niedziela, 31 października 2010

Nocna zmiana (czasu)

Od dawna powtarzam, że ta idiotyczna operacja ma tylko jeden cel. Pokazać kto tu rządzi. I że ten kto rządzi, może wszystko! Pamiętacie Państwo z „Roku 1984“ scenę przesłuchania, gdzie śledczy mówi, że gdyby zechciał, mógłby teraz latać, a Mr Winston Smith by to zobaczył..? O coś takiego właśnie tu chodzi. Przyzwyczaić motłoch do myśli, że władza może robić, co tylko zechce. Nawet manipulować czasem. Jak Bóg.

 

Prawdę pisząc nie do końca wierzę w rzekomą rolę Franklina jako pomysłodawcy tej bzdury – choć, jeśli ktoś się powoła na pisane świadectwa, to kłócić się, naturalnie, nie zamierzam, a i zaprzeczyć nie mogę, że niejeden kretynizm w epoce tzw. „oświecenia“ (z samym pojęciem „oświecenia“ na czele!“) wymyślono. Pytanie tylko: ilu ludzi w czasach gdy żył Franklin miało zegarki? No raczej niewielu. Nawet w Bostonie! Pytanie drugie: według czego ci ludzie, którzy zegarki mieli, je nastawiali? Wedle programu pierwszego Polskiego Radia? Słynnego hejnału z wieży kościoła Mariackiego w Krakowie słuchając? No chyba nie bardzo… Nastawiali je wedle słońca po prostu. Albo wedle najbliższego zegara „publicznego“ – na wieży kościelnej lub ratuszowej. Który sam z siebie był nastawiany wedle słońca.

Południe zatem w każdym miasteczku wypadało wtedy, gdy rzeczywiście słońce w swym pozornym ruchu nad horyzontem dawało najkrótszy cień na gnomonie, a więc – gdy stało w zenicie.

Cała ta anegdota o pracowitym zliczaniu przez Beniamina Franklina kosztów zużywanych przez ludność świec, żeby wykazać, ile to się zaoszczędzi przesuwając czas, brzmi zatem niewiarygodnie. Nie było stref czasowych. Nie było komu i jak „przesuwać czasu“. Nie było po co – bo i tak 99% ludności pracowało nie według zegarka, tylko według słońca (nawet w Bostonie!).

Najgorsze, że to działa. Nie, wcale mi nie chodzi o rzekome oszczędności spowodwane „przesuwaniem czasu“. Od dawna wiadomo, że operacja ta tylko straty przynosi. Działa zastraszanie. Działa wmawianie ludziom boskiej natury rządu. Nawet, kiedy im próbować zwracać uwagę, że jak przysłowiowe barany dają się wodzić na postronku – tylko się żachają…

Czy jest jeszcze nadzieja dla tego świata? Czy w ogóle warto się jego losem przejmować..?

…………………….

Cz. II dzisiejszego wpisu, czyli: jak spędziłem dzień z Radkiem, druhem moim serdecznym..?

Oczywiście wyjechaliśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Bo najpierw trzeba było napoić i nakarmić krowy. Tudzież zagonić z powrotem do zagrody te, które w międzyczasie uciekły. Zaiste, jeśli jeszcze raz Lepsza Połowa pożali się na nasze uciekające Maleństwo, to ją na pół dnia do Radka, druha mego serdecznego na praktykę łapania krów wyślę!

Celu ekspedycji nie zrealizowaliśmy zupełnie. Ani kosiarki teściowi Radka nie odwieźliśmy – ciągle jest potrzebna, jeszcze kilka hektarów łąki zostało do skoszenia, nie wiem kiedy. Ani wagi do ważenia byków nie przywieźliśmy – mimo, że Radek dał za nią zadatek, to po bodaj 3-tygodniowym opóźnieniu w jej odebraniu, właściciel sprzedał ją komu innemu. Samochód do przewozu byków, wystawiony na giełdzie w Słomczynie okazał się przerdzewiałym na wylot truchłem. Tyle, że jakieś drobne zakupy Radek i towarzyszący nam Adrian, Radka młody pomocnik, tamże zrobili. A ja zdobyłem kłącze miskanta. Które od razu z Lepszą Połową wsadziliśmy.

Ogólnie, razem z Adrianem, bardzo się o Radka boimy. Jego pomysł na przebranżowienie się i skoncentrowanie na handlu bykami (które są ubocznym efektem produkcji mleka. Cokolwiek by o tym nie myśleli durni wegetarianie!) bynajmniej nie gwarantuje mu sukcesu. Nie jest pierwszym, który na taki pomysł wpadł. Rynek jest silnie konkurencyjny. Jeśli już nawet uda mu się kupić samochód i wagę i zrobić prawo jazdy kategorii C, to i tak czyha na niego multum zasadzek. Może mu zabraknąć gotówki na zakup byków od rolników. Ubojnia będzie płacić z opóźnieniem, kto wie czy zawsze i na pewno zapłaci? Samochód może się popsuć. Zysk na jednym byku będzie minimalny – trzeba płacić rolnikom więcej niż już okopani na rynku konkurenci. Czy na paliwo aby ów zysk chociaż wystarczy? A za to własne Radka gospodarstwo, już i tak rozliczne niedostatki cierpiące, rozprzęgnie się niechybnie do końca…

Chyba najlepiej jeszcze by było, gdyby się cały ten pomysł z bykami tak samo jak zbieranie jemioły skończył!

