wtorek, 30 listopada 2010

Są rzeczy stałe na tym świecie...

Jak na przykład to, że zapowiadany od tygodnia niż genueński nieodmiennie i tak zaskakuje drogowców... "Gierkówka" wczoraj przed świtem od Radomska aż za Częstochowę była pługiem i piaskarką nietknięta. Pewnie było to obiektywnie niemożliwe: padało po prostu zbyt intensywnie, żeby zdążyć. Nie będę więc narzekał. W każdym razie - nie przesadnie. Tylko raz mnie obróciło w kółko i wyrzuciło na środek. Na szczęście akurat nikt nie jechał za mną...

Lepsza Połowa donosi z Boskiej Woli, że jesteśmy odcięci od świata. Podobno śnieg już okien sięga.

Na razie nie jest to jeszcze powód do niepokoju. Zapas drewna, choć nie uzupełniłem go do takiego rozmiaru jak chciałem, pozostaje ciągle większy niż kiedykolwiek rok temu. W sobotę zdążyliśmy (jeszcze bez śniegu w ogóle) rozczyścić milusińskim kopyta. Przywiozłem też prawie 100 kostek siana z zaprzyjaźnionej stodoły, zapasy owsa prawie na pewno wystarczą na całą zimę. Spróbuję przed powrotem w piątek wymusić telefonicznie odśnieżenie naszej drogi. Na przykład na wójcie - w końcu czeka go "dogrywka" w niedzielę, powinien dbać o wyborców, ma na to ostatnią szansę, potem będzie za późno!

Pech, że weekend źle zaplanowałem. Myślałem, że będę w tym tygodniu praktycznie w domu - jeszcze w piątek obiecywano mi prezentacje w Siedlcach. Tymczasem pojechałem w końcu do Gliwic. Gdzie jak na razie frekwencja jest bliska zeru. Wczoraj pogoda była paskudna - a dziś znowu nie popisali się ulotkarze.

No, ale myśląc o tych Siedlcach umówiłem się z kowalem i przyjąłem zlecenie na transport w niedzielę konia z Bogusławic. W efekcie nie wsiadłem przez całe dwa dni na żadnego własnego, a Lepszą Połowę widywałem tylko w przelocie. No i pojechałem do Gliwic z lonżą i uwiązem w samochodzie - oczywiście NIE MOGŁEM pamiętać o tym, żeby je stamtąd wyjąć przed wyjazdem! Starość - nie radość...

niedziela, 28 listopada 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 5 – Jak Turkmenia stała się… turkmeńska?


Na rok 125 p.n.e. datowany jest raport chińskiego podróżnika Zhang Qian’a dla cesarza Wu Ti z potężnej dynastii Han. Dynastia ta, militarnie najpotężniejsza i najbardziej ekspansywna spośród wszystkich, jakie kiedykolwiek rządziły Państwem Środka, w połowie II w. p.n.e. weszła w konflikt z niepokojącymi jej północną granicę Hunami. Zhang Qian został wysłany na Zachód w celu szukania sprzymierzeńców przeciw Hunom. Sprzymierzeńców nie znalazł – środkowoazjatyccy koczownicy nie mieli najmniejszej ochoty na wyprawę na drugą stronę gór Tien-szan. Odkrył jednak nie znane wcześniej ani Chińczykom, ani Hunom rosłe, bojowe konie, zdolne do pokonywania ogromnych przestrzeni.
Wyprawa Zhang Qiana - wg inskrypcji naskalnej z zachodnich Chin

Te „niebiańskie konie“ według chińskich źródeł cechowało niezwykle delikatne włosie, miękkie jak jedwab, metaliczny połysk sierści, rzadka grzywa i ogon, długa kłoda i nogi. Miały rzekomo pocić się krwią – według badań Louise Firouz w wodach powierzchniowych północnego Iranu występuje pasożyt, który w pewnych okresach roku powoduje u zwierząt domowych (koni i psów), krwawe wysięki. Organizm oczyszcza się z tego pasożyta po ok. 3 latach od opuszczenia miejsca jego występowania i wówczas zjawisko zanika.[1] Począwszy od roku 121 p.n.e Chiny podejmowały na szeroką skalę systematyczne wysiłki w celu uzyskania dla swojej armii środkowoazjatyckich koni: zarówno w drodze handlu (oferując jedwab, nefryt i wyroby rzemieślnicze), jak i w wyniku kampanii wojskowych. Zhang Qian sam służył naczelnemu wodzowi armii chińskiej, generałowi Wei Qing jako przewodnik w dalekich kampaniach przeciw Hunom i ludom po drugiej stronie Tien-szan, co zostało odnotowane przez chińską literaturę wojskową.[2]

Obszar dzisiejszej Turkmenii po roku 224 n.e. znalazł się w granicach Imperium Sassanidów – następców obalonej przez nich dynastii Arsacydów (partyjskiej). W tym czasie rozpoczęła się infiltracja ludów tureckich, z którymi identyfikowani są występujący w dziełach rzymskich Heftalici, z pewnością zaś byli nimi Turkuci (Turcy), którzy w VI wieku n.e. założyli największe stepowe imperium przed Czyngis-chanem – kaganat turkucki. Turkuci byli przedmiotem dużego zainteresowania ze strony historiografii sowieckiej, choćby ze względu na ich obecność także na stepach nad dolną Wołgą i Donem, a więc w granicach europejskiej części Rosji. Jak pisze Lew Gumiłow: „Konie, sądząc z wizerunków, mieli Turkuci wysokie, o szerokim zadzie, cienkich pęcinach, krótkiej szyi i ciężkim łbie. Grzywa, rozczesana i przystrzyżona, świadczy o starannej pielęgnacji. Konie te nie mają nic wspólnego z mongolskimi, natomiast przypominają bardzo wizerunki konie epoki samanidzkiej, w szczególności zaś statuetkę z Honan (por. B. Laufer, „Chinese Clay Figures“, str. 313 – 314).“[3]
"Koń turkmeński" ca. 1900 - wg S.P. Urusowa "Kniga o loshadi"

Jest to jedna z wielu zagadek na jakie przyjdzie nam się jeszcze natknąć. Gdyby w rejonie Ałtaju hodowano rosłe konie bojowe, Chińczycy nie musieliby się po nie wyprawiać aż do Fergany, na drugą stronę Tien-szanu. Z drugiej strony, kilka wieków wcześniej na Ałtaju właśnie Scytowie, spokrewnieni z Sakami – Massagetami, wydobywali złoto i grzebali swoich zmarłych w wielkich kurhanach, które urozmaicają stepowy krajobraz od Dniestru aż po doliny Ałtaju właśnie – ze wspomnianym już kurhanem w Pazyryk włącznie. Opis jaki prof. Gumilow wydedukował ze znanej mu ikonografii (skądinąd nie ma bardziej mylącego źródła, artyści aż do końca XIX wieku przedstawiali konie najzupełniej fantastycznie), odpowiada mniej więcej opisom bardziej ordynarnych odmian koni turkmeńskich. Być może jest to jakiś trop? Turkuci, według Gumilewa, nim stali się panami wielkiego imperium, wytapiali stal i wytwarzali broń i inne stalowe narzędzia na rzecz swoich sąsiadów. Trudno ich nazywać wspólnotą etniczną, tym co ich łączyło była raczej wspólna profesja i lojalność wobec chana.
Krajobraz Mongolii - rodzinna ziemia Turków

Nowe imperium przyciągało uwagę zwartych w śmiertelnym boju antagonistów – Bizancjum i perskiego imperium Sassanidów. I jedna i druga strona liczyła na porozumienie z Turkutami – i żadnej z nich nie udało się do takiego porozumienia doprowadzić. Opanowanie przez Bizantyjczyków technologii produkcji jedwabiu (co miało miejsce właśnie w tym czasie) pozbawiło Turkutów jednego z najpoważniejszych atutów, a spowodowana przez nich wędrówka innych ludów stepowych które pokonali i wypędzili z ich siedzib (przede wszystkim Alanów, którzy zaatakowali Bizancjum na Bałkanach), miała konsekwencje dla wszystkich uczestników ówczesnej gry politycznej. Bezpośredni sąsiedztwo z Sassanidami także nie sprzyjało wzajemnemu porozumieniu: Isztemi, władca zachodniego kaganatu turkuckiego pomógł wprawdzie władcy sassanidzkiemu Chosorowi Anuszirwanowi (531 – 579) w rozbiciu Heftalitów, ale nie zrobił tego za darmo.[4] Właśnie wówczas rozpoczęło się zasiedlanie Azji Środkowej przez ludy tureckie lub sturczone. Jak pisze Gumilow: „… między Syr-darią a Amu-darią, w dolnym jej biegu, mieszkali sturczeni Ariowie, najbliżsi krewni Partów – Turkmeni albo Guzowie.“[5]

To właśnie jest druga, po oficjalnie obowiązującej w Turkmenii, hipoteza na temat pochodzenia Turkmenów. Wedle tez nauki radzieckiej, są oni rzeczywiście ludem autochtonicznym, o czym świadczy niezmienny, przez wieki, typ antropologiczny znajdowany w pochówkach oraz ciągłość kultury materialnej – tyle tylko, że jakimś sposobem, ulegli pomiędzy VI a VIII wiekiem sturczeniu. Oczywiście, nie jest to niemożliwe – jednak, prawdę powiedziawszy, poza wspomnianą już niezmiennością typu antropologicznego i ciągłością kultury materialnej (w tym hodowli koni), nie ma na to żadnych dowodów.

Hipoteza trzecia, w chwili obecnej także niemożliwa do udowodnienia, zakłada, że Turkmeni są ludem tureckim, który uformował się w wyniku rozpadu kaganatu turkuckiego w VII wieku i który, wykorzystując osłabienie kalifatu bagdadzkiego w X/XI w., dokonał inwazji terytorium dzisiejszej Turkmenii, której panem stał się po bitwie pod Dodenkanem w 1040 roku.

Wbrew pozorom, hipotezy te nie wykluczają się wzajemnie, albowiem bitwa pod Dodenkanem jest faktem potwierdzonym w źródłach pisanych i oznacza zmianę politycznej afiliacji terytorium dzisiejszej Turkmenii. Czy wiąże się to także z radykalną zmianą w stosunkach etnograficznych na tym terenie, jest niemożliwe do rozstrzygnięcia. Nic też nam nie wiadomo o tym, jak konkretnie przebiegał proces etnogenezy Turkmenów, pod warunkiem, że zrezygnujemy z utopijnego założenia, że miał on miejsce na terenie Turkmenii. Mogło się zdarzyć i tak, że jakaś część ludności irańskiej Azji Środkowej faktycznie sturczyła się, w czym mógł jej dopomóc fakt upadku irańskiego państwa Sassanidów i zastąpienia go okupacją arabską (mogły to być po prostu załogi pogranicznych garnizonów, zbiegłe za Amu-darię z obawy przed Arabami). Co prawda, jest to w dalszym ciągu hipoteza ryzykowna: jak to bowiem możliwe, że jakiś lud zmienia nie tylko język i obyczaje, ale także swoją religię, przyjmując w miejsce dość wyrafinowanej religii irańskiej właściwy ludom turecko – mongolskim szamanizm? Przy czym robi to tylko po to, by w jedno lub dwa stulecia później przyjąć dla odmiany islam, choć mógł to zrobić od razu, od razu też zajmując o wiele wyższą pozycję w świecie muzułmańskim?

