czwartek, 30 grudnia 2010

Miejsca brak...

Moje miejsce w łóżku zajęte:
Pod wiatą też się już nie zmieszczę:
No i co tu zrobić..? Noc przed końputerem albo... pora jechać ziółka sprzedawać? A tu jeszcze tydzień przerwy...

Czeski film

O północy z przedwczoraj na wczoraj zapakowałem się do samochodu Tomka i pojechaliśmy do Czech – tropem řezački. Rozchodzi się o to, że brygadzista, który wiosną, gdy byliśmy tam po raz ostatni ochoczo dał nam swój telefon i kazał dzwonić po żniwach, bo może wreszcie uda mu się tego starego złomu pozbyć – po żniwach przestał w ogóle odbierać telefony. Zamiast niego pod jego numerem komórki zgłasza się jakiś nawet całkiem elokwentny Czech, który jednakowoż utrzymuje, że nie ma nic wspólnego z firmą naszego brygadzisty. No czeski film po prostu!

Dojechaliśmy błyskwicznie i równo o 8.00 pocałowaliśmy przemarzniętą klamkę farmy. Był tylko cieć, który udzielania jakichkolwiek odpowiedzi stanowczo odmówił. Jakeśmy go nie przestawali nagabywać, to zapakował się w końcu do škody i pojechał w siną dal. Zajechaliśmy do obór, także do tej samej firmy należących. Przy komendzie był „główny zootechnik“, młody człowiek, można by sądzić, że niedawno po studiach. Żadnego obcego języka nie znał a z dość nawet obficie udzielanych przezeń w języku ojczystym wyjaśnień, prawdę powiedziawszy, niewiele zrozumieliśmy poza tym, że pracuje tu od niedawna, nikogo na bazie maszynowej nie zna, a żadnego telefonu nam nie da. Reszta to już są wyłącznie nasze hipotezy co do tego, dlaczego tak się dzieje – nie będę ich przytaczał, bo należą do rzeczywistości snu, a nie do rzeczywistości realnej. Jak to w czeskim filmie…

Jużeśmy mieli odjeżdżać w desperacji, kiedy pod bramę bazy mechanicznej, gdzieżeśmy wrócili, zajechał kolejna škoda, z której wysiadła niemłoda, ale i niestara, niebrzydka i niegłupia kobieta, z którą dało się nareszcie porozumieć w języku rosyjskim. Telefonu do „głównego mechanizatora“ (nowego, bo tyle się dowiedzieliśmy, że stary już tu nie pracuje) nie dała, bo podobnoż dawać zakazał (cóż za dbająca o prywatność firma swoją drogą!), ale zapisała sobie w komórce mój i obiecała, że w poniedziałek po Nowym Roku, kiedy skończą im się wakacje, ówże „główny“ zaszczyci mnie rozmową. Czeski film!

Ale żeby nie było: uprzedzałem Tomka, że tak będzie. To jest „habsburska etyka pracy“. Nie wiem jak z tym w Galicji, może ktoś z Państwa ma jakieś doświadczenia w tej sprawie i zechce się nimi podzielić – ale tyle co zdarzyło mi się bywać na Węgrzech, na Słowacji czy w Czechach, a nigdy nie byłem tam rozrywkowo, zawsze z jakimś celem – by tak rzec: produkcyjnym – to muszę potwierdzić słowa, które o robotnikach pewnej augustiańskiej winnicy w Karyntii powiedział kiedyś w swoim programie p. Wojciech Cejrowski: „ci ludzie mają we krwi… przerwę!“

Nie bardzo wierzę w ten telefon od „głównego“, ale zobaczymy w poniedziałek. Tyle dobrego, że Tomek podpatrzył przez dziurkę od klucza, że header do sieczkarni jeszcze stoi, znakiem tego – chyba jej nie zdążyli upłynnić! Objazd sąsiednich farm już w drodze powrotnej dał nam tylko spokój sumienia, bo – oczywiście – ta przez Tomka upatrzona okazała się być ostatnią starą řezačką tego typu w okolicy. Nowszych, pomijając już kwestie pieniężne, do Polski sprowadzać nie ma sensu – bo na jakim niby polu ma pracować sieczkarnia do kukurydzy z headerem o szerokości 8 m..? Jeden przejazd i większość kukurydzy w całej wsi posianej byłaby zebrana… Razem z miedzą, gruszą na miedzy i całym stadem niewinnych zajączków.

No, z tą niewinnością zajączków to przesadziłem. Obrygryzły nam wszystkie jabłonki, skubane!

Teraz pora z onirycznej rzeczywistości czeskiego filmu wracać do mroźnych realiów Boskiej Woli. Przez całą noc, już po moim powrocie, sypał drobny śnieżek i wiał wiatr. Jak okiem sięgnąć (na razie się tym okiem za daleko nie sięgnie, bo dopiero poczyna się rozwidniać), ciągną się śnieżne diuny, całkowicie ignorujące istnienie lub nieistnienie wcześniej przeze mnie pracowicie wykutych w lodzie ścieżek. Ciekawym bardzo, czy naszą drogą do wsi da się teraz przejechać..?

No i odmrozić kran pod wiatą koniecznie trzeba. Co zajmie trochę czasu. Wczoraj się to Lepszej Połowie nie udało przez typowo kobiecy brak bezwzględności. Sam rozmrażałem przez 3 godziny po powrocie, dłużej już nie spać nie mogłem, to teraz obstawiam że po jakich 4 – 5 godzinach może i puści… Na szczęście: przewodność cieplna stalowej rury jest lepsza niż otaczającego ją powietrza, drewna i wełny mineralnej. W tym też i upatruję nadzieję że nawet, jeśli zamarzło głęboko, przy dostatecznej dozie cierpliwości, w końcu odmarznie. A jak nie – czeka nas noszenie wiaderek pod wiatę do soboty, kiedy to zapowiadają kolejną odwilż. Dobrze chociaż, że koza dzisiaj się elegancko pali, przedwczoraj rano umordowałem sią z nią jak murzyn pod pokładem parowca na Missisipi, a i tak ciepło nie było…

wtorek, 28 grudnia 2010

Przemarsz wojsk

Już się wydawało, że jak ten bohater przedwojennej powieści w odcinkach, o którym kiedyś dawno temu wspominałem, nadludzkim wysiłkiem woli pokonawszy przeciwności losu z uśmiechem na ustach wkraczamy do baru, czyli – zaczynamy świętować, aż tu w kolejności…

a)     Lepsza Połowa już w pierwszym dniu świątecznego rozluźnienia poczuła się gorzej, a w drugim – zaległa formalnie i horyzontalnie tak, że do Marcina, który nas serdecznie zapraszał wpadłem tylko ja i jak po ogień, aż mi teraz głupio… Już lepiej, wczoraj się nawet wyrywała do wyjścia i zła jest, że jej nie dałem.
b)    Na konie – siłą rzeczy – tylko sobie patrzyliśmy, zamiast wsiąść. Ale i tak byśmy pewnie nie wsiedli – do Wigili włącznie była plucha, konie miały mokre futra i utopić się było można w błocie, a już od soboty – brzdęk! – lód skuł wszystkie kałuże, powierzchnia śniegu twarda jak beton, no i co tu kryć: w zadek zimno!
c)     Szlag trafił hub usb (chiński, chiński oczywiście, nie będę zaprzeczał…) i teraz nie sposób podłączyć do komputer jednocześnie: myszki, klawiatury, blueconnecta i np. aparatu fotograficznego albo „dzyndzla“ z pamięcią.
d)    Przedświąteczne roztopy już w pierwszy dzień świąt zalały nam hydrofornię tak, że woda sięgnała na pół metra w górę wyniesiona zawora, wyłączając tym sposobem wodę w całym gospodarstwie. Trzeba wylewać dwa razy dziennie – rano i wieczorem. I tak pewnie jeszcze przez kilka dni, mimo mrozu, nim poziom wód gruntowych opadnie. O ile oczywiście wcześniej mu odpływ nie zamarznie poniżej, bo wtedy może już tak do wiosny zostanie..?
e)     Odpadł od wilgoci kawał styropianu ocieplający klapę wejściową hydroforni.
f)     Tejże klapie odpadł najpierw jeden, potem drugi zawias.

A dziś rano, przed chwilą… 5.45 budzę się zgodnie z planem. Nakładam kilka warstw ubrań. Wybieram z kozy ciepły jeszcze popiół. Wychodzę na zewnątrz. Najpierw biegnę pod wiatę włączyć rozmrażanie kranu. Potem idę do hydroforni. Odwalam (bo przecież nie: otwieram…) klapę razem z luźno z niej zwisającym styropianem. Zapalam światło. Uff – jeszcze zaworu nie sięgnęło, zdążyłem! Wyjmuję węża i układam go na pozycji. Biorę wtyczkę naszej (chińskiej, chińskiej, nie będę zaprzeczał…) pompy i próbuję ją wetknąć do kontaktu przyciągniętego wcześniej przedłużacza. Błysk! Gaśnie światło na zewnątrz chatki (na tym samym zabezpieczeniu jest co kontakt, do którego włączony był przedłużacz). A ja zostaję z… wtyczką w ręku. Tylko nie połączoną już ze sznurem.


No i wyszedł mi plan remontów przy okazji rozładowywania frustracji…

niedziela, 26 grudnia 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 11 - Ruskije w Achale 1879


Tłumaczenie rozdziałów VIII – X z książki Włodzimierza Antonowicza „Tuhan-Mirzy“ Baranowskiego, Ruskije w Akhal-Teke 1879, wyd. przez W. W. Komarowa, 1881, za:

Rozdział VIII Oaza tekińska i jej mieszkańcy.
Czym jest oaza tekińska? – Gleba; jej właściwości. – Nawodnienie. – Zwykły typ aułów. – Fortyfikacje. – Mieszkania; namioty i skali. – Plemię tekińskie. – Jego podpodziały. – Liczebność mieszkańców. – Religia. – Ustrój państwowy i chanowie. – Prawo zwyczajowe i sąd.