Wróciłem wczesnym popołudniem. Dzięki zmianie czasu – j…ć ją w rzyć! – zdążyliśmy wsadzić miskant, posprzątać pod wiatą, nakarmić koniowate i przejechać dwie tekinki i już było ciemno. Buba stanowczo domaga się sesji fotograficznej. Bo jakieś dwie małe dziewczynki przyszły ze wsi i robiły sobie zdjęcia i ona im zazdrości. Jeśli jutro będzie dobra pogoda, spróbuję coś w tej materii zadziałać…

sobota, 30 października 2010

Dziady

W sąsiedniej wsi dzisiaj Dziady. U nas, w Boskiej Woli, były w czwartek. Jaka szkoda, że mnie nie było w domu! Lepsza Połowa się nie zakręciła, a tu się okazuje, że przy okazji pogrzebu, na wódkę trzeba całą wieś bez wyjątku zaprosić. No i właśnie w czwartek był u nas pogrzeb. Dziś też był, ale po sąsiedzku, więc naszych nie dotyczył.

Dowiedziałem się o tym, jak również o wielu innych ważnych w życiu codziennym obyczajach (np. co należy robić żeby szczęśliwie przeprowadzić transakcję zakupu konia - nie jest to takie proste!) dzisiaj, dzięki temu, że posłużyłem za podwodę Marcinowi, który szukał i znalazł kobyłę do wozu w miejsce niezaprzęgalnej Iskierki. Przy okazji zapracowałem 40 kostek słomy na ściółkę dla naszych coraz to chętniej wylegujących się pod wiatą koniowatych.

Jutro rano jedziemy z Radkiem odwieźć jego teściowi kosiarkę do trawy, odwiedzić giełdę w Słomczynie i przywieźć wagę do byków. Już się boję...

I jeszcze jedno! Obiecuję: koniec wpisów o d...e Maryni. Seks jest tak nieistotnym elementem naszego współczesnego życia, że poświęcenie mu aż dwóch wpisów dowodzi jedynie tego, że jestem przewrażliwiony na punkcie nieuzasadnionej krytyki. Od tej pory, nie będę na takową zwracał uwagi i już.

P.S.

Kolegom zaangażowanym w projekt "rok 1913+" polecam ku pamięci sentencję, jaką wygłosił ojciec Marcina, stary gospodarz i stary koniarz, gdy wysłuchał mojej o tym projekcie opowieści: wszystko to pięknie, ale ilu jest takich, co będą woleli z głodu zdechnąć, a robotą przy gnoju się nie zhańbią..?

De revolutionibus


Dobrze jest wrócić do domu. Aż strach pomyśleć, co tu przechodziła Lepsza Połowa każdej nocy sama jedna będąc! Rzecz głównie w tym, że noce w naszym obejściu są bardzo głośne. Co i rusz coś tupie, mlaska albo inne odłosy paszczą i nie paszczą wydaje. Przed chwilą znany nam z widzenia kocur „aerodynamiczny“ (bo w skoku przytula łapy do ciała i jak rakieta wygląda) wprawił w panikę kończącego swoje drugie śniadanie koćkodana – dobrał się do worka ze śmieciami, który wieczorem wystawiłem na zewnątrz, bo zawiera resztki wędzonego śledzia, którego przywiozłem z wrocławskiego Auchan i Lepsza Połowa bała się, że jeśli zostanie w domu na noc, to albo myszy się rozzuchwalą, albo i samemu koćkodanowi coś głupiego przyjdzie do głowy. Swoją drogą, śpioch z tego „aerodynamicznego“…

To tylko humoreska. Tym bardziej, że już jesteśmy na nogach, konie nakarmione i na Wielkim Padoku. Chwila rozluźnienia przed świtem, kiedy to trzeba się będzie wziąć do pracy. W nocy tak miło nie jest. Jak odróżnić, czy to tylko sarny mlaszczą z upodobaniem, wygryzając bujną trawę z miejsc, gdzie wiosną przygotowywałem do rozsiania na padoki nawozy, tuż pod samą chatką – czy też Wesoła Gromadka już się wybrała na spacer mimo pancernych osikowymi kołkami ogrodzeń..? I mnie się zdarzają pomyłki, od czego bez sensu wybiegam nocą na dwór – Lepsza Połowa jest po tych czterech nocach na ostatnich nogach od ciągłych alarmów.

Oczywistym jest, że długo tak nie pociągniemy. Na szczęście przez dwa kolejne tygodnie, ze względu na święta, będzie ulgowo. W dłuższej perspektywie, koniecznie jednak muszę pomyśleć albo o innej, bardziej stacjonarnej pracy, albo o jakimś systemowym rozwiązaniu ułatwiającym Lepszej Połowie codzienne prace: wywożenie nawozu, przygotowywanie drewna na opał (zostawiłem ją z wielką stertą polan do porąbania…) oraz utrzymanie ogrodzeń. Takie „systemowe rozwiązanie“ fachowo nazywa się: parobek. Prawda jest taka, że samo tylko utrzymanie koni w dobrej kondycji psychicznej (w dobrej kondycji fizycznej utrzymują się same), czyli jakaś w miarę systematyczna z całą piątką praca, to jest co najmniej pół etatu. Dzień w dzień. Dodając wszystkie drobiazgi składające się na prozę życia cały etat, albo nawet i półtora etatu na nasze gospodarstwo w Boskiej Woli spokojnie wychodzi. Mimo, że nic, ale to nic nie produkujemy!

