wtorek, 18 stycznia 2011

Co by było, gdyby..?


Powinienem pisać dla „KT“ artykuł o udomowieniu koni (przy okazji – dzięki, Riannon, za inspirację, pogrzebyłem trochę, idąc tropem który mi wskazałaś – kultury Botai – i jakiś chleb z tej mąki będzie). Ale, tak prawdę pisząc, to czuję się zmęczony i chyba trochę przeziębiony. Może mi przejdzie w trakcie, to zabiorę się do roboty – na razie nie mam sił, pozostaje więc tylko dystrakcja…

Pisałem już tutaj o osobistej odpowiedzialności Augusta Aleksandra ks. Czartoryskiego za rozbiory i upadek I Rzeczypospolitej. Zaś na moim ulubionym forum próbowałem, bez większego zainteresowania ze strony współużytkowników, pogdybać sobie na temat tego, co powinien był zrobić, żeby i władzą zdobyć i potęgę rodu ugruntować i jeszcze przy okazji (ale naprawdę przy okazji..!) Rzeczpospolitą ocalić. Do konkretów jakoś jednak nie doszliśmy, choć i to jest cenne, że chyba udało się wespół w zespół określić, co było możliwe i strawne dla carycy, a co niemożliwe lub niestrawne – a to już coś!

Żeby zacząć od początku, a nowo przybyłego Czytelnika w temat wprowadzić: August ks. Czartoryski, przywódca ugrupowania magnackiego zwanego „Familią“ (ugrupowanie to – z tajemniczych zupełnie względów – ma „dobrą prasę“ w szkolnych podręcznikach, więc pewnie Czytelnik wie, że takowe było…) pod koniec panowania Augusta III wpadł na pomysł, że pognębi konkurentów do władzy nad Rzeczpospolitą – tj. głównie Radziwiłłów i Potockich forujących wówczas wybór na tron kolejnego Sasa po spodziewanej już śmierci Augusta III. A pognębi ich w taki sposób, że dogada się z Rosją i przy rosyjskiej pomocy wprowadzi na tron… własnego syna: Adama Kazimierza ks. Czartoryskiego. Co mu się udało tylko częściowo: Katarzyna II propozycję przyjęła, groszem dla Czartoryskich i familiantów sypnęła, wojska rosyjskie do Rzeczypospolitej wprowadziła, ale królem uczyniła nie Adama Kazimierza ks. Czartoryskiego, tylko szerzej nie znanego Stanisława Antoniego Poniatowskiego, wprawdzie też po kądzieli z Czartoryskimi spokrewnionego, ale z dość biednej (jak na magnaterię…), nie dzierżącej nigdy ważnych urzędów, świeżo z prostego stanu szlacheckiego awansowanej rodziny – przy tym: kochanka Katarzyny z czasów, gdy ona była tylko żoną następcy tronu (czyli „wielką księżną“), a on: swego rodzaju praktykantem, bo „członkiem orszaku“ - sekretarzem brytyjskiego poselstwa w Petersburgu (o takich „przyjaciołach posła“ i ich roli pisałem skądinąd w „Historii sekretnej…“), a potem: posłem saskim.

Za czym ks. August się obraził i na nowo mianowanego króla (tu akurat o tyle miał rację, że Stanisław Antoni dość długo za plecami ks. Augusta z Katarzyną w tej sprawie spiskował i zwyczajnie seniora rodu – wykorzystał!) i na Katarzynę. Od czego – zdaje się: właśnie ta „dobra prasa“ w podręcznikach do historii, bo nagle zwykłe, niczym się nie różniące od pozostałych, stronnictwo magnackie, którego jedynym istotnym celem była maksymalizacja korzyści osobistych i politycznych jego członków – urosło do rangi „patriotycznej opozycji“. Ha! A jakie mieli inne wyjście..?