Zanim powrócę do opisu naszego pochodu, postaram się nieco obznajomić czytelnika z naszym wrogiem i jego ziemią. Chcąc uczynić tę znajomość możliwie jak najcelniejszą, dopełniłem własne doświadczenia także wiadomościami z innych źródeł.

Oazą tekińską nazywa się wąski pas (od 10 do 40 wiorst[1] szerokości) ziemi pomiędzy 73 a 77° długości geograficznej rozciągający się wzdłuż północnego zbocza górskiego grzbietu Kopet-Dagu, obejmujący od południa obszerną piaszczystą pustynię Kara-Kum. Grzbiet Kopet-Dag zaczyna się nieco ponad 100 wiorst od Morza Kaspijskiego, początkowo w formie niewysokich wzniesień, stopniowo wznoszących się ku wschodowi i przebiega z północnego – zachodu na południowy – wschód; w części zachodniej nosi nazwę Kuran-Dag. Południowe zbocza tych gór są dość łagodne i opuszczają się całym szeregiem tarasów, niezauważalnie obniżających się brzegiem, stok północny obrywa się stromo i wznosi w wielu miejscach prawie pionowymi ścianami. Pierwszy z nich daje początek rzeokm: Artek, Symbara, Czandyra i innym, drugi przedstawia sobą mnogość niedużych strumieni lub rzeczek (około 35) spadających na rozciągającą się u jego podnóża równinę. Strumienie te, przebiegając po niej 20, 30 wiorst, a niektóre i dalej, niezauważalnie giną w piaskach, nawadniając cały obszar swojego biegu i przemieniając go z bezpłodnej pustyni w płodną oazę. Pas ten zaczyna się niedaleko od Kyzył – Arwatu i kończy się pod Gjaursa – te dwa auły są punktami końcowymi Achału. Oaza ta jest skrajnie niedostępna, bronią jej, z jednej strony, ogromne bezwodne pustynie, z drugiej zaś, prawie nieprzebyte góry.

Gleba oazy tekińskiej w większej części jest gliniasta, miejscami zdarzają się obszary piaszczyste i, w pobliżu piasków Kara-Kum, soliska; jednak, bez względu na to, przez pół roku bywa ona pokryta soczystą trawą. Za to, z nastaniem wiosny, gdy zaczynają się upały, oaza powoli przyjmuje pozór pustyni, cała trawa dosłownie spala się, ziemia zostaje obnażon i tylko źdźbła trawy wielbłądziej, trafiające się gdzieniegdzie, przeciwistawiają się działaniu słonecznych promieni. W tym czasie oaza przypomina pustynię, po której rozrzucono mnóstwo maleńskich oaz – aułów, albowiem te ostatnie, dzięki sztucznemu nawodnieniu, zawsze otoczone się rozkwitłą zielenią.

Bez względu na gliniasty grunt, gleba oazy jest dość płodna i bez wielkiego trudu zasiewy dają dostatecznie wielkie zbiory. Na polach tekińskich wyrasta jęczmień, pszenica, dżugara, bawełna, winorośl, morele, drzewa morwy, arbuzy, dynie i inne. Pszenica, arbuzy, dynie i dżugara rosną na polach każdego Tekińca, bez nich nie może on się obejść. Bawełna i drzewa morwowe spotyka się na polach bogatszych, a drzewa owocowe i winorośl uważa się za przedmiot zbytku i służą za oznakę większego bogactwa ich właścicieli. Powiem dwa słowa o dżugarze (trafia się ona w guberni erewańskiej pod nazwą sorgo); jest to swoista roślina jadalna, dająca ziarno podobne do kaszy, opadające w dół kiściami, która stanowi główną podstawę wyżywienia Tekińca. Łodyga dżugary ma około werszyka[2] grubości i arszyn[3] cztery werszyki wzrostu. Dżugara rośnie dość zbitą masą, niemal jak kukurydza, ale zbiera się ją nadzwyczaj lekko tak, że koszą ją jak trawę. Wchodząc w dżugarę wchodzisz jak pod czaszę gęstego lasu.

Jednak, aby ziemia dawała dobry urodzaj koniecznym jest, przy względnie nieznacznej ilości wody, jaka dostaje się każdemu aułowi rzeczką i przy rzadkości deszczu, sztucznym sposobem nawadniać pola. Trzeba oddać sprawiedliwość Tekińcom, że system nawadniający został u nich doprowadzony do doskonałości i działa nadzwyczaj prawidłowo. Pola każdego właściciela okrążone są kanałami nawadniającymi, połączonymi osobnymi jazami z głównym systemem nawadniającym; powyżej aułu Tekińcy budują nasyp i po nim prowadzą bieg strumienia tak, że gdy dochodzi do aułu, jego poziom znajduje się znacznie powyżej pól; czasami taki nasyp ciągnie się na przestrzeni dwóch, trzech wiorst. Na jego końcu zazwyczaj budują wspólny młyn, a po bokach spusty dla wody, łączące się z rozgałęzieniami nawadniającymi. Kanaliki nawadniające oddzielone są jeden od drugiego niedużymi zastawami i, w ten sposób, bez względu na to, że ilość wody jaką przynosi strumień, nie jest w stanie jednocześnie nawadniać w dostatecznym stopniu wszystkich pól, dzięki temu systemowi ich nawodnienie następuje całkowicie równomiernie i wody w strumieniu wystarcza na wszystkie pola. Każdy właściciel wie ile czasu powinna docierać do jego pól woda i po upływie tego czasu sam, bez żadnej zewnętrznej kontroli, w odpowiednim momencie stawia zastaw i przerywa przypływ wody. Ani jeden z nich nie odważy się nigdy zawładnąść większą ilością wody.

Nad brzegami strumieni stoją tekińskie auły; dalej od nich, gdzie nie można już zbudować prawidłowego nawodnienia, obróbka pól jest niemożliwa.

Wszystkie auły są z wyglądu podobne między sobą. Zazwyczaj pośrodku wyrasta gliniana fortyfikacja, za ścianami której mieszkańcy szukają ratunku w razie napadu nieprzyjaciela; w większej części jest ona obwiedziona dookoła dwiema ścianami, mającymi około 3 sążni[4] wysokości i 4 arszyny szerokości i odstępu pomiędzy nimi, przy czym mur wewnętrzny jest o sążeń wyższy od zewnętrznego; od wewnątrz obie ściany mają dość szerokie bankiety; przed ścianą zewnętrzną idzie szeroki rów od arszyna do 3 arszynów głęboki, płytszy rów okrąża także i wewnętrzny mur. Każda fortyfikacja ma tylko jedną bramę, dość wąską i kilka niedużych przejść w ścianie. Trafiają się fortyfikacje czetero i sześciokątne, z basztami na rogach, okrągłe z basztami i bez itp. Wokół fortyfikacji rozciągają się gliniane lepianki, namioty, za nimi sady, pola dżugary, bachczi oraz pola pszenicy i jęczmienia.

Siedziby Tekińców w aułach spotyka się dwóch rodzajów: stałe i przenośne. Do pierwszych należą pierwotnej architektury gliniane budowle, do drugich namioty [jurty – przyp. tłum.]. Powiemy najpierw o tych ostatnich: u wszystkich plemion turkmeńskich, a to u: Achał- Tekińców, Goklanów, Jomudów, Dżafarbajców itp., istnieje jeden wspólny typ namiotów. Każdy z nich przedstawia sobą cylinder o wysokości od arszyna do 2 ½ arszyna i średnicy sześciu arszynów, nad którym podejmuje się wierzchnia część namiotu, służąca za dach w kształcie półkuli. Niższa część namiotu składa się z dwóch rodzajów żerdzi, złożonych na krzyż i łatwo się składa, jako że w miejscach krzyżowania się żerdzi znajdują się drewniane sztyfciki; z boków jest ona obkładana plecionką, zrobioną bardzo pomysłowo z trzciny. Jej wierzchnia część składa się z pozaginanych żerdzi, połączonych na wierzchu drewnianymi obręczami; z boków obciąga się ją dużymi kawałkami wojłoku. Krąg, utworzony na wierzchu przez obręcz, pozostaje odkryty i służy jednocześnie za okno i komin. Wewnątrz namiotu, na samym jego środku, zwykle znajduje się gliniany piec z równymi ściankami, wznoszącymi się na pół arszyna nad powierzchnią ziemi, wokół cała pozostała przestrzeń pokryta jest wojłokiem, na którym rozkłada się dywany z wszechmożliwymi kwiatowymi rysunkami, a wokół ścian leżą jedwabne poduszki, ściany namiotu obwiesza się u biednych – płachtami wojłoku, u bogatszych – tekińskimi lub perskimi kobiercami. Te pierwsze cenione są szczególnie wysoko wśród Turkmenów, dzięki swojej wysokiej jakości. Na ścinach, obok kobierców, rozwiesza się także broń i wszystko, co jest najlepszego z ubrań.

Bogaci mają po kilka namiotów; w takim wypadku rodzina zajmuje wszystkie poza jednym, przeznaczonym dla gości, który nazywa się namiotem kunackim.