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI SZÓSTEJ


[2] One Hundred Unorthodox Strategies, tłum. Ralph D. Sawyer, Westview Press, 1996, str. 90 – 92, Local Guides
[3] Lew Gumilow, Dzieje dawnych Turków, Warszawa 1972, str. 66
[4] B. Kaim, op. cit., str. 474
[5] L. Gumilow, op. cit.. str. 240

sobota, 27 listopada 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 4 – Impostor, czyli Nisa czy Nisaja?

Ten odcinek „historii sekretnej“ dedykuję zwolennikom teorii „New World Order“, a także wszelkiej maści spiskowcom, w których istnienie – zapewniam – szczerze wierzę. Wątpię jednak, by często udawało im się osiągnąć tak wielki sukces jak Dariuszowi – który z prostego, perskiego arystokraty, dość daleko spokrewnionego z rodziną królewską, stał się „królem królów“ – dzięki serii nader przemyślnych spisków właśnie.

Do tej pory przy tym nie wiadomo KTO tak naprawdę był spiskowcem? Rzekomy impostor czyli mag Gaumata udający królewskiego brata Bardiję – czy jednak raczej Dariusz i jego współtowarzysze? Takie zamieszanie możliwe jest tylko wśród Persów. Jak pisał Herodot: ludzie ci byli uczeni tylko dwóch rzeczy. Jazdy konnej i mówienia prawdy. Kto jest zaś bardziej podatny na manipulację niż ludzie do głębi prawdomówni..?

W „historii sekretnej“ ta afera ma swoje miejsce dlatego, że moim przynajmniej zdaniem rozstrzyga raz na zawsze wspomniany w poprzednim odcinku problem pokrewieństwa współczesnych koni achałtekińskich ze starożytnymi „końmi nizajskimi“. Z całą pewnością nie może to być pokrewieństwo w linii prostej!

Wiemy dokładnie, gdzie znajdowała się herodotowa Nisaja: jest to dolina w środkowej części gór Zagros, w zachodnim Iranie, w Medii, w pobliżu starożytnego miasta Behistun, gdzie na górującej nad Nisają skale Dariusz I umieścił swoją słynną kamienną inskrypcję. W dolinie nizajskiej mieścił się od niepamiętnych czasów ośrodek kultowy Magów i najprawdopodobniej właśnie dlatego pasły się tam na swobodzie (praktyka całkowicie sprzeczna z tradycją turkmeńską) stada „białych“ (zapewne izabelowatych) koni, nazywanych „końmi nizajskimi“. Opis Herodota jest bardzo precyzyjny.
 Dolina nisajska w górach Zagros w zachodnim Iranie. Jak widać, obecnie pasą się tam owce[1]

Po śmierci wspominanego w odcinku poprzednim Cyrusa podczas wyprawy przeciw Massagetom, władzę zwierzchnią nad domem i rodem Achemenidów przejął Kambyzes, zaś drugi z synów zmarłego króla, Bardija, zwany także Smerdiosem, został namiestnikiem (satrapą) wschodniej części imperium. Kambyzes wkrótce wyruszył na podbój Egiptu. Stosunki pomiędzy braćmi podczas długiej nieobecności Kambyzesa, kiedy władza Bardiji w naturalny sposób rosła, pogarszały się. Ostatecznie, Bardija podniósł bunt przeciw starszemu bratu. Kambyzes wracając z Egiptu przypadkiem zranił się w Syrii własnym mieczem i zmarł (jeszcze bardziej przypadkowo właśnie Dariusz, krewny z bocznej linii Achemenidów, był jego „nosicielem lancy“, tj. w bezpośredniej bliskości króla operował ostrymi narzędziami, co niektórych, podejrzliwych historyków, nakłoniło do powątpiewania w zupełnie przypadkowe zranienie…). Bardija, uspokojony, udał się do Medii i odpoczywał w zamku na skraju doliny nizajskiej. Tam Dariusz i sześciu innych spiskowców z arystokratycznych rodów perskich zamordowało go twierdząc później, że prawdziwy Bardija zginął dawno temu z rozkazu Kambyzesa, a tylko pewien medyjski mag imieniem Gaumata, bardzo do niego podobny, podszył się pod niego, chcąc obalić panowanie Persów. Impostora rozpoznała jedna z małżonek prawdziwego Bardiji, informując o tym swojego ojca – który następnie wciągnął do spisku przeciw uzurpatrowi szlachetnego Dariusza i pozostałych młodych, perskich arystokratów. Taka wersja została później przez Dariusza uwieczniona w naskalnej inskrypcji, wyrytej nieopodal miejsca, gdzie zaszły opisywane w niej wydarzenia, w pobliżu istniejącego do dziś miasta Behistun. Tym samym, nie możby być wątpliwości, że Nisaea, od której wywodzi się nazwa „koni nizajskich“, nie ma nic wspólnego ze Starą Nisą pod Aszchabadem.
Szkic inskrypcji skalnej Dariusza z okolic miasta Behistun z opisem "buntu Gaumaty" oraz późniejszych kampanii pacyfikacyjnych nowego "króla królów" 
Tejże fotografia wedle wikipedii

Na pewno, po obaleniu tego mitu, nie można też bez zastrzeżeń utożsamiać koni nizajskich, opisywanych przez Herodota, z końmi Saków – Massagetów. Miejsca ich hodowli dzieli ok. 1000 km i kilka wysokich barier górskich… Faktem jest jednak, że i Herodot nie czynił między tymi odmianami irańskich koni rozróżnień. Konie, które opisył jako „nizajskie“ miały się charakteryzować wysokim wzrostem, suchą budową ciała, dobrze wykształconym kłębem, długą kłodą, skąpym owłosieniem, delikatną i błyszczącą srebrnym połyskiem sierścią – wszystkie były „białe“ (czyli zapewne izabelowate, trudno uwierzyć w istnienie całej rasy koni – cremello, ale znowuż: kto to może wiedzieć?) i miały tajemnicze, kostne wyrostki na czole, na kształt rogów. W dolinie nizajskiej tabuny tych koni (dochodzące, wg mało wiarygodnych jeśli idzie o liczby – wystarczy milionową armię Xerxesa przypomnieć – autorów greckich do 50.000 klaczy) miały się paść na swobodzie. Konie te składano w ofierze – m.in. przed grobem twórcy perskiego imperium, Cyrusa. Służyły pod wierzch, a także do zaprzęgu: sześciokonny zaprzęg tych koni wiózł statuę głównego boga zaratustryjskiego panteonu, Ahura Mazdy, a czterokonny, przysługiwał królowi królów.
Mapa najdalszego zasięgu Imperium Achemenidów. Dolina Nisajska to prawie środek samego środka. Massageci i Stara Nisa - w prawym górnym rogu... :-)

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI PIĄTEJ

piątek, 26 listopada 2010

33 sępy

Wobec monotonii podróży autostradą A2 zwykliśmy z Lepszą Połową liczyć przydrożne sępy. Jakie sępy? A na przykład takie:
Jest ich zresztą i kilka innych gatunków. A sępy - bo siedzą na słupkach ogrodzenia wzdłuż pobocza autostrady. Jakby na rozjechaną padlinę czekały. Choć po namyśle nie sądzę, aby o to naprawdę chodziło: asfalt musiałby być czerwony od krwi, żeby taka ilość "sępów" miała się czym pożywić. One raczej po prostu na myszy polne i inne gryzonie czatują, a te słupki to wygodne miejsce postoju jest...

Dzisiaj naliczyłem 33 sępy. Z czego 17 na odcinku od Nowego Tomyśla do Poznania. Resztę - od Poznania do Strykowa.

A swoją drogą ostatni raz jechałem A2 prawie 2 lata temu i bardzo byłem zdziwiony gdy znowu, mimo upływu takiego czasu, skończyła mi się tak nagle w Nowym Tomyślu... Są jednak rzeczy stałe na tym świecie!

środa, 24 listopada 2010

Z życia komiwojażera, czyli historie podróżne cz. 2

Siedzę sobie proszę Państwa w czytelni biblioteki uniwersyteckiej Uniwersytetu Zielonogórskiego, szyję owijam szalikiem który mi przy odjeździe troskliwa Lepsza Połowa włożyła do walizki, nadrabiam trzydniowe zaległości w dostępie do netu, bo dopiero dziś tu trafiłem - i oczywiście, narzekam sobie w duchu...

Jak do tej pory żadnych dobrych stron w życiu komiwojażera nie odkryłem. Ludzie których poznaję podczas prelekcji są do niemożliwości monotonni. Wszyscy cierpią na te same choroby i tak prawdę powiedziawszy, są sobie sami winni, że na nie cierpią. Wszyscy też hodują w kieszeniach nader jadowite węże i w związku z tym za nic w świecie nie chcą ode mnie kupić remedium na wszystkie swoje bóle i dolegliwości, które z zapałem staram się zachwalać. Być może mój zapał jest ciągle za mały. To jest, proszę Państwa cena przeintelektualizowania. Jak człowiek jest dziany wątpliwościami jak gołąbek farszem, albo parówka trocinami, to trudno, żeby w spójny sposób przekazywał słuchaczom niezachwianą wiarę w skuteczność jedynej słusznej kuracji, prawda..? Próbuję sobie radzić wyszydzając bezlitośnie lenistwo, wiarę w cuda (które im się przecież z samej natury rzeczy należą...) i ogólną rozlazłość słuchającej mnie widowni. A potem już nad zaletami tego, co mam sprzedać specjalnie się nie rozwodzę licząc na to, że zadziała sam kontrast. Czasem działa. Częściej jednak nie. Trzeba jednak szukać bardziej bezpośredniej formy przekazu.

Dla zwiększenia poziomu agresji wypijam co rano kawę w McDonaldzie. Dają tam do kawy "Gazetę Wyborczą" - a to zupełnie wystarczy, żeby normalnemu człowiekowi ciśnienie podskoczyło o najmniej 20 kresek. Kawa może być już zupełnie lurowata, nie ma to w tym momencie znaczenia.

Nocleg sobie załatwiłem w akademiku. W porównaniu do Osiedla Przyjaźń na warszawskich Jelonkach gdzie spędziłem własne studenckie lata - luksus. Ale jakoś nie mogę się wyspać. Nie tylko z powodu muzyki techno która rozlega się czasem najzupełniej niespodziewanie w środku nocy. Oraz z powodu wpędzających w depresję, taksujących spojrzeń kościstych studentek spotykanych na korytarzu. To jest po prostu starość i nie ma się co jej przemożnej sile opierać. Ale nie o to chodzi. Jakoś po prostu nie mogę znaleźć sobie miejsca bez Lepszej Połowy i bez - co tu kryć - ciepluśkiego koćkodana u boku. Nie mówiąc o tym, że zwyczajnie martwię się, co tam w gospodarstwie... No to się wyżaliłem, mogę się brać dalej do roboty!

niedziela, 21 listopada 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna cz. 3 – aryjski świt

Istnieją trzy częściowo sprzeczne, częściowo zaś uzupełniające się teorie na temat pochodzenia Turkmenów – czym będziemy się zajmować z konieczności w naszej „historii sekretnej“, jako że konie achałtekińskie niewątpliwie pochodzą od koni nazywanych „końmi turkmeńskimi“. Według własnej tradycji Turkmenów, która jest źródłem zdecydowanie najmniej wiarygodnym, są oni najstarszym szczepem, od którego pochodzą wszystkie inne ludy tureckie (Turcy, Uzbecy, Kirgizi, Tatarzy), potomkami rodu mitycznego Oguz-chana, który miał koczować w nader zamierzchłej przeszłości po rozległych przestrzeniach Azji Środkowej, już w 6 tysiącleciu p.n.e. zajmując także tereny dzisiejszej Turkmenii. Oczywiście, nie ma na to żadnych dowodów, a jedyny powód, aby ten mit przytaczać to fakt, że jest to póki co wersja oficjalna, zgodna z panującą w Turkmenii ideologią nie żyjącego już pierwszego prezydenta niepodległej Turkmenii Saparmurada Nijazowa (zwanego także Turkmenbaszą) i uczona tam we wszystkich szkołach. Także wykopaliska archeologiczne prowadzone na terenie Turkmenii są tak manipulowane, aby wykazać autochtoniczność Turkmenów.[1]
Gonur-depe. Jedna z największych na świecie metropolii Epoki Brązu.[2]