Światełkiem w tunelu jest tylko to, że nareszcie zacząłem te zioła sprzedawać. Bo w poprzednim tygodniu ani sztuki nie sprzedałem. Co prawda i teraz poszło mi tak sobie: poniedziałek był do d…y, bo miałem po jednej, dwie osoby na każdym z dwóch spotkań (ulotkarz, który zresztą wydusił ze mnie „pożyczkę“ 100 złotych – jak bym miał z czego! – twierdził, że okolica nie sprzyjała jego pracy. Prawda jest taka, że gdyby pofatygował się do Jeleniej Góry dzień wcześniej i rozdawał te zaproszenia w niedzielę przed kościołem, frekwencja byłaby zupełnie inna…), czwartek – wiadomo: odwołane prezentacje, bo ulotki w ogóle nie zostały rozdane, a wczoraj, oczywiście, skopałem prezentację i mimo bardziej niż przyzwoitego audytorium, też nic nie sprzedałem. Ale nic to. Skoro już kilka razy sprzedać mi się udało, znaczy, że i w przyszłości będę sprzedawał. Jest podstawa do tego, żeby rozejrzeć się za pożyczką, z której spłaciłbym grożący mi komornikiem bank (potrzebuję w tej chwili 8 tysięcy – za 3 tygodnie, jeśli do tego czasu nie spłacę, będzie już potrzebne 60 tysięcy…) – bo wiem już, że będę w stanie oddać. Być może nawet dość szybko. A potem, jak się już wyprostuje ten finansowy galimatias, będę się martwił co dalej.

Zanim przejdę do meritum dzisiejszego wpisu, chciałbym jeszcze jedną rzecz wyjaśnić. Otóż, proszę Państwa, nasza sytuacja nie jest symetryczna. Wy jesteście Czytelnikami, ja autorem. Sęk jednak w tym, że czytelnictwo bloga nie jest obowiązkowe. Nie pojawiam się we wszystkich kanałach telewizji naraz, żeby gwałcić Państwa oczy i uszy czy tego chcecie czy nie, jak pewien okrągły jak prasłowiański kołacz dożynkowy prezydent podczas „nocnej zmiany“. Nie dajecie mi utrzymania kupując ode mnie jakiekolwiek materialne nośniki informacji – jak robicie za każdym razem, gdy kupujecie książki i płyty. Logiczny stąd wniosek, że nie mam wobec Państwa żadnych zobowiązań. Ten blog nie służy do tego aby komukolwiek z Państwa poprawiać samopoczucie. Ten blog służy do tego, aby poprawiać samopoczucie mnie – bo mogę sobie popsioczyć, ponarzekać, albo pożartować do woli i tyle mi możecie zrobić. Jesteście zresztą Państwo nader elitarną grupą – jak podaje niezawodne Google Analytics, odwiedza mnie codziennie około 70 „niepowtarzalnych użytkowników“. Prawdę pisząc: od dawna wciąż tych samych.

Jedyna zatem rzecz, którą mogę z czystym sumieniem Państwu obiecać to że nie będę niczego zmieniał. Nie zamierzam pisać krótszymi zdaniami. Nie będę dawał więcej obrazków czy filmów. Nie będę się też ani Państwu w ogólności ani komukolwiek szczególnie podlizywał – nie oczekujcie tu zatem ani bieżącej polityki, która mnie nie interesuje, ani powtarzania tego, co już wiecie. Co zwykle jest kompletnie nieinteresujące…

Tak jak banalna i nic kompletnie nie wnosząca jest obserwacja, że żyjemy w czasach jawnego zepsucia i zgorszenia. I co z tego..? Takie zjawiska zachodziły w dziejach wielokrotnie. Nie ma w tym nic nowego, odkrywczego czy nawet – niepokojącego. To raczej względnie surowa moralność poprzednich 100 może 150 lat (na pewno nie więcej) była wyjątkiem, aberracją w dotychczasowym przebiegu dziejów.

Jeśli obecnie demonstrowanie homoseksualizmu jest nie tylko bezkarne (bezkarnym było przez większość ludzkiej historii…), ale wręcz modne, to być może – być może, bo niezbyt w to wierzę: wstręt jest tu zbyt silny – pojawią się jacyś normalni heterycy udający pedałów dla kariery. Generalnie jednak, będzie to miało w perspektywie jednego do dwóch pokoleń wyłącznie „szkodliwe“ dla samych „wesołków“ skutki: skoro nie ma już społecznej presji, żeby udawali heteryków to, jeśli prawdą jest podawane ongiś przez koleżankę futrzak twierdzenie, że skłonności homoseksualne są dziedziczne, to w kolejnym pokoleniu liczba prawdziwych homoseksualistów drastycznie spadnie. Bo obecnie żyjący nie będą – z braku takiego przymusu – mieli dzieci. Jak więc ich dziedziczna skłonność ma się przekazać dalej..? Owszem: można sobie wyobrazić jakieś in vitro – i może całe to ostatnie zamieszanie którego NIE obserwuję, a o którym trochę się mimowolnie dowiedziałem słuchając wczoraj przez 8 godzin drogi powrotnej do domu radia – to właśnie ma na celu. Wątpię jednak, aby mogło to dać jakieś statystycznie istotne skutki. Metoda jest na tyle kosztowna że nawet zamożne i ustosunkowane środowisko „wesołków“ nie zdoła się w ten sposób zreprodukować – nigdzie na świecie, a już najmniej w biednej Polsce.

Doświadczenie historyczne uczy, że związek między moralnością a przyrostem naturalnym, a nawet – wychowaniem potomstwa – jest dość odległy. Moralność starożytnych Greków wprawiłaby słuchaczy Radia Maryja w stan totalnego zgorszenia. Nie mówiąc już o smrodzie zepsutej oliwy, czosnku, cebuli i potu, jaki się za każdym krótkonogim, hałaśliwym i czarniawym Grekiem nieustannie ciągnął – o czym oglądając wybielone piaskiem i czasem posągi o idealnych proporcjach jakoś trudno pamiętać. Mimo to za każdym razem gdy warunki środowiskowe, tj. względna obfitość pożywienia na to pozwalały, społeczność grecka „wybuchała“ demograficznie: podczas „wielkiej“ kolonizacji między VIII a V w. p.n.e., a potem po Aleksandrze Wielkim, gdy przed Grekami otworzyły się lądowe przestrzenie Zachodniej Azji i Eigptu. Dokładnie w taki sam sposób jak wiktoriańskie społeczeństwo Wielkiej Brytanii w drugiej połowie XIX wieku. Czy – nie aż tak wiktoriańskie znowu – społeczeństwo polskie na przestrzeni 180 lat od końca wojen napoleońskich do epoki Edwarda Szczodrego (na Kredyt). Skoro zachowania reprodukcyjne w tych trzech bardzo różnych pod względem praktycznie stosowanej etyki seksualnej populacjach były tak podobne, to widać owa etyka nie ma wielkiego, znaczącego wpływu na ostateczny efekt – czyli właśnie na przyrost populacji.