Wszelkie gdybania zacząć trzeba od prostego stwierdzenia, które już poprzednio Państwu tu podałem: ks. August był zwyczajnie naiwny wierząc, że Katarzyna wprowadzi na tron polski jego syna. Nie wiem zresztą, czy na tym stwierdzeniu nie należałoby w ogóle poprzestać, bo jest to naiwność z gatunku piramidalnych. Jak mówi znane powiedzonko: „to nie błąd – to wielbłąd!“ Katarzyna miałaby wprowadzać na tron polski człowieka za którym stał majątek szacowany na ponad 100 mln ówczesnych złotych (wielokrotnie zatem większy niż cały budżet państwa…), prywatna armia niewiele mniejsza od państwowej i poparcie połowy najmożniejszych rodów Rzeczypospolitej..? A to w jakim celu..? Z dobroci serca..? Z sympatii dla rodziny? Ks. August chyba tak właśnie sądził – bo czynił potem synowi w listach wyrzuty, że ten się do carskiej łożnicy dał Poniatowskiemu wyprzedzić…

Wobec takich dowodów braku politycznego rozumu i zwykłego rozeznania w sytuacji oczekiwanie, że to właśnie „Familia“ miałaby cokolwiek dobrego dla kraju zrobić, trąci niepodobieństwem. To już lepiej rozważyć wariant – co by było, gdyby Katarzyna propozycji ks. Augusta jednak nie przyjęła..? 

Wówczas królem polskim prawie na pewno zostałby Fryderyk August Wettin. Korony podobnoż nie chciał, tj. nie chciał jej dla niego stryj, Fryderyk Ksawery, który nad 14-letnim zaledwie elektorem saskim osieroconym prawie jednocześnie przez dziadka i ojca, sprawował opiekę – ale przecież w końcu by naleganiom zgodnym Polaków uległ. Robiłby to samo co robił później jako – z łaski Napoleona – wielki książę warszawski, czyli rezydował w Dreźnie, sprawami polskimi zajmując się jak najmniej – i jakoś byśmy pewnie do tegoż właśnie Napoleona przebiedowali. Potem zaś, koniunktura by się zmieniła o tyle przynajmniej, że Austria i Prusy chwilowo nie odgrywałyby większej roli na arenie dziejów i niezależnie od tego, czy Rzeczpospolita byłaby rosyjskim satelitą przygotowującym się na odparcie napoleońskiej inwazji, czy też francuskim, przygotowującym się do inwazji na Rosję (o wiele zresztą – przy założeniu, że granice nasze pozostałyby nieuszczuplone aż do tego czasu – łatwiejszej…): tak, czy inaczej, konieczne reformy by nastąpiły. A gdyby nas nawet Napoleon podzielił, co też być mogło – to przecież kongres wiedeński chyba by nas na powrót scalił, skoro zwykł takie niesprawiedliwości „tyrana z Korsyki“ naprawiać..? Fryderyk August miał zresztą dobry „pijar“ i również dzięki temu Prusom nie udało się w Wiedniu całej Saksonii połknąć, jak chciały – w zasadzie wszyscy poza carem Aleksandrem I, który miał w zamian dostać dla swojej „Kongresówki“ Wielkopolskę, byli temu przeciwni.

Tak dobrze jednak nie ma. August Aleksander ks. Czartoryski wpadł na pomysł wezwania na pomoc Katarzyny – a ta ofertę przyjęła, bo dlaczegóżby miała tego nie zrobić..? Tak więc układanie scenariuszu alternatywnego powinno te fakty uwzględniać. Siłą rzeczy zatem, musi to być scenariusz oparty na założeniu, że ks. August jest lepszym politykiem niż rzeczywiście był. Jest to, ma się rozumieć, założenie ryzykowne. Raz dlatego, że nikt z nas nie siedzi w głowie ks. Augusta i tak naprawdę to przecież nie wiemy i wiedzieć nie możemy, co go do tak nierozsądnego zachowania skłaniało. A dwa – że przyjmując takie założenie trudno jest nam rozdzielić to, co wiemy z perspektywy dwóch i pół wieku od tego, co jak możemy zakładać – powinien był wiedzieć nasz bohater. Łatwo zatem o błąd. Ja przypisuję ks. Augustowi niską żądzę władzy – trochę przez przekorę wobec podręczników szkolnych, które w „Familii“ same cnoty widzą. Może to jednak rzeczywiście był patriota co się zowie – tylko, jak to zwykle w Polsce patrioci: głupi..?