Wykopaliska te dają się w taki sposób interpretować o tyle, że istotnie oazy Turkmenii, w tym wielka oaza Achal i oaza Merw są nieprzerwanie zamieszkałe przez ludność prowadzącą taki sam osiadło – koczowniczy tryb życia i wytwarzającą bez żadnych gwałtownych przerw i zmian podobną kulturę materialną co najmniej od późnego neolitu. Najstarszą kulturą rolniczo – pasterską tego obszaru jest tzw. kultura Dżejtun, której początki datowane są na ok. 6200 p.n.e.[3] Już w okresie 4800 – 4000 p.n.e. kultura ta wytwarza duże (sięgające 19 ha powierzchni) ośrodki miejskie, takie jak Kara-depe czy Namazga-depe (od tego ostatniego miasta ten jej okres, być może związany z napływem nowej ludności z Wyżyny Irańskiej, na co jednak nie ma w tej chwili rozstrzygających dowodów, zwany jest kulturą Namazga-depe). Mieszkańcy tego rejonu, najprawdopodobniej jako pierwsi ludzie na świecie, rozpoczęli po roku 4000 p.n.e. budowę sztucznych systemów irygacyjnych, takich jak odnaleziony w pobliżu osady Mullali zbiornik wodny o pojemności 3500 m3.[4] Namazga-depe w okresie pomiędzy rokiem 2300 a 1850 p.n.e. miało już powierzchnię ok. 50 ha, a w pochodzącym z tego samego okresu mieście Ałtyn – depe odkryto monumentalne budowle przypominające mezopotamskie ziqquraty.[5]

Mniej więcej w tym okresie ludność tego obszaru mówiła językiem indoeuropejskim i wyznawała aryjski panteon bóstw, choć nie udało się – wbrew hipotezom stawianym przez niektórych historyków – jednoznacznie utożsamić tego panteonu z religią Avesty, ani też precyzyjnie określić do jakiej z podgrup językowych rodziny indoeuropejskiej należał język mieszkańców Baktrii (obszar nad Amu-darią) i Margiany (oaza Merw), zamieszkujących wielkie, ufortyfikowane miasto Gonur-depe i sąsiednie osady w okresie od XIX w p.n.e. do powstania imperium Achemenidów w VII w p.n.e. Problem ten był przedmiotem bardzo szczegółowych badań, jako że jego rozstrzygnięcie miałoby decydujące znaczenie dla ustalenia trasy i kolejności wędrówek Ariów. Jednym z najważniejszych aspektów kultury materialnej, jaki był brany pod uwagę przy prowadzeniu tych badań, było także rozprzestrzenienie się hodowli koni.

Jak pisze Bogdan Składanek: „Koń łączy się nierozerwalnie z Ariami. Pierwsze pewne ślady jego udomowienia pochodzą z Derewejki nad Dnieprem. Rozkwit tej kultury (kultura Srednij Stog) przypada na 4200 – 3500 lub 3500 – 2700 p.n.e. Jej społeczność była zdominowana przez wojowników walczących na koniu. W następnym okresie (kultura Pit Grave – Jamna, 3500 – 2800 lub 2700 – 2200 p.n.e.) dokonał się pełny rozwój pasterstwa. Hodowlę koni domowych prowadzono na dużą skalę w stepach dotychczas niezamieszkałych. Podstawowym terminem na konia w Aweście jest aspa-. Jego najstarsza forma o aryjskim aśva-/áśva- została poświadczona w Mitanni[6] w XV w. p.n.e.. Jak podaje Strabon (XI, 13, 7) najlepsze konie hodowane przez Irańczyków były rasy z Nesaen, grec. Νηοαιοιnêsâja, przymiotnik od nisaja. Nazwa „Nisaja“ występuje w inskrypcjach Teglatfalasara III z 727, a w annałach Sargona z 714 jako Harsin ak. Harzinu. Były to konie duże i silne. Hodowano je w Armenii w okolicach dzisiejszego Raju, stpers. Ragâ.“[7]

Szkielet źrebięcia z Gonur-depe.[8]

I dalej: „Materiał osteologiczny mówi, że konie z turkmeńskich stepów były znane w Gorganie[9] na początku III tysiąclecia p.n.e. (…). Królestwo Mitanni, gdzie poważny odsetek ludności mówił po hurycku, było ówczesnym ośrodkiem hodowli koni. Powstawały tam traktaty z zakresu hippiki (τεχνη ιππικη) tłumaczone na inne języki, m.in. na hetycki. Były one znane również w Asyrii. Pisano je w powszechnie w Mitanni używanym języku huryckim, ale terminy dotyczące koni wykazują zaskakujące powiązania z językami aryjskimi. I tak, podręcznik hippiki napisany przez Mitannijczyka Kikkuli zawiera kilka terminów z zakresu wyszkolenia konia, np. ajkavarta „jeden obrót“ (sanskr. êka, stpers. I aw. aiva/aêva: „jeden“, sanskr. vartana/vartani „obrót“) (…) a ponadto nazwy maści np. nuzi babru-nnu z ar. babhrû, „gniady“, nuzi pinkara-nnu, z a. piñgalá, „kasztan“, czy określenie na woźnicę w huryckim i akadyjskim marian-nnu, z a. márja-.“[10]

Nie wdając się w nadto szczegółowe rozważania wypada stwierdzić, iż w świetle świadectw archeologicznych i lingwistycznych, ludem który jako pierwszy udomowił konia i jako pierwszy hodował konie w Azji Środkowej, byli bliżej na razie nie zidentyfikowani indoeuropejczycy. W czasach historycznych, opisywanych przez Herodota, a później przez historyków rzymskich, obszar dzisiejszej Turkmenii zamieszkały był przez lud Massagetów, którego nie udało się podbić twórcy perskiego imperium Achemenidów, Cyrusowi (zginął podczas wyprawy przeciw Massagetom), zwany także ludem Saków, bądź też „Saków o spiczastych czapkach“, który koniec końców pozostawał w luźnych związkach wasalnych z imperium króla królów, dostarczając mu oddziały posiłkowej jazdy na wyprawy wojenne. Sakowie stanowili najbardziej na południe wysuniętą część wielkiego koczowniczego ludu, określanego przez starożytnych pisarzy mianem Scytów – który zajmował obszar zachodniej części Wielkiego Stepu Eurazjatyckiego od Ałtaju po góry Kopet-dagu i od Hindukuszu po dolny bieg Dunaju.

Sakowie byli doskonałymi jeźdźcami i hodowali najwspanialsze konie, poszukiwane na dworze perskim – choć, skądinąd Medowie i Persowie posiadali własną hodowlę koni, o czym będzie jeszcze mowa.

W stanowiskach archeologicznych Azji Środkowej jak dotąd nie odkryto śladów rozległych i niemal jednoczesnych zniszczeń, tak charakterystycznych dla nie tak bardzo odległej Doliny Indusu. Skądinąd wiadomo, że pierwotna, jeszcze neolityczna ludność Wyżyny Irańskiej, która prawie na pewno było blisko spokrewniona z ludnością Azji Środkowej, nie mówiła językami indoeuropejskimi – świadczy o tym najstarsza z irańskich cywilizacji, Elam, posługujący się językiem którego do tej pory nie udało się precyzyjnie zakwalifikować, najczęściej mówi się o jego drawidyjskiej afilacji, wspólnej z językami pierwotnych mieszkańców Indii.

Zmumifikowane szczątki konia ze scytyjskiego grobowca na Ałtaju.[11]

Na obszarze tym za to, jak wszędzie gdzie zamieszkiwali indoeuropejczycy, dość często spotyka się pochówki końskie – i odnajdywane w nich szkielety lub (w obszarze wiecznej zmarzliny, na Ałtaju) mumie, wykazują zadziwiające podobieństwo do koni jeszcze 100 lat temu hodowanych przez Turkmenów. Pochówki końskie ze szkieletami znaleziono w Gonur-depe, jednej z metropolii Epoki Brązu na terenie dzisiejszej Turkmenii, oraz w Anau, osadzie, od której nazwy pochodzi też nazwa jednej z kultur materialnych tych ziem. Zmumifikowane pod wpływem działania wiecznego lodu zwłoki końskie wydobyto zaś z kurhanu w rejonie wsi Pazyryk na Ałtaju, miejsca pochówku jednego ze scytyjskich wodzów.[12]

Oprócz strefy pustynnej i półpustynnej (oaza Achal, wybrzeże Morza Kaspijskiego i dolny bieg Amu-darii), zamieszkałej przez Saków, dzisiejsza Turkmenia to także starożytna Margiana, czyli oaza Merw w delcie ginącej w piaskach pustyni rzeki Murgab oraz fragment Sogdiany, czyli żyznej krainy nad Syr-darią, a także część Baktrii nad środkową Amu-darią (później krainę tę nazwano Chorezmem). Po upadku imperium Achemenidów cały ten obszar wszedł w skład efemerycznego państwa Aleksandra Macedońskiego, a po jego rozpadzie, stał się dziedzictwem Seleucydów. Południową część dzisiejszej Turkmenii zorganizowano w grecką prowincję Partię. W 245 r p.n.e. satrapa Partii, Andragoras, wypowiedział posłuszeństwo Seleukosowi II i ogłosił się królem. Zamieszanie wykorzystał koczowniczy, irański lud Parniów, który osiadł w Partii (od nazwy prowincji przyjmując dla swojego państwa nazwę „Imperium Partyjskiego“), początkowo w charakterze nominalnych wasali Seleucydów, by pod wodzą Mitradatesa I (171 – 138 p.n.e.) obalić grecką władzę na obszarze całego Iranu i Mezopotamii, tworząc własne imperium.[13]

Plan Starej Nisy pod Aszchabadem.[14]

Jednym z najważniejszych miast imperium Partów była Nisa, której ruiny turkmeńsko – włoska ekspedycja archeologiczna eksploruje od wielu sezonów na terenie należącym skądinąd do Aszchabadzkiej Stadniny Koni (im. Nijazowa), 17 km na zachód od Aszchabadu. Tzw. Stara Nisa została wybudowana na naturalnym wzniesieniu i otoczona murem, którego grubość u podstawy sięgała 8 – 9 m, a walory obronne zwiększały 43 wieże rozmieszczone w równych odstępach jedna od drugiej. Obszar otoczony murami, na planie nieforemnego pięciokąta, wynosi 14 ha. Wewnątrz odkopano kilka zespołów monumentalnych budowli. Nie jest do końca jasne, jaką funkcję pełniła Nisa – najprawdopodobniej była ona faktyczną stolicą tylko w początkowym okresie formowania się nowego państwa, gdyż później władcy Partów rezydowali w Dolnej Mezopotamii, w Ktezyfonie. Na pewno natomiast nie ma żadnych podstaw dokonywane przez autorów rosyjskich utożsamianie partyjskiej Nisy (tak dogodnie położonej na terenie Aszchabadzkiego konzawoda…) z wymienianą przez Herodota Nisają, miejscem hodowli najcenniejszych perskich koni. Jest to błąd, którego utrzymywanie się przez tak długi czas wśród autorów piszących o koniach achałtekińskich, dowodzi pewnego zaślepienia. Ponieważ jest to zjawisko nader powszechne wśród zapaleńców, przedyskutujemy ten problem szczegółowo w następnym wpisie.