Co się tyczy pozostałych mieszkań, to ich liczebność w aułach jest niewielka i nie stanowi ponad dziesięć procent; zwykle grupują się one w pobliżu cytadeli. Te proste gliniane lepianki albo sakli, przedstawiają sobą z wyglądu czterokątne skrzynie z niezbyt szerokimi i niziutkimi otworami, zastępującymi drzwi i maleńkimi szczelnami, w rodzaju strzelnic, służącymi za okna. Ściany tych lepianek zbudowane są z gliny, przemieszanej z niedużą ilością samany, ich grubość sięga arszyna. Górna część, służąca za dach, jak wszędzie na wschodzie jest zupełnie płaska i składa się z bierwion i grubych gałęzi obmazanych gliną. Wewnątrz lepianek ściany są byle jak wykończone i pozbawione zdobień, ponieważ do tego służą te same tkaniny i kobierce, co w namiotach. Domy, w których mieszkają chanowie i iszanowie Achału wyróżniają się od zwykłych mieszkań tylko swoimi rozmiarami. Przy czym wyjątek w tym względzie stanowiły tylko dwie budowle, jakie trafiły się na drodze naszego marszu, w aule Beurme, które zwracały na siebie powszechną uwagę i, bez wątpienia, należały do chanów lub znamienitych Tekińców. Jedna z nich przedstawiała sobą wysoki (5 sążni) czterokątny budynek z dużą kopułą pośrodku; jego ściany były gładko wykończone; drzwi słusznych rozmiarów i okna przepuszczały dostatecznie światła; wewnątrz w ścianie były zbudowane cztery nieduże nisze, zastępujące szafy a po ścianach wbito kilka dużych żelaznych haków, dla wieszania broni. Drugi budynek był dwukondygnacyjny, otoczony z północnej strony wysoką ścianą, przedstawiającą pałac; z tej samej strony wzdłuż górnego piętra szła dość szeroka kryta galeria, podtrzymywana drewnianymi słupami. Budynek ten, jak mówili, służył za siedzibę beurmijskiemu chanowi.

Oprócz tych budowli, we wszystkich aułach na polach każdego gospodarza, można zobaczyć nieduże i niskie lepianki z wąziutkimi półokrągłymi otworami, przez które z trudem może przejść człowiek, służące za składy pszenicy, samany (drobno posieczona słoma, służąca jako główna karma dla koni), arbuzów i dyni; te lepianki trafiają się dwóch typów: okrągłe, z niedużą kopułą na wierzchu, lub czworokątne; ich wewnętrzna objętość jest dość duża, jako że zagłębiają się one w ziemię na dwa arszyny.

Tekińcy należą do grupy plemion turkmeńskich i zajmują w długim ich szeregu, pierwsze miejsce pod względem rozwoju kulturalnego, bogactwa, liczebności i potęgi.

[…] Tekińcy słyną jako najpierwsi bohaterowie i najlepsi dżygici; w tym samym czasie pierwszorzędnie uprawiają pola, sady i nadzwyczaj umiejętnie je nawadniają. Tekińskie kobiety tkają najlepsze kobierce i dywany, które są wysoko cenione i rozchodzą się po całej Turkmenii, chanacie Chiwy, Bucharze i Persji; ich mężczyzn uważa się, w swoim rodzaju, za najlepszych płatnerzy – tekińskie szable i kindżały uważa się wśród Turkmenów za najlepsze.

Plemię tekińskie uważa się za bez wątpienia najsilniejsze i najbardziej wojownicze w całym rejonie zakaspijskim i jest ono postrachem dla otaczających ją narodowości turkmeńskich i Persów. Tekińcy zajmują dość obszerne terytorium, rozdzielone piaskami Kara-Kum na dwie części, stanowiące oddzielny oazy, Achhał i Merw, i w związku z tym mieszkańców jednej części nazywają Achał-Tekińcami, a drugiej – Merwskimi Turkmenami, jednak w praktyce między nimi nie ma żadnej różnicy, jako że Merwianie są także Tekińcami, którzy podbili oazę w 1834 roku i osiedli tam po wygnaniu plemienia Saryk, poprzednio zasiedlającego Merw.

Mieszkańcy obu oaz dzielą się pod względem sposobu życia na dwie części: osiadłych (czomur) i koczujących (czorwa). Życie osiadłe prowadzi biedniejsza część ludności; koczownicze bogatsza – zmuszają ją do tego stada, które do niej należą. Z nastaniem lata, koczujący Tekińcy porzucają swoje auły i odchodzą ze stadami na pastwiska, czasami odległe o kilkaset wiorst ponieważ oaza tekińska w tym czasie zamienia się w pustynię, cała roślinność usycha i wypala się. Z nastaniem jesiennych deszczy, oaza znowu pokrywa się trawą i koczownicy wracają do swoich aułów. Jednak ten podział nie jest trwały: ideałem każdego Tekińca  jest życie koczownicze i każdy czomur, jeśli tylko okoliczności pozwalają mu zawładnąć stadami, natychmiast porzuca osiadłe życie; i na odwrót – zbankrutowany czorwa zmuszony jest, utraciwszy swoje stada, przeobrazić się w czomura.

Podobnie jak we wszystkich turkmeńskich plemionach, u Tekińców plemię (chałki) dzieli się na rody (tajfe) i klany (tipe). Jednak obok podziału na rody oraz na osiadłych i koczujących, Achałtekińcy dzielą się na tochtamyszców i utiemyszców. Tochtamyszcami nazywa się bardziej pokojową część ludności, stanowiącą w przybliżeniu 2/3, pozostała jedna trzecia to utemyszcy – wojownicza część plemienia. Ludność zachodniej części oazy (do Bami) składa się w całości z tochtamyszców; w środkowej i wschodniej są oni przemieszani z utemyszcami, za wyjątkiem aułów Beurmy; Nuchura; Geok – Tepe, Izgnanta i Giaursa, zasiedlonych wyłącznie utemyszcami.

Liczeba ludności Achała obliczana jest różnie; tak wedle Weniukowa, sięga on do 30.000 jurt, według świadectw zdobytych przez nasze oddziały rozpoznawcze, do 40.000 jurt. Jednak według zapewnień Tekme (lub Tykma) – Serdara (chana beurmijskiego), który znajdował się przy naszym oddziale eskepdycyjnym, liczba jurt sięga do 22 tysięcy; na potwierdzenie swoich słów, liczył on na palcach wszystkie auły oazy i stąd brała się w przybliżeniu ta cyfra. Licząc średnio po 7 dusz na jurtę, otrzymujemy 154.000 mieszkańców. Według jego świadectwa, ludność oazy rozdziela się pomiędzy poszczególne punkty wnastępujący sposób: W aułach ufortyfikowanych: w Kizył-Arwacie – 500 jurt; w Kocze i Zale – po 200 jurt; Kyzył-Czeszme – 40; Bami – 550; Beurmie – 1100; Arczmanie – 400; Suncze i Murcze – po 200; Begridenie – 250; Durunie – 300; Karahanie – 300; Ak-Tepe – 1100; Mechinie i Jarodże – po 200; Geok-Tepe – 5000; Kakszał – 1000; Kanczikie, Gumbetli, Izgnancie i Buzmenie – po 300; Herrykie – 100; Kipczak i Gekcza – po 250; Keszi i Aszchabad – po 1100; Annała – 1100; Giaurs – 40 i Babadurme – 100. W nie ufortyfikowanych aułach (w liczbie 35) znajduje się pozostałe 5320 jurt. Oczywiście, wszystkie to szacunki wielkości zaludnienia są tylko na tyle zgodne, na ile nikt nie jest w stanie potwierdzić, że myli się Wieniukow, a Tekme-Serdar ma rację lub na odwrót; jednak co się tyczy mojego zdania, to raczej jestem skłonny myśleć, że liczba jurt ledwo co przewyższa 25.000.

Tekińcy, podobniejak inni Turkmeni, wyznają religię mahometańską, obrządku sunnickiego; jednak, z powodu zupełnie nieznacznego rozprzestrzenienia się wśród nich języka arabskiego, są słabo zaznajomieni z Koranem i Sunną i nie mogą być nazywani gorącymi fanatykami. Choć twierdzą, że główna przyczyną ich wrogości do Persów zawiera się w wyznawaniu przez tych ostatnich obrządku szyickiego, to jest to niesprawiedliwe, jako że przyczyną tej wrogości są: dziedziczna plemienna zemsta, skłonność do grabieży i pogarda powodowana u nich tchórzostwem Persów. Mułłowie, albo jak ich nazywają iszanowie, w normalnym czasie zadowalają się zupełnie nieznacznym wpływem i w ani jednym aule nie napotkaliśmy meczetu lub minaretu.

Plemię tekińskie nie posiada wyraźnie widocznej organizacji państwowej, nie ma nawet jednej powszechnie uznawanej głowy albo chana, a każdy auł ma swojego osobnego chana, który jednak cieszy się zupełnie nieznaczną cząstką władzy. Jest tylko doradcą swojego narodu; jednak skoro na chanów wybierają samych najdzielniejszych, najbystrzejszych i najbardziej doświadczonych oraz poważanych wojowników, to ich rady, w większości wypadków, równoznaczne są rozkazom. Jeśli jednak choć raz chan, z jakiego bądź powodu, utraci zaufanie lub szacunek ludu – od razu traci całą swoją władzę i wpływ. Władza niektórych chanów rozpozciera się czasem i za granice rodzimego aułu, na kilka sąsiednich aułów, czasem nawet i na cały obszar oazy. Na przykład, taką władzą cieszy się w ostatnich czasach Nur-Werdy-chan. Jednak zjawiska tego rodzaju wynikają ze szczególnych okoliczności, kiedy całe plemię jednoczy się w obliczu zagrażającego mu niebezpieczeństwa, w jedną całość. Każdy chan ma wokół siebie kilku doradców, wybieranych zwykle spośród najsłynniejszych serdarów i bohaterów; o wszystkich najważniejszych sprawach decyduje ludowy wiec. Sprawy dotyczące całego Achału decydowane są na zjazdach chanów, iszanów i przedstawicieli wszystkich aułów; bierze w nich udział czasem i kilka tysięcy ludzi. W ciągu ostatnich pięciu lat podobne zjazdy odbywały się prawie corocznie.

Tekińcy nie płacą żadnych podatków i nie wypełniają jakichkolwiek powinności; każdy z nich jest w pełni samorządny i tylko nominalnie podlega swojemu chanowi. Prawo zwyczajowe rządzi u nich z pełną siłą i wszystkie rozporządzenia i reguły ustanawiane przez chanów wykonywane są tylko do tej pory, póki nie sprzeciwiają się zakorzenionym obyczajom. Siła obyczaju jest na tyle wielka, że na każdego kto go narusza, wszyscy patrzą jak na największego przestępcę.

