czwartek, 29 grudnia 2011

Zdziwienie

Przeforsowałem się wczoraj przy robótkach ręcznych, tj. przy machaniu siekierą i dziś zwyczajnie nic mi się nie chce robić. Najpierw długo siedziałem przed komputerem, a potem, po wywiezieniu kilku taczek guana, zabrałem się do leniwej, międzyświątecznej lektury. W ramach bowiem chwilowego rozpasania, kupiłem sobie zbiór opowiadań pt. „Głos Lema“ – rozlicznych autorów piszących „w stylu“ Mistrza.

Zdziwienie ogarnęło mnie przy czytaniu wstępu autorstwa Jacka Dukaja. Dowiedziałem się oto, że… Lema się już dzisiaj nie czyta! Że to taki sam „starożytny“ dla młodzieży autor, jak jakiś tam Mickiewicz, Sienkiewicz czy inny Białorusin znany głównie z podręczników szkolnych, skrótowych bryków i mniej lub bardziej nudnawych ekranizacji na które obowiązkowo chodzą całe szkoły. Z tą tylko różnicą, że ekranizacji Lem ma jednak stanowczo mniej od Sienkiewicza…

Cóż: nie jestem w stanie polemizować z tą tezą. Bo po prostu nie wiem. Nie robiłem żadnych badań na młodzieży w tej materii! Jeśli tak jest istotnie, to po raz kolejny przekonałem się, jakim jestem beznadziejnym zgredem… Skądinąd: dlaczego miałoby mnie to w ogóle obchodzić? Jeśli ktoś nie czyta lub nawet coś tam czytając nie ceni Mistrza – tym gorzej dla niego! Oznacza to li i jedynie, że jest idiotą, z którym nie warto rozmawiać, bo i nie ma o czym… Czy to mój problem? W żadnym razie..! To wyłącznie problem tych, którzy Lema nie czytają, lub nawet coś tam czytając – nie cenią.

Czy w związku z tym należy zmuszać do czytania Lema, na ten przykład zwiększając liczbę jego dzieł w szkolnym curriculum? Ależ w żadnym razie! Po pierwsze – czytanie Lema to jedna z największych przyjemności intelektualnych, jakich można doświadczyć w życiu. Jeśli ktoś sam, dobrowolnie się tej przyjemności pozbawia..? Co komu do tego?

Po drugie zaś – liberalizm liberalizmem, wolność pięści kończąca się na granicy cudzego nosa wolnością pięści i nosa – a świat byłby o wiele lepszym miejscem do życia, gdyby ludzie RZADZIEJ używali generalizacji. Osobliwie, gdy nie potrafią tego robić. A naprawdę mało kto potrafi.

Na ogół nie istnieją żadne „problemy społeczne“. Tak samo jak nie istnieje (bo istnieć z definicji w ogóle nie może!) „społeczny problem nieczytania Lema“ – tak też nie istnieje żaden „społeczny problem pijanych kierowców“. I sympatyczni skądinąd blogerzy bredzą jak potłuczeni i niestworzone opowiadają androny twierdząc inaczej!

Żeby wykazać istnienie statystycznie ważkiego związku pomiędzy spożywaniem lub niespożywaniem alkoholu a jakością prowadzenia samochodu nie wystarczą durne wyzwiska, bezmyślne powtarzanie medialnej papki czy odwoływanie się do „wiedzy potocznej“ (nad czym popastwię się jeszcze niżej!). Do tego potrzebne są żmudne badania i niezgorsza matematyka. Jeśli wierzyć autorom „Superfreakonomii“, które to dzieło recenzowałem tu dawno temu, takie badania podjęto, a matematykę zastosowano. Jak w wielu innych sprawach wynik okazał się z „wiedzą potoczną“ nieuzgadnialny. Albowiem siadając za kierownicę po alkoholu rzeczywiście mamy większą szansę spowodować wypadek drogowy niż prowadząc na trzeźwo. Mniej więcej: trzynaście razy większą szansę. Problem jest jednak jeszcze poważniejszy,  gdy jakiś biedak po kielichu decyduje się wracać do domu pieszo – wówczas jego szanse na udział w jakimś „zdarzeniu drogowym“ rosną w sposób statystycznie ważki. Pijany pieszy ma – po uwzględnieniu wszelkich statystycznych poprawek – jeszcze pięć razy większą szansę na to, że spowoduje wypadek, niż pijany kierowca!

Dlaczego zatem policja nie poluje na pijanych pieszych – tylko na pijanych kierowców, którzy są o tyle mniej groźni dla otoczenia..? Dlaczego nikt nie kontroluje przechodniów alkomatem, a kierowcy są kontrolowani regularnie? Czyżby dlatego że z kierowców można – potencjalnie – więcej zedrzeć finansowo niż z pieszych..?

Można się na to obrażać, można nie przyjmować do wiadomości, można powtarzać swoją mantrę – proszę bardzo: można! Czy to jest mój problem? Nie! To jest problem idioty, który się z wynikami badań naukowych pogodzić nie potrafi…

Skąd się w takim razie bierze ta mantra, owa „wiedza potoczna“? Powtarzana przecież nie tylko przez sympatycznych skądinąd blogerów, ale i przez policję, przez ustawodawców i sądy?

Pewnie już tę historyjkę Państwu opowiadałem, możliwe że niejeden raz – ale co mi szkodzi powtórzyć? Tak samo jak nie widzę najmniejszego powodu przejmować się faktem, że biedni idioci nie czytają Lema – tak też nie widzę najmniejszego powodu by przejmować się, że być może niektórych z Państwa nudzę. Za długie teksty? Obiecuję pisać jeszcze dłuższe! Zbyt dużo trudnych słów? OK – w takim razie koniec ze słitaśnymi zdjęciami koników i przyziemną prozą dnia codziennego – w końcu prowadzę ten blog trzeci już rok i wszystko, co się w gospodarstwie dzieje dzień po dniu pewnie ze dwa razy opisałem. Od tej pory będzie tu tylko ciężka metafizyka z socjologią. To – ze specjalną dedykacją dla czytających bloga służbowo. Kupcie sobie słownik, biedni durnie…

Alors, reverons a nos moutons! Wiele lat temu zdarzyło mi się pracować w „Super Expressie“. W dziale zagranicznym konkretnie – przez co uczestniczyłem w tej akcji tylko doraźnie, nieledwie z boku. Chodzi o akcję „psy gryzą dzieci“. Jak już z całą pewnością pisałem i tu i w „NCz!“ – jeśli mamy pewną populację psów i pewną populację dzieci i te dwie populacje nie są od siebie izolowane, to liczba wypadków pogryzień dzieci przez psy (a także – nigdzie nie zgłaszana i przez to „ciemna“ liczba wypadków pogryzień psów przez dzieci!), zależy li i jedynie od liczebności obu zbiorów. Nic się na to nie da poradzić. Z czego łatwo wywnioskować, że jak ktoś próbuje „coś na to poradzić“, to niechybnie wyjdzie na durnia. Co oczywiście w niczym nie przeszkadza – próbować! Albowiem głupota ludzka jest niewyczerpana – i jest to jedyny rodzaj nieskończoności, którego istnienia możemy być całkowicie i bez najmniejszych wątpliwości pewni.

„Super Express“ gdy doń trafiłem był właśnie głęboko zaangażowany w podpuszczanie ówczesnego wicepremiera Tomaszewskiego do tego, żeby „coś zrobił“ w kwestii dzieci pogryzionych przez psy. Przynajmniej raz w tygodniu dawaliśmy opis jakiegoś incydentu. Jako pracownik działu zagranicznego zbierałem oczywiście informacje na temat incydentów spoza Polski – tudzież opracowywałem tzw. „ramki“, w których podawane były przykłady zagramanicznych uregulowań prawnych w kwestii trzymania psów. Nie umiem wskazać zleceniodawcy tej kampanii – zbyt nisko stałem w hierarchii, żeby się tego chociażby domyślać. Tym bardziej, że oprócz macierzystego „Supera…“, takie same teksty puszczała w tym czasie „Wybiórcza“ i cała reszta merdiów, z telewizyjnymi na czele. Sporo to musiało kosztować! Ale tego, że kampania jest celowa i sterowana, nikt nawet nie próbował ukrywać – zresztą jak to można było zrobić, kiedy po każdej odprawie bezpośredni przełożony przychodził i kazał znowu szukać czegoś o psach..?

Inna sprawa, że w dziennikarstwie jak w żadnej innej dziedzinie życia sprawdza się mądrość z „Rejsu“: ludzie najbardziej lubią te filmy, które już znają! Skoro temat dzieci pogryzionych przez psy okazał się nośny, podchwyciły go inne media – to siłą rzeczy trzeba go było ciągnąć, bo widać: tego właśnie oczekują czytelnicy! Tak więc absolutnej pewności rozróżnienia, co było polityczną intrygą, a co zwykłym we współczesnym dziennikarstwie owczym pędem – mieć nie można.

Tak się jednak złożyło, że ledwo po kilku miesiącach pracy trafiłem do przeciwnego obozu – do Biura Informacji i Propagandy… tfu: Promocji, oczywiście że Promocji – MSWiA. Jak tylko tam trafiłem, zaraz podniosłem alarm, że z tymi psami to podpucha jest i sprawa nie może się dobrze skończyć: trzeba koniecznie ten nawał publikacji zignorować, po jakimś czasie same wygasną, a ludzie zapomną i nie będzie sprawy. Oczywiście – kto by tam słuchał takiego leszcza jak ja? Prace nad rozporządzeniem o obowiązku rejestracji psów niektórych ras były już zresztą zbyt zaawansowane – i wkrótce potem zostało ono podpisane.

Efekt? Efekt był bardzo łatwy do przewidzenia. Z dnia na dzień wszystkie merdia jednogłośnie zmieniły front o 180 stopni i wicepremier zamiast zebrać laur obrońcy niewinnej dziatwy przed krwiożerczymi rotweilerami czy amstafami – dostał nową (wcześniej był znany jako „taksówkarz z Pabianic“) ksywkę: „hycel“. Ksywka się przyjęła.

Tak właśnie rodzi się „wiedza potoczna“. Jest to efekt albo celowych manipulacji, albo – typowego dla współczesnego dziennikarstwa owczego pędu. Prawdziwość czy nieprawdziwość informacji która u podstaw jednego lub drugiego leży – nie ma przy tym najmniejszego znaczenia. Jak będzie się to dostatecznie często powtarzać – ludzie uwierzą, przyswoją, zapamiętają i będą od tej pory powtarzać z najgłębszym przekonaniem! Choćby i na blogach…

Co do pijanych kierowców – to oczywisty interes policji i polityków w ich prześladowaniu widać jak na dłoni. Taki sam związek można by spokojnie udowodnić w odniesieniu do wieku kierowcy czy też jego płci. Kierowca starszy wiekiem jest oczywiście mniej sprawny, częściej go trapią różne ograniczające orientację i sprawność psychomotoryczną przypadłości – co więcej: niektóre z tych przypadłości mogą się objawić nagle i nawet obowiązek przechodzenia częstych badań kontrolnych przypadku nagłego zawału za kierownicą nie wykluczy. Z łatwością można by znaleźć nawet i codziennie – jeden lub dwa incydenty spowodowane przez starszych kierowców. Pobombardować tym publikę przez kilka tygodni – a prace nad nowelizacją kodeksu drogowego ruszą jak z kopyta… Podobnie z płcią. A trudno by to było znaleźć przykłady wypadków powodowanych przez kobiety w stanie PMS?

Dlaczego zatem tak się nie dzieje? Odpowiedź: bo to się nie opłaca! Odebranie prawa jazdy wszystkim którzy kończą 65 rok życia (na ten przykład) – zmniejszyłoby wpływy niemiłościwie nam panującego gosudarstwa z akcyzy paliwowej, VAT i paru innych podatków. Z kolei kazać staruszkom słono płacić za obowiązkowe badania np. co trzy miesiące..? E, tylko lekarze na tym zarobią, a nie budżet! Uczciwi badań i tak nie przejdą (pokażcie mi człowieka który badany co trzy miesiące nie okaże się za którymś razem ciężko chory?), reszta da w łapę – a sama trudność techniczna tego przedsięwzięcia, za które ktoś przecież musiałby zapłacić jasno wskazuje na nieopłacalność takich pomysłów. Podobnie jak pomysłów ograniczania kobietom prawa do prowadzenia pojazdu przez jeden tydzień w miesiącu. Kto niby miałby wystawiać stosowny papierek..?

A pijany? Stan upojenia stwierdzić jest bardzo łatwo, bardzo tanio i może to zrobić każdy patrol drogówki przy pomocy prostego w obsłudze urządzenia. Koszt – pomijalny. Zarobek – i dla budżetu i dla policjantów (co też trzeba brać pod uwagę: dzięki temu budżet może zaoszczędzić, nie podnosząc im pensji!): oczywisty.

Głupi by z tego nie skorzystał! Że więc niemiłościwie nam panujące gosudarstwo (aż tak) głupie nie jest – to korzysta. I stąd merdia zgodnym chórem wmawiają ludziom, że „pijani kierowcy wiozą śmierć“. A wyniki badań naukowych? Kto by się tam jakimś jajogłowym ględzeniem przejmował…

Tym bardziej, że powstała na skutek takich manipulacji (czy też owczego pędu…) „wiedza potoczna“ jest niezmiernie trwała i odporna na próby rewizji! O ile ludzie bywają niezadowoleni ze swojego wyglądu, statusu materialnego czy nawet – prowadzenia się własnej połowicy – to na ogół nikt nie jest niezadowolony ze sprawności własnego umysłu. A skoro tak, to wszelkie próby udowadniania że interlokutor był w błędzie i że głośno ten błąd rozgłaszał, powodują odruchowe zaperzanie się i agresję. Zmiana poglądów to zjawisko tak rzadkie, że prawie niespotykane.