Dla projektu ciągle noszącego roboczą nazwę „rok 1913+“ jedyną zmienną istotną jest pytanie, czy kobiety będą chciały mieć dzieci? Czy będą te dzieci miały ze swoimi mężami, z kochankami, z całą wsią naraz, czy zgoła z probówki – jest kompletnie bez znaczenia! Potrzebne są dzieci i to dużo dzieci. Ponieważ niezależnie od tego, na ile będziemy w stanie polegać na maszynach napędzanych biogazem lub prądem elektrycznym wytwarzanym ze źródeł odnawialnych (albo i dzięki syntezie termojądrowej – choć ten pomysł w Polsce brzmi tak abstrakcyjnie, że równie dobrze możemy podstawić w to miejsce dowolne „hokus – pokus“… a to, że ewentualnie coś takiego może się w jakiejś perspektywie czasowej udać w Ameryce – kompletnie, ale to kompletnie mnie nie interesuje. Nie planuję emigracji za Wielką Wodę!), to ludzka i ewentualnie zwierzęca siła robocza jest najpewniejszym, bo najłatwiej dostępnym „źródłem zasilania“ dla cywilizacji, którą chcemy utrzymać przy życiu. Patrzy to na paradoks, ale teza jaką stawiam, jest dokładnie odwrotna niż teza ekologów – redukcjonistów populacji: im więcej ludzi żyje na danym terytorium, tym łatwiej jest wyżywić z tego terytorium… jeszcze więcej ludzi! Dramatyczny spadek liczby ludności nie przyniesie żadnej tam ulgi dla naszej umęczonej planety czy też dla systemu energetycznego. Wręcz przeciwnie – im mniej będzie ludzi do pracy, tym szybciej się i system energetyczny i rolnictwo i cała reszta cywilizacji – załamie.

Co zresztą jest paradoksem tylko pozornym. W tej chwili moje marzenie o parobku wyręczającym Lepszą Połowę choć w części prac gospodarskich podczas mojej (zarobkowej) nieobecności, jest marzeniem ściętej głowy. Brak chętnych do takiej pracy. To co by się stało, gdyby mieszkańców Polski nagle zrobiło się mniej..? Czy aby w pierwszej kolejności nie zabrakłoby chętnych do pracy w pogotowiu energetycznym – którego doraźna łatanina utrzymuje jeszcze przy (pozornym) życiu pamiętające Bieruta linie przesyłowe niskiego i średniego napięcia? To ciężka, często bez przerw wielodobowa i bardzo niewdzięczna (bo ludzie tylko psioczą) praca. Tylko odrobinę lepsza od pracy parobka w Boskiej Woli…

Uogólniając rzecz całą, jest naturalną właściwością ludzkiego umysłu przekonanie, że dzień jutrzejszy będzie – co najwyżej powiększoną i ulepszoną – kopią dnia dzisiejszego. Perspektywa historyczna zaprzecza tej powszechnej intuicji. Ogromna ilość zjawisk które wydają się nam ważne, bez których nie umiemy sobie wyobrazić naszej codzienności, ma jedynie epizodyczne, chwilowe i przemijające znaczenie. Tym, co nas tak naprawdę łączy z naszymi przodkami, niezależnie od tego jak odległymi w czasie, jest nasza od paleolitu niezmienna i ciągle bardziej zwierzęca niż anielska natura. Prawdę pisząc: dzieje powszechne żadnej zgoła zmiany w tym zakresie nie notują! Tylko zatem w tym co najbardziej podstawowe, biologiczne, przyziemne, zwierzęce – możemy się bez ryzyka pomyłki z naszymi przodkami i potomkami (póki ci nie wpadną na pomysł radykalnej, a sztucznej swego ciała przebudowy…) w pełni identyfikować.

Cała reszta, czyli ów zewnętrzny polot kultury, w tym także techniki w której tak się kochamy – to tylko naskórek, pozór i złuda.

Mając cały praktycznie czwartek wolny w rozsypującym się Wałbrzychu oczywiście nie zdzierżyłem i zakupiłem sobie lekturę. Konkretnie: Paula Davies’a „Kosmiczną wygraną“. Bardzo ciekawa i poszerzająca horyzonty lektura. M.in. dowiedziałem się, czegom wcześniej nie był świadom, iż słowo „rewolucja“ pochodzi od tytułu dzieła Kopernika.[1] Jeśli tak jest istotnie, to właściwym znaczeniem tego słowa nie jest wcale „gwałtowna przemiana“, tylko „obrót“. Bardzo to się zgadza z wnioskami jakie wspólnie z kolegą MarkOwym pod poprzednim wpisem wysnuliśmy. Ci brudni, śmierdzący, krótkonodzy i hałaśliwi Grecy mieli rację: dzieje świata to dzieje Wielkiego Powrotu, a nie żaden tam liniowy postęp od Stworzenia do Paruzji, który to postęp tak naprawdę dopiero św. Augustyn wymyślił.