Prawo zwyczajowe w pełni zastępuje pisane kodeksy. Na jego podstawie odbywa się sąd nad przestępcami. Jest godne uwagi, że system karny u Tekińców w pełni odpowiada systemowi „Ruskiej Prawdy“; za najcięższe przestępstwa, zaczynając od zabójstwa, należy się grzywna pieniężna, czasami bardzo wielka. Krwawej zemsty oni nie znają, ale za to rozmier grzywien za zabójstwo rozciąga się czasem do 3.000 rubli i więcej, które zabójca powinien wypłacić w pełni bliskim zabitego; jeśli jego majątku nie starcza na ich zadowolenie, to mieszkańcy jego aułu dopełniają zwykle całą brakującą sumę dobrowolnymi ofiarami; jeśli i tego mało, biegną oni do mieszkańców najbliższych aułów i wciąż brakującą sumę rozdzielają między siebie po równo i dopełniają.


Rozdział IX.
Wojsko i uzbrojenie. – Pikiety strażnicze. – System sygnałów. – Sposób obrony kraju. -  Najazdy: Chiwańczyków w 1855 r. i Persów w 1859 r. – Wypady. – Organizacja partii. – Kun – wynagrodzenie za zabitych. – Niewolnictwo. – Handel: wywóz i przywóz; handlarze. – Przemysł.

Stałego wojska, prawidłowo zorganizowanego i uzbrojonego, oczywiście, nie ma u Tekińców; jeśli potrzeba, wszyscy oni stają się wojownikami, dobrze władającymi bronią i śmiało idącymi na spotkanie śmierci.

Każdy syn Achała od najmłodszych lat na koniu, zaledwie stanie się młodzieńcem – już bierze udział we wszystkich wypadach, często powodujących dość silne spotkania z nieprzyjacielem. W tych wypadach wytwarza się tekiński wojownik; każdy z nich jest doskonałym strzelcem i pierwszej klasy rębajłą.

Pełne uzbrojenie tekińskiego wojownika składa się ze strzelby, najczęściej zwykłej kurkowej azjatyckiej, wraz z należącą do niej rohatyną [forkietem? – przyp. tłum.], służącą kiedy trzeba, za podstawę dla strzelby, jednego lub dwóch pistoletów, szabli – perskiego typu, kindżału (w rodzaju dużego noża myśliwskiego) i piki z hakiem; tymi ostatnimi najczęściej posługują się piechurzy.

Co się tyczy artylerii, to takiej u Achał-Tekińców nie ma zupełnie; wszelako według opowiadań, u Merwijskich Turkmenów miało być 30 dział, z których kilka obiecali oni przysłać, wraz z oddziałem pomocniczym, do walki z Rosjanami. Za artylerię służą Tekińcom starożytne strzelby forteczne, najbardziej oryginalnych systemów.

Tekińcy nieustannie napadając na swoich sąsiadów, swoją drogą zawsze oczekują u siebie wroga i, dzięki temu, wszystkie górskie ścieżki i przejścia, wiodące do Chorasanu i Turkmenii, a także i najwyższe szczyty grzbietu, zwykle zajęte są przez konne i piesze pikiety, przebiegające wszystkie wejścia i wyjścia z oazy. Jeśli tylko pojawi się wróg, pikieta podaje sygnał, zapalając na najbliższym wzniesieniu, widocznym z oazy, ogromne, wcześniej przygotowane ognisko. Drogą takich sygnałów Tekińcy wiedzą o wszystkich przedsięwzięciach wroga; staje on na nocleg, od razu pojawiają się na wzniesieniach nocą ognie, dniem słupy dymu; wychodzi z obozu – znowu to samo. Istnieje u nich cały system sygnałów, przy pomocy których dowiadują się wszystkiego, co jest im potrzebne o nieprzyjacielu.

Przy pierwszej wiadomości o spostrzeżeniu tego lub innego wroga który wtargnął do jednej z oaz, wszyscy mieszkańcy chwytają za broń, łączą się w wybranym umocnionym punkcie i tam oczekują na nieprzyjaciela, aby go odeprzeć wszystkimi siłami; jeśli niebezpieczeństwo grozi Achałowi – Merwianie spieszą na pomoc i na odwrót. Sposób odparcia najazdu jednym uderzeniem, wykonanym zjednoczonymi siłami plemienia, zazwyczaj osiągał cel i dlatego postanowili go wykorzystać także i dla odparcia wojsk rosyjskich. W podobny sposób udało im się odeprzeć niejednokrotnie wtargnięcia Persów, różnych plemion turkmeńskich i Chiwańczyków. I tak w 1855 roku, chan chiwańskiu Medemin ruszył na Merw z ogromną armią, ale w starciu pod murami tego miasta poniósł klęskę; wojsko jego zostało niemal całkowicie unicestwione, a on sam zginął.

Jeśli siłą nie sposób poradzić sobie z wrogiem, Tekińcy uciekają się do chytrości. Kiedy w 1859 roku szach perski posłał na Merw, w celu jego podoboju, czterdziestotysięczną armię z 32 działami, ze swoim krewnym Sułtan-Murad-Mirzą na czele, mieszkańcy oazy, wzmocnieni Achalcami, po nieudanej próbie rozbicia Persów w otwartym polu, zmuszeni byli ukryć się za murami miasta; rażeni ogniem artylerii, w końcu wysłali do nieprzyjacielskiego obozu delegację i wyrazili pełne poddanie. Goniec pogalopował do szacha z wiadomością o dodaniu do jego dzierżaw Merwu, ale zanim dojechał do Teheranu, perska armia była już wytrzebiona. Stało się to (wedle świadectwa Tekińców) następującym sposobem: Ostrożny dowódca Persów, nie dowierzając Merwianom, nie wszedł do miasta, tylko rozbił pod jego murami umocniony obóz, dostęp do którego otwarty był tylko dla kobiet, przynoszących ze sobą na handel produkty żywnościowe i różne towary. Liczba zwiedzających zwiększała się z każdym dniem, Persowie przywykali do nich i przestali zwracać na nie uwagę. Pewnego dnia liczba kobiet była szczególnie wielka, doszła do kilku tysięcy. Persowie spokojnie siedzieli w szałasach z częścią z nich; niektórymi zajęli się nawet dowódcy; pozostałymi nikt się nie zajmował. Ściemniło się. Wtem, po wystrzale, Tekinki zrzucają swoje okrycia, błyskawicznie rzucają się na nie uzbrojonych wrogów i rżną ich szablami i kindżałami. Pod okryciami, w połowie, ukryli się najdzielniejsi wojownicy. Jak tylko obóz rozbrzmiał krzykami, z dwóch stron nastąpił atak dwóch silnych oddziałów z Merwu, które podkradły się pod osłoną nocy. Z całej perskiej armii został sam tylko Sułtan-Murad-Mirza z niewielką liczbą jeźdźców.

Najulubieńszym zajęciem Achał-Tekińca, życiową potrzebą jego dzikiej natury, jest wypad. Prawie co roku przygotowują oni wypady na północne granice Persji, grabią sioła i wsie, a mieszkańców porywają w niewolę i część sprzedają, a część zostawiają u siebie. Na mienie pogranicznym Persów patrzą oni jak na główne źródło swoich dochodów. Oprócz Persów, nie mają nic przeciwko temu, aby ograbić i swoich współplemieńców i współwyznawców, Turkmenów Goklenów, Jomudów i in. Co się tyczy nas, to poważnej wrogości, bezpośrednio, do nas nie czują, jako że nasz handel w kraju zakaspijskim znajduje się na bardzo niskim stopniu rozwoju i prawie w całości ogranicza się do drobnego obrotu różnych Ormian – który odbywa się w punktach nabrzeżnych, jak to w forcie Aleksandrowskim, Krasnowodzku i Czekiszlarze, handlujących żywnością i najbardziej niezbędnymi przedmiotami użytku domowego. Ich stosunki z Turkmenami są zupełnie nieznaczne i nigdy nie ryzykują oni wyjazdu wgłąb kraju.

W wypadach najczęściej biorą udział, ma się rozumieć, utemyszcy. Partię dla wypadu werbuje się najprostszym sposobem: chan lub po prostu cieszący się wpływami wojownik, który wymyślił wypad, wbija kopię u wejścia do swojej jurty i wyjawia swoim współmieszkańcom, że zamierza się wybrać tu i tam i w tym celu konieczne jest zebranie jakiejś liczby wojowników. Wieść o tym z szybkością błyskawicy obiega wszystkie auły. Ci, którzy pragną wziąć udział w wypadzie, stają przed namiotem organizatora i obok jego kopii wbijają w ziemię swoje lance. Kiedy potrzebna ilość uzbiera się, wyznacza się dzień zbiórki i partia wyrusza w pochód i często, po upływie pewnego czasu, wraca z bogatą zdobyczą i jeńcami, a czasem, w razie porażki, z liczby tych, którzy się wyprawili, wraca tylko niewielka część, przywożąca zamiast zdobyczy, trupy zabitych w spotkaniu z nieprzyjacielem towarzyszy.

W razie powodzenia wypadu, cała jego zdobycz dzielona jest po równo pomiędzy wszystkich uczestników, przy czym wódz, organizujący wypad lub poproszony o dowodzenie nim, otrzymuje podwójny, a czasem i większy udział; tak samo w powiększonym rozmiarze wydaje się wynagrodzenie rodzinom wojowników zabitych podczas wypadu. Za to, jeśli przedsięwzięcie się nie udaje i partia wraca z pustymi rękami, utraciwszy tylko w spotkaniu z nieprzyjacielem część wojowników, to wszyscy uczestnicy wypadu, którzy pozostali przy życiu, powinni z własnych środków wynagrodzić rodziny padłych w boju. To wynagrodzenie za zabitych nazywa się – Kun.

Bez wypadów Tekińcowi życie nie w smak – w nich cała poezja i zguba jego życia.