Dylemat: nieskuteczny karierowicz zaślepiony nadmierną ambicją – czy głupi patriota bez elementarnego rozeznania rzeczywistości? To dopiero pokazuje głębię naszego upadku! Bo czy wiele da się znaleźć postaci, które by poza te dwa wymiary wykraczały – w naszych dziejach ostatnich trzech wieków..?

Jak już pisałem poprzednio, ks. August powinien był z góry założyć, że jego syn na pewno królem nie zostanie. Takiej kandydatury ani Katarzyna ani Prusy, z którymi caryca dla dokonania  „wyboru“ polskiego króla podpisała 11 kwietnia 1764 traktat – na pewno by nie zaakceptowały. Stanisław Antoni (lub postać równoważna mu kalibrem i „siłą ducha“ – bo i o łatwość manipulowania nowym królem carycy jak najbardziej chodziło…) był nie do uniknięcia. I tak jak poprzednio napisałem, powinien był ks. August z tym faktem się pogodzić – i próbować przynajmniej obrócić go na swoją korzyść. Tj. rządzić Rzeczpospolitą tak, jak pierwotnie zamierzał, tylko nie przy pomocy syna, a przy pomocy – gamoniowatego skądinąd i uległego siostrzeńca. Dbając tylko o to, żeby się temu ostatniemu w głowie nie przewróciło, czemu znakomicie służyłoby utrzymanie strategicznego sojuszu z Katarzyną ponad głową jej mianowańca.

Na czym taki sojusz mógłby polegać? I czy Katarzyna w ogóle potrzebowała jeszcze ks. Augusta i jego stronnictwa gdy już jej się udało swojego pupila na tronie osadzić?

Cóż: to zależy od tego, co by carycy ks. August zaoferował. A moim zdaniem miał co oferować. Ostatecznie protektorat rosyjski nad Polską był mimo osadzenia na tronie pupila carycy dalej niepewny i nietrwały. Rosja nie była jedynym opiekunem i protektorem Rzeczypospolitej. Swoje wpływy zachowały Prusy i Austria – a jak pokazało wkrótce doświadczenie, mieszać w tym kotle potrafiły też i mocarstwa geograficznie bardziej odległe, bo w końcu za czyje pieniądze robiono „konfederacę barską“, jak nie za francuskie..? Tak niepewny, nietrwały, wymagający ciągłej obecności wojskowej i uwagi protektorat nie mógł spełniać swojej podstawowej roli: bufora, osłaniającego planowaną przez Katarzynę na wielką skalę ekspansję Rosji na południe, w stronę Bosforu i Dardaneli (jak myślicie, dlaczego jej drugi wnuk, skądinąd dobrze nad Wisłą potem znany, miał na imię Konstanty..? Bo babka planowała dla niego tron – w Konstantynopolu właśnie…). Za zmianę tego stanu rzeczy caryca mogła co nieco ks. Augustowi zapłacić…

Oczywiście, jest to zdrada stanu ze strony ks. Augusta Aleksandra. Jednak, czy zawierając poprzednie porozumienie z Katarzyną, biorąc od niej pensję na utrzymanie i rozbudowę swoich prywatnych wojsk i opłacenie stronników i zapraszając do Rzeczypospolitej rosyjskie wojska, ks. August już zdrady stanu nie popełnił? Popełnił, jak najbardziej. I nic go w tej sytuacji nie usprawiedliwia, że nie poszedł krok dalej. Ponieważ pełny, efektywny i obustronnie korzystny układ powinien iść dalej niż wprowadzenie na polski tron carskiego mianowańca. Uważam, że ks. August mógł zaproponować carycy przekształcenie Rzeczypospolitej w wyłączny protektorat rosyjski (a więc „wykolegowanie“ Prus i Austrii i eliminację wpływów innych mocarstw) z opcją albo całkowitej aneksji, albo wprowadzenia na tron polski kolejnego carskiego mianowańca (a choćby i Romanowa, gdyby taki był już do dyspozycji – w roku 1764 caryca jeszcze wnuków nie miała…) – po śmierci Stanisława Antoniego ma się rozumieć.