„Wszyscy wiedzą, że“, „każdy zgodzi się z tym“, „mówi się powszechnie“ – i temu podobne nic właściwie nie mówiące stwierdzenia – to takie magiczne wytrychy, które z każdego komunału, byle był często i z wielką pewnością siebie powtarzany, czynią przekonania o solidności gibraltarskiej Skały. Z takimi sobie nie podyskutujesz, bo tylko guzy można sobie nabić! I wiecie co? Po prostu żal mi ludzi, którzy takich słów – wytrychów muszą używać, bo inaczej swoich poglądów uzasadnić nie potrafią. Czegoś im braknie widać – i całe ich szczęście w tym tylko, że zwykle nie zdają sobie z tego sprawy. Tak czy inaczej – żal mi ich prawie tak bardzo jak tych biednych durni, którzy muszą czytać tego bloga bo takie dostali służbowe polecenie – i jak tych biednych idiotów, którzy od Lema wolą jakąś tam fantasy, jak twierdzi Dukaj!

Owszem, okładki to mają te książki fajne – wszystkie te lalunie w skąpych strojach lub zgoła bez – hm, hm, czemu nie? Raz na jakiś czas, w pociągu na przykład – pewnie to lepsze niż przaśna dosłowność pornosa, no i nie trzeba się przed ludźmi kryć… Ale tak na zawsze, bez wyjątku, tylko i wyłącznie? Biedni idioci…


A „Głos Lema“? Z opowiadania na opowiadanie czyta się coraz lepiej. Wirtualny świat Wojciecha Orlińskiego ze „Stanlemiana“ chętnie bym odwiedził po raz kolejny, pomysł i bohater aż proszą się o cykl (albo i serial telewizyjny..?). Następujący zaraz po nim „Telefon“ Rafała Kosika zostawia czytelnika z poczuciem nie rozwiązanej do końca zagadki i też ma w sobie potencjał na coś większego. Bardzo jestem ciekaw co będzie dalej? Czytam sobie tedy – a Państwo, Szanowni Czytelnicy, męczcie się z powyższym tekstem, a proszę bardzo…

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Limes inferior

Przeinstalowując dziś rano system (co, wygląda na to, stało się już zajęciem rutynowym: blueconnect konsekwetnie powoduje rozpad dysku startowego, coś na nim nadpisując – dziś kolorytu zabawie nadał fakt, że zapomniałem, jak się mechanicznie otwiera kieszeń napędu DVD, a system z dysku w ogóle już się nie ładował – i, nim sobie przypomniałem, jak włożyć płytkę, trochę czasu minęło… żeby na przyszłość sobie takich dylematów oszczędzić, wgrałem najuboższę wersję „Tigera“ na drugą partycję – można będzie naprawiać dysk startowy nie odpalając koniecznie tej nieszczęsnej płytki, która też przecież – wieczna nie jest!), sięgnąłem sobie dla zabicia czasu do półki z książkami. Padło na Limes inferior. Nie ukrywam, że czytać zacząłem dla otwierającej powieść sceny, w której Sneer leży sobie na łódce w towarzystwie biuściastej dziewczyny topless. Łódka, słońce, lato – to naturalna reakcja na dość podłą aurę jest (choć w sumie, nie ma co narzekać: przynajmniej kran pod wiatą nie zamarza!). A z tym topless, to już konsekwencja przeczytanego wczoraj wpisu blogerki Riannon: nie mogłem się oprzeć…

Jak już jednak czytać zacząłem, to przeczytałem do końca. W konsekwencji zaś – natchnęło mnie do polemiki z posłowiem pana Macieja Parowskiego, egzegezującym to znakomite dzieło. Oczywiście że (skądinąd dość enigmatyczni…) Obcy byli Zajdlowi potrzebni jako alegoria Sowietów – siłą narzucających i utrzymujących absurdalny system społeczny w krajach satelickich. Poza tym, taka kosmiczna ingerencja doskonale tłumaczy globalny charakter Wielkiej Reformy – bez czego, wynikły z owej Reformy dysfunkcjonalny system pewnie by padł w wyścigu z racjonalniejszą konkurencją. Choć… tego właśnie – nie jestem taki pewny!

Jak wiemy już po wspólnej lekturze de Tocqueville’a – nie jest łatwo wywołać rewolucję (czy tam Reformę…). Właściwie: jest to niemożliwe. O ile władza sama najpierw takowej starannie nie przygotuje – zmieniając zastane stosunki i burząc porządek, z którego sama ongiś wyrosła. Monarchia absolutna biurokratyzując się, centralizując i regulując zburzyła feudalny porządek społeczny: ludzie stali się sobie równi de facto (jeśli nawet nie byli jeszcze równi de iure), bo wszyscy w równym stopniu byli pokornymi petentami na przedpokojach władzy – i takie ich zrównanie przywiodło w końcu znaczną ich część (nie w sensie liczby, lecz w sensie – woli działania rzecz jasna!) do jedynego logicznego wniosku, że piramida prestiżu której zwieńczeniem był za ancient regime monarcha, to bajki dla dzieci i zwykła ściema. Władza leży bowiem gdzie indziej. Konkretnie zaś: leży na ulicy. Nie można rządzić ludźmi używając tylko i wyłącznie nagiej przemocy – a skoro zawodzi najpewniejsza podpora wszelkiej władzy, jaką jest możliwość dystrybucji prestiżu (bo ludzie splendorów rozdawanych przez władzę nie traktują już poważnie…) – to władza w praktyce znika. Leży na ulicy – i ten ją weźmie, komu nie zabraknie bezczelności i odwagi, żeby się po nią schylić…

W ten sposób miejsce porządku feudalnego, który był w pewnym sensie porządkiem totalnym (drabina zależności feudalnych była zarazem piramidą prestiżu, bogactwa – i władzy politycznej!), zajął na pewien czas porządek liberalny. Taki, w którym hierarchie bogactwa, prestiżu i władzy przenikały się, ale nie były już ze sobą tożsame. Pochodzenie ze znakomitego, zasłużonego rodu dalej mogło być (choć wcale nie musiało!) źródłem prestiżu, a w pewnych granicach – nawet bogactwa – nie dawało jednak automatycznie udziału we władzy. Największy nawet majątek nie wiązał się automatycznie z posiadaniem równie wielkiego prestiżu (w tamtych, odległych od nas o półtora stulecia czasach, ludzie zadawali sobie trud pytania o pochodzenie takiego majątku…) – i niekoniecznie musiał oznaczać jakikolwiek udział w sprawowaniu władzy. Teoretycznie władzę sprawować mieli ci, którzy cieszyli się największym zaufaniem swoich współobywateli. Wyrażanym albo poprzez wybory – albo, jak w monarchii obu Bonapartych – poprzez plebiscyty.

Od początku były z tym teoretycznym założeniem problemy. Rosnące w miarę, jak poszerzał się krąg wyborców – obywateli. Nie jest przypadkiem, że w chwili, gdy zaczęto w większej liczbie liczących się krajów wprowadzać wybory powszechne – porządek liberalny załamał się. Doszło do kolejnej rewolucji, choć nie wszędzie była ona tak widowiskowa i krwawa jak ta w Piotrogrodzie.

Już monarchia absolutna ancient regime wykształciła sobie liczne zastępy wiernych sług gosudarstwa – owych Tocqueville’owych intendentów, subintendentów i kontrolerów. Za pierwszego Bonapartego słudzy ci, umundurowani, zaszeregowani wedle tabel uposażenia i hierarchii rang – stali się siłą napędową wszystkich reżimów Europy: za jedno – stworzonych przez Bonapartego, czy walczących z nim. Albowiem posiadanie zastępu sprawnych i zdyscyplinowanych sług stało się dla gosudarstwa koniecznym warunkiem przetrwania – te, które się takiego zastępu w porę nie dochowały zniknęły z map. Skądinąd: wynalazku tego po raz pierwszy dokonali, zdaje się (jak wszystkiego, jak wszystkiego prawie…) Chińczycy w Epoce Królestw Walczących. I tak, jak walczące ze sobą państwa starożytnych Chin rywalizowały „w sztuce uprawy roli i wojny“ – tak nowożytne państwa Europy ścigały się „w sztuce wytopu stali i wojny“. Unowocześniając przy tej okazji swoich poddanych i przeorywując krajobraz minionego świata do imentu – o czym pisałem na innym miejscu obszernie.

Kłopot w tym, że gdzieś po drodze wierni słudzy gosudarstwa, stali się tegoż gosudarstwa władcami. Było to naturalne i nieuniknione. U podstaw XIX-wiecznego liberalizmu leżał pewien zasadniczy, systemowy optmizm: wierzono w postęp, zakładano że ludzie mogą ludzkie sprawy urządzić racjonalnie, humanitarnie i planowo. Ponieważ jedną z immanentnych cech postępu jest też i racjonalny podział pracy – któż inny miał nad tym panować niż posiadający odpowiednie przygotowanie fachowe specjaliści od racjonalnego, humanitarnego i planowego urządzania ludzkich spraw. Czyli kto..? Tak jest, zgadujecie Państwo bez pudła: oczywiście – wierni słudzy gosudarstwa! Czyli podreferendarze, referenci, inspektorzy, kierownicy, dyrektorzy i podsekretarze stanu… wiem, że nie wymieniłem wszystkich, ale czy jest ktoś taki, kto wszystkich – z gajowymi, leśniczymi, nadleśniczymi, a tudzież i naczelnikami poczt i stacji kolejowych, dróżnikami, policmajstrami, celnikami etc., etc. – wymienić zdoła..?

Kwestia zaufania współobywateli jawi się tu jako wtórna, jeśli nie – wątpliwa. Po pierwsze – sami to Państwo chętnie przyznacie – czyż rację można ustalać w głosowaniu? Jeśli jakieś rozwiązanie jest racjonalne i merytorycznie słuszne – to jaki jest sens nad nim głosować? Takie głosowanie dopuszcza przecież możliwość wyboru rozwiązania nieracjonalnego i merytorycznie niesłusznego!

Po drugie – pojawili się przecież także i specjaliści od zdobywania zaufania współobywateli, od wygrywania wyborów. A skoro tak – to czyż sam ów akt głosowania ma jeszcze jakieś znaczenie? Skoro jest to tylko WYNIK pewnych z góry zaplanowanych działań..?

Oczywiście, proszę Państwa, że przejaskrawiam, wyolbrzymiam, hiperbolizuję! Ale idzie mi tylko o to, żeby przekazać Państwu w możliwie niewielu słowach moją intuicję tego, czym była ta druga rewolucja – rewolucja która wszędzie na świecie zburzyła porządek liberalny i zastąpiła go porządkiem biurokratycznym. Skądinąd – wszędzie na świecie nader podobnym do Zajdlowego!

Historia zatoczyła koło. Wróciliśmy – czy może: wracamy, bo losy jeszcze się ważą, nie wszystko jeszcze się zdecydowało – do porządku totalnego. Takiego, w którym wszystkie hierarchie społeczne mają jedno źródło, w którym istnieje tylko jedna piramida społeczna, monopolizująca zarówno prestiż, jak i bogactwo i władzę. Owszem – najśmielsze eksperymenty jakie słudzy gosudarstwa podjęli w tej materii zakończyły się po niedługim czasie porażkami. Przecież jednak wierni słudzy gosudarstwa nie mogą na tym poprzestać! Oni muszą próbować znów i znów – i właśnie dlatego mam wątpliwość, czy dla zaprowadzenia na całym świecie takiego reżimu jaki opisuje Zajdel, rzeczywiście jest nam potrzebna jakaś inwazja z Kosmosu..? Merytokratyczna biurokracja powstaje w każdym państwie świata – nie ma jej w Somalii, ale Somalia przestała istnieć jako państwo i to jest jedyny powód tego stanu – a zarazem dowód, że państwo współczesne bez takiej biurokracji istnieć nie może.

Biurokracje rządzące poszczególnymi państwami oczywiście rywalizują ze sobą. Jednak identyczność ich położenia, tożsamość złudzeń, ambicji i lęków jakie wprawiają je w ruch – wszędzie na świecie daje plus minus podobny efekt: systematycznie rosnący stopień regulacji życia, atomizację społeczeństwa (tj. erozję więzi naturalnych, więzi krwi i ziemi…) i zarazem rosnącą kastowość i korporacyjność życia (coraz większe znaczenie więzi formalnych, opartych na nadawanym przez władzę statusie – tj. np. – na posiadaniu stosownego dyplomu bądź licencji…). Coraz stąd bliżej do podziału na utrzymywanych w ryzach odpowiednio zaprogramowanym „wyścigiem szczurów“ podzerowców i nadzerowców, dźwigających (oczywiście dziedzicznie i wyłącznie…) nieznośne brzemię władzy…

Zaiste, nie są nam potrzebni Obcy, abyśmy się do globalnego kancłagru wspólnym wysiłkiem wpędzili! I bardzo, ale to bardzo chciałbym być w tej materii złym prorokiem… Obawiam się jednak, że ratunek przed którymś z ponurych światów klasyków dystopii może być niewiele dla Państwa lepszy od choroby! Jak Państwo doskonale wiecie od dawna uparcie twierdzę, że nie sposób ludzkich spraw urządzić racjonalnie – że co byśmy nie robili, oczywiście racjonalnie, humanitarnie i planowo – i tak wyjdzie dokładnie na to samo. Moja pewność opiera się na – skrajnie przeciwnym niż marzenia XIX-wiecznych liberałów – założeniu niezmienności natury ludzkiej, tożsamej i takiej samej od górnego paleolitu po dziś dzień. Która to natura po prostu NIE JEST racjonalna, humanitarna i podatna na planowanie.

Istnieje jednak jeszcze jeden powód dla takiego pesymizmu (czy może akurat optymizmu właśnie..?). O którym nie wypada zapominać. Otóż w zasadzie nie ulega wątpliwości, że złożoność naszego świata znacznie przekracza możliwości regulacyjne myślących po staremu liniowo, na XIX-wieczny sposób racjonalnych (tj. nie uwzględniających złożoności i chaosu…) biurokratów. Wielokrotnie wyśmiewałem zresztą różne naiwne pomysły na regulacje prawne, z zasady – nie uwzględniające skutków ubocznych i niezamierzonych. Jak można zresztą w nieprzystawalność biurokratycznego myślenia do rzeczywistości wątpić, skoro myślenie to zawodziło już w prostym w porównaniu z naszym światem, świecie epoki napoleońskiej..? Jak u (importowanego z Holandii) napoleońskiego gubernatora Litwy, który zapomniał (bo mu do głowy coś takiego nie przyszło…) posypać piaskiem stromego podjazdu między Wilnem i Trokami – przez co jego szef zostawił tam ostatnie, z takim trudem przyciągnięte z Moskwy armaty!?