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI CZWARTEJ


[1] Akhalteke…, str. 32 i nn.
[2] Akhalteke…, str. 55
[3] B. Kaim, op.cit., str. 452 i nn.
[4] Ibidem, str. 454
[5] Ibidem, str. 458
[6] Państwo huryckie w północnej części Mezopotamii, na pograniczu dzisiejszej Syrii, Iraku i Turcji.
[7] Bogdan Składanek, Historia Persji, Warszawa 1999, t. I., str. 52
[8] Akhalteke…, str. 56
[9] Kraina geograficzna w północnej części Wyżyny Irańskiej
[10] B. Składanek, op. cit., str. 57 - 58
[11] Akhalteke…, str. 50
[12] A.S. Klimuk, Istorja ahaltekinskoi parody, www.maak.ru
[13] B. Kaim, op. cit., str. 465

środa, 17 listopada 2010

Jastrzębie Zdrój czyli bezdroża funkcjonalizmu

Powinienem dla kolegów agepowiczów napisać krótki wstęp na stronę, ale prawdę pisząc: czuję się kompletnie opadły z sił. Nie idzie mi ta komiwojażerka, nie ma co udawać że jest inaczej... Nic to! - jak mawiał Mały Rycerz.

To tylko zasygnalizuję Państwu temat, który już jakiś czas temu obiecywałem byłem podjąć, a do tej pory mi się nie udało - rozwinięcie będzie pewnie na Agepo bo jest to temat było nie było Peak Oilowy: czyli taki:
Jastrzębie ma jeszcze szczęście! Po pierwsze - węgiel będzie tu wydobywany jeszcze przez wiele dziesięcioleci. To miasto ma przed sobą przyszłość. Najprawdopobniej: lepszą niż jego obecna teraźniejszość.
Po drugie - jest to eksperyment na stosunkowo niewielką skalę. Z biblioteki miejskiej w (umownym) centrum, gdzie teraz siedzę, byłbym w stanie dojść do hotelu na peryferiach gdzie się kwateruję w góra 15 minut. Nie ma o czym mówić.

Jest to zatem "maszyna do mieszkania" jeszcze na ludzką skalę. Nawet z poszukiwaniem konkretnego adresu nie jest jeszcze tak źle jak na warszawskim Ursynowie - głównie dzięki bardziej urozmaiconej rzeźbie terenu, która daje wgląd w dalsze fragmenty zabudowy. No i dzięki konsekwentnemu nazewnictwu. Jeśli wiemy, że ulica Opolska spotyka się (słowa "krzyżuje" jednakowoż użyć nie można) z Wrocławską, to trafiwszy przypadkiem na tą drugą, czujemy się bliżej celu...

Generalnie jednak, "maszyna do mieszkania" to jedno wielkie nieszczęście. Nawet nie o to chodzi że niewygodne - bo niektórzy lubią mieszkać w blokach. Głównym problem to totalna centralizacja całej infrastruktury i praktyczny brak możliwości używania mieszkań do czegokolwiek innego niż tylko... mieszkanie. A jak trzeba będzie zająć się jakimś rzemiosłem - jak to zrobić..?

Kończę, bo mnie już stąd wyganiają...

wtorek, 16 listopada 2010

Globalizacja w Boskiej Woli oraz historie podróżne cz. 1

Przed wyjazdem wpadłem na momencik do Radka, druha mego serdecznego. Radek cały w nerwach - już za dwa tygodnie ramadan. Tymczasem, jak się okazuje, większość byczków z Polski eksportowana jest do krajów muzułmańskich. Jak muzułmanie będą pościć, cena wołowiny spadnie... Już jest po 6 zł/kg, za dwa tygodnie będzie z powrotem 5,50 - a jak tu chłopu wytłumaczyć i skłonić go, żeby mimo wszystko sprzedał..?
Ja tam nie wiem - zawsze mi się wydawało, że z tym muzułmańskim postem to tak tragicznie nie jest: nie wolno jeść ani pić (nawet śliny przełykać - trzeba spluwać - ale jak się nie uda, można to "odpościć" w innym terminie..) tylko od świtu do zachodu słońca, a potem to się wręcz żre bez opamiętania. Czy więc naprawdę tak ta konsumpcja wołowiny spada, czy tylko właściciel ubojni próbuje mi druha w jajo zrobić..?

Jedno jednak nie ulega wątpliwości: do Boskiej Woli zwitała globalizacja...

Tymczasem jedną z najgorszych stron życia komiwojażera jest słuchanie radia w samochodzie. Nie no - mogę nie słuchać, to prawda. Ale jak się oczy kleją, to tak jakby pomaga.

Zresztą - zagłusza też różne potępieńcze jęki jakie wydaje biedny silnik naszej umęczonej zbyt długą przerwą w serwisowaniu Wendi.

Radio to jedyny hałas jaki mogę wytwarzać w samochodzie. Jest tam jeszcze odtwarzacz kaset magnetofonowych, ale mimo że mam kilka, to jakoś nie próbowałem do tej pory uruchamiać ustrojstwa. Nie mam zaufania.

Więc radio. A skoro radio - to i wiadomości. A skoro wiadomości, to niech mi ktoś z łaski swojej wytłumaczy dlaczego mimo,  że nigdy nie paliłem (nie że nie próbowałem, po prostu mi nie smakowało - zażywałem tylko kiedyś tabakę, ale też rzadko...), mam od wczoraj nieprzepartą wprost ochotę na dymka..? Najlepiej oczywiście - na ulicy, na przystanku, albo w bibliotece jak teraz... Ot, taka przekorna natura.

Na serio: wie ktoś czemu rządzący nami faszyści tak się do biednych palaczy przyczepili? Tylko proszę mi nie bełkotać, że to dla "zdrowia". Są setki bardziej szkodliwych dla zdrowia nałogów. Pan Wojciech twierdzi np., że jedzenie chleba - i nie ma powodu mu nie wierzyć. Chleba jednak jakoś nikt nie zakazuje ani akcyzą nie obkłada - choć zysk byłby pewnie większy niż na tytoniu! To dlaczego tytoń właśnie..? Mnie tam jedyne co przychodzi do głowy, to po prostu: realizacja testamentu wielkiego działacza socjalistycznego i prekursora Zjednoczonej Jewropy, tow. Adolfa Hitlera. Też miał podobne w kwestii palenia zdanie co obecne rządy i podobnymi metodami je wyrażał...

niedziela, 14 listopada 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna – cz. 2, mit założycielski


„Mit standardowy“ o którym wspominałem w poprzednim wpisie tego cyklu, opiera się na teorii – z wielką żarliwością propagowanej przez Włodzimierza Szamboranta, o którym napiszę osobno, bo ta wielka postać na taki wpis z całą pewnością zasługuje – którą nazwałem na prywatny użytek „teorią ostatniej kropli“. Otóż wedle Włodzmierza Szamboranta oraz wielu innych Rosjan (przede wszystkim), współcześnie żyjące konie achałtekińskie to „ostatnia kropla“ najszlachetniejszej ze szlachetnych krwi – w prostej linii wywodzą się bowiem od najszlachetniejszych koni starożytności. Od tzw. „koni nizajskich“ – świętych koni perskiego imperium Achemenidów.

Rosjanie wywodzą ciągły, nieprzerwany rodowód współczesnych koni achałtekińskich, sięgający w linii prostej co najmniej początków II tysiąclecia p.n.e.

Oczywiście, że nie jest to takie proste! Już choćby z przyczyn geograficznych, mówienie o nieprzerwanej ciągłości pochodzenia koni turkmeńskich i w konsekwencji współczesnych koni achałtekińskich od starożytnych koni nizajskich, jest nader ryzykowne. Ponadto, konie turkmeńskie cechuje większa różnorodność maści niż konie nizajskie (które były „białe“, podczas gdy konie turkmeńskie występują we wszystkich maściach podstawowych i rozjaśnionych), nie mają za to żadnych kostnych wyrostków na czaszce, jakie wedle greckich opisów miały być charakterystyczne właśnie dla koni nizajskich.

Prawdę powiedziawszy, problem wydaje się po prostu źle postawiony i można go traktować jedynie jako nieporozumienie. Przede wszystkim już w starożytności konie nizajskie nie były tożsame z końmi Saków – Massagetów zamieszkujących teren dzisiejszej Turkmenii. Jest to oczywiste, skoro Nisa pod Aszchabadem (gdzie koczowali Massageci) nie jest tą samą Niseą, gdzie pasły się konie nizajskie (zresztą, sam opis Herodota już jest o ponad 200 lat wcześniejszy, niż moment założenia przez Parniów Nisy).

Tym samym, w żadnym razie nie można utożsamiać koni nizajskich z wojennymi końmi irańsko – środkowoazjatyckimi w ogóle. Mogła to być jedynie jakaś część ich populacji. Najprawdopodobniej wyselekcjonowana specjalnie dla celów kultowych, w tym dla składania ofiar. Ofiara z konia jest jednym z najstarszych obrzędów, wspólnych wszystkim ludom indoeuropejskim – jest dobrze opisana w dziejach aryjskich Indii i… pogańskiej Saksonii w czasie jej podboju przez Karola Wielkiego na przełomie VIII i IX w. Wszędzie też, indoeuropejczycy do roli świętych rumaków wybierali konie o jasnej maści (jak np. Ranowie na Rugii). Medowie w początkach swojej historii zobowiązani byli składać daninę władcom Asyrii w koniach. W tych warunkach wyselekcjonowanie odrębnego stada (które też pewnie było znacznie mniejsze niż herodotowe 50.000 klaczy) na potrzeby – powiedzmy – podatkowe, byłoby posunięciem rozsądnym.

O wiele szersza i bardziej różnorodna populacja wojennych koni irańsko – środkowoazjatyckich, hodowanych przez ludy indoeuropejskie zasiedlające ogromny obszar Wielkiego Stepu i Wyżyny Irańskiej mogła się w jakiejś części zachować nawet i do naszych czasów i w takim wydarzeniu nie ma niczego dziwnego – podczas gdy zachowanie się aż do czasów współczesnych bezpośrednich potomków kultowych koni Persów, które przez stulecia rabowane były przez najrozmaitszych zdobywców (od Aleksandra Macedońskiego zaczynając, a na Arabach kończąc), zakrawałoby na cud.

Zjawisko to tym bardziej przestaje nas dziwić, im szerszą i bardziej zróżnicowaną populację koni hodowanych w czasach prawie że współczesnych (tj., powiedzmy w latach 1881 – 1913) zechcemy przyjąć do grona spadkobierców owych starożytnych koni irańskich. Przetrwanie elitarnej rasy koni tekińskich – nie krzyżowanej z żadnymi innymi końmi, nawet turkmeńskimi – jest o wiele trudniejsze niż przetrwanie całej, bardzo zróżnicowanej grupy koni, w obrębie której przez wieki dochodziło zarówno do w miarę swobodnego mieszania się materiału genetycznego, jak i – być może wielokrotnie powtarzanych – działań selekcyjnych, za każdym razem prowadzących do odtworzenia podobnej fenotypowo (gdyż odpowiadającej podobnym, jeśli nie wręcz tożsamym potrzebom) populacji elitarnych koni wojennych. W tym sensie, nie potrzeba wcale żadnych skomplikowanych dowodów na ciągłość hodowli, jeśli tylko zgodzimy się na to, że koń tekiński z 1881 roku nie jest rasą w sensie wspólnoty pochodzenia, tylko typem użytkowym konia turkmeńskiego, mianowicie: elitarnym koniem wojennym.