W zamian powinien był wymóc na carycy nie tylko pomoc we wprowadzeniu na tron jej mianowańca, ale i – w pacyfikacji potencjalnej opozycji oraz uchwaleniu wcześniej przygotowanego i uzgodnionego pakietu reform, które by z Rzeczypospolitej czyniły kraj łatwiejszy w rządzeniu, a rządy nad nim oddawały niepodzielnie ks. Augustowi i jego potomkom…

Oczywiście ta pacyfikacja opozycji siłą rzeczy musiałaby uwzględniać „wrażliwość“ Prus i Austrii, chwilowo ciągle mocno siedzących w siodle – i przynajmniej części  najbardziej prominentnych stronników tych mocarstw na listy proskrypcyjne wpisać by się nie dało, bo by ich odnośne ambasady uchroniły. Tak czy inaczej jednak, korzystając z obecności wojsk rosyjskich trzeba było zaraz po zawiązaniu „konfederacji wieczystej“ na sejmie konwokacyjnym część przynajmniej potencjalnych opozycjonistów zamknąć pod kluczem. Na forum zaproponowałem, żeby ich wysłać do (na razie wolnej) Australii i tam zostawić. Co miałoby tę zaletę, że gdyby mimo wszystko (chcieliśmy źle – a wyszło jak zwykle!) sprawy potoczyły się tak samo jak się naprawdę potoczyły, to przynajmniej byłoby dokąd uciekać. Jest to jednak drogie w realizacji rozwiązanie i mało prawdopodobne, by ktoś na nie w epoce rzeczywiście wpadł. Pozostaje zatem, tradycyjnie, Kaługa i temu podobne lokalizacje.

Dalej, trzeba było działać dwutorowo. Oficjalnie i jawnie reformując szkolnictwo i morale publiczne (prawdziwą rewolucją by było, gdyby tak na biskupów mianować księży rzeczywiście wierzących w Boga..! Tylko – czy takich by się w tej epoce udało znaleźć..? Poza tym: na to na pewno żaden z naszych bohaterów by nie wpadł, pomysł jest zbyt jak na epokę rewolucyjny, dopiero Napoleon coś takiego robić zaczął..). Dobrym krokiem w tym ostatnim kierunku było wprowadzenie „mundurów wojewódzkich“ przez Stanisława Antoniego. Trzeba było iść jeszcze dalej.

[Tu była przerwa w pisaniu. Przed oknem naszej chatki przedefilowało rządkiem stado ok. 30 dzików. Coś je musiało wypłoszyć, bo powinny już o tej porze spać, zaszyte w którymś z otaczających nas zagajników. Nim wybiegliśmy – zdołały się schować. Koniowate długo jednak będą jeszcze wypatrywać świńskiego towarzystwa po krzakach, popuszczając od czasu do czasu stres – kupki…]

O czym to ja..? Acha! O morale publicznym. To byłby w sumie najistotniejszy punkt całego programu. W opinii popularnej pokutuje wizerunek Sarmaty – warchoła i indywidualisty. Jak wiele razy już tutaj pisałem – nieprawdziwy. Szlachta nasza żyła bowiem stadnie, gromadnie i pospólnie – a najważniejszą cechą sarmackiej umysłowości był konformizm wobec opinii podobnych sobie. Wszystko zatem, co jest potrzebne dla wprowadzenia zdrowego zamordyzmu, już było na miejscu – tylko trzeba było treść tej sarmackiej opinii publicznej odpowiednio zmanipulować. Co, koniec końców, nie było takie trudne.