Oczywiście istnieją sposoby radzenia sobie z chaosem i nieliniowością. Tutaj jednak – idąc za świetnym, Zajdlowskim opisem idiocenia biurokracji – pozwolę sobie na nutkę optymizmu: ci kretyni, którzy nami rządzą – nie są mentalnie zdolni do tak dużego wysiłku! Czego i sobie i Państwu na Nowy Rok – w dalszym ciągu życzę…

wtorek, 13 grudnia 2011

Dla Dalii (5.III.1992 - 9.XII.2011)

Nie każ więcej patrzeć długo w ciemne oczy
I we śnie wstępować boso w rzekę suchą
Tysiąc granitowych marzeń noże toczy
Żeby wnet w ciemności potknąć się o muchę

Naga wyszłam rano z łona matki
Naga tam powrócę bez nadziei
Że rozkwitną w grudniu cierpkie bratki
Że mistrale śniegiem lasów nie zawieją


wtorek, 6 grudnia 2011

Złe oko

Jedno zdarzenie - trzy możliwe interpretacje.

Zajechałem ci ja wczoraj pod gabinet weterynaryjny do którego miałem dostarczyć aparat. Dostarczyłem, próbuję wyjechać a tu d..pa! Lewy przedni kapeć sflaczał... Wymieniłem na dojazdówkę i ruszam, modląc się duchu, żeby mi bodaj tej dojazdówki do najbliższej wulkanizacji starczyło, bo już słaba była. Modlitwa nie została wysłuchana: doczołgałem się tylko do salonu Jaguara na Waszyngtona i tam stanąłem definitywnie. Na szczęście, pomogła mi nasza przyjaciółka, dr Batog, która ma lecznicę i mieszka stosunkowo niedaleko: wymieniłem lewy przedni kapeć w ostatnim jeszcze czynnym serwisie i późną już nocą dotarłem do domu.

Takie są fakty. A interpretacje?

No cóż: interpretacja najprostsza - statystyczna. Lewy przedni kapeć od dawna się marnie prezentował, a że dużo ostatnio jeżdżę - miał prawo w końcu sflaczeć. Dojazdówka, jako się rzekło, słaba już była, więc też miała prawo wyzionąć ducha. Po prostu, całkowicie przypadkowo, oba te zdarzenia nastąpiły jeden po drugim - z efektem jak opisany powyżej.

Interpretacja kryminalna - też prosta, choć tylko częściowo tłumacząca zdarzenie. Otóż zajeżdżając pod ten gabinet weterynaryjny, napotkałem na wąskiej, prowadzącej doń dróżce z miejscami parkingowymi po obu stronach (przy tym, dobrze ciemno już było!) stojące auto, mrygające lewym kierunkowskazem. Ponieważ akurat pomiędzy mną a nim było sobie (po lewej stronie, a owszem...) wolne miejsce, a do lecznicy było już niedaleko, to niewiele myśląc - tamże wjechałem. Dopiero kiedym wysiadał, obarczony aparatem i papierami, zauważyłem, że po moim manewrze tamten się cofnął i odkręcił szybę:
- Co to ma znaczyć..?
- Ale co?
- Ja tu chciałem wjechać!
- Najmocniej przepraszam, nie zauważyłem, ja tylko na chwilkę, zaraz stąd spadam...
- Życzę powodzenia...
Mógł pomóc mojemu lewemu przedniemu kapciowi sflaczeć? Ano mógł! W takim ujęciu przypadkowa pozostaje już tylko śmierć dojazdówki. A że przypadek, jak dobrze wiemy, burzy bezpieczeństwo naszego oglądu rzeczywistości, przez to właśnie, że nie poddaje się nie tylko naszej, ale w ogóle niczyjej woli - z taką interpretacją, jakkolwiek by nie była karkołomna (dlaczego akurat lewy przedni, który i tak najsłabszy był..?), niejeden z nas poczułby się lepiej...

Jest jednak i trzecia możliwość - całkowity już zapewniająca komfort, bo ową statystykę, ów niepodległy niczyjej woli i przez to tak drażniący przypadek usuwająca bez reszty. Interpretacja magiczna. Ot: spojrzał facet złym okiem - i co się dziwić, że z tego zaraz cała seria nieszczęść wynikła..?

niedziela, 4 grudnia 2011

Dzień Zagłady

Uwaga! Tekst zamierzałem opublikować na Agepo, ale nie mogę wejść na portal. Kiedy mi się to uda - zostanie tam przeniesiony...

Upływa prawie rok od chwili, gdy zaczęliśmy z Kolegami: Wojtkiem Majdą, a potem Maczetą Ockhama dyskutować na temat możliwości przetrwania – w perspektywie tych 20 – 40 najbliższych lat, co do których możemy w ogóle snuć jakieś domniemania i nie popadać przy tym w oczywistą śmieszność. Projekt Agepo zrodził się z tych dyskusji – i od samego początku cieszył się Państwa zainteresowaniem.

Od dłuższego czasu żaden z nas nie ma czasu na tworzenie nowych wpisów. Moi młodsi Koledzy zajęli się praktyczną realizacją peakoilowego survivalu: Maczeta prostą drogą zmierza do celu, przeniósłszy się w cieplejsze strony, gdzie już dobija targu o spłacheć ziemi – a Wojtek gromadzi kapitał, pracując w centrum naszej industrialnej cywilizacji. Ja, jako teoretyk z krwi i kości, przy tym niemłody już i bezdzietny – pozostałem wprawdzie na własnych, boskowolańskich zagonach i całe moje praktyczne ćwiczenia z survivalu to zakończony sukcesem eksperyment w uprawie kartofli na końskim nawozie, który wiosną powtórzę na większą skalę – ale również mam teraz o wiele więcej innej pracy. Przy tym, moją specjalnością jest perspektywa historyczna – a to nie wystarczy do samodzielnego „ciągnięcia“ tak złożonego problemu. Tak więc, Drodzy Czytelnicy: jeśli chcecie więcej tekstów o przetrwaniu w trudnych czasach – trudno i darmo: musicie je sami napisać! Już dawno ogłosiliśmy, że czekamy na propozycje – kilka takich propozycji, bardzo ciekawych, dostaliśmy i opublikowaliśmy. Prosimy o następne! Przypominam chociażby o apelu, aby dzielić się treścią dobrych rad zawartych w starych (sprzed półwiecza mniej – więcej) poradnikach rolniczych czy gospodarstwa domowego: wbranie takich porad nie wymaga przecież wielkich talentów literackich – a bardzo może się szerokiej publiczności przydać..!

Do zabrania głosu zainspirował mnie tekst JKM w ostatnim „Najwyższym Czasie!“, pt. „Czy Bóg jest partaczem?“. Tekst ten zajmuje się poniekąd podobnym co my na tym portalu problemem – problemem równowagi homeostatycznej.

Od samego początku twierdzimy tutaj zgodnie, że Peak Oil sam w sobie – to w ogóle nie jest żaden problem dla przetrwania cywilizacji! Nasza cywilizacja istniała i potrafiła wyżywić potencjalnie tyle samo lub nawet więcej ludzi przed upowszechnieniem się ropy naftowej jako paliwa (fakt, w Roku Pańskim 1913 nie żyło na Ziemi 7 miliardów ludzi – ale ile wtedy było nieuprawnych pustek..???) – i spokojnie da sobie radę w sytuacji, gdy ten rodzaj paliwa trzeba będzie w coraz to większym stopniu zastępować innymi. Tym bardziej, że przecież ropy nie zabraknie z dnia na dzień – traktory nie staną w połowie nie zaoranego pola, statki nie zatrzymają się na środku morza, a samoloty nie spadną… Po prostu to, co mamy teraz: rosnące ceny na stacjach benzynowych (nie bez możliwości krótkoterminowego odwrócenia tego trendu – w końcu: ile w tej cenie faktycznie ropy – a ile podatku..?) – wydaje się zjawiskiem, do którego warto się już przyzwyczaić, bo raczej będzie nam towarzyszyło do końca naszych dni – ile byśmy na tym łez padole nie żyli…

Z drugiej strony, od samego początku twierdzimy też zgodnie, że Peak Oil nie jest zjawiskiem, nad którym można przejść do porządku dziennego – tak, jak można było przejść do porządku dziennego nad spadkiem połowów wielorybów (tłuszcz wielorybi przez wieki był podstawą „energetyki“ przynajmniej w krajach północnej Europy…), czy spadkiem plonów oliwek w starożytnym świecie śródziemnomorskim (takie spekulacje to już domena kol. Maczety, który w ogóle – lubi oliwki – ja się przyznaję do niewiedzy na temat aż tak odległej przeszłości…). Nie tylko dlatego, że jak na razie nie widać technologii, która mogłaby za naszego życia zastąpić silnik spalinowy. Ostatecznie: taka technologia się przecież wcześniej czy później na pewno pojawi, żadne prawa fizyki nie wydają się tego zabraniać – a jeśli przy okazji nastąpi złamanie dotychczasowego trendu, wedle którego każdy kolejny nośnik energii był nie tylko wydajniejszy, ale i bardziej uniwersalny od poprzedniego (co nie jest takie pewne – bo być może jednak silnik spalinowy zostanie zastąpiony przez elektryczny?) – to cóż z tego? Nie musimy się znać na wszystkich potencjalnie zbawczych dla naszej industrialnej cywilizacji technologiach. Mało tego! Byłoby nader dziwnym, gdybyśmy się znali i gdybyśmy umieli trafnie przewidzieć, która to z potencjalnie wchodzących w grę technologii rzeczywiście silnik spalinowy zastąpi. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że „nikt na świecie nie wie, jak powstaje ołówek“ – technologie którymi się posługuje nasza industrialna cywilizacja są tak skomplikowane i wymagają tak złożonej kooperacji, że na ogół nie sposób ich ogarnąć pojedynczym umysłem. Co, swoją drogą – jak się Państwo domyślacie – rodzi też pewne ryzyko. Czytałem ongiś opowieść o królowej Madagaskaru, na dwór której w XVIII wieku (ale już po Beniowskim, który tak naprawdę żadnym tam „królem Madagaskaru“ nie był, tylko zwykłym blagierem i oszustem… A może zresztą wcale to nie była królowa Madagaskaru tylko cesarz Etiopii? Naprawdę: nie pamiętam. Nie ma to zresztą większego znaczenia…) dotarł pewien francuski podróżnik – bodaj czy nie rozbitek zresztą. Miał w każdym razie przy sobie podręczne wydanie „Encyklopedii“ – i korzystając z tej jednej książki umiał zachwycić królową budując jej cały szereg zabawek: zegar, armatę, krosna, młyn wodny, organy… Problem pojawił się, gdy królowa (czy tam cesarz – wszystko jedno…) zażyczyła sobie… butów! Biedak męczył się niewymownie – ale nie znalazł w „Encyklopedii“ wystarczająco poglądowego przepisu na uszycie butów, by dało się cokolwiek zdziałać wychodząc od kawałka nie garbowanej skóry, bo takim surowcem wstępnym dysponował. W końcu rozberał na czynniki pierwsze własne obuwie (był bowiem nie tylko zręcznym czytelnikiem „Encyklopedii“, ale i – jak to Francuz – człowiekiem błyskotliwym i inteligentnym) i na tej podstawie – sklecił jakieś mokasyny. Nie zachwyciły wymagającej klientki, ale podróżnik przynajmniej głowę ocalił – na tyle długo, że go w końcu ktoś znalazł i do cywilizacji przywrócił.

Otóż współcześnie nawet dysponując pełnym wydaniem „Encyclopedia Britannica“ na nośniku usb (nikt przecież nie będzie ze sobą taszczył tylu tomów…) nikt nie zbuduje od podstaw komputera, rakiety, a nawet – prostego silnika diesla. Już prędzej: buty. Przy odrobinie zręczności. Bo wyprodukowanie komputera wymaga współdziałania tylu wysoko (i wąsko!) wykwalifikowanych fachowców i tak skomplikowanych procesów technologicznych, że ich odtworzenie naprawdę od podstaw, bez użycia gotowych elementów – jest dla pojedynczego człowieka całkowitą fantsmagorią. Życia na to nie wystarczy. Chyba, że znacie Państwo jakiś udany eksperyment tego rodzaju..? A już problem się zacznie, gdy tego nośnika usb nie będzie gdzie wetknąć…

Innymi słowy: rosnąca komplikacja i współzależność charakteryzująca naszą industrialną cywilizację ZMNIEJSZA jej zdolność do homeostazy. A to już jest pewna przesłanka do tego – żeby się jednak tego Peak Oil trochę bać. Nie bardzo – ale jednak: troszeczkę. W końcu, jeśliby Wikingom nagle zabrakło wielorybiego tranu, to by co najwyżej kolejny łupieżczy napad na Irlandię zaplanowali po ciemku. A jeśli nam nagle zabraknie procesorów..? A procesory wytwarza się raptem w kilku miejscach na świecie – 90% bodajże: na Tajwanie – i wcale nie będzie łatwo ich produkcję uruchomić gdzie indziej…

Tak więc, sama komplikacja naszej industrialnej cywilizacji poważnie utrudnia rozeznanie, któraż to z raczkujących, dopiero rozwijanych czy ledwo perspektywicznych technologii zastąpi za 20 czy 40 lat silnik spalinowy. Tego nikt na świecie nie wie – i właściwie: wiedzieć nie może. Nie ma takiej szansy! W praniu wyjdzie – a próby przewidywania niczym się nie różnią od obstawiania wyników totolotka.

Po drugie: przecież gdybym wiedział (jakimś cudem…), albo chociaż, gdybym miał silne przekonanie że wiem, co za 20 lat zastąpi silnik spalinowy, to bym o tym nie strzępił klawiatury, tylko, idąc za biblijną radą, sprzedał wszystko co mam i uzyskane środki zainwestował w tę właśnie technologię… Jeśli więc strzępię na ten temat klawiaturę, to już samo w sobie dowodzi, że nie wiem, a nawet – że nie mam żadnych silnych przekonań co do tego, czym będzie napędzany świat za 20 lat!