Takich samych elitarnych koni wojennych potrzebowali Turkmeni w okresie ekspansji sułtanatu seldżuckiego, czy w czasach gdy jako wyzwoleni niewolnicy służyli w gwardii kalifa abbasydzkiego, a także Sassanidzi, Partowie, Persowie i Massageci. Każdy z tych ludów mógł swoją własną populację elitarnych koni wojennych tworzyć od początku, w całości na własną rękę – i efekt ich działań był podobny, (jeśli nie liczyć pewnych drugorzędnych szczegółów, jak dobór maści, owe kostne wyrostki, czy np. ordynarny wygląd koni wojennych Turkutów z VI w.), mimo, że były to niezależne od siebie (a więc nie powiązane bezpośrednim łańcuchem pochodzenia) hodowle. Hodowle te, za każdym razem od początku mogły być odtwarzane metodą selekcji ukierunkowanej na odpowiadające potrzebom wojennym, organizacji społecznej i warunkom geograficzno – przyrodniczym walory użytkowe oraz (i tu zakres zmienności jest większy: wiemy już, że konie nizajskie były „białe“, Turkmeni generalnie preferowali konie o ciemnej maści, a wśród współczesnych Nowych Ruskich panuje moda na albinosy i konie izabelowate) na wygląd, czyli na typ rasowy. Ten drugi rodzaj selekcji, choć niektórzy uczestnicy debaty zaprzeczają jego stosowaniu przez Turkmenów,[1] wydaje się zarówno dobrze potwierdzony źródłowo, jak i zrozumiały. Wszak wojownik nie tylko chce się sprawnie poruszać i polegać na sile, inteligencji i wytrzymałości swojego wierzchowca, ale też i zależy mu na odpowiednio reprezentacyjnym wyglądzie. W średniowieczu europejskim, obok koni bojowych (destrierów), utrzymywano też przeznaczone na uroczyste okazje, reprezentacyjne paradiery. O wiele biedniejsi Turkmeni nie mogli sobie pozwolić na takie dublowanie stad, a mając dostatecznie wiele czasu, spokojnie mogli dopracować się konia, łączącego zalety konia bojowego, wyścigowego (tak, jak trudno uwierzyć w możliwość utrzymywania przez Turkmenów odrębnych koni do walki i do reprezentacji, tak też teoria o utrzymywaniu przez nich odrębnych koni wyłącznie do wyścigów, jest całkowicie nieprawdopodobna) i paradnego.

Bardzo podobny fenotypowo wynik powtarzających się, ale niezależnych od siebie selekcji zakłada, że odbywały się one na bazie wspólnego, dziedziczonego pomiędzy pokoleniami, a także pomiędzy kulturami i ludami, podłoża w postaci dość szerokiej i zróżnicowanej genetycznie populacji. Jest to teza, której autorzy rosyjscy z zaciekłością zaprzeczają, utrzymując, że współczesne konie achałtekińskie są bezpośrednimi potomkami koni medyjskich, nizajskich, koni Scytów, Afganów, Turkmenów i wielu jeszcze innych ludów. Kłopot w tym, że teza ta nie jest poparta niczym poza patriarchalnymi bajaniami starych Turkmenów, opowiadającymi najprawdopodobniej w dużej części zmyślone genealogie swoich najlepszych ogierów (swoją drogą, jeśli przyjąć, że Turkmeni umieli prawidłowo przekazać genealogie swoich koni, to dlaczego rodowód Bojnou – o tym ogierze będzie jeszcze mowa w jednym z kolejnych wpisów - kończy się na jego ojcu? Poza tym, jeśli bajania Turkmenów z Obwodu Zakaspijskiego były wiarygodne 100 lat temu, to dlaczego takie same bajania takich samych Turkmenów, tyle że z Iranu czy z Turcji, nie są już wiarygodne dzisiaj?). Sprowadzenie wszystkich tych koni, żyjących na przestrzeni tysięcy kilometrów i tysięcy lat do jednej, prostej linii rodowodowej, jest przedsięwzięciem niewykonalnym.

Nie w tym rzecz, aby się z Rosjanami spierać. Jeśli twierdzą oni, że współczesny koń achałtekiński to „ostatnia kropla krwi z pierwotnej kolebki wszelkiej kulturalnej hodowli, rasa najczystsza z czystych, jedyny prawdziwy koń wschodni“ – to mają rację, nie można się z tym nie zgodzić i żadne z powyższych rozważań nie miało na celu podważenia tego oczywistego faktu. Idzie tylko o to, aby odnaleźć racjonalną drogę, jaką dziedzictwo to mogło być przekazywane przez tysiąclecia, bez potrzeby uciekania się do cudu czy przypadku.

Należy pamiętać, że ustalenia dotyczące pochodzenia koni achałtekińskich oraz koni turkmeńskich, tak naprawdę miały miejsce na początku XX wieku – i potem już nikt się tym tematem w sposób naukowy nie zajmował. Dyskutujemy więc z poglądami hipologów nie mających pojęcia o mechanizmie dziedziczności i zmienności genetycznej. Nie ma sensu powtarzać ich poglądów atakując każdego, kto – chcąc nie chcąc – wykaże luki w ich rozumowaniu. Trzeba podjąć badania – choćby mitochondrialnego DNA (co – jakoś dziwnie mało konsekwentnie – zaczęto, a zaraz potem zaprzestano robić na koniach arabskich i ich rzekomych pochodnych – koniach berberyjskich i andaluzyjskich), co może pozwolić na ustalenie pokrewieństwa w liniach żeńskich pomiędzy współczesnymi końmi achałtekińskimi a innymi odmianami podobnych koni, żyjącymi w czasach współczesnych (być może da się też takie badania przeprowadzić na zmumifikowanych zwłokach końskich z ałtajskich kurhanów?).

Współczesny koń achałtekiński jest dość podobny do hipotetycznego tzw. „konia typu III“, tj. dzikiego pustynnego konia przystosowanego do warunków skrajnie kontynentalnego klimatu Azji Środkowej, gdzie występuje naprzemiennie skrajne gorąco i dojmujący chłód i gdzie część skąpych opadów spada na ziemię w postaci śniegu lub zamarzającej na powierzchni ziemi (i odcinającej dostęp do wody i pokarmu) gołoledzi. Koń ten miał być dość wysoki, z długą i wysoko osadzoną szyją i dość masywną głową – co jest przystosowaniem właśnie do wydobywania pokarmu spod śniegu lub lodu. Nie wiadomo, czy został udomowiony przez jakichś pierwotnych, neolitycznych mieszkańców tych ziem, czy dopiero przez napływających do tego regionu a już konnych indoeuropejczyków (w tym drugim przypadku uważa się, że nastąpiło skrzyżowanie miejscowego „konia typu III“ z koniem leśnym przyprowadzonym z Ukrainy – i dopiero efekt takiej krzyżówki stał się przodkiem całej plejady kolejnych wcieleń bojowego konia Azji Środkowej). Pierwsze odnalezione szczątki końskie, z Gonur-depe, pochodzą już z okresu przejściowego, kiedy nie można stwierdzić, czy miejscowa ludność była już indoeuropejska czy jeszcze nie. Zabytki lingwistyczne wskazują na przyprowadzenie konia (a w każdym razie – wysokiej jakości konia bojowego) dopiero przez Indoeuropejczyków.

 Tzw. „sztandar z Ur“, mozaika przedstawiająca zaprzężone do wozów konie lub osły (nie jest to rozstrzygnięte), IV tysiąclecie p.n.e., Mezopotamia.[2]

Ongiś pokutowała teoria, wedle której najpierw wdrożono konia do zaprzęgu (konkretnie do rydwanu), a dopiero potem zaczęto go używać pod wierzch. Nie wydaje się to rozumowanie racjonalne. To prawda, że wynalazek siodła i strzemienia jest stosunkowo późny (siodło to czasy rzymskie, w formie współczesnej kulbaki ze strzemieniem – do Europy wprowadzili je Hunowie), a bez tych narzędzi używanie konia do jazdy wierzchem bywa niewygodne, a w szczególności bardzo trudno jest się posługiwać bronią sieczną (liczne starcia jazdy greckiej czy wczesnej jazdy rzymskiej kończyły się na piechotę, gdy wszscy jeźdźcy zgodnie pospadali z pozbawionych siodeł koni). Nie wyklucza to jednak bynajmniej wierzchowego wykorzystania koni, które jest z całą pewnością łatwiejsze, niż wymyślenie zaprzęgu i jeszcze wdrożenie (z założenia dzikiego) konia do pracy w nim. W każdym razie materiały ikonograficzne babilońskie i asyryjskie pokazują zarówno bojowe rydwany z dwu lub trzyosobową załogą (woźnica i łucznik, ewentualnie także lansjer), jak i łuczników dosiadających koni na oklep. W szczególności w strefie pustynnej południowej części Azji Środkowej korzystanie z zaprzęgów nigdy nie należało do najlepszych pomysłów: dominuje tam ciężki, gliniasty lub kamienisty grunt, a w oazach zdarzają się bagna, przez które żaden wóz nie przejedzie.

Rasa koni bojowych używanych przez wszystkie ludy scytyjskie oraz przez Persów musiała być jeśli nie wręcz tożsama, to bardzo zbliżona. Takie same konie służyły także tym Ariom, którzy w II tysiącleciu p.n.e. zaatakowali i zdobyli północne Indie. Tam także poświadczona jest – bardzo skomplikowana – ofiara z „białego“ konia (zanim koń został zabity przez rok chodził na swobodzie gdzie chciał, a ofiarnik musiał go przez ten czas strzec i wszędzie za nim podążać; wedle miejscowych wierzeń władca, który by sto razy złożył ofiarę z konia – co, jak łatwo policzyć, zajęłoby mu sto lat – zyskałby nieśmiertelność, oczywiście nikomu się to nigdy nie udało, choć byli tacy, którzy ofiarę z konia składali kilka razy w czasie swego panowania; był to także pretekst do podbojów, władca strzegł ofiarnego konia wraz z całą swoją armią i jeśli ten przypadkiem wszedł na ziemię sąsiada, nie było wyjścia, dochodziło do wojny…[3]).

Ogier Yanardag

Koni takich nie mieli natomiast ani Egipcjanie (którzy w ogóle z końmi zetknęli się dość późno, w połowie II tysiąclecia p.n.e.), ani później Grecy. Egipcjanie używali na ogół o wiele mniejszych wzrostem koni z północnej Afryki i (być może) Półwyspu Arabskiego. Według Aleksandra Stiepanowicza Klimuka, konie plemienia Dogonów w północnej Afryce oraz konie etiopskie, mogą pochodzić od koni Massagetów pozostawionych przez Kambyzesa jako załoga podbitego Egiptu.[4] Można by to sprawdzić metodą badań genetycznych.

Z całą pewnością do legendy natomiast należy traktowanie ulubionego konia Aleksandra Macedońskiego, Bucefała, niemal jak czystej krwi konia achałtekińskiego. Nie ma na to żadnych dowodów, a biorąc pod uwagę fakt, że wedle legendy, Aleksander miał sobie Bucefała ujeździć we wczesnej młodości, jeszcze w Macedonii, to najpewniej był to prymitywny i ordynarny koń tesalski, jakich stosunkowo najczęściej używali Grecy.