Starczyło bodaj rozszerzyć nieco pomysł owej „konfederacji wieczystej“. Organizując konfederacje wojewódzkie i powiatowe, które by już o dyscyplinę i konformizm, każda na swoim terenie – zadbały. Wszystko, ma się rozumieć, pod szczytnymi hasłami oświecenia i rozumu, których żadna z ościennych potęg kwestionować by nie mogła – a „Semiramida Północy“ mogłaby jeszcze jeden laurowy listek do wieńca, który już jej Wolter i Diderotem wili, dodać.

Ani podejrzewając, jakie mogą być owej zmiany skutki uboczne. Nieoficjalnie bowiem, acz również we współpracy z Katarzyną (za to w tajemnicy przed pruskim i austriackim konkurentem), trzeba by też było choć trochę aparat skarbowo – policyjno – wojskowy Rzeczypospolitej upgrade’ować, coby ów potencjalny, a na razie jeszcze nie istniejący Romanow, który miałby na jej tronie Stanisława Antoniego zastąpić, miał czym i jak w przyszłości rządzić. Być może także wykorzystując dobry i wart upowszechnienia pomysł „konfederacji wieczystej“ (taka prefiguracja monopartii monopolizującej władzę i zarazem stanowiącej jej administracyjne narzędzie – z braku lepszych nieomal jedyne – w drugiej połowie XVIII wieku: dziwne..? Ale przecież „konfederację wieczystą“ ks. August naprawdę wymyślił był – to czemu nie miałby tego pomysłu bardziej eksploatować, ku własnej i carycy korzyści..?).

Wstępna pacyfikacja plus zdominowanie szlacheckiej opinii publicznej plus  zamaskowany pozorami konfederacji upgrade aparatu władzy – i ks. August niepodzielnie i absolutnie panuje nad Rzeczpospolitą jak chciał. Tyle, że na razie jest uzależniony od carycy, a jego rządy jej interesom służą. Trudno. My wiemy, że starczyło poczekać nieco ponad 40 lat. Ale przecież i ówcześni wiedzieli, że ludzie rodzą się – i umierają, i że caryca, jakkolwiek w roku 1764 ciągle jeszcze młoda i imponująca jędrnym biustem słusznych rozmiarów, też żyć wiecznie nie będzie. A stan taki jak opisałem gwarantował dotrwanie w jednym kawałku i we w miarę dobrej kondycji co najmniej do śmierci Stanisława Antoniego – które zaś z dwojga byłych kochanków pierwsze ten padół łez opuści, przewidzieć wprawdzie nie sposób, ale też nic nie wskazywało na możliwość, że może tu ks. Augusta jakaś nagła a niespodziewana katastrofa spotkać. Stanisław Antoni jakkolwiek słabego charakteru i po zachodniemu zniewieściały (konno jeździł kiepsko, nie pił i nie ucztował), na zdrowie i kondycję fizyczną bynajmniej nie narzekał (osobliwe w towarzystwie niewieścim, gdzie cieszył się bardzo dobrą opinią…), zresztą jako się rzekło, w roku 1764 i tak żadnego Romanowa który mógłby go zastąpić nie było, a o aneksji całej Rzeczypospolitej przez Rosję też nie mogło być mowy – za bardzo by to równowagę europejską naruszało (zresztą rozbiory miały właśnie na celu owej równowagi zachowanie…). Byłby się więc Stanisław Antoni zużył przedwcześnie, to by się w jego miejsce innego figuranta wstawiło – i można by tę operację powtarzać dowolnie długo, póki sprawy nie dojrzeją do ostatecznego rozwiązania. A już ks. Agusta Aleksandra, a potem ks. Adama Kazimierza, który by pewnie schedę po ojcu przejął w tym głowa – by Rzeczpospolita dojrzewała do wchłonięcia przez Rosję dostatecznie powoli… I tu akurat nie trzeba żadnego patriotyzmu z ich strony zakładać, bo taki właśnie byłby ich własny interes!