Postęp byłby liniowy, gdyby jutro wynikało z dzisiaj, a dzisiaj wynikało z wczoraj. Tak jednak wcale nie jest. Nigdy chyba w dziejach nie było to bardziej widoczne niż obecnie. Ogromna ilość tych właśnie przypadkowych, naskórkowych, nieistotnych w dłuższej perspektywie cech naszego dnia dzisiejszego ma zadziwiająco krótką historię. Nie było „wiktoriańskiej“ moralności przed połową XIX wieku. Tylko głupiec może lekceważyć ten fakt. Połowa XIX wieku to mniej niż „wczoraj“. To w skali dziejów dzisiejsze przedpołudnie. I wcale tu nie chodzi o żadną tam mityczną „pamięć genetyczną“, tylko całkiem zwyczajnie: o utrwalenie wartości i zachowań w wychowaniu i obyczaju prostego ludu, które nie zmieniają się aż tak szybko wbrew pozorom. Najłatwiej to zobaczyć na wsi. Rzekomo – w opinii postępowych „miastowych“ – tak konserwatywnej i „katolickiej“. Ludzie przez ostatnie 800 lat chodzili co niedziela do kościoła, a potem i tak robili, co im się podobało. I teraz robią to samo. Tylko księża – w tym samym micie sienkiewiczowsko – wiktoriańskim wychowani, a jeszcze często przysłani z miasta, mniej mają dla słabości ludzkiej natury zrozumienia niż ich poprzednicy ledwo 150 lat temu. Stąd (niepotrzebne jak sądzę) konflikty między wyśrubowanym do niemożliwości ideałem a przyziemną rzeczywistością, jakie się całkiem często trafiają…

Pojawienie się na tak szeroką skalę owej „wiktoriańskiej“ moralności (poprzednio trafiała się ona co najwyżej w skali mikro: ruchów religijnych nigdy nie obejmujących więcej niż nikły procent populacji – czy to były nowo zakładane lub reformowane zakony, czy sekty heretyckie) to fenomen który, jak sądzę, wynika z pojawienia się licznej, zamożnej i prosperującej klasy średniej. Czy istnienie licznej, zamożnej i prosperującej klasy średniej będzie dalej możliwe kiedy obecny kryzys już się przetoczy..? Na pewno potrzeba licznych i pracowitych parobków, żeby sobie z tym kryzysem poradzić. Ale: urzędników, maklerów, agentów ubezpieczeniowych, komiwojażerów (jak ja teraz), menadżerów w korporacjach, specjalistów..? A co oni właściwie mieliby robić..? Odpowiem tradycyjnie: za widły – i do gnoju!


[1] Por. op. cit., Warszawa 2008, str. 144

czwartek, 28 października 2010

Rewolucja seksualna i inne nieprawdy

Żadnej rewolucji seksualnej nie było. To tak a propos rzekomego wpływu pigułki antykoncepcyjnej na teraźniejszość i przyszłość naszej cywilizacji. Opinia taka pojawiła się w ramach dyskusji o postępie, do której wrócę jeszcze - mam nadzieję że w czasie najbliższego weekendu - osobnym wpisem. Dzisiaj tylko mały przyczynek w ramach rozgrzewki. Poniekąd głównie stąd wynikły, że mi zawalili ulotkowanie, straciłem dwie prezentacje w Kowarach i siedzę teraz jak jaki głupi w zruinowanym i na pół opuszczonym Wałbrzychu, czekając na zmiłowanie Boże i na mój ostatni i jedyny występ jutro przed południem (po prawdzie, to wolałbym mknąć teraz do domu - jestem tam potrzebny, a tą jedną prezentacją i tak kokosów nie zbiję...).

Tak więc, żadnej rewolucji seksualnej nie było. Mniemać bowiem, że nasi przodkowie prowadzili się cnotliwie, o "tych sprawach" pary z gąb nie puszczali, a poza małżeństwem i ócz na płeć przeciwną nie podnosili, może tylko ten, kto całą wiedzę o przeszłości czerpie z "Trylogii" lub z powieści Jane Austine. W rzeczywistości było zgoła odwrotnie. O wiele chutliwsi od nas byli nasi pradziadowie i (zwłaszcza) pra-pra-pradziadowie. Gdzieś tak do połowy XIX wieku mniej więcej. Przy tym wcale czarnosecinna, integrystyczna, katolicka moralność na całkiem zgoła swobodne, by nie rzec wręcz beztroskie podejście do seksu żadnego nie miała wpływu. Owszem - kaznodzieje grzmieli (niektórzy, jak Savonarola, nawet czasem - na krótko - zdobywali posłuch), niektóre, co bardziej wyzywające Boga obyczaje z czasem odchodziły w niepamięć (jak pogańskie wielożeństwo, które gdzieś tak w XIII wieku w Polsce zanikło, czy rozpusta uprawiana w łaźniach, której kres położyła Reformacja w wieku XVI). Ogólnie jednak, kto chciał to swawolił. I dotyczyło to tak samo mężczyzn, jak i kobiet. Wbrew twierdzeniom Janusza Korwin - Mikke zresztą: cóż, nawet tak wybitny umysł nie może wiedzieć wszystkiego... A że Statut Litewski (na przykład), obowiązujący na terenie b. Wielkiego Księstwa aż do roku 1831 przewidywał za cudzołóstwo karę śmierci..? Głupi był, kto się dał złapać, jeszcze głupszy - kto złapany, nie uciekł. "Pamiątki Soplicy", na które wielokrotnie się tu już powoływałem, jako wielkie dziwo podają, że był taki jeden w XVIII wieku, który za życie bez ślubu z pewną panną na gardle karany uciekł a potem, wielkie wyrzuty sumienia czując, po latach wrócił i wręcz wykonanie na sobie egzekucji (czego juź nikt czynić nawet i nie chciał starcowi nad grobem...) wymusił.

Ogólnie jednak, opinie obcych podróżników o cnocie dawnych Polek i Polaków są zgodne (i to juź od Ibrahima ibn-Jakuba - inna sprawa, że jego opowieść o nieposzanowaniu cnoty niewieściej wśród Polan brzmi trochę fantastycznie, wręcz jakimś Diderotem - 8 wieków wcześniej - trąci...). W tym mianowicie, że coś takiego po prostu nie istnieje i każdy czyni co chce i jak chce.