Poza tym, rzecz jasna, że za 20, a nawet za 40 lat ludźmi będą rządziły te same namiętności, te same pragnienia i potrzeby, które rządzą nami – i które rządziły naszymi przodkami tak w górnym, jak i w dolnym paleolicie. Chyba, że ktoś się weźmie na serio za inżynierę genetyczną, ale to jest raczej w tak krótkiej perspektywie mało prawdopodobne – a poza tym, wątpliwym jest, by właśnie od namiętności i potrzeb zaczynał: w końcu, o ile mnóstwo ludzi jest niezadowolonych ze swojego wyglądu czy zdrowia – to pokażcie mi choć jednego, który by narzekał na konstrukcję swojej mózgownicy..?

Właśnie dlatego, że ludzkie namiętności i potrzeby pozostają przez tysiąclecia niezmienne – Peak Oil nie jest zagadnieniem, nad którym można by przejść do porządku tak łatwo, jak nad spadkiem połowów wielorybów w drugiej połowie XIX wieku czy nad (hipotetycznym) spadkiem produkcji oliwy w starożytnym świecie śródziemnomorskim. O tych ludzkich namiętnościach i potrzebach popełniłem ostatnio dwa duże teksty u siebie na blogu: oba też ukazały się w „Najwyższym Czasie!“ na przestrzeni minionego miesiąca.

Tak się bowiem składa, że głównym powodem, dla którego Peak Oil jednak trzeba się obawiać jest fakt, iż bezprecedensowy w dotychczasowych dziejach ludzkości dobrobyt wynikły z powszechnego stosowania ropy naftowej i silnika spalinowego dał też bezprecedensowe w dotychczasowych dziejach ludzkości możliwości zaspokajania namiętności i potrzeb bezprecedensowo wielkiej liczby ludzi – bez pracy.

W starożytności zaspokajać głód, pragnienie i potrzebę rozrywki za darmo mogli tylko mieszkańcy Rzymu – a i to nie wszyscy, trzeba się było zaliczać do jego obywateli (co dopiero od czasów Commodusa przestało być przywilejem, a stało się normą dla wolnych mieskańców Imperium). Potem przyszedł regres dobrobytu, co poznajemy również i po gwałtownym spadku liczebności klasy próżniaczej, która w średniowieczu była nader symboliczna – nie każdy ksiądz mógł sobie pozwolić na unikanie pracy fizycznej, wielu wiejskich wikarych, a nawet i niektórzy proboszczowie zmuszeni byli sami zwozić wybrane w ramach dziesięciny snopy zboża z pól do stodół, a czasem pewnie też i – młócić i mleć. O próżniactwie wśród rycerzy, przynajmniej w kontekście owych planujących co roku, w świetle zasilanych wielorybim tłuszczem kaganków, łupieżcze napady na Irlandię czy Francję Wikingów – w zasadzie mówić nie należy, bo jest to dla tych dzielnych, zapracowanych po uszy ludzi wybitnie krzywdzące. Próżnictwo w średniowieczu zatem, to wesołe życie żaków na tych kilkudziesięciu w całej Europie uniwersytetach – no i „dzielnice cudów“ w większych miastach, gdzie żyli z łaski swoich bliźnich (a czasem za przyczyną ich nieroztropności…) żebracy i złodzieje.

Z tej też klasy, potocznie zwanej „klerkami“ wywodzi się „nowa arystokracja“ – czyli podstawowa klasa próżniacza Ery Nowożytnej: biurokracja. Aż do roku 1913 jednak, który nie bez przyczyny tak często tutaj wspominam – owa biurokracja była jedyną i jednak dość nieliczną „klasą próżniaczą“. Wraz z upowszechnieniem się silnika spalinowego i niebywałym wzrostem dobrobytu, jaki temu towarzyszył – liczebność klasy próżniaczej, przynajmniej w tej części świata, do której mamy przywilej się zaliczać – wzrosła wielokrotnie. W tej chwili WIĘKSZOŚĆ mieszkańców Polski pracować nie musi – i w związku z tym: nie pracuje.

Że tak pojmowana „klasa próżniacza“ wcale nie opływa w wielkie dostatki, bo składają się nań w głównej mierze konsumenci zasiłków, stypendiów i innej „pomocy socjalnej“…? Rzymski proletariat też w wielkie dostatki nie opływał – a np. taki Feliks Koneczny w swojej publicystyce historycznej głośno i wyraźnie protestował przeciw zaliczaniu do „klasy próżniaczej“ wielkich właścicieli ziemskich, jak najbardziej opływających w dostatki i luksusy – wskazując, jak pracowite musieli pędzić życie, by owe dostatki i luksusy bodaj utrzymać… To jest oczywiście nieco kontrowersyjna teza i ci z Państwa, którzy poddali się marksistowskiej propagandzie sączącej się obecnie z każdego kąta, pewnie się z nią nie zgodzą – ale z własnego doświadczenia potwierdzam, że własność to w pierwszej kolejności: odpowiedzialność i praca, niczym zresztą nie normowana – a dopiero na drugim miejscu i wcale nie zawsze – jakieś tam profity…

Ogromna liczebność klasy próżniaczej, której sama egzystencja (wcale, a wcale nie opływająca w dostatki i luksusy, tu pełna zgoda..!) zależy od utrzymania obecnego modelu cywilizacji – to jest właśnie ten powód, dla którego Peak Oil jednak należy się obawiać. Ta klasa próżniacza jest mimo wszystko dość biedna i nie ma wielkich rezerw. Nie trzeba wiele, aby emeryci czy bezrobotni zaczęli umierać z głodu i chorób. W gruncie rzeczy, trzeba do tego tak niewiele, że aż dziw bierze: starczy nieco przedefiniować „koszyk usług“ NFZ – i starczy dalej podnosić VAT i akcyzę na paliwo. Nie wierzycie Państwo? Ale to przecież właśnie teraz się dzieje. Ponieważ nie ma politycznej woli redukcji liczebności klasy próżniaczej wprost i otwarcie – robi się to metodą fizycznej likwidacji dookólnie i pośrednio. Zresztą, nie trzeba żadnej futurologii żeby sobie wyobrazić, jak ten proces będzie przebiegał w przyszłości – na terenie dawnego Związku Sowieckiego, gdzie załamanie słusznie minionego systemu było najsilniejsze, dzieje się to na naszych oczach. U nas też tak może być – i pewnie będzie, bo trudno sobie wyobrazić, żeby mogło być inaczej.

Ogromna liczebność klasy próżniaczej i ogromna liczebność biurokracji, która jest prawdziwym właścicielem niemiłościwie nam panującego gosudarstwa to główny, a właściwie – jedyny poważny – powód, aby Peak Oil się bać. Przede wszystkim dlatego, że tak jest właściwie na całym świecie. Wszędzie też, zagrożoną w swojej egzystencji klasą próżniaczą kierować będą te same instynkty, z tych samych namiętności i potrzeb się wywodzące.

Podstawową potrzebą klasy próżniaczej jest utrzymanie status quo. Niezależnie od kosztów. A to już samo w sobie jest wielkim zagrożeniem dla homeostazy naszej industrialnej cywilizacji w chwili, gdy powinna ona zacząć się rozglądać za nowym nośnikiem energii!

Owo status quo bowiem, koniecznie wymaga aby – tak, jak łatwo jest kontrolować podaż i przepływ ropy naftowej, na czym wszędzie na świecie tuczy się klasa próżniacza – tak samo łatwo było kontrolować podaż i przepływ owego nowego, hipotetycznego nośnika energii, który ma ropę zastąpić. Promowane zatem będą tylko rozwiązania spełniające ten warunek. A skąd mamy wiedzieć, czy wśród nich właśnie jest owo – jedyne słuszne i właściwe, które rzeczywiście pozwoli nam wziąć ten zakręt dziejów bez szwanku..?

Poza tym, biurokracja jest ze swej natury niezdolna do innowacji. A jednocześnie – tak samo z natury nie potrafi przyznać, że są zdarzenia na tym łez padole, których przewidzieć i kontrolować się nie da. Nie tylko więc, pewne – wcale niekoniecznie najefektywniejsze i najbardziej perspektywicznie opłacalne – rozwiązania będą promowane i wspierane, ale też – nieuchronnie zwalczane będą inne, jeśli tylko nie spełniają fundamentalnego warunku, istnienie klasy próżniaczej warunkującego: nie dają się łatwo kontrolować fiskalnie.

Zdolność naszej industrialnej cywilizacji do homeostazy warunkowana jest utrzymaniem niezwykle subtelnej i złożonej równowagi ogromnej liczby składających się na nią elementów – bez tego zginiemy. A jednocześnie element pretendujący do roli kontrolnej, nadrzędnej – zachowuje mentalność napoleońskiego podprefekta, który tak samo zarządzał powierzonym sobie powiatem w Normandii, jak na Litwie (i – na Litwie – pamiętnej zimy 1812 roku zapomniał wysypać piaskiem stromy podjazd pod górkę w pobliżu Trok, co kosztowało Bonapartego resztę uratowanych z Moskwy dział i wszystkie wozy…). Nie wróży to dobrze na przyszłość.

Jeśli chwaliłem i chwalę w dalszym ciągu korupcję – to dlatego, że uważam sprawność i pewność działania aparatu państwowego za dużo większe zagrożenie naszej przyszłości, niż oczywistą niesprawiedliwość, jaka wynika z istnienia przekupstwa. Wiem, że dla wielu z Państwa jest to kamień obrazy, obelga i pogląd absolutnie nie do przyjęcia. Cóż. Uważam w takim razie Państwa za niepoprawnych optymistów: nie tylko wierzycie w to, że przestrzeń publiczna w ogóle może być urządzona sprawiedliwie i transparentnie i że takie jej urządzenie przyczynia się do ogólnego dobrobytu i szczęśliwości (OK, OK – są na to przykłady, to prawda, zgadzam się – i cóż z tego..? Czy istnienie takich przypadków dowodzi, że jest to możliwe u nas..?) – ale i w to, że ludzkimi sprawami w ogóle da się rządzić rozumnie i sprawiedliwie. Niezależnie od stopnia komplikacji tych spraw. To drugie zwłaszcza przekonanie mam za absurdalne. Nie tylko żaden ludzki umysł, ale i żaden ośrodek obliczeniowy na świecie nie podoła zadaniu kontrolowania całej naszej industrialnej cywilizacji – a cała jest potrzebna do zachowania homeostazy – tak samo, jak „Encylopedia Britannica“ nie wystarczy do zbudowania komputera wychodząc od garści piasku. Próba takiej kontroli – podjęta w imię najszlachetniejszych ideałów i z jak najlepszymi intencjami – MUSI zakończyć się katastrofą. Prawdziwym Dniem Zagłady – takim właśnie, na jaki skądinąd wcale nie jesteśmy skazani tylko dlatego, że akurat spada wydobycie ropy naftowej…

Brak kontroli oznacza przede wszystkim tyle, że wypróbowanych zostanie więcej technik i technologii niż zostałoby wypróbowanych przy istnieniu takiej centralnej kontroli. Zwiększy się różnorodność. Różnorodność dla homeostatu jest o wiele ważniejszą cechą niż sprawiedliwość, równość czy poczucie bezpieczeństwa jego elementów.

Tymczasem instynkt zagrożonej klasy próżniaczej skłania ją wszędzie na świecie do zmniejszania różnorodności – do integracji, monopolizacji, reglamentacji, regulacji i całej masy różnych, równie bezsensownych „-acji“. Im sprawniejsze państwo, im mniejsza korupcja i lepsze morale aparatu biurokratycznego – tym łatwiej mu wprowadzać najsłuszniejsze i najsprawiedliwsze choćby prawa, których niechcianym i nieoczekiwanym skutkiem jest wszędzie i zawsze to samo: zmniejszenie różnorodności, pogorszenie homeostazy.

Oczywiście, możemy skrachować jako cywilizacja także i przy braku centralnej kontroli. To już kwestia przypadku. Jednak przy istnieniu centralnej kontroli planującej jak z kryzysu wywołanego spadkiem wydobycia ropy naftowej wyjść i potrafiącej skutecznie swoje plany implementować – skrachujemy NA PEWNO, niezależnie od tego, czy plany te będą słuszne, czy nie! Stąd, KAŻDE sypanie piachu w szprychy aparatu państwowego, każde zmniejszanie jego skuteczności i obniżanie morale – na pewnym etapie rozwoju kryzysu staje się już grą o przetrwanie.

Z czego oczywiście nie wynika, żebym namawiał Państwa np. do terroryzmu, czy do korumpowania urzędników państwowych. Namawiam Państwa, byście myśleli o sobie i o swoich rodzinach. Myśląc o sobie i o swoich rodzinach LEPIEJ służycie ogółowi, niźli próbując stosować się do cudacznego hasła eko-terrorystów think globaly, act localy. Właśnie dlatego, że Wasza i Waszej rodziny strategia przetrwania będzie choć odrobinę inna – niż strategia Waszego sąsiada…

I tu właśnie wracamy do artykułu JKM, na który się wstępnie powołałem i który był powodem całego tego wywodu. Otóż JKM twierdzi, że Pan Bóg może wszystko. A skoro może wszystko – to nie ma potrzeby nieustannie wtrącać się w dokonane stworzenie, bo mogąc wszystko, tak je zaplanował, aby było idiotoodporne. Innymi słowy: jak byśmy nie majstrowali przy naszej cywilizacji i czego nie spieprzyli – nie zginiemy. Chyba, że powinniśmy zginąć, bo tym właśnie aktem, damy miejsce nowej, lepszej rasie rozumnej… No więc: jest to rozumowanie niewątpliwie słuszne. W gruncie rzeczy: niezależnie od tego, czy hipotezę istnienia Wszechmocnego przyjmujemy, czy też jest nam ona akurat zbędna.