Po rozbiciu przez Aleksandra imperium Achemenidów palma pierwszeństwa w hodowli koni bojowych przeszła najpierw do Partów (którzy pokonali kilka razy Rzymian wykorzystując przewagę swoich konnych łuczników), a następnie do Sassanidów. W końcowym okresie panowania tych ostatnich, środkowazjatyckie prowincje ich imperium padły ofiarą najazdu Heftalitów, a następnie stały się obszarem stopniowo narastającej infiltracji różnych ludów tureckich, wśród których znaleźli się także (być może sturczeni Ariowie) Oguzi, przodkowie współczesnych Turkmenów. Temu właśnie ludowi udało się najpóźniej na początku XI wieku przejąć lub odtworzyć elitarną hodowlę koni bojowych, podobnych w typie do wcześniejszych koni Sassanidów i Partów – i m.in. dzięki temu dokonał ogromnych podbojów od Dunaju po Egipt, gdyż bezpośrednim spadkobiercą sułtanatu Turków seldżuckich, zmiecionego z powierzchni ziemi przez najazd mongolski, stał się, od XIV w., sułtanat osmański, przekształcony następnie w potężne, rozciągające się na trzech kontynentach, Imperium Ottomańskie, w którym licznie migrujący na jego terytorium Turkmeni byli jedną z ważniejszych grup ludności, wyspecjalizowaną m.in. także w hodowli koni na potrzeby wojskowości tureckiej. Natomiast terytorium dzisiejszej Turkmenii stało się po upadku ostatnich państw sukcesyjnych powstałych po rozpadzie państwa Tamerlana, obszarem pogranicznym o nie zdefiniowanej przynależności państwowej, gdzie półkoczownicze plemiona Turkmenów mogły bez większych przeszkód kultywować swoje tradycje żyjąc m.in. także z rabunku sąsiadów i najemnej służby wojskowej, do czego niezbędne im były możliwie jak najlepsze konie.

Izolacja tego obszaru od Europy po roku 1722 sprawiła, że wiedza o istnieniu jakichś szlachetnych, wschodnich koni na tym obszarze zanikła i w XVIII wieku, całkiem niezasłużenie, Europejczycy utożsamili „konia wschodniego“ z wcześniej mało znaną, nieliczną i żyjącą na krańcach zamieszkałego świata rasą koni arabskich.

Reasumując, absolutnie nie do przyjęcia jest, od czasu do czasu gdzieniegdzie jeszcze spotykana teoria o pochodzeniu wszystkich środkowoazjatyckich koni, w tym także koni turkmeńskich, od jakichś mongolskich kucy, czy też od koni arabskich. Natomiast pokrewieństwo koni turkmeńskich z ich starożytnymi poprzednikami, wojennymi końmi indo-irańskich ludów zajmujących podówczas teren Azji Środkowej i Zachodniej, jest sprawą nieco bardziej skomplikowaną niż można by to sobie wyobrażać posiadając tylko XIX-wieczną wiedzę o mechanizmach dziedziczenia. Raczej już było tak, że Turkmenom, którym dostały się w spadku po ludach indo-irańskich jakieś, niekoniecznie najlepsze i najbardziej elitarne konie z tej starożytnej hodowli, udało się bardzo podobnego konia, w bardzo podobnych jak w starożytności warunkach i z wykorzystaniem wspólnego materiału wyjściowego, ponownie wyhodować.

W następnym wpisie przyjrzymy się bliżej ludom które najprawdopodobniej dokonały po raz pierwszy sztuki wyhodowania elitarnych koni wojennych – naszym odległym aryjskim krewnym, czyli indo – irańskiej ludności Wielkiego Stepu i Wyżyny Irańskiej na przestrzeni od XIX w. p.n.e. do podboju arabskiego w VII w. n.e. Oczywiście  - koncentrując się przede wszystkim na jakże palącej kwestii dosiadanych przez nich czworonogów (i nie mam tu na myśli baktrianów J). W kolejnych wpisach zajmiemy się zagadką etnogenezy Turkmenów, związkami między hodowlą koni w Imperium Osmańskim a hodowlą staropolską, oraz tragiczną historią koni achałtekińskich w czasach sowieckich. Na tym „historię sekretną“ planuję zakończyć. Jeśli będziecie Państwo mieli na to ochotę, mogę potem dodać coś jeszcze o sprawach bardziej współczesnych…

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI TRZECIEJ


[2]   Akhalteke. A Great Racer of History. Aszchabat, 2003, str. 52
[3] Nota bene, recepty na zdobycie nieśmiertelności są w wielu mitologiach bliskie recepcie na zabójstwo poszukującego; w Indiach, innym sposobem niż złożenie stu ofiar z konia, miała być asceza prowadząca aż do całkowitego zniszczenia ciała ascety, co oczywiście też nikomu nie przyniosło powodzenia (a w każdym razie nic na ten temat nie wiadomo). W Chinach natomiast, dla odmiany, nieśmiertelność miało dać zdeflorowanie dziesięciu tysięcy dziewic. Podobno Mao Zedong próbował – ale nie dał rady…

sobota, 13 listopada 2010

Wspomnienie Brugii

Pisałem rano  dla kolegów agepowiczów tekst, w którym wspominana jest Haga. Oczywiście przypomniała mi się podróż po Belgii i Holandii wiele lat temu. W tym, w szczególności, wróciło wspomnienie pewnego smutnego incydentu którego byliśmy z Lepszą Połową świadkami w Brugii.

Oprócz Memlinga do którego mam sentyment przez wzgląd na (prawie że…) rodzinny Gdańsk, jest w Brugii tuż obok wielki, średniowieczny (jak wszystko tamże) szpital, którym ongiś zarządzał pewien konwent żeński. Katolicki oczywiście – co w dzisiejszych czasach i w tamtych stronach przestaje być już takie oczywiste.

Zwiedzaliśmy ten szpital już po kościele św. Janów, gdzie wisi Memling, więc tak jakby na pół gwizdka, pół żartem, pół serio. Muzeum w dawnym szpitalu przedstawiało sobą modny teraz i u nas kierunek „historii żywej“. Można więc było różnorakich wystawianych tam sprzętów dotknąć i wypróbować. Oczywiście – w granicach rozsądku, były to bowiem głównie narzędzia chirurgiczne z dawnych epok.

Stała tam też i kryta lektyka, której jeszcze na początku XIX wieku używała przełożona konwentu i szpitala. Nic w tym niezwykłego. Zapewne był to najtańszy możliwy pojazd, jakiego mogła używać – a przy tym nader wówczas pospolity. Składa się to z ciasnej, obciągniętej płótnem kabiny, takiej, że tylko jedna osoba nieźle podkurczając nogi może się tam zmieścić – i dwóch drągów za które z przodu i z tyłu chwytali tragarze. Po jednym tragarzu z przodu i z tyłu, precyzyjnie rzecz biorąc.

Razem z nami do szpitala wtoczyła się jakaś szkolna wycieczka. Już nie pamiętam, czy dzieci i pilnująca ich pani mówiły po francusku czy po angielsku. Gdyby mówiły po flamandzku, to bym ich nie zrozumiał, więc historyjka siłą rzeczy byłaby uboższa. Że jednak rozumiałem, mogę Państwu tę scenę opisać w całości. Otóż pani nauczycielka wsadziła jedną z dziewczynek (dzieci były ok. 10 – 12 letnie) do lektyki, a sama chwyciła za wystające z przodu drągi i udawała biednego tragarza, którego siedząca w lektyce „siostra Klara“ niemiłosiernie pogania…

Czego to niby miało młodych Jewropiejczyków nauczyć..? Rozumiem, że w opinii pani nauczycielki przełożona konwentu i szpitala – osoba raczej w starszym wieku i co za tym idzie, niekoniecznie kwitnącego zdrowia – powinna była chodzić wyłącznie pieszo, tak..? No bo samochodów przecież nie było. Ewentualnie – siedzieć na miejscu i nie pokazywać się na ulicy..? Jak w takim razie miała zarządzać tak wielkim i złożonym przedsięwzięciem, do którego zapewne jeszcze i jakieś dobra wiejskie należały i który, dla utrzymanie kilkuset leżących tam chorych, wymagał nieustannej aktywności od menadżera? Dokładnie tak samo jak podobne przedsięwzięcia dzisiaj – z tą poprawką, że matka przełożona nie miała nie tylko komputera, ale i maszyny do pisania, a większość pracy administracyjnej zapewne wykonywała sama.

Jestem przekonany, że nauczycielka zrobiła to co zrobiła odruchowo, w ogóle przy tym nie myśląc. Nie był to zatem przejaw jakiegoś antykatolickiego spisku. Raczej – znak czasu. Objaw dominującej tendencji. Również i takiej, że każda praca fizyczna, a już praca fizyczna, która wiąże się z wykonywaniem jakichkolwiek posług dla drugiej osoby w szczególności – jest obecnie uważana za upokarzającą.

Prawdę pisząc, obojgu z Lepszą Połową zrobiło się nam patrząc na tę scenę bardzo przykro. Szybko więc wyszliśmy (teraz myślę, że trzeba było interweniować – bo może by z tej bezmyślnej zabawy jednak jakaś nauka wynikła dla dzieci..?) – i dopiero znakomite miejscowe piwo podawane w charakterystycznych kuflach z białymi słonikami poprawiło nam nastroje…

piątek, 12 listopada 2010

Re-Volta Anonimowych

Parafrazując znane powiedzenie Ludwika XIV, które całkiem niedawno tu przywoływałem - ten blog to ja. Mam tu władzę absolutną. Czy to się komuś podoba czy nie. I nie zamierzam tłumaczyć się ze sposobu w jaki tę władzę sprawuję, bo nic Państwu do tego. Mogę to robić kierując się dowolnymi kaprysami. Co najwyżej - przestaniecie tu Państwo zaglądać. Co - prawdę pisząc - nie zrobi mi wielkiej różnicy, bo i tak jest tu Państwa tyle, co kot napłakał.

Że jednak vox populi - vox dei, a ja mimo wszystko jestem zamordystą oświeconym, to od czasu do czasu mogę spełniać Państwa zachcianki. Np. takim spełnieniem Państwa zachcianki był poprzedni wpis, zapoczątkowujący nowy cykl o historii koni achałtekińskich. Cykl ten bowiem rozpocząłem odpowiadając na wyraźne zapotrzebowanie zgłoszone przez użytkowników mojego ulubionego wątku na moim (nadal) ulubionym forum. Oprócz tego, że i samemu chciało mi się już do tego tematu wrócić, a na łamach "Końskiego Targu" zająl on już tyle miejsca, że dodawanie kolejnych tekstów o tym samym po prostu nie ma już sensu...

Dzielicie się Państwo od metra na trzy grupy. Do pierwszej, którą chętnie nazwałbym grupą weteranów, należą dawni netowi (i nie tylko) znajomi - koniarze, jeszcze z czasów Re-Volty (przy okazji wyjaśniam raz na zawsze publicznie: nie odszedłem z tego forum obrażony na moderację z powodu mojego wypadku pod Kłodzkiem i zamieszania, jakie z tego wynikło - zostałem z forum przez moderację wyrzucony w dobre kilka tygodni później; niedwuznacznie dano mi do zrozumienia, że jestem niemile widziany więc zamilkłem i nie powrócę: nie zwykłem czynić z gęby cholewy, ani pchać się, gdzie mnie nie chcą; w pierwszym odruchu chciałem zlikwidować konto, po zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, że byłaby to całkowicie niepotrzebna demonstracja - co oczywiście nie znaczy, że nie czytam, bo czytam na bieżąco i - jak widać - reaguję, jeśli mogę). 

Druga grupa to przesiedleńcy z miasta na wieś, kandydaci na przesiedleńców oraz Pan Wojciech, który jest tutaj najaktywniejszym użytkownikiem i któremu - jak sądzę - do tej grupy najbliżej. Pan Wojciech jest też żywym dowodem na to, że potafię się z kimś kłócić twórczo - bośmy się, zwłaszcza na początku naszej netowej znajomości, dość zażarcie ścierali, a jak widać, same pozytywne rzeczy z tego wynikły.