A konsekwencje..? Co ja mogę za to, że zielarstwo przez ostatnie sto lat tak podupadło w całej Europie, że już pod koniec XIX wieku swawolące panienki nie umiały sobie z tym problemem poradzić, czego ówczesne kroniki kryminalne są żywym dowodem? Owszem, był to jeden ze skutków XIX-wiecznej "biurokratycznej modernizacji": nowożytne państwa tak długo prześladowały "baby" zielarki i akuszerki (również i innymi usługami dla żeńskiej części populacji się trudniące), aż zawód ten i wiedza w którą był wyposażony, zanikły całkiem i już tylko skakanie z szafy na podłogę czy nader niebezpieczne eksperymenty z ostrymi przedmiotami w takiej sytuacji zostały... Nie pochwalam oczywiście tego, co te matrony robiły, ale uczciwe zdanie sprawy z faktów takimi, jakie one były, ich roli pominąć nie może niestety. Zresztą, było wtedy wiele sposobów na to, aby niewczesną brzemienność ukryć, a niechcianego potomka pozbyć się. Albo i nie. Przypominam, że Adam Jerzy ks. Czartoryski, oficjalnie potomek Adama Kazimierza ks. Czartoryskiego (i wnuk ks. Augusta, o którym pisałem tu osobno...), był tak naprawdę synem carskiego ambasadora, Mikołaja Repnina.

Czyż nie są obaj panowie do siebie podobni..? Peruka trochę przeszkadza dostrzec podobieństwo, ale nos, oczy..?

Jakoś to ks. Adamowi Kazimierzowi nie przeszkadzało. Cóż: życie celebrytów rządzi się własnymi prawami!

I w tym jest w gruncie rzeczy pies pogrzebany. Tzw. "moralność wiktoriańska", które odbiciem jest zarówno nasza "Trylogia", jak i powieście Jane Austine, to etyka właściwa klasie średniej. Której wcześniej zbyt wiele (u nas przynajmniej) nie było.

Klasy niższe niewiele, albo i nic nie posiadają - to i na niewiele albo i na nic nie muszą zważać, jeśli idzie o prowadzenie się. W końcu - co mają do stracenia? Dzisiaj żyjem, jutro gnijem, to nasze, co zjem i wypijem - jak to lapidarnie ujął nasz wieszcz narodowy Adam M., skądinąd wielki wielbiciel wdzięków niewieścich i ojciec co najmniej bataliona bękartów. O czym jakoś w szkołach nie uczą, prawda..?

Klasy wyższe - już wiemy: mogą sobie na luz pozwolić. A klasa średnia? Nie bardzo! Zarówno w wieku XIX, jak i w czasach współczesnych, gros klasy średniej stanowiły osoby żyjące z (w miarę stałych) dochodów pieniężnych. W wieku XIX byli to drobni rentierzy i wolne zawody. Obecnie: lepiej uposażeni "poganiacze niewolników" z wielkich korporacji. Ich życie i wtedy i teraz przypomina balansowanie na linie. Każdy kryzys polityczny, rewolucja, załamanie rynku, dewaluacja - z miejsca podkopuje podstawy ich bytu. Tu się nie ma z czego śmiać, to jest życie w ciągłym stresie! Miejsca tu nie ma na żaden luz. A każdy wybryk natury obyczajowej kończy się z miejsca zdeklasowaniem i utratą tego miłego, wygodnego gniazdka, które z takim nakładem sił się uwiło... To jaki jest sens ryzykować? No i stąd - etyka wiktoriańska. Która w miarę jak klasa średnia rosła w liczbę i w siłę, w drugiej połowie XIX wieku stała się dominująca.

Doszło do tego, że kiedy generał Anders rozwiódł się z żoną i pojął w jej miejsce nowszą, przestano go zapraszać na dwór królewski. Brytyjski! Jakby to Henryk VIII usłyszał, ha, ha, ha..!

Ergo, poluźnienie etyki seksualnej w latach 60. ub. wieku nie było żadnym tam buntem przeciw tradycji, zakłamaniu, religii - słowem: żadną rewolucją! Jak już, był to lokalny bunt przeciw etyce klasy średniej. Szybko zresztą spacyfikowany. Bo prawda jest taka, że obecnie jak Europejki chcą się wyszaleć, to lecą do Tunezji albo do Egiptu. Jesteśmy o wiele mniej chutliwi (boję się napisać: cnotliwsi, bo nie w tym rzecz, że my się powstrzymujemy - nam się już po prostu nie chce..!) od naszych pradziadów. Co istotnie, być może jest pewną rewolucją - ale zupełnie w inną stronę i w zupełnie innym sensie, niż to usiłują sufrażystki i inni czciciele Szatana suflować. Dlaczego jesteśmy tak oziębli..? Kto to wie? Może dlatego, że się nam przejadło? Że to żaden wyczyn, ryzyko czy tabu? Temat do przemyślenia...

A pigułka? Pigułka zaledwie przywraca to co już wcześniej było. Przed połową XIX wieku. Rewolucja? Jaka tam rewolucja...

wtorek, 26 października 2010

Namiętności

Próbuję oszczędzać ile się da. Do zapłacenia jest rachunek za prąd, KRUS, rachunek za telefon, no i bank wisi u gardła - jak zawsze. Im mniej więc wydam podczas "zielarskiego" kursu (a piszę te słowa do Państwa korzystając z uprzejmości Książnicy Karkonoskiej w Jeleniej Górze...), tym lepiej. Na szczęście w górach są tanie schroniska młodzieżowe. Jak uda mi się jeszcze trochę zaoszczędzić, to może nawet będę miał na paliwo na powrót do Warszawy (choć, prawdę pisząc, czułbym się bezpieczniej, gdyby na konto wpłynąła jednak wierszówka z "KT" - chyba nawet zadzwonię do nich w tej sprawie...).