Istotnym rezultatem bezustannych wojen i wypadów które wiodą Tekińcy z otaczającymi ich narodami i plemionami, jest niewolnictwo, które istnieje u nich od niepamiętnych czasów. Wziąwszy do niewoli nieprzyjaciół, zamieniają ich w niewolników i często sprzedają do Buchary lub Afganistanu, często wymieniają za swoich krewnych, często też zostawiają przy sobie, dla wykonywania prac domowych i polowych. Położenie niewolnika nigdy nie jest godne pozazdroszczenia, a u Tekińców w szczególności; nie mówiąc już o tych, którzy spędzają długie lata w zamknięciu w jakiejś lepiance, z ciężkimi bierwionami, przywiązanymi do nóg i z kajdanami na rąkach, życie innych niewolników cieszących się, w porównaniu z nimi większą swobodą, obrabiających pola, wypasających stada i usługujących swoim gospodarzom, jest bardzo ciężkie na skutek kiepskiej strawy, jaką im wydają, piętnowania i kastracji. Przy czym z niewolnikami – Turkmenami lub Kirgizami, Tekińcy obchodzą się o wiele lepiej, niż z Persami – szyitami i Rosjanami. Liczba niewolników w Achał-Teku nie jest wielka, jako że wolą oni sprzedawać ich do sąsiednich krajów niż zostawiać u siebie. Do 1873 roku głównym miejscem zbytu niewolników była Chiwa, na rynkach której można było zawsze spotkać Tekińców handlujących tym towarem.

Handel u Tekińców stoi na bardzo niskim stopniu rozwoju; prowadzą go z Chiwą, Merwem, sąsiednimi plemionami i Persją, ale w zupełnie nieznacznych rozmiarach. Wywóz składa się z kobierców, dywanów, broni białej i koni; przywóz – proch, ołów, broń palna, bawełniane i jedwabne tkaniny itp. – U nas w oddziale pojawiali się czasem turkmeńscy handlarze (podczas postojów w Bendesenach, Chadżi-Kała i Ter-Sachanie) spośród mieszkańców niektórych aułów zachodniej części oazy, pojawiali się też handlarze z innych plemion turkmeńskich i wszystkim nadzwyczaj podobał się ich uczciwy stosunek do sprawy. Nie ma u nich zasady „nie oszukach – nie sprzedasz“, tak silnie zakorzenionej w Rosji. Oni, najwyraźniej, w pełni uznają, że nie kupujący istnieje dla nich, a przeciwnie – oni dla kupującego i dlatego przy zakupie czegokolwiek pozostawiają kupującemu prawo wybrania wszystkiego, co mu się wydaje najlepsze; potem wyceniwszy najzupełniej poprawnie, oprócz tego, uważają za swój obowiązek dać jeszcze trochę towaru na dodatek. Na nieszczęście, przyszło nam mieć bardzo mało bezpośrednich stosunków z handlarzami, przyjeżdżającymi do naszego oddziału; zaledwie, bywało, pokazywali się tacy a już pojawiało się kilku Ormian, skupujących od nich tanio cały towar i natychmiast, w ich obecności, sprzedających nam dwa – trzy razy drożej, okłamując i zdzierający w najbardziej nieprzyzwoity sposób.

Rzemiosło Tekińców, choć niewielkie, jest jednak o wiele bardziej rozwnięte, niż u pozostałych turkmeńskich plemion. Tekińskie kobiety po mistrzowsku wyrabiają barchanowe i gładkie kobierce i dywany, które są wysoko cenione w Chiwie, Bucharze i Persji, tkają sukno z wielbłądziej sierści, grube jedwane i bawełniane materie, haftują tkaniny jedwabiem itp.; Tekińcy są przede wszystkim płatnerzami – szable i kindżały ich rozchwytywają chętnie sąsiednie plemiona, szable podobne są do perskich, kindżały zaś wąskie, dość długie, mają ostrze z jednej strony i proste (najczęściej kościane lub drewniane) rękojeści. Tekińscy zbrojmistrze nieźle sobie radzą także z wyrobem strzelb.

Rozdział X.
Życie domowe. – Położenie kobiet. – Amazonki. – Wygląd Tekińców. – Jadło. – Palenie tytoniu: er-czylima. – Rozrywki. – Zawieranie małżeństw: targi, ceny kobiet, obrzęd ślubny. – Rozwód. – Pogrzeb. – Cmentarze. – Majątek ruchomy i nieruchomy. – Koń tekiński. – Charakterystyka Tekińców.

Domowy byt Tekińców zorganizowany jest najzupełniej pierwotnie. Mąż wydaje się pełnoprawnym, od nikogo nie zawisłym gospodarzem i ma nawet prawo życia i śmierci nad pozostałymi członkami rodziny. Jak wszędzie na Wschodzie, położenie kobiet jest skrajnie niekorzystne; wydaje się ona całkowicie bezgłośnym i pokornym bytem, na który spadają wszystkie trudne prace: to ona uprawia ziemię, pasie stada, rozbiera i składa jurty, wykonuje wszystkie prace gospodarskie itp. Tym niemniej u Tekińców, podobnie jak u innych plemion turkmeńskich, kobieta cieszy się większą swobodą niż w Turcji, Persji czy na Kaukazie; prawie nigdy nie zakrywa twarzy, nie prowadzi zamkniętego życia i, nawet, w wyjątkowych wypadkach, może zająć samodzielną pozycję i uyzskać władzę i wpływ na sprawy aułu lub rodu. Niektóre kobiety, najbardziej energiczne, biorą udział w wypadach na równi z mężczyznami i pierwszorzędnie władają bronią. Przywyknąwszy od dziecka do jazdy wierzchem, rozwinąwszy muskuły w nieustannej pracy, często nie ustępują one siłą i zaciętością żadnemu wojownikowi i dżygitowi. Stepowa amazonka, z szablą u boku, całym arsenałem za pasem, strzelbą z rohatyną za plecami i długą lancą w rękach, mknąc na wściekłym koniu, przedstawia sobą oryginalne i zapierające dech w piersiach widowisko. Bywają wypadki że amazonka, wyróżniająca się w licznych spotkaniach z nieprzyjacielem, zdobywa takie poważanie i wpływ, że wybierają ją starszym lub askakałem. Podobne amazonki spotyka się i u innych plemion.

Typ Tekińców jest swoisty, ale nie są oni tak bezkształtni, jak ich przedstawiają w ilustrowanych pismach, które zdarzało mi się widzieć, przeciwnie, są dość piękni. Tekińskie plemię, poprzez wieki czyniąc wypady na Persję, wywoziło ze sobą mnóstwo Persjanek, które częściowo czynili żonami, częściowo nałożnicami; na skutek tego plemię to w czasach współczesnych przedstawia sobą pomieszanie typu turkmeńskiego z perskim. Wszyscy Tekińcy są wysokiego wzrostu, doskonałej budowy, z silnie rozwiniętymi muskułami, smagłe lica mają prawidłowy kształt i są otoczone (u większości) ostrą brodą i wąsami; prawie u wszystkich kolor włosów jest czarny jak smoła. Żonaci golą całą głowę, kawalerowie pozostawiają na tyle dwa pasma włosów. Co się tyczy kobiet, to są one także wysokiego wzrostu, posiadają przyjemne formy i dość miłe rysy twarzy; oczy u nich są szersze a kości policzkowe nie tak wydatne, jak u innych plemion turkmeńskich i choć większość z nich wedle naszych pojęć jest nieładna, to z rzadka spotyka się między nimi piękności.

Odzież u Tekińców jest taka sama, jak u innych plemion turkmeńskich. Strój mężczyzny składa się z szerokiego kolorowego chałata, przepasanego szerokim pasem, za który wsuwają jeden lub dwa kurkowe pistolety (skałkowe spotyka się rzadziej) i kindżał; dalej – szerokie szarawary z grubego płótna, najczęściej niebieskiego koloru; na nogach skórzane, ostro zakończone pantofle, nadziewane na gołe stopy. Ubiór głowy składa się z jarmułki, haftowanej jedwabiem, a u bogatych złotem i srebrem, na wierzch której wkłada się czarną lub białą papachę z baraniej skóry znacznie mniejszych rozmiarów niż u Turkmenów z innych plemion. W świątecznych okoliczność na pierwszy chałat ubierają drugi, jedwabny, kolorowy (w większości zielony, malinowy lub brązowy). Żeński ubiór składa się z prostej, luźnej, pozbawionej talii sukni, przepasanej pasem; głowę oryginalnie przewiązują chustką, spod której wychodzą na zewnątrz warkocze. Świąteczna odzież Turkmenek składa się z jedwabnego chałata, najczęściej koloru żółtego, obficie wyszywanego kolorowymi jedwabiami; wkłada się go przez głowę i ma on z tyłu dwa fałszywe rękawy. Oprócz tego noszą one srebrne naszyjniki i kolczyki, zrobione z żurawi (perska moneta = 1 frank) lub cienkich blaszek z wstawionymi w nie kawałkami serdalika [nieprzezroczysty, ciemnoczerwony lub fioletowy kamień półszlachetny – przyp. tłum.]. Bogate Tekinki noszą koszule, krótkie spódnice, które zakładają na szerokie ściągnięte z dołu szarawary, sukienny lub jedwabny beszmet, nie zapinany z przodu i na głowie jedwabny biały turban, z długimi, spadającymi końcami; oprócz innych ozdób, noszą także na rękach i nogach grube, srebrne branzolety.

Co do jadła, Tekińcy są skrajnie niewybredni i zadowalają się małym; składa się ono głównie z: baraniny, arbuzów, dyni, kaszy z dżugary, wielbłądziego i owczego sera, masła i czureki (chleba) z pszenicznej mąki. Zwykły pokarm stanowi polewka, przygotowywana następującym sposobem: w kocioł nalewają wody i gotują w niej baraninę, potem kładą kęs słoniny, kilka garści pszenicznej mąki, trochę soli i zupa gotowa. Czureki pieką w glinianych, szczególnie zbudowanych piecach; jeśli nie ma żadnego paliwa, to zastępują je z powodzeniem kizjaki (wielbłądzi nawóz). W tym ostatnim przypadku czureki przygotowują się nie ze wszystkim apetycznie: zebrawszy dostateczną ilość suchych kizjaków (w większości w formie przypominają one gołębie jaja), Tekiniec składa je w kupkę i podpala; kizjaki palą się prawie bez płomieni.