Trzecia wreszcie grupa, pojawiająca się tu raczej efemerycznie, to osoby zainteresowane treściami politycznymi czy ekonomicznymi, które się tu incydentalnie pojawiają. Dla tych z Państwa, którzy się do tej właśnie grupy zaliczają mam wyłącznie złe wiadomości. Jest bowiem moją stałą i niezłomną wolą bieżącą polityką czy ekonomią się nie zajmować. Nawet, jeśli skutkiem tej abstynencji "NCz!" drukuje mnie raz na ruski miesiąc. Po prostu czuję nieprzezwyciężony wstręt i nie widzę najmniejszego powodu, abym miał się na wymioty narażać, wstręt ten mimo wszystko przełykając.

Ostatnio jednak, rozpoczynając cykl "1913+" zajmowałem się w nieproporcjonalnym stopniu grupą "przesiedleńców". Tak więc cykl o koniach achałtekińskich jest moim prezentem dla "weteranów". No i dla mnie samego, jak już to sobie wyjaśniliśmy - jak raz: na urodziny!

To jednakowoż nie oznacza, że kiedykolwiek zgodzę się na dyskusje o rzekomej "nieprzydatności" koni achałtekińskich do nowoczesnego jeździectwa, "nieodporności" na polski klimat czy innych bzdurach, którym na co dzień zaprzeczam nie gadaniem, a praktyką. Takie dyskusje toczyły się na "koniarskich" forach internetowych wieki temu. Np. tutaj i tutaj. Jeśli ktokolwiek czuje się nieusatysfakcjonowany konkluzjami, jakie z tych dyskusji wynikły, może się na tamtych forach, albo na Re-Volcie wypowiedzieć. Ja takich wypowiedzi tolerował nie będę, bo nie życzę sobie wkładać z powrotem krótkich majtek i wracać do przedszkola.

Mam nadzieję, że wczorajszy przykład podziała wystarczająco odstraszająco. Jeśli nie - będę stosował represje w sposób dowolnie wybrany. Niekoniecznie proporcjonalnie do wykroczenia. Proporcjonalność winy i kary nie działa. Starożytni Chińczycy 25 wieków temu doszli do tego wniosku i jak na razie nikt nie zdołał go podważyć.

Jeśli kasowanie komentarzy nie pomoże, poszkodowani będą także niewinni, bo ograniczenie możliwości komentowania tylko do zarejestrowanych użytkowników uderzy także w p. MarkOwego, którego zdanie bardzo szanuję i którego w żadnym razie nie chciałbym z tak błahej przyczyny tracić. Natomiast wprowadzenie moderacji komentarzy praktycznie pozbawi wszystkich Państwa tej możliwości wypowiedzi, ponieważ nie mam technicznej możliwości robienia tego na bieżąco i opóźnienia w publikacji będą wielodniowe. Jestem jednak gotów i na taki krok. A jak to nie pomoże, to na zdjęciu powyżej widziecie Państwo badeńską gilotynę do obcinania łapek. Sadzało się delikwenta na ławeczce, przywiązywało pasami, nóż spadał, a obcięta łapka lądowała w koszu...

To są wszystkie zarządzenia jakie mam na dziś dla Państwa. Mam nadzieję jeszcze podczas tego weekendu, jeśli tylko czas pozwoli, jakąś czytankę dla Państwa na resztę tygodnia opublikować. Oczywiście: Państwa opinie na temat wyżej ogłoszonych zarządzeń z chęcią przeczytam :-)))

czwartek, 11 listopada 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna – cz. 1, wstęp


Powiedzieć, że ludzie mają wybiórczą pamięć, to nic nie powiedzieć. Tak naprawdę pamiętamy tylko to, co chcemy pamiętać – i pamiętamy to tak, jak chcemy pamiętać. Jeśli mowa o tzw. „pamięci zbiorowej“ rzecz jasna, czyli po prostu – o historii. Nasza tradycja to zbiór mitów definiujących naszą tożsamość. Niestety, weryfikacja tych mitów aż nazbyt często prowadzi do tworzenia kolejnych. Lepiej przystosowanych do aktualnych potrzeb lub – co też się zdarza – preferencji konkretnego badacza!

Wielkim okresem mitotwórczym była „Era Sceptyków“ (o której już tu wspominałem), czyli okres kiedy w naukach historycznych dominował rodzaj pozytywistycznego redukcjonizmu – a priori odrzucano jako niewiarygodne wszelkiego rodzaju poezje, legendy, podania, tradycje – wysyłając je w sferę nie wartych uwagi prawdziwego badacza wiar, które z faktami z definicji nic nie mogły mieć wspólnego. Oczywistym jest, że cały ten sceptycyzm służył – świadomie lub nieświadomie – podbudowie ego współczesnych. Od których dopiero miała się zaczynać prawdziwa cywilizacja i prawdziwy postęp! Mozolne badania archeologiczne obaliły ogromną ilość sceptycznych mitów. A raczej – potwierdziły, że na dnie lekceważonych eposów i legend kryje się ziarno materialnej prawdy. W postaci chociażby ruin Mohenjo Daro. Których odkrycie w innym zupełnie świetle postawiło postać „Indry, burzyciela miast“ z hinduskich eposów.

Nie inaczej jest z historią koni achałtekińskich. Nie sądzę też i wcale nie mam takiej ambicji, by ten cykl mógł w jakimkolwiek bądź stopniu przybliżyć osiągnięcie jakiejkolwiek „prawdy ostatecznej“. Jest to mój subiektywny (z konieczności) punkt widzenia, do którego doszedłem kwestionując obiegowe, stereotypowe legendy, jakie się o moich ulubionych koniach opowiada – na podstawie tych dokumentów do jakich, w toku amatorskich badań, udało mi się dotrzeć. Będzie to zatem historia sekretna dwojako. Raz, że zamierzam się skupić na problemach węzłowych tam, gdzie istnieją lub też powinny istnieć poważne wątpliwości. Dwa, że będę się tu Państwu raczej zwierzał z moich opinii, niż podawał źródła, których po większej części albo brak, albo są dla mnie w tej chwili niedostępne.

Istnieje coś w rodzaju „mitu standardowego“ na temat koni achałtekińskich. Można go sobie przeczytać np. na rosyjskiej, albo na polskiej wikipedii. Istnieje też „antymit“ – propagowany niestrudzenie przez pewną dość psychopatyczną, po nieudanych próbach nawiązania jakiejkolwiek dyskusji sądząc, panią na portalu www.akhalteke.info Pani ta stara się stworzyć wrażenie, że istnieje i przemawia jako wiele osób. Co nie jest prawdą. Ponieważ, i tu obalam pierwszy z potencjalnie przez Państwa, moich Czytelników wyznawanych mitów – konie achałtekińskie dla współczesnej hodowli koni na świecie są nieistotne. Równie dobrze mogłoby ich nie być. Nikt by tego, poza niewielką garstką pasjonatów nie zauważył. Co więcej: konie achałtekińskie w takiej konkretnie postaci, w jakiej dzisiaj występują, nigdy nie były istotne. Czego bezpośrednim i poniekąd oczywistym skutkiem jest i to, że niewiele osób się nimi interesuje (bo i po co..?), a jeszcze mniej – skłonnych jest do badania ich historii. „Mit standardowy“ stworzyło raptem kilkudziesięciu rosyjskich zootechników i hippologów – i wiele jest w nim elementów, których jedynym celem jest uspokojenie ich (nie zawsze czystego) sumienia. „Antymit“ stworzyła personalnie pani Raja Kirsh, znana w tzw. „środowisku“ na Zachodzie jako osoba nie do końca zrównoważona, a przy tym mało wiarygodna na skutek pewnych nieodpowiedzialnych eksperymentów z (nie)karmieniem koni i zapadłych w ich wyniku wyroków sądowych. Z góry jednak i bez dyskusji wszystkich tez jakie przedstawia, bynajmniej nie zamierzam odrzucać, a w każdym razie – na pewno nie z powodu osobowości ich autorki.

Zanim przejdziemy do dalszej dyskusji, najpierw trzeba rozstrzygnąć kwestię najbardziej fundamentalną. O czym my właściwie będziemy tutaj rozmawiać? Co to jest „rasa koni czystej krwi achałtekińskiej“? A zaczynając od samego początku – co to jest „rasa“ jakichkolwiek bądź koni? Wbrew pozorom, nie jest to wcale takie proste. Jest to bowiem jeden z tych terminów (niedawno użyłem podobnego określenia…), które najlepiej rozumie się, kiedy nikt o ich znaczenie nie pyta…

Terminu „rasa“ po raz pierwszy użył (co prawda, w odniesieniu do ludzi) François Bernier w 1684 roku w języku francuskim, w eseju “Nouvelle division de la terre par le différents espèces ou races qui l’habitent“.[1] W kręgu języka niemieckiego spopularyzował je szwajcarski uczony Johann Fredrich Blumenbach w roku 1775[2]. Tymczasem w języku polskim nie zna go jeszcze pierwsze wydanie „Słownika języka polskiego“ Samuela Bogumiła Lindego z lat 1807 – 1812.[3] Dopiero w trzeciej i czwartej dekadzie XIX wieku gorący spór pomiędzy „anglomanami“ i „arabofilami“ wprowadził pojęcie rasy i hodowli koni w czystości rasy do polskiego języka naukowego.

Termin „rasa“ po raz pierwszy pojawia się w tzw. „słowniku wileńskim“ z 1861 roku i jest wyjaśniany jako: 1) plemię, pochodzenie, pokolenie (szczególniej mówiąc o zwierzętach). Koń dobrej rasy. Poprawić rasę.[4] Pojęcie to ma dwie konotacje. Z jednej strony – w wersji bardziej współczesnej i obecnie narzucającej się nam jako oczywista intuicja językowa – dopuszcza użycie liczby mnogiej „rasy“, a więc definiuje pewne, różne od siebie (potencjalnie także od siebie nawzajem niezawisłe) jednostki taksonomiczne niższego rzędu niż gatunek. Z drugiej jednak strony, co już w użytym w słowniku sformułowaniu „poprawić rasę“ jest w pełni widoczne, jest to pojęcie wartościujące. Mówimy zresztą po dziś dzień „pies rasowy“ w przeciwieństwie do „kundla“. To drugie rozumienie terminu „rasa“ jest, wbrew jego etymologii, pierwotne i w wieku XIX było powszechne. Świadczy o tym chociażby tytuł jednego z artykułów Spirydiona Ostaszewskiego (skądinąd sztandarowego przeciwnika ówcześnie rozumianej modernizacji hodowli koni): „O prowadzeniu rasy koni w naszym kraju, odpowiedź Panu Eberhard“, z Tygodnika Petersburskiego, rocznik 1845, nr 39 – 42.[5] Podobnie jak do dziś rozróżniamy „rasowe psy“ i „rasowe koty“ od „kundli“ i „dachowców“, tak w wieku XIX odróżniano „rasowe konie“ od „koni miejscowych“, czy „pospolitych“. Odróżnienie to miało, co oczywiste, wydźwięk wartościujący: zwierzę „rasowe“ było w oczywisty sposób lepsze od „nierasowego“.