Jednej namiętności jednak jest mi się oprzeć bardzo trudno! Oczywiście już dziś rano skończyłem czytać "Wojnę Zuluską 1879", którą zabrałem z domu. No i co ja będę robił dziś wieczór w schronisku, a potem jutro rano przed ostatnim w Jeleniej Górze pokazem..?

Zbieram się stąd zaraz i idę do Empiku. Zacząłem tam wczoraj czytać jakieś przygodowe romansidło o wojnie punickiej. Pewnie je przed zamknięciem lokalu skończę - i będę ze wszystkich sił próbował niczego nie kupić... a na przyszłość musze się lepiej zaopatrywać na takie wyprawy!

sobota, 23 października 2010

Rok 1913+, cz. 2 – garść liczb na początek

W dalszym ciągu nie posiedziałem w bibliotece jak należy i w najbliższej przyszłości nie posiedzę: moja przyszłotygodniowa trasa „zielarska“ omija Warszawę i w ogóle większe miasta. Żebyście się jednak Państwo nie nudzili, mam dla Was nie tylko dobre słowo, ale i trochę liczb – do przemyślenia.

Część danych jest z roku 1913, część z 1910 (ale różnice nie będą wielkie).

W roku 1910 najludniejszym krajem europejskim – tradycyjnie – była Rosja: 140 milionów mieszkańców. Bez ironii to proszę czytać, bo jednak większość populacji, a nawet zasobów tego imperium koncentrowała się w Europie (no, chyba że przyjąć, iż Europa kończy się na Wiśle – ewentualnie, w wersji polsko – imperialnej: na Dnieprze…). Nawet zatem europejska populacja Rosji dawała jej demograficzną przewagę nad drugimi w kolejności Niemcami: 64,9 mln mieszkańców. Jak widać przy tym, XX wiek więcej kosztował Rosjan niż Niemców. Mimo że na starcie, czyli w roku 1913 mieli o wiele większą dynamikę przyrostu ludności (Rosja była wtedy krajem imigracyjnym! Tzn. owszem – emigrowali z niej Żydzi, prześladowani przez carat, a także trochę Polaków i innych niezadowolonych: w latach 1900 – 1914 2,2 mln byłych poddanych cara, głównie Żydów, stanęło na amerykańskiej ziemi – ale w to miejsce przyjeżdżali Niemcy – u siebie mieli gorzej – a nawet Francuzi czy Anglicy: nie tylko dobrze płatni specjaliści, których Rosja sama nie umiała wykształcić, ale i farmerzy…) – ludność Rosji w ciągu 30 lat, od roku 1880 wzrosła z 88 do 140 milionów czyli o prawie 60%, podczas gdy ludność Niemiec w tym samym czasie, tylko o 45%, z 45 do 65 mln. Obecnie jednak Niemców jest już ponad 80 milionów i liczba ludności na terytorium tego kraju (piszę tak skomplikowanie bo wiadomo, że nie chodzi tu akurat o Niemców…) choć powoli, to jednak rośnie. Mieszkańców Federacji Rosyjskiej jest zaś… dalej 140 milionów jak w roku 1913! Co oczywiście tak efektownie wygląda tylko na pozór. Rosja w 1913 roku obejmowała także całość dzisiejszej Azji Środkowej, Kaukaz, Ukrainę, Białoruś, kraje bałtyckie, Finlandię i spory fragment obecnej Polski. Nie można zatem twierdzić, że na obszarze byłego imperium carów przez 100 lat liczba ludności nie wzrosła. Pewnie że wzrosła. Nawet – podwoiła się: do blisko 300 milionów. Głównie w dawnej rosyjskiej Azji Środkowej, której państwa liczą teraz łącznie 61 mln poddanych. Pytanie tylko – czy coś z tego wzrostu wynika dla rosyjskiego państwa..? Owszem, wynikają kłopoty: bo tzw. „bliską zagranicę“ trzeba teraz jak Rzeczpospolitą w XVIII wieku korumpować, okupować, pacyfikować – a w roku 1913 była już nie tylko okupowana i spacyfikowana, ale i – wydawałoby się: przetrawiona.

Patrząc zatem z tej perspektywy decyzja niemieckiego szefa sztabu generalnego w lipcu 1914 roku, generała Helmuta von Moltke, o której skądinąd długośmy z kol. Maczetą dyskutowali, wydaje się słuszna. Pozycja Niemiec w stosunku do Rosji (tj. względny stosunek sił między tymi krajami) jest obecnie lepsza niż była 100 lat temu. Co by uprawdopodobniało konsekwentnie głoszoną przez p. Stanisława Michalkiewicza tezę, że Niemcy są krajem poważnym i realizują swoje cele do samego końca, co najwyżej zmieniając metody („Cyryl jak Cyryl, ale te metody..!“ – jak odpowiadano ongiś na pytanie o wizytę w komisariacie milicji obywatelskiej przy ul. Cyryla i Metodego w Warszawie…). Co do mnie, nie wysuwałbym jednak aż tak daleko idących hipotez.

