym blogu, czytam go od jakiegoś czasu

    OdpowiedzUsuń
  12. Dlatego strategię "pankówy" (nawet tę nieświadomą) uważam za mądrzejszą. Po okresie buntu, po zmianie fryzury, wyłoni się z niej atrakcyjna dojrzała kobieta z doświadczeniem życiowym, zdolnością samodzielnego myślenia i tolerancją wobec wszelkich odmienności (wiem z autopsji, bo obserwowałam to środowisko, działając w subkulturze troszkę innej, mniej oszpecającej), a u "tipsiary" i "solary", nawet jeśli urody nie zniszczy UV, botoks, etc, na zawsze już pozostanie pustka w głowie.
    Oczywiście, pewnej męskiej grupie docelowej to nie będzie przeszkadzać, wszak takim wygodniej jest, jak babeczka będzie głupia, byleby ładna była.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Riannon

    Zmiana awatara jest słusznym krokiem!

    Jedna tylko drobna uwaga. Pojęcie "sukcesu reprodukcyjnego" ma tylko jeden sens - na gruncie teorii ewolucji. Bycie "dojrzałą kobietą", czy też "dojrzałym mężczyzną", ani też stworzenie zgodnej pary - nic z tym pojęciem nie ma wspólnego. Nie ma potomstwa - nie ma sukcesu reprodukcyjnego i koniec. Z punktu widzenia gatunku jako całości inaczej zresztą być nie może...

    OdpowiedzUsuń
  14. Taa, znam taką, która zupełnie niedojrzałą kobietą jest a sukces reprodukcyjny największy w rodzinie osiąga.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Wojciech:
    w wypadku kobiety to nietrudne. Wystarczy ze zlapie jakiegokolwiek osobnika meskiego na jednorazowy seks w odpowiednim momencie :)

    Sukces jednak to dopiero, jak do doroslosci potomka sie odchowa...

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiesz, ona naprawdę osiągnęła sukces, bo dzieci odchowane (rodzina pomagała, bo co dzieci winne za błędy matki?)

    OdpowiedzUsuń
  17. Oczywiście, sukces reprodukcyjny to jednoznaczny cel-zachowanie gatunku, czyli odchowanie jak największej liczby dzieci. Ja raczej skupiam się na nakładce kulturowej, która wykorzystując pierwotne mechanizmy, mające na celu osiągnięcie sukcesu reprodukcyjnego, dziś służy do znalezienia sobie partnera i stworzenia owego szczęśliwego, zgodnego związku. Biologia została tu zastąpiona egoistycznym rozumem. Egoistycznym, bo z punktu widzenia gatunku robimy źle, że na dzieci, z najróżniejszych względów, się nie zdecydowaliśmy, a dla nas samych dobrze, bo mamy wybór i skoro mieć ich nie chcemy, to nie będziemy mieli :-)

    Niestety, Wojtek ma rację. Z punktu widzenia ewolucyjnego największy sukces reprodukcyjny, prócz tych przez Ciebie wspomnianych, mają biedne, patologiczne społeczności popegeerowskie, co bardzo źle wróży dla ogółu społeczności.

    OdpowiedzUsuń
  18. Ale to w sumie pokazuje jaką wartością jest rodzina, zwłaszcza dla słabszych jednostek. I o to chyba chodzi. Jeśli żywi się kilkanaście osób to jedną, dwie więcej czy mniej nie jest aż tak trudno wyżywić. A i ilość osób, która może mieszkać w małym, dwu pokojowym mieszkanku wcale taka mała nie jest. Na własne oczy widziałem.

    OdpowiedzUsuń
  19. @Riannon
    IMO gorzej społeczeństwu jak przyrost naturalny u osób z rodzin patologicznych wróży, że osoby takie jak Ty czy Jacek dzieci mieć nie będą (przynajmniej tak deklarujecie, nie mam powodu by Wam nie wierzyć, choć wypadki chodzą po ludziach).

    A tak w ogóle to dzieci tej osoby to większości wartościowi ludzie, więc ta genetyka aż tak super istotna nie jest.

    OdpowiedzUsuń
  20. Na wypadki nie ma rady :-) Jak się zdarzy, to się odchowa i najważniejsze-wychowa :-)

    Rodzina, która wychowała owe dzieci na wartościowych ludzi po prostu wykazała się i chwała jej za to. Nie wiem, czy to jest norma, czy raczej odosobniony przypadek.
    Mnie przeraża widok (w TV, czasem na żywo) ludzi, którzy są na utrzymaniu pomocy społecznej, czyli nas wszystkich, co rok płodzą nowe dziecko, nie są w stanie przekazać mu żadnych wartości, czy nauczyć radzić sobie w życiu. Pewnie jedno takie dziecko na ileś wyrośnie na mądrego wartościowego człowieka, ale wg prawdopodobieństwa większość skończy, jak rodzice.
    Genetyka istotna jest, podobnie, jak teoria prawdopodobieństwa. Mówię to jako hodowca, który przy genach "manipuluje" :-)))

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...