Problem polega na tym, że ja osobiście jestem cholernie przywiązany do mojej Boskiej Woli, moich zagonów i koników i do wszystkich zalet i wad tej konkretnej cywilizacji – do status quo. I wcale mi się nie marzy zobaczyć na północnym niebie (od strony Warszawy…) atomowy grzybek, czy też kopać wzdłuż linii kolejowej, przebiegającej na południe od nas (od strony, skąd potencjalnie mogą przyleźć jakieś, jak to się w pewnych kręgach mawia – „bambusy“) okopy. Jednak, żeby wszystko zostało po staremu tak, jak wszyscy chyba chcemy – wiele się, niestety, koniecznie musi zmienić. I to jest problem. Ludzie bowiem, a zwłaszcza ludzie przy władzy – będą się tym koniecznym dla zachowania status quo zmianom aktywnie sprzeciwiać. I jeśli coś naszą industrialną cywilizację w końcu wykończy – to nie będzie to wcale brak ropy naftowej, tylko upasiona wcześniej na obfitości tego surowca: klasa próżniacza…

sobota, 3 grudnia 2011

Grudniowe pastwisko

Aura łaskawa w tym roku. Toteż wybraliśmy się z Lepszą Połową na mały spacer po Wielkim Padoku - kiedyśmy już wszystkie niezbędne w sobotę zajęcia, jak to: wizyta na targu i w Pierdonce, sprzątanie pod wiatą, naprawienie szkód wyrządzonych wichurą, ocieplenie hydroforni i temu podobne - wykonali. Towarzyszyła nam Krystyna:
Krystyna chodzi ze mną co rano włączyć prąd lub, jeśli akurat to robię - obejść ogrodzenia po wypuszczeniu czterokopytnych po śniadaniu. Nie, żeby robiła to bezinteresownie - kociambry dostają swoje śniadanie zaraz po koniach - a, że ostatnio się to zepsuło, bo zacząłem wywozić choć po kilka taczek zaraz po wyrzuceniu koniowatych na padok, ignorując głośno burczące brzuchy kotowatych - to woli mnie pilnować. Na ogół zresztą, oba koćkodany zgodnie dzielą walizkę "Conina":
Trochę przymała - ale cóż: większych na pokład samolotów nie zabierają..!

Pastwisko tymczasem może i nieźle się prezentowało w promieniach zachodzącego słońca:
ale prawda jest taka, że zostało przystrzyżone niemal do gruntu - i regularnie zafajdane, z czego się zresztą, skądinąd, nawet i cieszę - fajna trawa będzie w przyszłym roku!
Najbardziej ufajdane pastwisko jest w ulubionym miejscu czterokopytnych, czyli w tzw. "lewej kieszeni":
Ale i tu - po sąsiedzku - Lepsza Połowa wypatrzyła na Dzikim Zachodzie zakątek romantyczny:
Po sąsiedzku zaś... robi się siano!
To Radek, druh mój serdeczny, skosił wreszcie swój tzw. "perz" - na który cały wrzesień nawiewało mi stado, bo zielony był i pełen koniczyny!

A rok temu już od tygodnia leżało pół metra śniegu...

niedziela, 27 listopada 2011

Dlaczego jestem (na ogół) pesymistą?

Zamieszczając w poprzednim numerze „Najwyższego Czasu!“ moją „Sumę wszystkich strachów“, Szanowna Redakcja była łaskawa okrasić tekst nader optymistycznymi zdjątkami, opatrzonymi w dodatku podpisami których związku z tekstem – w żaden sposób nie potrafię się domyślić. Widać, jak zwykle, kiepsko u mnie z myśleniem…

Tymczasem wstęp do tego tekstu, w którym przyznałem się do programowego zwalczania optymizmu, był jak najbardziej serio. Właśnie znalazłem kolejny dla pesymizmu w kwestii sytuacji ogólnej powód: doczytałem (do połowy) po raz kolejny, ale po kilku latach od poprzedniej lektury – „Dawny ustrój a rewolucję“ de Tocqueville’a.

Dlaczego lektura klasyka liberalizmu (w dodatku: konserwatywnego!) miałaby mnie tak pesymistycznie nastrajać? Ano dlatego, że między wierszami jego analizy tego, jak monarchia absolutna rozłożyła na czynniki pierwsze (i na łopatki!) dawne społeczeństwo feudalne, torując tym samym drogę rewolucji, a właściwie to – nowoczesności – można wyczytać również i ten sam wniosek, który się w rzeczonej „Sumie…“ pojawił: podległość władzy jest zjawiskiem naturalnym, jest wręcz – naturalną potrzebą człowieka (tak samo, jak każdego innego zwierzęcia stadnego!). De Tocqueville nazywa to „potrzebą“, czy też „namiętnością“ równości – przeciwstawną na ogół „potrzebie wolności“, a tym samym – prowadzącą do despotyzmu, czy to jakobińskiego, czy napoleońskiego który, całkiem dla swoich twórców niespodziewanie, zrodziła rewolucja wolnościowa 1789 roku.

Jeśli Państwo nie nadążacie (sam wcale nie jestem jeszcze pewien tego tak szybko wygłoszonego wniosku), to prześledźmy cały ten proces po kolei, krok po kroku.

Punkem wyjścia analizy de Tocqueville’a jest ów „dawny ustrój“ – „ancient regime“ – niezmiernie podobny, tożsamy wręcz, na obszarze od Atlantyku po Wołgę (no dobrze: na temat Wołgi de Tocqueville raczej mało wiedział, ale „granic Polski“ jego wiedza, jak sam to w początkowych rozdziałach przyznaje, jak najbardziej sięgała – nawet, jeśli wiedza to opierała się głównie na kodeksie praw ogłoszonym w Prusach w roku 1795 dopiero…). Skądinąd „wielkie umysły działają podobnie“ – jeśli czytać „Barbarzyńską Europę“ Karola Modzelewskiego, dzieło które zachwalam i polecam każdemu konsekwentnie od lat – takie samo podobieństwo, tożsamość wręcz, przedpaństowowych, plemiennych struktur „Barbaricum“, od Atlantyku po Wołgę, jasno udowodnione obszernym materiałem źródłowym – musiało dać analogiczne podobieństwo, tożsamość wręcz – pierwotnych struktur państwowych, feudalnych.

W czasach barbarzyńskich władza i prawo jak najbardziej istnieją (to już jest wniosek z lektury „Barbarzyńskiej Europy“ – de Tocqueville nie miał materiałów ani sposobności badania czasów tak odległych…), ale są „słabo widoczne“: 90% relacji w których jeden z ludzi dominuje nad drugim rozgrywa się w szeroko rozumianej rodzinie – rodzinie obejmującej nie tylko głowę rodu, jego żonę i dzieci, ale także: niewolników, wyzwoleńców różnej kategorii, klientów (czyli inaczej: „ludzi zależnych“) i całą masę innych „swojaków“. Pozostałe 10% to relacje pomiędzy głowami rodów: w tamtej epoce – żywo przypominające dzisiejsze stosunki między państwami jako że gdy wszyscy byli zbrojni i wolni, zaś o „sprawach wspólnych“ rozstrzygał wiec zbrojnych i wolnych, było rzeczą nader nierozsądną drażnić głowę rodu nie mając po temu istotnej przyczyny i nadziei na poparcie innych, co najmniej równie dobrze uzbrojonych „głów“!

Skądinąd widząc, jak się ten sam model stosunków międzyludzkich odtwarza po tysiącach lat chociażby w działaniu mafii – nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to właśnie jest stan dla naszego gatunku „naturalny“ – tak byśmy się zachowywali, gdyby nie było państwa, niezależnie od tego, czy jesteśmy niepiśmiennymi czcicielami Odyna lub Swaroga, czy absolwentami Oxofordu lub nawet (ho! ho!), samej SGH…

Pierwsze państwa, państwa feudalne, tym się różniły od wcześniejszego „stanu barbarzyństwa“, że władza wcześniej rozproszona, bezpostaciowa, pozbawiona widocznej formy – zdobyła wreszcie swoją widzialną postać: od razu zresztą dwoistą – monarchii i Kościoła. Jednak owa postać widzialna władzy zasięgiem swoich kompetencji obejmowała tylko te 10% stosunków społecznych, które wcześniej rozgrywały się pomiędzy głowami rodów. Z chwilą pojawienia się monarchii i Kościoła, głowy rodów, pod dawnemu zbrojne i wolne, przestały już traktować się wzajem jak niezależne państwa – poddały się sądowi zbrojnemu monarchy i moralnemu – Kościoła. Nie zawsze było łatwo wyrok takiego sądu wyegzekwować, nie raz też się zdarzało, że to głowa rodu lub jakaś ich koalicja obalała monarchę i wprowadzała na tron innego – monarcha zresztą też był zarazem jedną z owych „głów“, przynajmniej – w stosunku do własnych poddanych, nad którymi panował bezpośrednio. Był to jednak system sprawowania władzy stosunkowo trwały – utrzymał się na większości terytorium Europy przez lat co najmniej 800 – a przy tym: dający stosunkowo najwięcej wolności w dotychczasowych dziejach ludzkości.

Ten wniosek może się wydawać Państwu paradoksalny. Jakże to tak? Ustrój w którym 90% ludności pada na twarz, nurzając się w prochu i pyle przed lada szlachetką, w którym owe 90% ludności obrabia pańszczyznę, płaci czynsze, wypełnia (upokarzające) posługi osobiste, musi prosić o zgodę na małżeństwo czy zmianę zawodu lub miejsca zamieszkania – miałby więcej wolności dawać niż dzisiejsza demokracja i „prawa człowieka“???

Ano tak! Tak właśnie było. Takiej wolności osobistej, takiej wolności słowa i takiej wolności czynu, jaka panowała w średniowieczu europejskim nic w świecie dzisiejszym nie dorówna. Ustała już samowola „głów rodów“ – Gilles de Rais nie mógł dowolnie zaspokajać swoich chorych żądzy kosztem małoletnich synów swoich poddanych, był nad nim sąd ludzki i boski i sąd ten przywiódł go na szafot – nie sądzę przy tym, aby był w tym dziele wolniejszy czy bardziej opieszały od sądów współczesnych. Nie było zaś jeszcze samowoli władzy – gdyby któryś ze średniowiecznych królów napomknął chociaż o tym, że chętnie by sobie tak porządził, jak to dzisiaj byle premier byle „demokratycznego“ państwa rządzi, wydając na ten przykład „wojny“ kibicom piłkarskim, czy podnosząc ten lub ów podatek – koniec jego byłby tak rychły i tak pewny, że zapewne do dziś głowiliby się historycy, co też tak szybko pozbawiło tronu tak zdolnego władcę..? Władza „głów rodów“ – czyli de Tocqueville’a „władza arystokratyczna“ – równoważyła się z władzą monarchy i Kościoła. Nawet najsłabszy i najmniej zaradny mógł liczyć na pomoc i opiekę, o ile tylko sam tej pomocy i opieki przez próżną dumę nie odrzucił – każdy zaś, kto czuł że sprzyja mu szczęście i służy pełnia sił, mógł się starać choćby i o najwyższe dostojeństwa, pełnej zażywając dla tego wolności – jeśli tylko gotów był w tym celu znosić niewygody i trudy.

Oczywiście, że i w tym systemie zdarzały się nadużycia – gdzie ich nie ma? Epoka następna, która nadeszła wraz z pojawieniem się monarchii absolutnych, a potem wraz z rewolucją – wszelkie jednak nadużycia dawnego ustroju prześcignęła tak szybko, jakby o nic innego się nie starała usilniej, jak właśnie o to – bo w ciągu kilku lat zaledwie!

De Tocqueville pisał na prawie sto lat przed wojnami światowymi, komunizmem, nazizmem, Jewrosojuzem, Bankiem Światowym i innymi nieszczęściami XX i XXI wieku. Jednak już w jego pracy pełno jest melancholii i żalu za czasem, który odszedł wraz z owym „dawnym ustrojem“. Oczywiście złośliwiec w rodzaju Eryka Fromma wypomniałby Francuzowi jego pochodzenie – zamek de Tocquevillów do tej pory wznosi się w okręgu Valognes, z którego tyle razy hrabia Aleksy wybierany był deputowanym – jednak wartość takich zarzutów po prostu nie wymaga komentarza: bo i cóż z tego, że Platon pochodził z królewskiego rodu..? To ma niby dyskredytować jego filozofię? A gdyby pochodził z rodu kamieniarzy, jak jego mistrz, Sokrates? To co – bardziej byłby wiarygodny jako filozof..?

Gdzieś w okolicach renesansu królowie Zachodu, posiłkując się prawnikami wykształconymi na imperialnym prawie rzymskim i sojuszem z drobną szlachtą i mieszczaństwem dokonali przewrotu: obalili władzę arystokratycznych „głów rodów“ (we Francji, ostatecznie, dopiero za Ludwika XIII, znanego z „Trzech Muszkieterów“, po pokonaniu „Frondy książąt“), tym samym przejmując już nie tylko władzę nad tymi 10% stosunków społecznych, które kontrolowali wcześniej – a nad ich 100-procentową całością. De Tocqeville posiłkując się dokumentami „rady królewskiej“, „kontrolera generalnego“ i „intendentów“ XVIII-wiecznej Francji pokazuje, jak wielki był zakres tej władzy: żaden z poddanych króla Francji nie mógł założyć przytułku dla sierot, wybudować drogi lub kanału na własnej ziemi, założyć kopalni lub zawiązać z innymi poddanymi spółki handlowej – jeśli nie dostał pierwej pozwolenia z Paryża. Ba! Choć nie istniało jeszcze nawet takie pojęcie jak „konserwacja zabytków“ – to i tak każdy remont dzwonnicy, wymiana dachu na kościele czy odnowienie muru wokół wiejskiego cmentarza – wymagało takiej samej zgody wszechwładnej „królewskiej rady“. Rewolucja niczego tu nie wymyśliła, niczego nowego nie ustanowiła – rewolucja jedynie, likwidując dekorację dawnych stosunków feudalnych, utrzymywaną jako pozór, zasłona dymna i źródło dochodów dla królewskiego skarbu (bo za nadanie szlachectwa czy arystokratycznego tytułu, trzeba było królom z dynastii Burbonów słono płacić…) – ukazała wszechwładzę biurokracji w jasnym świetle dnia i uczyniła z niej widomy znak narodowej jedności. Rewolucja nie miała najmniejszego zamiaru – ani przez chwilę – ograniczać państwowej biurokracji, wyznaczać jej kompetencje czy granice uprawnień. Przeciwnie! Rewolucja zrobiła co mogła, żeby komptencje państwowej biurokracji żadnych granic nie miały…

Teoretycznie współczesna ideologia „praw człowieka“ (znowu poza de Tocqueville’a wykraczamy, wszak tego nie mógł przewidzieć…) ten brak rewolucji 1789 roku uzupełnia. Teoretycznie. Bo cóż to za „prawa człowieka“, które pozwalają dowolnie odbierać rodzicom ich dzieci? Cóż to za „prawa człowieka“, które pozwalają dowolnie odbierać właścicielom ich własność – chociażby w postaci zwierząt, rzekomo „źle traktowanych“..? Ilu rodziców rzeczywiście molestuje czy w inny sposób źle traktuje własne potomstwo? Ilu właścicieli naprawdę szkodzi własnym zwierzętom czy innej własności? Rzekome nadużycia naprawdę małej garstki są doskonałym pretekstem do przyznania urzędnikom władzy, której w dziejach ludzkości nigdy żadna zwierzchność oprócz najbardziej totalnej, do tej pory nie posiadała – bo nikt oprócz właściciela niewolnika (a i to nie zawsze i nie każdego…) nie mógł rozdzielić rodziców i dzieci i nikt, oprócz właściciela niewolnika, nie mógł dowolnie odebrać temu niewolnikowi rzeczy czy zwierząt pozostających w jego posiadaniu – tego nie mógł na ogół nawet „szef rodu“ w czasach barbarzyńskich mimo, że żadna zwierzchnia władza mu tak postępować nie zabraniała!