Wartościujący element tego terminu zakładał (świadomie lub nieświadomie), że tak naprawdę istotna jest tylko jedna „rasa“ – że, w związku z tym, stopień „rasowości“ poszczególnych zwierząt da się zmierzyć przy pomocy pewnej skali, wskazującej ich odległość od zwierzęcia „rasy czystej“ ze względu na pochodzenie i podobieństwo fenotypowe. Tak naprawdę wszyscy uczestnicy XIX-wiecznego sporu „anglomanów“ z „arabofilami“ podzielali to samo, wyżej przedstawione przekonanie – tyle tylko, że pierwsi uważali za wzorzec „konia rasowego“ konia angielskiego, a drudzy – z braku możliwych do przeciwstawienia temu zagranicznemu importowi koni miejscowych o równie wielkich zaletach użytkowych – konia arabskiego.[6]

Koniec końców powstał w języku polskim swoisty kompromis. Dwie „rasy“ uznane zostały za równie wzorcowe. Aby można je było od siebie odróżnić, jedną z nich (arabską) nazwano „końmi czystej krwi“ (gdyż ich podstawową zaletą miało być rzekomo to, że są od stuleci, jeśli nie od tysiącleci, hodowane w czystości krwi, nie podlegając mieszaniu z końmi o innym pochodzeniu), a drugą (angielską), „końmi pełnej krwi“ (gdyż fakt pochodzenia koni angielskich od różnych przodków, utworzenia tej rasy poprzez dolewanie – „do pełna“ krwi orientalnej do miejscowych klaczy z Wysp Brytyjskich – był zbyt dobrze znany, aby tę wzorcową skądiną rasę nazwać rasą „czystej krwi“ – co, skądinąd, zdarzało się pisarzom i publicystom z I połowy XIX wieku i do tej pory jest normą w języku rosyjskim).

Kompromis ten funkcjonuje w obrębie języka polskiego po dziś dzień. Jednak używając tych terminów nie można zapomnieć, że jest to tylko i wyłącznie fakt leksykalny, który nie ma żadnego derywatu w realnej rzeczywistości. Nikt bowiem w XIX wieku, gdy się ten kompromis ustalał, nie prowadził żadnych badań nad związkami genetycznymi różnych grup koni używanych w hodowli na świecie. Jest to wyłącznie rodzaj ideologicznego manifestu hodowców koni czystej krwi arabskiej i pełnej krwi angielskiej i do niczego nie zobowiązuje on nikogo poza tym gronem. Wszystkie wyżej wskazane terminy mają tylko pozornie ścisły i naukowy charakter. O tym, na jakie bezdroża prowadzi bezkrytyczne używanie terminu „rasa“, wskazuje przykład antropologii, gdzie nie ma pojęcia, które byłoby bardziej nadużywane (dawniej) i wyklinane (ostatnio), bez żadnej uzasadnionej refleksji nad jego rzeczywistym znaczeniem. W zootechnice jest o tyle tylko łatwiej, że można „rasę“ potraktować nie jako termin opisowy (a więc odnoszący się do zastanej rzeczywistości), tylko jako termin operacyjny (wyjaśniający zadanie, cel jaki stoi przed hodowlą). Tylko w tym ostatnim sensie „rasa“ jest terminem ścisłym: koniem  danej rasy jest bowiem taki koń, który został do niej przypisany na mocy odpowiedniej adnotacji w stosownej księdze stadnej.

Tym samym, odpowiedź na wczorajsze pytania Pana Wojciecha nie jest ani przecząca, ani twierdząca. „Rasa koni“ jest bowiem zarówno pewną ideą – wyjaśniającą jak taki koń powinien wyglądać, jakie mieć cechy użytkowe i z jakich rodziców się wywodzić – jak i pewnym faktem, o tyle obiektywnym, o ile jakiś konkretny koń rzeczywiście wymagania tej idei spełnia. Miałem zresztą na ten temat dość długą, a chyba pozbawioną konkluzji dyskusję na forum www.historycy.org.

W obrębie intuicyjnej taksonomii wynikającej z opisanego wyżej XIX-wiecznego kompromisu leksykalnego, konie achałtekińskie w żaden sposób się nie mieszczą (podobnie zresztą jak kilka innych ras koni). Gdyby istniały tylko dwie rasy „czyste“, tj. konie czystej krwi i konie pełnej krwi, to wszystkie pozostałe konie, musiałyby zostać zaliczone do ras „półkrwi“, a więc ras powstałych pod wpływem jednej lub obu z tych ras czystych. Ewentualnie można uczynić drobną koncesję, wyróżniając obok ras czystych i ras „półkrwi“, także rasy prymitywne, żadną z ras czystych nie uszlachetnione – bliskie za to dzikim przodkom konia domowego.

Kłopot z końmi achałtekińskimi polega na tym, że nie są to konie, które dałoby się zakwalifikować jako półkrew arabską lub angielską, a zarazem, co oczywiste, nie są też końmi prymitywnymi. Co więcej, w toku dalszego wywodu okaże się, że istnieje wiele takich ras koni, które powstały pod wpływem przodków obecnych koni achałtekińskich, są zatem końmi „półkrwi achałtekińskiej“ – jakkolwiek termin ten o tyle nie może być dla nich stosowany, że w czasach, gdy rasy te powstawały, nie używano bynajmniej jeszcze pojęcia „konia achałtekińskiego“…

Tym niemniej, oba te fakty, to jest zarówno brak (istotnego) wpływu koni arabskich lub angielskich na współczesne konie achałtekińskie, jak i istnienie w przeszłości takich koni, na których wpływ mieli przodkowie obecnych koni achałtekińskich, usprawiedliwia użycie terminu „konie czystej krwi achałtekińskiej“, który skądiną jest kalką z języka rosyjskiego (gdzie, co prawda, także doszło w XIX wieku do sporu „anglomanów“ z „arabofilami“, ale zakończył się on inaczej niż na ziemiach polskich; nie doszło też tam do żadnego „leksykalnego kompromisu“ i po dziś dzień чистокровный oznacza po prostu konia pochodzącego po obojgu rodziców tej samej rasy, bez żadnej wartościującej konotacji). Termin ten jest także zamierzoną prowokacją wobec utrwalonego uzusu językowego (wedle którego jedyny koń „czystej krwi“ to koń arabski), który mam za oparty na całkowicie fałszywych podstawach.

Jaki koń jest koniem czystej krwi achałtekińskiej? Od ponad 80 lat jest to bardzo łatwe do stwierdzenie, ponieważ koniem takim jest tylko koń wpisany do Księgi Stadnej Koni Czystej Krwi Achałtekińskiej, prowadzonej przez Wszechrosyjski (dawniej „Wszechzwiązkowy“) Naukowo – Badawczy Instytut Hodowli Koni w Riazaniu. Jest to księga zamknięta, do której wpisywane są automatycznie wszystkie źrebięta urodzone po obojgu rodziców wpisanych do księgi. Od roku 1973 wszystkie konie czystej krwi achałtekińskiej mają przy wpisie do księgi przeprowadzane testy polimorfizmu białek krwi. Daje to już całkiem sporo pokoleń z potwierdzeniem prawomocności pochodzenia.

Pojęcie „koń achałtekiński“ używane jest nieco dłużej niż istnieje księga stadna. Tym mianem zaczęto określać konie hodowane przez Turkmenów – głównie przez najliczniejsze i najbogatsze wśród nich plemię Teke – w końcu XIX wieku, gdy po dokonaniu zbrojnego podboju obecnej Turkmenii władze carskie przystąpiły do zagospodarowywania tego obszaru. Jako pierwszy konia achałtekińskiego opisał (w czasach współczesnych, zgodnie z nowoczesną metodologią zootechniczną) w  1895 roku i stwierdził jego niezależność zarówno od koni arabskich, jak i (co oczywiste) od koni angielskich prof. W. Firsow.[7]

Dla okresu wcześniejszego będę używał terminów „konie turkmeńskie“ (co jest pojęciem szerszym niż pojęcie „koń achałtekiński“, gdyż obejmuje kilka ras koni, a przynajmniej – materiał, z którego kilka takich ras mogłoby powstać) lub „starożytni przodkowie koni turkmeńskich“ (dla okresu poprzedzającego etnogenezę współczesnych Turkmenów w początkach XI wieku n.e.).

Wszystkie te konie cechuje szereg podobieństw wskazujących na ich wzajemne pokrewieństwo. Zarówno współczesne konie achałtekińskie, jak i dawne konie turkmeńskie oraz starożytni przodkowie tych koni są:
-       stosunkowo wysokiego wzrostu; nie oznacza to, że konie Asyryjczyków czy średniowiecznych Turkmenów miały po 180 cm w kłębie, jak współczesne hanowery czy holsztyny; w porównaniu do współczesnych hanowerów czy holsztynów żyjące obecnie konie achałtekińskie, których większość mieści się w przedziale 155 – 165 cm w kłębie, nie są uznawane za wysokie; jednak w porównaniu do znakomitej większości koni przed (powiedzmy) połową XX wieku, konie achałtekińskie i ich przodkowie są stosunkowo rosłe; dotyczy to w szczególności koni arabskich, nad którymi konie achałtekińskie górują wzrostem także i obecnie;
-       formy ich ciał są zamknięte w długich, prostych liniach; klatka piersiowa jest wąska, ale wypukła i w konsekwencji głęboka;
-       mają długą kłodę i dobrze wykształcony kłąb a także stosunkowo długi zad; są wysokonożne;
-       mają długie, często jelenie szyje i wysoko noszą głowy; linia głowy może być prosta lub garbonosa, ale nie zdarza się szczupacza; zdarzają się osobniki z głowami ordynarnymi, zbyt dużymi w stosunku do szyi i kłody; u koni nizajskich starożytności występowały kostne wyrostki na kształt rogów na czole;
-       grzywa i ogon zazwyczaj są dość skąpe (grzywę zwykle się goli), a sierść niezależnie od maści posiada metaliczny połysk – u osobników maści gniadej, bułanej, izabelowatej bądź kasztanowatej złoty, u albinosów srebrny, u koni karych i siwych niebieski; obecnie przeważają maści jasne, na które jest największy popyt wśród kupujących; Turkmeni preferowali konie ciemnej maści, konie nizajskie były wyłącznie izabelowate; generalnie konie te występują we wszystkich maściach podstawowych i rozjaśnionych, niedopuszczalna jest srokacizna w jakiejkolwiek formie.
Ogier Melekusz 2

Ogier Połotli


Wzajemny stosunek „koni achałtekińskich“, „koni turkmeńskich“ i „starożytnych przodków koni turkmeńskich“ – który na pewno wygląda inaczej niż to przedstawia „mit standardowy“, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości po zgromadzeniu tego materiału źródłowego, do którego udało mi się dotrzeć – będzie przedmiotem następnego wpisu w tym cyklu. Ciekaw jestem, czy macie może Państwo jakieś własne przemyślenia w kwestii któregoś z zagadnień jakie już poruszyłem..?

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI DRUGIEJ


[3] M. Samuel Bogumił Linde, Słownik języka polskiego, wyd. III fotoofsetowe, 1951, PIW na podst. wyd. II Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie, 1854
[4] Słownik języka polskiego, Aleksander Zdanowicz, Mikołaj Bohusz Szyszko, January Filipowicz, Walerjan Tomaszewicz, Florjan Czepieliński, Wincenty Korotyński z udziałem Bronisława Trentowskiego, wydany przez Maurycego Orelbranda, Wilno 1861.
[5] Witold Pruski, Dzieje wyścigów i hodowli koni pełnej krwi w Polsce. Królestwo Polskie 1815 – 1918., Warszawa 1970, str. 85
[6] Tak zupełnie na marginesie: o ile historia koni czystej krwi achałtekińskiej jest zmitologizowana, to historia koni czystej krwi arabskiej – przedstawia sobą wyłącznie mit i nic więcej!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...