Potem tuż obok, na baraniej skórze miesza on dość gęste ciasto i, nadawszy mu formę okrągłego lub owalnego placka (od 1 do 3 palców szerokości), zakopuje go w gorejącym nowozie i trzyma tam, póki się nie upiecze. Czureki, przygotowywane w piecach, są dość smaczne i woleliśmy je od żołnierskich sucharów; co się tyczy czureków przygotowywanych wyżej opisanym sposobem, to trzeba być mocno głodnym, żeby zdecydować się je zjeść, jako że dym gorejących kizjaków przepełnia je na wskroś i nadaje im skrajnie nieprzyjemny smak. Jak u wszystkich ludów Środkowej i Małej Azji, u Tekińców w częstym użyciu jest pilaw, stanowiący jedną z najulubieńszych potraw, a także szaszłyki. Owoce, jak to: brzoskwinie, morele, granaty, winogrona itp. uważa się za luksus, na który mogą sobie pozwolić tylko ludzie najlepiej postawieni. Tekińcy używają także kawę i herbatę, przy czym pierwszą z nich przygotowują tak jak wszędzie na wschodzie, a drugą gotują w kotłach. Nie znają samowarów, podczas gdy u pobrzeżnych Turkmenów, którzy zaznajamiają się z Rosjanami, nierzadko można je spotkać, choć luksus ten dostępny jest tylko chanom, aksakałom i najbogatszym stepowcom. Skisłe mleko wielbłądzie, rozcieńczone wodą, stanowi jeden z przyjemniejszych dla Tekińców napojów; wina nie piją.

Tekińcy chętni palą tytoń, którego plantacje mają nawet u siebie w oazie. W domu palą z dużych drewnianych lufek i takich też fajek, najprostszej konstrukcji; za to palenie tytoniu kiedy nie ma pod ręką ani jednego, ani drugiego, odbywa się w wysokim stopniu oryginalnie. Na wypad Tekińcowi nie jest potrzebna lufka, tylko by go obciążała i stanowiła zbędny ciężar i w takim wypadku zabiera on z sobą tylko woreczek z tytoniem, wiedząc, że wszędzie znajdzie ziemię, która zastąpi mu lufkę. Palenie bez lufki i fajki odbywa się tym sposobem: zrobiwszy z ziemi nieduży wałek, stopę do dwóch długi, silnie go ubija rękoma i na wierzchu robi palcem rowek przez całą długość, w który wkłada kijek lub rzemień który zasypuje ziemią i znowu silnie ubija; potem ostrożnie wyjmuje drewienko i na jednym końcu powstałej w wałku rurki robi nieduży dołek, który napełnia tytoniem; położywszy na nim węgielek i stanowszy na czworaka, Tekiniec przypada do drugiego otworka wałku i rozpala tytoń; potem napełniając gardło wodą i robiąc z samego siebie fajkę wodną, pali i nie przestaje, dopóki nie zmąci mu się w oczach. Ta ziemna fajka nazywa się u nich – er-czylim.

Rozrywki Tekińców są nieskomplikowane i ograniczają się do pieśni śpiewanych przy akompaniamencie dwustrunowej bałałajki lub dudki i polowania z chartami na lisy i zające.

U Tekińców, jako u mahometan, istnieje wielożeństwo, ale tym prawem, jak wszędzie, cieszą się tyko bogaci, jako że zdobycie nawet tylko jednej żony i tak wychodzi dość drogo.

Żonę trzeba kupić u jej ojca. Pragnący się ożenić posyła na rozmowy do ojca kobiety jednego ze swoich przyjaciół; jeśli ten zgadza się wysłuchać prośby, to wyjawia sumę, którą narzeczony powinien mu przedstawić za odstąpienie córki. Narzeczony zaczyna się targować i koniec końców obie strony dochodzą do porozumienia. Ceny za kobiety są różne: najwyżej cenią takie w wieku od 13 do 24 lat, przy czym uwzględnia się w rachunku także powierzchowność; w tym okresie ich cena waha się od 2000 do 3000 żurawi; dziewczęta poniżej 13 i powyżej 24 roku życia, a także i młode wdowy ceni się o wiele niżej i kosztują od 500 do 1500 żurawi. Kobieta 30-letnia kosztuje nie więcej niż 500 żurawi, a za 40-letnią dają wielbłąda lub po prostu darmo biorą. Po ustaleniu ceny, przystępuje się niezwłocznie do zawarcia małżeństwa; rodzina, przyjaciele i znajomi zbierają się u ojca pana młodego lub u niego samego, gdzie odbywa się przyjęcie, na które zabija się jednego lub więcej baranów. Potem pojawia się mułła, odczytuje krótką modlitwę z Koranu i oświadczania o zawarciu małżeństtwa takiego to z taką to. Po przeczytaniu tej modlitwy małżeństwo uważa się za zawarte. Pannę młodą oddają mężowi i zabiera on ją do swojej jurty. Po upływie 11 dni rodzina żony zjawia się u niego i zabiera ją z powrotem do rodziców, gdzie zostaje, dopóki mąż nie wniesie za nią pełnej sumy. Wypłata pieniędzy za żonę najczęściej zachodzi ratami i czasem trwa nawet kilka lat. Po zamknięciu wszystkich rachunków z ojcem żony, zwracają ją mężowi. Nierzadko Tekiniec, przebywszy z żoną 11 dni, nie wnosi wymaganych od niego pieniędzy z tej lub z innej przeczyny i w takich wypadkach rodzice żony przynaglają go, by dał jej rozwód.

O zgodę dziewczyny na zawarcie małżeństwa, rozumie się, nikt nie pyta, ojciec ją po prostu sprzedaje jak zwierzę. Co się tyczy rozwodu, to odbywa się on bez przeszkód i zależy całkowicie od woli męża. Tekińcy żenią się powszechnie nie tylko z dziewczętami swojego plemienia, ale i z kobietami należącymi do innych plemion i, nierzadko, także zawierają małżeństwa z wziętymi do niewoli Persjankami.

Od żeniaczki przejdę do pogrzebu. Jak tylko ktokolwiek umiera, jego ciało natychmiast wynoszą z aułu na osobny kurhan, nazywany junbuscha, znajdujący się zawsze w pewnym oddaleniu od osiedla i tu starannie obmywają i okrywają białym całunem z grubego płótna; własny ubiór zmarłego zagrzebują na kurhanie, skutkiem czego ciągle się on powiększa. Potem ciało, otoczone rodziną, znajomymi i żałobnikami, odnoszą prosto na cmentarz i spuszczają do grobu. Groby kopią dość głębokie, przy czym trupa nie zakopują, a zakrywają deskami tak, że leży jak by w piwnicy; na wierzch desek nasypują ziemi i robią nieduży kurhanik. Za nagrobne pomniki służą grubo ciosane kamienie z krótkimi napisami; kolorowe gliniane gąsiory, rogi zwierząt lub po prostu pale ze wstążkami; nierzadko, dla lżejszego odróżnienia mogiły od innych, które ją otaczają, stawiają zamiast pomnika jakikolwiek duży przedmiot, który należał do zmarłego. Tekińskie cmentarze znajdują się daleko od aułów, prawie na granicy oazy z piaskową Karakumską pustynią; grzebią na nich tak samo mężczyzn i kobiety, wyjątek robiąc tylko dla szejty, tj. dla poległych w obronie rodzimego aułu przed nieprzyjacielem. Szejty u wszystkich turkmeńskich plemion poważa się na równi ze świętymi i ich grzebie się w miejscu śmierci, choćby to było pośrodku aułu, mogiły padłych w boju ozdabia się na różne sposoby kamieniami i słupami i starannie chroni.

Mienie każdego Tekińca składa się z pola, które on uprawie, sakli lub jurty, stad wielbłądów (jednogarbnych), baranów i bydła rogatego, koni oraz domowego skarbu. Całą ziemię, którą uprawia, ogrodziwszy ją wałem i nawodniwszy, uważa się za jemu przynależną i nikt nie myśli się o nią z nim spierać. Co się tyczy stad, to spotyka się bogaczy, którzy mają po kilkaset wielbłądów, i po tysiącu do dwóch tysięcy owiec; takich oczywiście nie jest wielu. U niektórych hoduje się duże tabuny osobnej rasy koni, wysoko cenionych nie tylko w Achale, ale i w całej Turkmenii, Chiwie, Bucharze i Persji; rasa ta nazywa się tekińską i nie należy jej mylić z turkmeńską. Konie te są nadzwyczaj piękne i na pierwszy rzut oka silnie przypominają angielskie konie wyścigowe. Mają cienkie, długie nogi, cienkie kłody, taką też, długą szyję, niedużą głowę i gładką, atłasową sierść; grzywy i ogony strzyże im się zupełnie krótko, zachowując tylko grzywkę. Konie te są nadzwyczaj niewybredne i wytrzymałe; ich główną i prawie jedyną karmą jest saman (drobno posiekana słoma). Znają tylko dwa chody – stęp i galop. Są to znakomite wyścigowce, jednak ich osobliwość polega na tym, że nigdy nie biegną z miejsca.

Koń tekiński musi się rozchodzić; najpierw on biegnie ciężkim, miękkim galopem, który staje się coraz to szybszy i szybszy i na koniec mknie jak wiatr. Jednak konie tej rasy hodują tylko bogaci Tekińcy, u większości z nich, a także i u pozostałych turkmeńskich plemion, trzyma się tak zwane turkmeńskie konie, ta rasa bardzo przypomina konie kaukaskie – są one, tak jak i tamte, niewielkiego wzrostu, wytrzymałe i wszystkie – inochodźce.