Czytając de Tocqueville’a po raz kolejny, choć po dłuższej przerwie, tym bardziej mam dojmujące wrażenie, że dokonanie rewolucji nie jest rzeczą łatwą. Sam autor wyraźnie to zaznacza: we wschodniej części Niemiec, gdzie przetrwały do 1789 roku w pełni stosunki feudalne i pańszczyźniane, idee rewolucji szerzyły się o wiele słabiej i mniejsze miały oddziaływanie niż nad Renem, gdzie ani pańszczyzny, ani feudalizmu już dawno nie było. Żadnego zgoła wpływu nie miała rewolucja 1789 roku na Rosję – dodajmy od siebie.

Dlaczego tak się działo? Dlatego – jak słusznie pisze hrabia Aleksy – że tam, gdzie system feudalny był rzeczywisty, funkcjonujący i żywy – gdzie zaspokajał on podstawowe potrzeby 90% mieszkańców: nie było miejsca na konflikt klasowy. Jeśli kodeks Fryderyka II w Prusach stwierdzał, że Pan powinien dbać, by jego ubodzy chłopi mogli się uczyć. Powinien, w miarę możności, dostarczać środków do życia tym swoim wasalom, którzy nie mają ziemi. A jeśli który z nich popadł w nędzę, pan ma obowiązek przyjść mu z pomocą.  – to związek pomiędzy panem a chłopem, jakiego taki dekret (przecież nie tworzący nowej rzeczywistości, a raczej – potwierdzający tylko to, co i tak było zwyczajem…) jest świadectwem, dalece przekracza związek między współczesnym obywatelem a jego państwem: państwo bowiem, jakkolwiek szeroki zakres „pomocy społecznej“ by nie oferowało, nie traktuje tego jako zobowiązania o charakterze bezwzględnym i zwykle wymaga od obywatela szeregu starań, nim mu taką pomoc przyzna. Tymczasem w ustroju feudalnym – sądząc po brzmieniu tego zapisu – stroną aktywną i podejmującą starania wcale nie był chłop, tylko… jego pan?

Zresztą, wracając na chwilę do często się tu pojawiających dyskusji na temat położenia chłopów dawniej: taki fenomen jak „rabacja“ miał miejsce w Galicji po ponad 70 latach, czyli po trzech pokoleniach, ręcznego „majsterkowania“ cesarskich urzędników przy stosunkach między chłopami a dworem. W Królestwie Polskim jakieś poważniejsze wystąpienia chłopskie to właściwie – powstanie styczniowe. Czyli: 70 lat bez mała obowiązywania Kodeksu Napoleona, który wyzuł chłopów z ich średniowiecznego jeszcze prawa do posiadania ziemi i pozwolił ziemianom na swobodne rugowanie całych wsi. W Prusach – Wiosna Ludów, pół wieku po wspomnianym akapit wyżej kodeksie Fryderyka II. Czyż nie widać z tego dowodnie, jak bardzo musi się starać władza państwowa, aby konflikt między chłopem a jego panem spowodować..? O to się też i starała, przez dwa wieki, francuska monarchia absolutna, pozbawiając francuską szlachtę jakiejkolwiek praktycznej władzy – a zachowując jej drażniące ogół, czysto honorowe przywileje, które tym bardziej były nieznośne „stanowi trzeciemu“, im mniej miały uzasadnienia w rzeczywistych obowiązkach stanu uprzywilejowanego…

Ogólnie rzecz biorąc: mała i słaba jest „sprawa wolności“. Jak pisze de Tocqueville, „namiętność równości“ nierównie silniejsza jest niż „namiętność wolności“ – ludzie wolą znosić despotyzm i niewolę, byle tylko nikt się nad nich nie wynosił i nikt nie był od nich w tej biedzie lepszy – niż zdawać się na hazard wolności, gdzie w każdej chwili znienawidzonemu sąsiadowi może się poszczęścić i postawi sobie lepszą chałupę, albo w inny sposób wykaże swoją nieznośną sąsiadom wyższość…

Ta właśnie zazdrość, to pragnienie by nikt nie był lepszy, mądrzejszy, wznioślejszy, szlachetniejszy – najpewniejszą jest podstawą i ubezpieczeniem wszelkich despotyzmów, z ostatnim despotyzmem „praw człowieka“ włącznie. Pesymistyczny wniosek, jaki z tego wynika jest taki, że w obliczu cywilizacyjnego kryzysu jaki wiąże się z nadmiernym zadłużeniem zbyt hojnych w powszechnym przekupstwie rządów i rosnącymi cenami nośników energii – ludzie instynktownie wybiorą bezpieczeństwo niewoli, a nie ryzyko wolności. Protekcjonizm, kontrola, wzrost kompetencji władzy, redystrybucja, racjonowanie i normowanie odgórne – to są hasła dnia dzisiejszego, to są hasła na czasie! Nie żadna tam wolność. Na co komu wolność..? Wolność to hasło politycznie podejrzanych arystokratów, którzy tylko szukają pretekstu, żeby się nad zwykłego zjadacza chleba wynosić…

sobota, 26 listopada 2011

Marketing

Nie powiem że lubię, ale - toleruję NAWET whisky "Golden Loch" z Pierdonki. Wiem też, że w marketingu tak trzeba - ale też: dokładnie takie zadęcie i taka przesada, to jest właśnie to, co mnie w tego rodzaju sytuacjach denerwuje... Sami zobaczcie, czy można coś takiego traktować poważnie:
?
Tymczasem czytam sobie pomalutku, wśród innych zajęć, ponownie po długiej bardzo przerwie de Tocqueville'a. Może jutro coś na ten temat napiszę...

czwartek, 24 listopada 2011

Modlin

Uważacie Państwo, że komedie Barei są przerysowane? Ja tak wcale nie uważam. Na co mam twarde dowody.

Umyśliłem sobie ci ja pojechać dziś rano do Modlina pociągiem. Dlaczego pociągiem? Bo podróż koleją skraca czas! No i taniej jest, zwłaszcza z biletem miesięcznym - przezornie jednak, nim takowy wykupię, chciałem trasę wypróbować...

Zjawiłem się zatem na stacji, jakieś dziesięć minut przed planowanym odjazdem pociągu, wcześniej w sieci wypatrzonego. Połowę z tych dziesięciu minut zużyła pani wybierająca smak landrynek, które chciała sobie kupić na podróż. Spoko! Dalej zostało przecież całe pięć minut, prawda..?

- Proszę Pani, poproszę do Modlina przez Warszawę Zachodnią i Warszawę Wolę.
- Modlin, Modlin... to gdzieś koło Wschodniego..?
- No nie do końca, raczej na północ bardziej - ZOO, Legionowo...
- Ale to są Koleje Mazowieckie..?
- Bezapelacyjnie, bez najmniejszych wątpliwości..!
- No szukam, szukam... ojej, komputer się wiesza...
Po chwili
- Ale jak pan chce tam dojechć?
- Proszę Pani do dworca Warszawa Zachodnia, stamtąd na piechotę do stacji Warszawa Wola i dalej pociągiem.
- Warszawa Wola... o - jest! Ojej, ale tam pociąg jedzie przez Warszawę Wschodnią i Gdańską...
- I właśnie dlatego przechodzę na piechotę z Warszawy Zachodniej...
- Ale pociąg już i tak panu odjechał...

No i nie oszczędziłem: pojechałem do Modlina samochodem. Ponownie spróbuję komunikacji publicznej w przyszłym tygodniu - jutro i tak musiałbym autem, mam spotkanie na mieście.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jesteśmy, jesteśmy,

tylko doświadczamy trudności technicznych. W drugiej połowie przedpoprzedniego tygodnia nie pisałem, bo kobyła przechodziła kryzys: przestała w ogóle jeść, wydalała głównie sprężony gaz z larwami gzów – makabrycznie to wyglądało. Ogólnie – pomysł Pana Doktora odstawienia jej od pastwiska i pozostawienia pod wiatą na sianie i słomie nie był najlepszy, choć oczywiście – zwykle tak się właśnie robi i robić powinno. W związku z czym cały świąteczny piątek pasłem ją na najzieleńszych kąskach trawy, jakie tylko udało mi się w okolicy znaleźć, a znajdowłem je głównie na naszej w rajski ogród obróconej pustyni. To było jedyne, co jeszcze jeść chciała. I od tego wypasu zaczęła się poprawa. W sobotę przyjechało dobre, nadwiślańskie siano w belkach – została z belką sam na sam pod wiatą, gdy reszta poszła na pastwisko i do wieczora udało się jej wyżreć dziurę, w której chowała cały łeb i pół szyi…

I tak zszedł nam poprzedni weekend, o święto przedłużony. W poniedziałek dotarła do nas przysłana z Litwy płytka instalacyjna Mac OS 10.4… Od pewnego czasu nasz „piecyk“ G5 nie działał najlepiej: częste awarie zasialania, jakie dotykały naszą wieś przez ostatni rok, tudzież dwukrotne „uratowanie“ końputera przez naszego kochanego kociambra, który spuścił wazonik z wodą z parapetu na przedłużacz (a mógł spuścić wprost na komputer, prawda?!) sprawiły, że system często się wieszał i nie zawsze startował tak chętnie, jak powinien. Problemy objawiały się szczególnie często przy próbach uruchomienia – jak to zwykle u Apple’a bywa – „third party applications“. To jest – na ten przykład: blueconnecta!


Od razu wyjaśniam na potrzeby Szanownych P.T. Komentatorów: nie szukam nowego sprzętu komputerowego, nasz „piecyk“, kupiony w lepszych czasach na Allegro za niewielkie pieniądze, najzupełniej nam wystarczy na następne lata – jak sądzę. Przynajmniej do czasu, dopóki działa stary modem usb od Ery (jeszcze wtedy…) – bo nowy, który dostaliśmy kilka miesięcy temu wraz z nową umową już się domaga Intela i z innym procesorem nie chce gadać. A dlaczego Mac? Bo tak! Raz, że przyzwyczaiłem się w mojej pierwszej pracy, czyli w redakcji „Super Expressu“ (tu w tle słychać buczenie Moralnej Większości: błeee, ludowi ciemnotę wciskał! A tak – wciskałem. Nie mam sobie jednak nic do zarzucenia: zrobiłem materiał o potworze z Loch Ness, to prawda – ale Nessi całość tekstu autoryzowała, nie było tam więc ani słowa nieprawdy! Poza tym: była to jedna z dwóch prac w moim życiu, które dostałem bez żadnych znajomości i protekcji – z ogłoszenia. Drugą jest współpraca z „Końskim Targiem“, gdzie po prostu posłałem mailem tekst – i poszedł…).

Dwa, że w czasach, kiedyśmy się komputeryzowali z Lepszą Połową, czyli te… naście lat temu: w zasadzie nie było innego wyboru. Kilkanaście różnych języków do wyboru można było sobie zainstalować bez drapania się w lewe ucho przez prawe ramię tylko na Mac-u. I tak już zostało. A jedną z najpoważniejszych zalet tej sytuacji jest to, że rzadko bardzo cokolwiek trzeba z tym sprzętem czynić innego niż zwyczajnie używać. Niestety – zaleta ta staje się wadą, gdy jednak uczynić coś przyjdzie. Bo po prostu: nikła jest moja „sprawność komputerowa“ i mimo, że przeinstalowanie Mac OS-a naprawdę nie jest trudne – to i tego potrafię zapomnieć, skoro robię to raz na 5 – 6 lat… W tym przypadku – nie miałem nawet z czego, bo „piecyk“ kupiłem na Allegro z gotowym, zainstalowanym systemem i płytki z „Tigerem“ nigdy nie miałem. Przez lata nie było takiej potrzeby. Teraz, poratowała nas rodzina Lepszej Połowy, dosyłając płytki.

Oczywiście, druga płytka, MUSIAŁA być walnięta. W czym zapewne walny był udział Poczty Polskiej: przesyłka, mimo że w dobrze zabezpieczonej kopercie, dotarła do nas w stanie takim, jakby ją ktoś żuł i wypluł.

A skoro druga płytka była walnięta, bo musiała taka być – to natychmiast wpadliśmy w błędne koło: instalator domagał się drugiego dysku, kiedy go dostawał wieszał się, po restarcie proces zaczynał się od nowa. Potwornie irytująca sytuacja! Nie obyło się od dzwonienia po znajomych, żeby nam numer telefonu do przesympatyczne firmy komputerowej na Ateńskiej znaleźli (zapisany go miałem na mailu, do którego w tej sytuacji oczywiście nie było dostępu…). Rady typu „jabłko C“, czy „jabłko – shift – p – r“, niewątpliwie w innych okolicznościach zbawienne, nic nie dały, przeklętego instalatora wyłączyć się nie dało. Czarna rozpacz!