Jakie mogłyby być długofalowe skutki takiej polityki..? Dotrwalibyśmy do Napoleona tak samo w jednym kawałku jak pod Sasem – tyle że w nieco lepszej kondycji jak chodzi o wewnętrzną spoistość i koherencję państwa. Raczej nie byłoby mowy o tym, żeby nas dzielić w tym momencie. Być może rzeczywiście, po śmierci Stanisława Antoniego na naszym tronie zasiadłby car Aleksander (ewentualnie opłacając się Prusom tym, co realnie wzięły w I zaborze – Austria już w tym momencie nie była w stanie upomnieć się o swój udział, car był jej potrzebny dla ratowania skóry…). Być może by nie zasiadł. Być może, koniec końców, na tron w Warszawie trafiłby Konstanty lub Mikołaj – tworząc tu secundogeniturę Romanowów. Już bez żadnego opłacania się Prusom.

Ciekawie wyglądałaby sprawa chłopska bez kodeksu Napoleona. Już w chwili osadzenia na tronie Stanisława Antoniego mieliśmy wśród naszych elit dobrze rozwiniętą anglomanię. Co prawda ograniczoną raczej do naśladowania angielskich obyczajów, mody, koni, zabaw, ogrodów i języka. Dopiero założenie przez cara i króla Aleksandra Szkoły Agronomicznej na Marymoncie i stadniny koni w Janowie Podlaskim rozpoczęło na szerszą skalę implementację także angielskiej rewolucji rolniczej. Może jednak, wobec braku takich wstrząsów jak kolejne rozbiory, konfederacja barska, powstanie kościuszkowskie itp. – przeszlibyśmy od mody do buraków, koniczyny i seradeli wcześniej, np. już w ostatniej ćwierci XVIII wieku..? W takim razie, wprowadzanie płodozmianu wymagałoby czegoś na kształt częściowego i pełzającego uwłaszczenia chłopów. Prawo polskie, w przeciwieństwie do kodeksu Napoleona, na dowolne rugowanie chłopów z ziemi nie pozwalało. Oczywiście, jak by się taki Radziwiłł czy Czartoryski uparł, to jedną czy drugą wieś był w stanie znieść z powierzchni ziemi, choćby siłą zbrojną (Radziwiłł „Panie Kochanku“ rzeczywiście zresztą powstanie swoich chłopów sam własnym wojskiem stłumił był w tym czasie) – wobec ciągle jednak ułomnego aparatu policyjnego państwa, nie da rady zrobić tak ze wszystkimi. Trzeba by zatem negocjować. I pewnie tak by się to skończyło, że część chłopów dostałaby większe i skomasowane gospodarstwa od których opłacałaby czynsz, większość zaś – musiałaby się zadowolić działkami przyzagrodowymi o minimalnych rozmiarach, pracując po dawnemu w pańskim folwarku lub manufakturze (najbardziej zaś przedsiębiorczy poszliby do miast). Wszyscy ci chłopi by się przy tym w ciągu jednego lub dwóch pokoleń – spolonizowali, całkowicie zmieniając etniczny obraz naszych późniejszych „Kresów“. Tak sądzę przynajmniej, bo oczywiście, wobec braku możliwości potwierdzenia tego eksperymentalnie – jest to przypuszczenie niemożliwe do udowodnienia…

7 komentarzy:

  1. Bardzo to interesujący koncept, że inteligentne dbanie o interes własny może przysłużyć się interesowi kraju. Teraz też jest zapewne podobnie. Publiczna propaganda głosi, że dzisiaj patriotyzm przejawia się inaczej, że to nie jest walka o granice, ale np. płacenie podatków. Lewiatan nie może oczywiście innej wersji uczyć dzieci, ale osoby myślące powinny się zastanowić. Czy rzeczywiście "patriotyczny" jest płacenie podatków, które w większości pożera hydra biurokratyczna rozkładająca nasz kraj? IMO nie, lepiej zagłodzić to raczysko.