Na koniec kilka słów o charakterystycznych cechach Tekińców: Tekiniec jest z natury nieufny, podejrzliwy i ostrożny, szczególnie wobec ludzi których mało zna. Nie będąc fanatykiem, tym niemniej odnosi się on do śmierci z najpełniejszą obojętnością i śmiało idzie jej na spotkanie. Nie ceniąc własnego życia, tym mniej ceni życie wroga; jeśli jest możliwe dowiezienie schwytanego wroga do rodzimego aułu, bierze go, a w przeciwnym wypadku zabija bez litości, nie zwracając uwagi ani na płeć, ani na wiek. Będąc surowym w stosunku do sobie podobnych, z osobliwą czułością odnosi się do zwierząt i jego ręka nigdy nie podniesie się, aby zabić choćby nieprzyjacielskie zwierzę, którego nie jest w stanie zabrać ze sobą; jeśli zdarzy mu się spotkać gdziekolwiek w stepie przy studni zagubionego lub porzuconego wielbłąda albo barania, który nie może się dostać do wody, natychmiast pospieszy go napoić; „człowiek – mówią – powinien kochać zwierzęta, bo one go karmią“. Tekiniec będąc pierwszorządnym najeźdźcą i pewnie władając bronią, sam jest bezgranicznie odważny i ceni odwagę nawet u swoich wrogów. Każdy z nich odnosi się z dużym szacunkiem do Rosjan za ich nieustraszoność i tak samo pogardza Persami za tchórzostwo. Dziki syn Achału nie wie, co to takiego kradzież. Grabiąc w wypadach otaczające plemiona i narody, nie weźmie najmniejszej rzeczy swojego sąsiada, nie ukradnie u niego barana ani dyni, choćby był nawet pewien bezkarności swojego postępku. Każdy z nich, oddalając się od domu, zostawia bez dozoru całe swoje mienie w pełnym przekonaniu, że po powrocie, zastanie wszystko w całości i nie naruszone; wie że w razie nieoczekiwanego napadu wroga, sąsiedzi razem ze swoim mieniem, uratują i jego własność. Nie mają pojęcia o zamkach, kluczach i zamknięciach i nie znajdują w nich upodobania. Kradzież uważa się u nich za przestępstwo cięższe od zabójstwa. Każdy Tekinic, jeśli dał słowo, nigdy go nie złamie, choćby kosztowało go to życie lub wolność. Na ogół Tekińcy posiadają duże zdolności, są bardzo przedsiębiorczy i gorąco kochają swoją ojczyznę.

Z takim wrogiem przyszło nam się zetrzeć; jednak póki co, wychodząc z Bendesena, mieliśmy jak najsmutniejsze o nim wyobrażenie, o jego liczebności, sile i uporze. 

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI DWUNASTEJ

[1] 1 wiorsta = 1,06 km (przyp. tłum.)
[2] 1 werszyk = 4,45 cm
[3] 1 arszyn = 0,71 m
[4] 1 sążeń = 2,13 m (3 arszyny)

sobota, 25 grudnia 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 10 – Pod szczytami Kopet-Dagu


Turkmenia leży pomiędzy łańcuchem gór Kopet-Dag, który jest północną rubieżą Wyżyny Irańskiej a Amu-darią oraz pomiędzy Morzem Kaspijskim a przedgórzem Paropamisu i Górami Hisarskimi. 90% tego terenu zajmuje Nizina Turańska, w znacznej części bezwodna (pustynia Kara-kum). Współcześnie zaledwie 3,5% terytorium kraju nadaje się pod uprawę roli, a dalsze 9% uprawiane jest dzięki nawadnianiu.[1] Świadectwa archeologiczne dowodzą, że w przeszłości obszar upraw był większy. Wynika to zarówno ze zmian klimatyczno – geograficznych (w starożytności Amu-daria wpadała do Morza Kaspijskiego, obecnie kończy swój bieg w Jeziorze Aralskim, zresztą wysychającym; w wieku XVII w okresie oziębienia klimatu, doszło do gwałtownego wysychania Jeziora Sarykamyskiego i rzeki Darialyk[2]), jak i z nieudanych irygacji oraz zanieczyszczeń przemysłowych epoki sowieckiej (budowa Kanału Karakumskiego doprowadziła do zasolenia znacznej części dawnych gruntów uprawnych i pogorszenia jakości wody pitnej[3]). Władze niepodległej już Turkmenii próbują zaradzić temu problemowi angażując się w kolejny, po Kanale faraoniczny projekt – budowy na środku pustyni Kara-kum sztucznego jeziora.

Mapa oaz Achał i Merw sporządzona przez Włodzimierza „Tuhan-Mirzę“ Baranowskiego, uczestnika nieudanej rosyjskiej ekspedycji pod Geok Tepe w 1879 roku.[4]

Szczyty Kopet-Dagu po raz pierwszy stały się granicą państwową w roku 1881, w momencie podboju obecnej Turkmenii przez carską Rosję i utworzeniu Obwodu Zakaspijskiego. Wcześniej ten łańcuch górski poprzecinany licznymi prostopadłymi do jego przebiegu dolinami, które ułatwiają komunikację w kierunku północny – wschód – południowy – zachód (tym bardziej, że na skutek szczególnych warunków hydrologicznych oazy po północnej stronie łańcucha górskiego mieszczą się właśnie u wylotów tych dolin; największymi z tych oaz są: obszar wokół dzisiejszego Aszchabadu oraz nawadniana ginącą w piaskach pustyni deltą rzeki Murgab wielka oaza Merw, jeden z najstarszych nieprzerwanie zamieszkałych ośrodków miejskich na świecie) był raczej obszarem pogranicznym o bliżej nieokreślonym terytorium, płynnie przechodzącym w północnoirańską prowincję Mazandan (w dużej części także zamieszkałą przez Turkmenów). Taki stan rzeczy wynikał również z faktu, że plemiona, które Rosjanie podbili, nie wytworzyły żadnej własnej struktury państwowej.

Warunki przyrodniczo – geograficzne tego obszaru przesądziły iż od najdawniejszych czasów zamieszkującego go ludy uprawiały jednocześnie stosunkowo wysoko rozwinięte rolnictwo (z uwagi na konieczność nawadniania) i koczowniczą gospodarkę pasterską. Jesienne opady deszczu (od 80 do 400 mm, w zależności od regionu, występują też bardzo duże wahania pomiędzy poszczególnymi latami, opady występują niemal wyłącznie jesienią) dostarczały wystarczająco wiele wody (czasem także śniegu), aby obrzeże pustyni kwitło. Jednak z nadejściem letnich upałów, roślinność poza obszarem sztucznie nawadnianym zamierała i koczownicy migrowali na południe, w góry, gdzie można było znaleźć schronienie przed dojmującym upałem (sięgającym 65°C) i dłużej utrzymujące się pastwiska. Na zimę koczownicy z powrotem schodzili do rozkwitających po deszczach oaz w podgórskich dolinach, gdzie przy tej okazji odbywały się targowiska i festyny.

Krajobraz oazy Achał (rejon Aszchabadu) w Turkmenii[5]

Warunki przyrodnicze dzisiejszej Turkmenii nie pozwalały na wypasanie dowolnie wielkich stad zwierząt. Większość z nich musiała w ciągu roku przebyć od kilkuset do nawet tysiąca kilometrów w poszukiwaniu wody i pożywienia. Pastwiska zarówno na pustyni, jak i na górskich łąkach były stosunkowo skąpe, ale za to dobrej jakości – w rejonie tym występowała dzika lucerna (bardzo wcześnie uprawiana) oraz wiele innych traw i ziół doskonale nadających się np. dla koni. Wszystkie plemiona turkmeńskie prowadziły równocześnie oba te (gdzie indziej uważane za wzajemnie się wykluczające i prowokujące do konfliktu) sposoby gospodarowania. Koczownictwo, związane z posiadaniem stad bydła, owiec i wielbłądów, cieszyło się jednak wyższym prestiżem i było oznaką bogactwa. Stąd też, wraz ze zmiennymi kolejami losu, te same rodziny, a nawet te same jednostki, raz były osiadłymi rolnikami – ogrodnikami, z pieczołowitością dbającymi o skomplikowany system nawadniający i uprawiającymi sorgo, pszenicę, lucernę, arbuzy, dynie, bawełnę, tytoń, morele, brzoskwienie i winorośl, a raz – wędrującymi co pół roku z miejsca na miejsce pasterzami stad wielbłądów, owiec, bydła i koni.

Te same rodziny i te same osoby uprawiały też, stosunkowo wysoko cenione w handlu z okolicznymi ludami, rzemiosło: kobiety tkały dywany i kobierce oraz wyszywały i haftowały jedwabne, bawałniane i wełniane (z wielbłądziej wełny) tkaniny. Mężczyźni słynęli przede wszystkim jako znakomici płatnerze, wyrabiający poszukiwane w całej Azji Środkowej rodzaje broni białej. Cenione było także turkmeńskie garncarstwo i sztuka zdobnicza.