Aż przypomniało mi się, że mam śrubokręt… i po prostu odłączyłem dysk „Behemot“, na którym ów przeklęty instalator zdołał się już zapisać. Potem wystarczyło ponownie go włączyć, po uprzednim starcie z płytki – i rozpocząć instalację od początku, z pominięciem programów z „dysku drugiego“. Z tym, że oczywiście: tu już nie było mowy o żadnej podmiance systemu „na barana“ – trzeba było sczyścić twardziela do końca, na nowo go formatując.

No i pięknie, wszystko działa. Tylko pojawił się jeden drobny problem: Safari 2.0, które się nam tym sposobem zainstalowało w miejsce swojej o oczko nowszej wersji którą mieliśmy poprzednio – okazało się bardzo niestabilne. W szczególności, wieszało się na Googlach, mowy nie było o zalogowaniu się do Bloggera – i tu już Państwo wiecie, dlaczego przez kolejny tydzień milczałem…

Oczywiście, podjąłem natychmiast zakrojone na szeroką skalę próby ściągnięcia update’u, tudzież – znalezienia dla tego poronionego Safari jakiegoś sensowniejszego zamiennika. Tak szeroka była skala tych prób, że się nam limit w T-mobile  wyczerpał i kiedy wreszcie w piątek wygrzebałem gdzieś w zakamarkach końputerowej pamięci (dobrze jest mieć dwa twarde dyski!) stareńkiego Firefoxa, który o dziwo – działa – logowanie się do czegokolwiek poza najmniej wymagającymi pod względem szybkości transferu forami internetowymi, po prostu nie miało sensu. Dziś jest 21, więc nowy limit – melduję się zatem Państwu – nie obiecując wcale, że będę pisał często i obszernie. Po prostu: mam bardzo dużo pracy a mało wolnego czasu i wygląda na to, że w najbliższej przyszłości tego wolnego czasu będę miał coraz mniej. Ale głowę przez ten tydzień z okładem wypełniły mi tysiące słów, więc jakoś trzeba będzie to ciśnienie spuścić, to prawda…

A kobyła ma się już dobrze. Nawet owies żre, lubo na razie bez zwykłego dla niej łakomstwa – konsystencja kału też się bardzo poprawiła. Tyle, że znowu kłopot: siano nadwiślańskie w belkach schodzi nam mniej więcej o 30% szybciej, niźlim się spodziewał – a to burzy zarówno wyliczenia terminów kolejnych dostaw, jak i kalkulację kosztów.

wtorek, 8 listopada 2011

Cygan powieszony

Jak wiadomo dla towarzystwa Cygan dał się powiesić. Nasza Dalia wlkp dla towarzystwa – zjadła trochę meszu.

Kłopotu z tym było co niemiara! Ale zacznę od początku: stanęliśmy na tym, prawda, że Starsza Pani dostała FloryBoost na odtrucie – nic to nie pomogło. Ani na humor (w dłuższej perspektywie), ani na konsystencję kału czy ogólne chudnięcie. W sobotę zatem Pan Doktor odwiedził nas po raz drugi. Pobrał krew do badania i podał kobyle inverminę. Morfologia krwi okazała się być w normie – stanu zapalnego nie ma. Widocznych efektów inverminy też nie było tak od razu.

Za to całe stado od sobotniego popołudnia kiblowało pod wiatą, tj. na padoku piaszczystym – zimowym. Długo kombinowaliśmy jak tu je jednak wypuścić na trawę tak, żeby sama Dalia została na sianie i słomie (którą nam M. dobrotliwie użyczył na tę okoliczność: w okolicy teraz słomy nie ma, a jak jest – to droższa od siana, ścielimy więc sianem normalnie…), a ogrodzenia to przetrwały. W końcu wczoraj zostawiliśmy ją z Szafranką – a reszta się pasła. Szafranka szczęśliwa nie była, ale trudno: życie nie bajka, czasem pocierpieć trzeba. Dzisiaj też się coś wymyśli…
Dalia wlkp

Wczoraj rano po raz pierwszy znalazłem wydalone larwy gzów. Znakiem tego, fizyczną przyczynę depresji naszej matrony jużeśmy właśnie odkryli: na znak protestu przeciw odejściu Glusia, kapciuszka i przyjacielka – daliśmy się zagzić!

Ponieważ konsystencja kału na razie nie uległa zmianie, wypadało podać kobyle mesz, co i Pan Doktor telefonicznie skonsultowany w tej sytuacji radził. Nie jest to takie proste, gdyż:
-       w okolicy można bez problemu nabyć w ilościach hurtowych otręby pszenne – ale otrąb owsianych żadna hurtownia nie prowadzi (w końcu kupiłem po prostu 8 paczek po 200 gram w „Lewiatanie“ – w większą ilość po sensowniejszej cenie wypadnie zaopatrzyć się w Warszawie bo przecież – nie ma się co oszukiwać: jeśli Starsza Pani dała się zagzić, to cała reszta też i po odrobaczeniu, jak spadnie pierwszy śnieg, również im będzie dobrze meszu dać…),
-       nasza turystyczna kuchenka gazowa niezbyt się nadaje do długotrwałego, powolnego gotowania, której to obróki koniecznie wymaga siemię lniane przed połączeniem z otrębami (Lepsza Połowa zmieliła zatem najpierw siemię robotem kuchennym – a do gotowania użyliśmy kozy),
-       nie mamy nie wiadomo ilu wielkich garnków i nie bardzo mamy jak mieć, bo i tak już nasza chatka ze strychem włącznie zagracona jest ponad miarę – a tu by się, po prawdzie, spory żeliwny kocioł przydał (Lepsza Połowa poświęciła swój jedyny garnek do gotowania ziemniaków…).

Mesz wyszedł pyszny i wyszło go… troch dużo jak na jednego konia! Ale cóż: wychodzi na to, że zostało nam składników na jeszcze dwie porcje, a zdobyta dzięki temu doświadczeniu, z takim poświęceniem przeprowadzonemu przez Lepszą Połowę wiedza – jest bezcenna.

Mesz wyszedł pyszny, ale Dalia wlkp… nie chciała go jeść! Ot liznęła raz czy dwa – i wszystko. Nawet posypywanie owsem z wierzchu niewiele dało (do posypywania cukrem nie chcieliśmy się posuwać…).

To skąd wiemy, że pyszny..? A, bo wszystkim innym smakował! Bubie dałem trochę na ręku – prześmieszne było, jak mi to z palców zlizywała (ale Lepszą Połowę potem już trochę ugryzła – smakowało jej coraz bardziej widać…), a generalnie: towarzystwo pchało się do wiaderka z meszem ze wszystkich stron…
Osman Guli, czyli Buba

Wychodzi na to, że Wielki Straszny Zwierz… nigdy meszu wcześniej nie jadł? Po prawdzie – to myśmy jej go nie dawali – ale przecież mamy ją na własność dopiero od 2004 roku, a na swoim osiedliśmy ledwo dwa lata z małym hakiem temu. Nie mogę głowy dać, ale coś mi się kołacze, że przynajmniej w dwóch z kilku stajni w których staliśmy pensjonatem podobno konie miały były dostawać mesz co jakiś czas? No cóż: nie jest to już w tej chwili takie istotne…

Po prawdzie to z wszystkich bardziej skomplikowanych procedur przygotowywania żarła dla koni (moglibyśmy na przykład moczyć owies, a nie podawać suchy, nieprawdaż..?) zrezygnowaliśmy po części z konieczności (bywało i tak, wcale często, że w portfelu zostawało 20 złotych na cały tydzień, a to nie jest okoliczność zachęcająca do kulinarnych eksperymentów…), a po części – na podstawie doświadczeń minionych dwóch lat. Nasze konie, mając 24-godzinny dostęp do pastwiska (o ile tylko tego pastwiska nie pokrywał śnieg), nie tylko nigdy przez te dwa lata na nic nie chorowały, ale też – nie zdarzyło się ani razu, żeby którykolwiek zakolkował, miał nieprawidłową konsystencję kału – czy czymkolwiek w jakikolwiek inny sposób odbiegał od normy.
Pośniadaniowa drzemka

Problem w tym, że już od jakiegoś czasu w tym roku stado nie ma 24-godzinnego dostępu do pastwiska – i wygląda na to, że powinniśmy naszą politykę w tej materii  zweryfikować, bo zaczynają się kłopoty, o których chcieliśmy już nigdy nie słyszeć… Naprawdę nie chciałbym, żeby tu się zrobiło tak, jak w większości podwarszawskich stajni, gdzie już w końcu maja kończy się trawa – i to jest jeden z powodów, dla których ogłoszenie o pensjonacie zniknęło już jakiś czas temu ze strony. Albo uda się nam wypracować takie procedury, żeby zachowany został przynajmniej ten standard życia koni, do jakiego przywykły przez poprzednie dwa lata mimo zwiększonej obsady – albo pensjonatu nie będzie. I tak mielibyśmy teraz przerwę zimową, bo przecież nie przyjmę do chowu bezstajennego konia, który nie zdążył sobie wyhodować odpowiedniego futra. To, czy od wiosny ogłoszenie wróci, czy nie – zależy od tego, co się nam uda wymyślić i zrealizować przed końcem kwietnia.
Poranny bałagan przed wiatą - zanim zdążyliśmy wyrzucić większość stada na pastwisko i posprzątać

Wracając zaś do meszu i powieszonego Cygana. Wieczorem nie udało się nakarmić meszem Wielkiego Strasznego Zwierza. Podziumdział trochę, powykomadlał (jak się na grymaszące dziecko na Kociewiu mówi), nawet wyprowadzona za ogrodzenie i trzymana na uwiązie przy wiaderku – jeść tego świństwa nie chciała! Co było zrobić? Mogliśmy albo skarmić to od razu całej, bardzo takiemu rozwiązaniu przychylnej reszcie – albo zaryzykować i poczekać do rana.

Zaryzykowaliśmy. Miałem po prawdzie nadzieję, że przez noc Zwierzu zgłodnieje i zje bez grymaszenia. To się nie udało – bo dalej wolała nie jeść w ogóle. Ale za to, jakoś tak sam z siebie, znalazł się inny sposób. Musiałem też włączyć odmrażanie kranu – i kiedy byłem pod wiatą, Zwierz dokonał abordażu na wiaderko z owsem Buby. Buba zaś, dobrała się do meszu – dowodnie stwierdzając, że ryzyko o tyle się opłaciło, że paciajka dalej jest smaczna, nie zepsuła się przez noc. Reszt koni, kończąc swój owies, dołączała się do Buby. No i kiedy Dalia zobaczyła, że Buba ze smakiem pałaszuje kaszkę, że wpycha się jej do wiaderka na przemian Maleństwo i Melesugun – uznała, że widać nie jest to takie złe! Wszystkiego dalej nie zjadły, ale tym razem – Wielki Straszny Zwierz liznął w miarę solidną porcję…
Miałem nadzieję, że na nosie Buby będą jeszcze resztki po meszu: ale widać zdążyła się oblizać...

niedziela, 6 listopada 2011

Suma wszystkich strachów


Jak Państwo doskonale wiecie: pesymiści to też optymiści – tyle, że lepiej poinformowani. Optymizm jest w związku z tym na łamach tego bloga zwalczany programowo i – jak sądzę – konsekwentnie? Jest to bowiem prosty wyraz niedoinformowania, czyli co najmniej: braku spostrzegawczości. Jeśli nie wręcz: nieuctwa..? A czy można nie piętnować braku spostrzegawczości i nie wytykać nieuctwa?

Bardzo szczególnym i szczególnie często tu piętnowanym rodzajem niczym nie uzasadnionego optymizmu jest wiara w utopie. Dzisiaj zajmiemy się utopią liberalną.

Przy czym od razu zaznaczam, że nie chodzi mi tu o utopijną – jak się niedawno przekonaliśmy – wiarę środowisk wolnościowych w to, że ich polityczna reprezentacja załapie się przynajmniej na budżetową dotację, bo ustuka te minimum 3% głosów (jakkolwiek takie zdanie nie brzmi absurdalnie, to przecież tak właśnie było, n’est pas?). To by było zbyt trywialne. Przy tym – to w końcu nie jest tak całkiem niemożliwe. Jak nie dziś to za 4 lata, a jak nie za 4 lata, to może za lat 40..?

Tym co jest z całą pewnością niemożliwe, jest cel liberalnych dążeń: „państwo minimum“. Skądinąd zresztą, owo „państwo minimum“ liberałów jest tak samo niemożliwe, jak niemożliwy jest „stan bezpaństwowy“ wszelkiej maści anarchistów, zarówno kapitalistycznych, jak i całkiem przeciwnych, jak niemożliwe jest „państwo neutralne światopoglądowo“ czy też „państwo świeckie“ Naszych Ukochanych Postępowców – i jak niemożliwa jest cała masa innych pięknie brzmiących haseł.

Natomiast historia dowodzi, że możliwe jest istnienie Tyranii Doskonałej. Co prawda: raczej na krótką metę. Korea Północna niczego w tej materii nie dowodzi o tyle, że jej istnienie nie byłoby możliwe bez zewnętrznego wsparcia, które panująca tam dynastia Kimów nader zręcznie potrafi na sąsiadach wymuszać.

Symptomatyczna asymetria. Ten świat nie jest miłym i przyjaznym miejscem do zamieszkania. Niszczyć jest o wiele łatwiej niż tworzyć – skądinąd też: lenić się jest łatwiej niż pracować, a żyć na cudzy koszt – łatwiej, niż samemu zasuwać w pocie czoła. Taka jest po prostu natura otaczającej nas rzeczywistości: stany nieuporządkowane są daleko bardziej prawdopodobne od uporządkowanych – o czym wielokrotnie i o wiele ode mnie kompetentniej pisał Profesor Bobola.

Życie w ogóle, a życie społeczne w szczególności, jest tylko wyjątkiem od ogólnego stanu chaosu cieplnego. Nieustannie też, jest przez ów chaos atakowane: tak samo jak molekuły żywej komórki muszą się opierać anarchii ruchów Browna, atakującej porządek od wewnątrz i z zewnątrz – co robią dzięki srogiej sprawności wielopiętrowych mechanizmów regulacyjnych i samonaprawczych – tak i życie społeczne nieustannie musi się bronić przed lenistwem, agresją, skłonnością do życia na cudzy koszt i całą masą innych przywar, które atakują je od wewnątrz i z zewnątrz.