    I teraz jeszcze to pytanie - czy to dobrze czy źle, że u nas było takie zacofanie? Czy chłopom w starym, bardziej feudalnym systemie nie było lepiej?

    OdpowiedzUsuń
  2. Super, bardzo się cieszę, że nawet bezwiednie, ale w jakiś sposób byłam pomocna. Życzę Ci powrotu do formy i zdrowia. Zobowiązuję Cię w takim razie do napisania mądrego artykułu! :-)
    Przy okazji tylko powiem, że z wielkim zainteresowaniem poczytuję sobie twoje wpisy o koniach i jestem pod ogromnym wrażeniem Twojego drobiazgowego podejścia do tematu. Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. @Riannon

    Podejście do tematu koni achałtekińskich w cyklu który prawie już zakończyłem jest bardzo powierzchowne. Bo jakbym miał wszystko na ten temat napisać...

    @Wojciechu

    Bezwgzlędnie masz rację - tym, czego w tej chwili potrzebujemy dla przetrwania jest odrobina tradycyjnej, sarmackiej anarchii. Co zresztą też już się samo z siebie dzieje - bo przy takiej inflacji prawa jaką teraz mamy, wykonywanie wszystkich obowiązujących przepisów, jest i tak niemożliwe. Choćby dlatego, że często są wzajemnie sprzeczne.

    To, że wprowadziliśmy płodozmian z ponad 100-letnim opóźnieniem per saldo raczej nam zaszkodziło niż pomogło. W "starych, dobrych feudalnych czasach" narodów w sensie ścisłym w tej części Europy nie było. Pisałem już o tym wiele razy: ogromna większość rzekomo "odwiecznych" tradycji polskiej (białoruskiej, ukraińskiej, litewskiej...) wsi jest bardzo świeżej daty, wywodzi się dopiero z czasów po uwłaszczeniu, czyli z drugiej połowy XIX wieku. A wtedy byliśmy pod zaborami - i ma to praktyczne konsekwencje. Takie m.in., że o ile do roku 1863 za "Polskę" uchodził teren sięgający Dniepru, to po tej dacie już się w ten sposób sensownie myśleć nie dało. Gdyby bodaj do częściowego uwłaszczenia doszło nimeśmy dali się sąsiadom rozebrać, prawie na pewno wyglądałoby to inaczej.

    A czy chłopom w tych "starych, dobrych czasach" rzeczywiście żyło się lepiej? Pod pewnymi względami tak. Nic zresztą niczego dziwnego w tym, że tylu u nas "czerwonych hrabiów" - bo poziom bezpieczeństwa socjalnego był nieporównywalny z tym, co się stało po uwłaszczeniu, kiedy już trzeba było sobie radzić samemu. Ale też, niewątpliwie, wszyscy byli wtedy - średnio - biedniejsi i częściej przymierali głodem...

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Wojciechu w zbiorach pańskiego "kolegi" znalazłem odpowiedż a propos chłopów feudalnych;)http://www.youtube.com/user/ArturJanMilicki#p/a/f/0/Q1630gZ6ku0

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze mnie zastanawia dlaczego uważasz, że uwłaszczenie chłopów wcześniej sprawiłoby, że zmieniliby się oni w Polaków a nie właśnie Białorusinów, Ukraińców..?

    OdpowiedzUsuń
  6. @Wojciechu

    Temat na osobny wpis. Ale ogólnie nowy sposób życia = potzeba nowych pojęć, które ten sposób życia pozwalają wyrazić = kształtowanie narodów jako takich. Pod zaborami działo się to pod ciśnieniem obcej władzy i pod obecnością obcej kolonizacji - więc ten proces został w pewnym sensie wypaczony. Nie mówiąc już o tym,że takiego sposobu uwłaszczenia jak w zaborze rosyjskim czy austriackim to nikt przy zdrowych zmysłach by nie wymyślił, zostało to celowo na złość Polaków w odwecie za ich ruchawki zrobione...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...