Współczesna inscenizacja tradycyjnego obrzędu zaręczyn. Stroje, uprząż końska (za wyjątkiem całkiem współczesnego siodła), ozdoby kobiece i przede wszystkim – kobierce – to tradycyjne wyroby turkmeńskiego rzemiosła.[6]

Ogier Mihman w tradycyjnym rzędzie i przybraniu[7]

Tradycyjne przybranie głowy i szyi konia. Metaloplastyka Turkmenów ma o wiele więcej wspólnego ze starożytnym Iranem (i, pośrednio, także z Indiami) niż z twórczością sąsiednich ludów środkowoazjatyckich.[8]

Turkmeni, jeśli nie byli zajęci wojną lub rabunkiem (panowanie nad Iranem utracili w 1722 roku, ale aż do podboju rosyjskiego stanowili arystokrację wojskową uzbeckich chanatów Chiwy i Buchary), żyli w niewielkich grupach rodzinnych (turkm. maszgala), które łączyły się w rody (urug), a następnie – jako najwyższy stopień organizacji – plemiona (tajpa)[9]. W 1881 roku licząca ok. 200 tysięcy osób ludność Turkmenii dzieliła się na ponad 30 plemion. Najlicznijeszymi z nich były: Teke (ponad 30% populacji), Jomud, Ersari, Saryki, Salor, Geoklendy, Czowdury, Alili. Turkmenów cechował i po dziś dzień cechuje skrajny konserwatyzm oraz ksenofobia. Plemiona i rody posiadają od wieków ustaloną hierarchię opartą na (częściowo legendarnej) genealogii, zasługach wojennych własnych i przodków oraz stanie posiadania. Do podboju rosyjskiego u Turkmenów występowało niewolnictwo – przy czym potomek niewolnika (gul, gyrnak) dopiero w siódmym pokoleniu mógł zostać pełnoprawnym „czystej krwi“ Turkmenem (ig, tuûs), do tego czasu zaliczany był do kategorii jarym – Turkmenów półkrwi.[10] Jednocześnie równowaga pomiędzy ludem Turkmenów a środowiskiem przyrodniczym w którym przyszło mu żyć była bardzo chwiejna – wystarczyło, by jesienne opady opóźniły się (co nie jest w tej części świata niczym niezwykłym – zdarza się i tak, że nie pada przez kilka lat z rzędu…), a jedynym sposobem na przetrwanie stawała się przemoc: rabunek karawan (od epoki wielkich odkryć geograficznych, znaczenie dawnego Jedwabnego Szlaku, który przebiega przez Turkmenię znacznie spadło), bliższych lub dalszych sąsiadów (mniej więcej w obszarze od Buchary po Teheran) albo zaciąg pod obce sztandary w charakterze najemników.

Te właśnie cechy społeczeństwa skrajnie „zamkniętego“, żyjącego pod ciągłą presją niezwykle niekorzystnych warunków przyrodniczych i w stanie nieustannej niemal mobilizacji wojennej, pozwoliły Turkmenom na przechowanie przez stulecia własnej rasy koni bez dających się stwierdzić wpływów obcych. Podejście Turkmenów do koni i stosowane przez nich metody hodowlane – wedle świadectw rosyjskich zdobywców – różniły się od wszystkiego, co robiły ludy ościenne. Do 1928 roku, w przeciwieństwie do wszystkich innych ras środkowoazjatyckich, konie plemienia Teke nie były wypasane w wielkich tabunach w których rozmnażałyby się w sposób niekontrolowany. Nawet chanowie i serdarowie Turkmenów nigdy nie posiadali wielkich stad koni – kilka matek stadnych to już była oznaka wielkiego bogactwa. Kobyły wypasane były w niewielkich grupach wraz z przychówkiem. Ogiery zaś przez cały czas przebywały razem z ludźmi – wiązane w pobliżu jurt i przykrywane derkami, lub nawet wprowadzane do środka dla ochrony przed wiatrem, mrozem, skwarem. Teke znani byli wręcz z tego, że większą opieką otaczali źrebiącą się klacz niż rodzącą żonę. Obie te osobliwości, tj. zarówno zwyczaj ciągłego trzymania zwierząt na podorędziu, jak i niezwykła nawet jak na muzułmanów dbałość o nie, wynikała z faktu, że bez konia Turkmen pewien był w swojej niegościnnej ojczyźnie śmierci – a żonę czy dzieci, jeśli straci się jedne, zawsze można mieć nowe, jeśli tylko zdoła się skórę ocalić w biedzie… Źrebięta były wcześnie odstawiane od matek i żywione, jeśli brakowało dobrej jakości pastwisk, mieszanką lucerny, prosa i mąki jęczmiennej, z dodatkiem baraniego tłuszczu i jajek. Wysokokaloryczne choć skąpe ilościowo odżywianie szło w parze z wczesnym zajeżdżaniem i intensywnym treningiem – pierwszej próbie wyścigowej poddawano konie niespełna dwuletnie. Dla „wytopienia“ nadmiaru tłuszczu okrywano trenowane konie kilkoma warstwami derek w porze największego upału i przebiegano pod jeźdźcem. Rosjanie odnotowali turkmeńskie porzekadło: „nim ze źrebięcia wyrośnie dorodny koń, z hodowcy zostanie chudy pies“. Ilustruje ono ogromną trudność uprawiania elitarnej hodowli w tak skrajnie niekorzystnych warunkach. Włożywszy w utrzymanie konia tak ogromny wysiłek,  Turkmeni byli na ogół niezmiernie przywiązani do swoich wierzchowców. Znani są z tego, że nigdy nie zabijali nawet starych koni i (w przeciwieństwie do wszystkich innych koczowników tego regionu) nie jadali koniny. Zaraz po urodzeniu porzucano na pustyni tylko albinosy i źrebięta ze srokacizną – co, przy stosunkowo niewielkiej liczebności populacji i wysokim wskaźniku inbredu, było polityką rozsądną: takie, na pierwszy rzut oka widoczne anomalie, mogą być zapowiedzią dalszych kłopotów, a skoro tak, to nie warto inwestować czasu i nader skąpych środków w wychowanie takiego źrebięcia.

Kilka razy do roku szlaki wędrówek poszczególnych rodzin należących do tego samego klanu lub plemienia przecinały się w z góry wiadomym miejscu i czasie – najczęściej zimą, gdy wszyscy zbierali się w należącej do plemienia podgórskiej oazie (aule). Była to okazja do wymiany towarów i wieści, a nieodłączną częścią takiego święta były wyścigi konne. Tradycyjne wyścigi turkmeńskie rozgrywane były „systemem pucharowym“: konie ścigały się na krótkim dystansie (do ok. 1000 m), parami, startując z pozycji tyłem do kierunku biegu, co wymagało wykonania zwrotu na zadzie. Zwycięzca jednej pary ścigał się potem ze zwycięzcą kolejnej – i tak kilka razy, aż wyłoniony został najszybszy koń plemienia. Oprócz honoru i sławy właściciel zwycięskiego ogiera mógł liczyć na tłumy chętnych do krycia nim swoich klaczy, prowadzonych nieraz z bardzo daleka. Podobne „ludowe“ wyścigi odbywają się po dziś dzień w zamieszkałych przez Turkmenów północnych prowincjach Iranu.

Z rejestrów carskiej administracji wynika także stały i dość liczny eksport turkmeńskich koni do krajów ościennych: przede wszystkim do pozostałych krajów regionu (Chiwa, Buchara, Kokand), do Persji, do Imperium Ottomańskiego i do Indii.

Koń tekiński. Rysunek z roku 1910.[11]

Konie hodowane przez Turkmenów dzieliły się na kilka grup. Plemię Teke (ale także najzasobniejsi hodowcy innych plemion) utrzymywało najroślejsze konie z sierścią o metalicznym połysku. Drugie co do liczebności plemię Jomud hodowało głównie konie o nieco niższym wzroście, krótszej kłodzie i szyi, bardziej spadzistym zadzie i krótszych nogach, często pozbawione charakterystycznego dla koni tekińskich połysku, przede wszystkim kasztanowate, złoto – kasztanowate, gniade i siwe – wolniejsze podczas wyścigów płaskich od koni Teke, jednak nie mniej wytrzymałe i równie przydatne na wojnie. Obie tu grupy koni otrzymały nazwy od plemion, które je hodowały – i stąd znane są jako konie achałtekińskie i konie jomudzkie. Ponadto, wszystkie plemiona turkmeńskie dla transportu jucznego i do innych prac pomocniczych utrzymywały kuce, zwane Jabud. Kuce te stanowią ogniwo pośrednie pomiędzy koniem achałtekińskim a bardzo obecnie rzadką rasą (znaną głównie dzięki wysiłkom zmarłej rok temu Louise Firouz[12]) kucy kaspijskich[13], jeszcze w czasach historycznych występujących na południowych wybrzeżach Morza Kaspijskiego w stanie dzikim. O kucach Jabud pisze już w 1874 roku Marian hr Czapski.[14] Ponadto, w regionach górskich, przede wszystkim w zamieszkałych przez Turkmenów prowincjach Iranu dochowano się grupy koni szczególnie przystosowanej do warunków wysokogórskich, masywniejszej od pustynnych koni Teke i Jomud, zwanej Goklan. Autorzy strony www.turanianhorse.org, powołując się na badania prowadzone na Uniwersytecie Kentucky podają, iż konie pełnej krwi angielskiej są genetycznie bliżej spokrewnione z jucznymi kucami Turkmenów Jabud, niż z końmi arabskimi czy tekińskimi. Nie można obecnie zweryfikować tego twierdzenia.

W następnym odcinku zajmiemy się rosyjskim podbojem Turkmenii i skutkami, jakie ten fakt miał dla miejscowej hodowli koni – czyli: utworzeniem rasy koni czystej krwi achałtekińskiej.

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI JEDENASTEJ

[1] Elżbieta Marciszewska, Jana Pieriegud, Bogactwa naturalne i potencjał gospodarczy, w: „Turkmenistan. Historia – Społeczeństwo – Polityka“, red. naukowa Tadeusz Bodio, Zakład Badań Wschodnich Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2005, str. 522
[2] Tadeusz Bodio, Wprowadzenie. Turkmeni i ich droga do suwerenności państwowej, w: Ibidem, str. 35
[3] Bartłomiej Zdaniuk, Turkmenia w czasach radzieckich, w: Ibidem, str. 114
[5] Akhalteke. A Great Racer of History. Aszchabat, 2003. Str. 27
[6] Akhalteke... Str. 41
[7] Fot. Nadjeżda Tarasova, 2006
[8] Akhalteke…, str. 96
[9] Tadeusz Bodio, op. cit., str. 35
[10] Tadeusz Bodio, Andrzej Wierzbicki, Procesy demograficzne, w: Ibidem, str. 397
[11] S.P.Urusow, Kniga o loshadi, St. Petersburg 1911, reprint Moskwa 2000, str. 32
[14] Marian Czapski „Historia powszechna konia“, Poznań 1874, reprint Warszawa 1985, t. I, str. 236
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...