Dotyczy to wszystkich istot społecznych: nawet wśród mrówek są przecież wojowniczki, które bronią mrowiska przed atakami skłonnych do rabunku (a więc – do życia na cudzy koszt!) konkurentek lub… same rabują dobytek innych! A przecież zachowanie mrówek wydaje się w 100% zdeterminowane wrodzonym instynktem, prawda? Mrówki żadnej wolnej woli nie mają. Widać, że strategia „życia na cudzy koszt“ – jest uniwersalnie skuteczne. Czego zresztą jest w przyrodzie (i to nie tylko w królestwie zwierząt, ale i wśród roślin) o wiele więcej przykładów. Mrówki miały miliony lat na to, aby wykształcić instynkt atakowania konkurencji i rabowania jej dobytku – oraz instynkt obrony przed takimi atakami.

Wśród zwierząt odrobinę bardziej skomplikowanych takich, których zachowanie nie jest aż tak dokładnie zdeterminowane – o ile tylko zwierzęta te tworzą choćby i doraźnie stada: występuje zawsze władza i prawo. Stado bez władzy i prawa, tj. bez akceptowanej przez wszystkich jego członków hierarchii z przywódcą na czele i bez akceptowanych i znanych wszystkim jego członkom reguł – rozpada się i przestaje gwarantować bezpieczeństwo. Jest przy tym naturalnym, że osobniki postawione wyżej w hierachii mogą karać za naruszenie reguł tych, którzy są od nich w hierarchii niżej.

Brak ustalonej hierarchii u zwierząt stadnych wywołuje zresztą silny dyskomfort psychiczny – czego nieprzyjemne skutki mogę teraz na codzień obserwować wśród naszych podopiecznych: mimo, że minęły już bodaj cztery miesiące i mimo, że stado przejawia czasem zdolność do zorganizowanego, wspólnego działania (osobliwie, kiedy trafi mu się dziura w płocie i, co za tym idzie – możliwość wybycia w siną dal!) – jakieś dawne błędy w socjalizacji wałachów pani Beaty sprawiają, że wciąż mamy dwie odrębne hierarchie wśród zaledwie ośmiu czterokopytnych, a co gorsza: wałachy nie akceptują wyższości klaczy nad sobą (poza jedną tylko Szafranką) – co zresztą, gdybym tych koni nie karmił i nie chronił przed drapieżnikami, szybko by się dla nich skończyło zagładą, bo jest zachowaniem z punktu widzenia interesów gatunku absurdalnym i aspołecznym.

U większości roślinożerców przywódcą stada jest osobnik żeński – a generalnie: samice z potomstwem stoją wyżej w hierarchii od samców, trzymając się centrum stada, zjadając najlepszą karmę i najdłużej się pasąc – podczas gdy łatwe do zastąpienia samce, których o wiele mniej potrzeba dla skutecznej reprodukcji, patrolują obrzeża, gdzie częściej zjadane są przez drapieżniki. Sytuacja w której Ramzes z kolegami okupują wiatę i wyrzucają stamtąd kobyły (poza Szafranką, z którą tu przyszły i której przywództwo uznają), nie dając im dojść do siana i wody – to stan kompletnej anarchii. Trudny zresztą do pojęcia: tylko ingerencja człowieka mogła aż tak wypaczyć końską psychikę!

Również człowiek jest zwierzęciem stadnym. Człowiek wprawdzie nie jest roślinożercą – a prawdę pisząc: jak tam wygląda kwestia ważności płci w stadach naszych najbliższych małpich krewnych, to nawet i nie wiem. Nie ma to większego znaczenia. Tak czy inaczej: tak samo jak nigdy nie istniał żaden „pierwotny komunizm“ i „wspólna własność środków produkcji“ (tego nie ma nawet i wśród czterokopytnych: kęs siana, który mam zębach jest mój i tylko mój, a co moje – od tego wara komukolwiek!), tak samo nigdy też nie istniał żaden „stan natury“, bez władzy i prawa. Wyobrażenia XVIII-wiecznych filozofów na ten temat – to czyste banialuki, z którymi i dyskutować nie ma po co.

Owszem: władza i prawo potrafi być trudno dostrzegalne. Tak samo jak własność wśród Tobriandczyków. Jednak ta, trudno czasem dostrzegalna władza i prawo – istnieją i skutecznie ograniczają anarchiczne skłonności członków danej społeczności. Niezależnie od tego, czy karą za nieuprawnione ujawnianie tych skłonności jest czasowe wygnanie, społeczny ostracyzm – czy śmierć. Nie jest możliwe jakiekolwiek zrzeszenie ludzkie bez władzy i bez prawa – a zatem: i bez kary. Dobrowolnie, czy niedobrowolne – to nie ma znaczenia. Nawet wśród hodowców gołębi pocztowych, jeśli ma panować jakikolwiek porządek – organizacja musi posiadać władze i prawo karania. Choćby: odebraniem nagród, jeśli okażą się nieuczciwie uzyskane – czy wykluczeniem z szeregów.

To, czy władza używa swoich przywilejów sprawiedliwie czy niesprawiedliwie – to zupełnie inna historia! Niewątpliwie i wśród koni klacz alfa jest najlepiej odżywiona, bo pierwsza korzysta z pastwiska i wodopoju, a inne konie po niej dopiero dojadają. W każdym razie: tak być teoretycznie powinno. Jest uniwersalnym prawem natury, że kto wyżej stoi w hierarchii społecznej, ten ma lepszy dostęp do zasobów, którymi dana społeczność dysponuje – czy tym zasobem jest pastwisko i wodopój, czy piękne samochody i szybkie kobiety. Czy to jest sprawiedliwe?

Jest to prawdopodobnie nieuchronne. Albowiem w ten sposób chytrość natury zaprzęga w służbę społecznej harmonii te same egoistyczne apetyty, które jej istnieniu zagrażają. Szef ma większą działkę pożywienia, niż sam własną pracą byłby w stanie zdobyć – ale za to pilnuje, żeby inni nie kradli sobie żarcia. Szef ma piękne i młode kobiety – ale za to pilnuje, żeby inni się nawzajem nie pozabijali o pozostałe. Szef mieszka w najlepszym szałasie – ale za to dba, aby inni nie wyrzucali się nawzajem na słotę. Dzięki temu jednostka, lub pewna grupa, zwykle niewielka (elita) – może żyć na cudzy koszt, ale za to nie pozwala, aby to słodkie nieróbstwo ogarnęło szeroki ogół, co skończyłoby się rychłą katastrofą, gdyby już nikt nie pozostał, kto się trudzi w pocie czoła i cały ten bajzel utrzymuje…

To, czy szef nazywa się „starszym rodu“, kacykiem, księciem, królem czy prezydentem – nie ma żadnego znaczenia. Rolę szefa może zresztą z powodzeniem wypełniać kolektywnie koło gospodyń wiejskich zgromadzone w miejscowym maglu – o ile tylko będą Szanowne Panie wystarczająco skuteczne w gonieniu swoich małżonków do roboty, bez czego ci by się kompletnie zapuścili, siedząc pod sklepem i sącząc bełta. Zwykle są!

Nie zawsze szefa (lub szefowe – bo takie „zgromadzenie matron“ to wcale autorytatywna instytucja jest!) otaczały czy otaczają atrybuty, które zwykle skłonni jesteśmy przypisywać państwu. Ale czy z tego wynika, że jego władza jest mniej realna? Jeśli tylko potrafi gonić do roboty i pilnować porządku – jakie znaczenie mają atrybuty?

Wcale przy tym nie musimy mówić o czasach dawnych i słusznie minionych. Czy w slumsach, na blokowiskach wielkich miast, wśród gimnazjalnej młodzieży i w kryminalnym półświatku – tam wszędzie, gdzie nie sięga „oficjalny“ porządek prawny i (zbrojne) ramię legalnej władzy: aby na pewno panuje anarchia, rozumiana jako całkowity brak autorytetu i reguł? Przecież wszyscy dobrze wiemy, że nie: owszem, panuje prawo silniejszego, a różne autorytety konkurują między sobą dość swobodnie (tym swobodniej, im częściej władzy legalnej udaje się autorytet najbardziej się wybijający zniszczyć!) – jest to jednak porządek, który ma i prawo i władze pilnujące, by prawo to było przestrzegane. Anarchia jest niemożliwa. Zawsze będzie istnieć władza i prawo – jeśli jedna zostaje zniszczona, jej miejsce natychmiast zajmuje inna. Ludzie bez władzy i bez prawa żyć nie mogą i nie potrafią – tak samo, jak wszystkie inne zwierzęta stadne.

Nie jest też możliwe żadne idealne „państwo minimum“. Władza miałaby nie zaspokajać swoich apetytów? To jest: nie korzystać z materialnego dobrobytu, nie zapładniać pięknych kobiet i nie dbać o lepszą przyszłość tak spłodzonego potomstwa? To wbrew naturze!

Owszem: jest możliwe, iż rządząca (i jak najbardziej, zgodnie z naturą, dowoli zaspokajająca swoje apetyty!) grupa będzie widziała swój interes w tym, żeby jej poddani nie mogli się nawzajem rabować, wyzyskiwać czy niewolić – weźmie więc towarzystwo za twarz i zaprowadzi liberalizm.

Są tu jednak dwa kłopoty. Jeden mniejszy – drugi większy. Kłopot mniejszy polega na tym, że zaspokajając swoją naturalną potrzebę zapewnienia lepszego bytu potomstwu, rządzącą grupa ulega z czasem multiplikacji. Rychło się okazuje, że trzymając się liberalizmu trudno jest wszystkim potomkom zapewnić równie świetlaną przyszłość i potrzebne są pewne kompromisy. Tj.: tworzenie nowych stanowisk „szefowskich“, rozbicie feudalne czy też pomnożenie biurokracji – jak zwał, tak zwał. A tu jeszcze i wśród rządzonych nie brak nieustannie takich, co też by chętnie na cudzy koszt pożyli – i nie wszystkich da się zawsze z należytym wyprzedzeniem zaciukać w ciemnym kącie. Potrzebne są więc dalsze kompromisy i dalszy, dynamiczny przyrost liczebny klasy pasożytniczej. Który, z braku innych hamulców trwa dopóty, dopóki liczba i wydajność pracy tych, którzy jeszcze rzeczywiście pracują w pocie czoła – na to pozwala. Potem następuje krach, reset systemu i proces może się zacząć od nowa, tj. od nowej, wąskich grupy „trzymającej władzę“, która ewentualnie bierze za twarz i zaprowadza liberalizm.

Jak więc widać, w tym ujęciu „państwo minimum“ może być tylko pewnym momentem – dość efemerycznym zresztą – w dialektycznym rozwoju tkanki tłuszczowej żyjącej na cudzy koszt elity. Wcale przy tym niekoniecznym! Bo przecież dlaczego właściwie nowo powstająca elita miałaby uważać, że lepiej jej się będzie żyło, jeśli weźmie towarzystwo za twarz i zaprowadzi liberalizm – skoro żyje jej się dostatecznie dobrze, jeśli ograniczy się do pierwszego z tych kroków..?

I to jest właśnie kłopot większy. Kłopot większy polega na tym, że po wzięciu za twarz – co jest posunięciem absolutnie oczywistym, niezależnie od tego, czy ogranicza się do obsadzenia „swoimi“ telewizji, czy też wymaga postawienia czołgów i koksowników na każdym rogu ulicy – zaprowadzić liberalizm może tylko elita wyjątkowo dalekowzroczna lub wyjątkowo ascetyczna, skoro ma sama sobie na starcie aż tak bardzo żerowisko ograniczyć. Oczekiwanie, że taka się kiedykolwiek gdziekolwiek pojawi – nie ma sensu. To by było wbrew prawom natury przecież…

To dlaczego jednak zdarzało się w przeszłości, że – na krótko wprawdzie ale jednak – gdzieniegdzie rządząca elita rzeczywiście zaprowadzała liberalizm? A – to inna historia! Tak się zdarzało wtedy, gdy „pojemność żerowiska“ była na tyle nieduża – że rządzący nie mieli innego wyjścia: po prostu nie było czego zawłaszczać. A te czasy już dawno i z całą pewnością słusznie minęły – postęp techniczny i przyrost wydajności pracy sprawił, że nie umieramy z głodu mimo, że na roli (faktycznie, nie wedle statystyk KRUS) pracuje ledwo 4 – 5% populacji, nie jest nam zimno mimo, że wszystkie ubrania jakie nosimy szyje nam kilka wiosek w prowincji Fujien i nie pada nam na głowy mimo, że jeden tylko sołtys z całej Boskiej Woli obskakuje na miejscu cały „przemysł budowlany“ – i to bez pomocnika, bo mu go Urząd Pracy skierował na (dotowane) roboty interwencyjne gdzieś w Warce. Cała reszta – nadaje się do zawłaszczenia. Żerowisko jest olbrzymie!

Po co zatem jakakolwiek elita gdziekolwiek na świecie miałaby się bawić w liberalizm?

Czy może któryś z Czytelników jest tak naiwny iż sądzi, że zażyczą sobie tego „masy wyborców“?

Innymi słowy: dość łatwo wyobrazić sobie warunki wystarczające do zaprowadzenia liberalizmu (światła, skłonna do samoograniczenia elita albo Oświecony Tyran) – ale jest logiczną sprzecznością oczekiwać, iż którykolwiek z tych warunków spełni się inaczej, niż w stanie skrajnego załamania takiego, żeby już po prostu nie było innego wyjścia. A i to nie jest wcale takie pewne, bo co najmniej równie kuszącą dla elity alternatywą jest Tyrania Doskonała.

A tak po prawdzie, to cała ta wolność i cały ten liberalizm są dla przeciętnego pobieracza zasiłku i konsumenta dotacji – straszniejsze niż woda święcona dla Szatana: to suma wszystkich strachów! O wiele lepiej jest bowiem nawet i biedę klepać – ale na cudzy koszt, bez pracy i potu – niż dorabiać się milionów kosztem wyrzeczeń, wysiłku i zszarganych nerwów. A jeśli jeszcze WSZYSCY są w takiej samej sytuacji i wszyscy na tym zasiłku, czy na tej dotacji wiszą i nikt się ponad przeciętną nie wybija..? Żyć, nie umierać..!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...