W stosunku do naszych rozważań o kryzysie energetycznym i możliwości przetrwania, rozważania powyższe patrzą z pozoru na dygresję. Nie tak do końca jednak. Pamiętajmy że Rosja i pozostałe kraje poradzieckie (poza Azją Środkową) to ucieleśnienie marzeń ekologów – redukcjonistów populacji! Ludność wszystkich tych państw spada bowiem – i to w dość szybkim tempie. Jeszcze spis z 2002 roku wykazał, że mieszkańców Federacji Rosyjskiej było 145 mln…

Mechanizm tego spadku liczby ludności – i to pomimo obfitości taniej energii (cena paliwa już na Ukrainie jest o połowę niższa niż w Polsce, a w Rosji – kąpać się można w ropie, ropą wódkę zapijać, ropą samochody myć – często zresztą dosłownie, bo o czystą wodę, zwłaszcza w miastach, jest tam trudniej niż o „topliwo“…) – wiele nam może powiedzieć o tym, co i nas samych czeka w nie tak odległej przyszłości. Podstawowe pytanie brzmi, czy mechanizm ten ma podłoże biologiczne (daleko idące zatrucie środowiska..?), ekonomiczne (istnienie silnych bodźców antynatalistycznych..?), czy przede wszystkim – moralne..? Zwykle bowiem, naturalną, odruchową i wspólną właściwie wszystkim organizmom żywym odpowiedzią na pogorszenie się warunków życia – jest wzrost, a nie spadek plenności. Spadek przyrostu naturalnego w Europie Zachodniej jest silnie skorelowany ze wzrostem zamożności (i z wprowadzaniem systemów emerytalnych!). Ale w Rosji..? Zna ktoś odpowiedź na tę zagadkę..? Jest to problem o fundamentalnym znaczeniu! Zgadzam się bowiem z kol. Maczetą, że najogólniej rzecz biorąc takie problemy jak równouprawnienie kobiet i mniejszości seksualnych, kapłaństwo kobiet czy prawa obywatelskie szympansów (to w Hiszpanii), w czasie kryzysu staną się śmieszne w obliczu brutalnej rzeczywistości. Co jednak, jeśli mimo to Polki nie będą chciały mieć dzieci – tak, jak nie chcą (nie mogą..?) mieć dzieci Rosjanki obecnie..? Piszę o Polkach i Rosjankach, bo tak naprawdę rola mężczyzn w tym procesie jest prawie że żadna. Jak pokazuje przykład Paragwaju z XIX wieku, wystarczy jeden skłonny do podjęcia ciężkiego trudu rozrodu na wiele tysięcy chętnych do tego samego dzieła kobiet, by przyrost populacji był zdrowy!

W roku 1910 140 mln mieszkańców imperium carów trzymało (tylko w europejskiej jego części): 21 mln koni, 31,5 mln sztuk bydła, 9,7 mln świń i ponad 40 mln owiec. Nie mam danych dla całego państwa dla wszystkich gatunków zwierząt, ale koni w każdym razie w całej Rosji, nie tylko europejskiej, w roku 1913 było 34 mln ogonów. Można przyjąć, że zapewne i populacja pozostałych zwierząt prezentowała się proporcjonalnie.

Ze strony producenta traktorów można się dowiedzieć, że zwierzęta pociągowe zużywały średnio ok. 20% plonów jako niezbędną im do pracy i wzrostu energię.[1] Mimo to, w roku 1913 Rosja wyeksportowała ok. 6 mln ton zboża. Prawdopodobnie była w stanie wyprodukować i wyeksportować o wiele więcej: kilka lat wcześniej, ówczesny premier Rosji, Sergiusz Witte, wprowadził wysokie, protekcjonistyczne cła na importowane wyroby przemysłowe. W odpowiedzi Niemcy, Francja i Wielka Brytania, a więc główni nabywcy rosyjskiego zboża, oblożyli równie wysokimi cłami rosyjskie płody rolne. Co znacznie pogorszyło terms of trade dla ogromnej większości rosyjskich producentów. Którzy sprzedawali swoje produkty nawet poniżej kosztów ich wytworzenia, byle tylko zdobyć choć odrobinę gotówki niezbędnej dla własnej, mocno ograniczonej konsumpcji.

W tym samym czasie w Niemczech statystycy naliczyli 4,5 mln koni, 20,2 mln sztuk bydła, 21,9 mln świń (jeśli idzie o hodowlę nierogacizny, w roku 1913 jedynym krajem na świecie wyprzedzającym Niemcy były Stany Zjednoczone!) i 5,8 mln owiec (populacja owiec w Europie spadała od 1890 roku bardzo dynamicznie – na skutek australijskiej, argentyńskiej i amerykańskiej konkurencji, w Niemczech w ciągu tych 20 lat spadła 3-krotnie…).

Co do liczby koni w Niemczech mam wątpliwości. Cytowane dane pochodzą z dzieła zbiorowego pp. Mariana Eckerta, Adama Nadolnego i Włodzimierza Stobrawy „Historia gospodarcza i społeczna świata w XIX i XX wieku“, Zielona Góra, 1991. Podaną wcześniej liczbę koni w Rosji zweryfikowałem, bo pisałem ongiś na ten temat dla „Końskiego Targu“ opierając się o całkiem inne (rosyjskie) źródła – i dane były zgodne. O hodowli koni w Niemczech nigdy nie pisałem, stąd temat jest mi znany raczej powierzchownie. Skądinąd jednak wiadomo, że w sierpniu 1914 roku Niemcy zmobilizowały 880 tysięcy tych zwierząt, w tym 730 tysięcy do służby liniowej. Gdyby zatem CAŁA populacja gatunku equus caballus w imperium kajzera Wilhelma II była niespełna sześć razy większa, to przy normalnym rozkładzie wiekowym, mobilizacji podlegałaby niemal połowa dorosłych i zdolnych do pracy koni! Podejrzewam zatem, że niemieccy statystycy uwzględniali w swoich raportach tylko sztuki dorosłe – co i tak daje im piękną efektywność mobilizacji rzędu 20% całej używanej w gospodarce siły pociągowej! Cóż, jak wiadomo istnieje kłamstwo, wielkie kłamstwo i statystyka… Bodaj sam prof. Witold Pruski w czasach, gdy był jeszcze tylko magistrem inżynierem i dźwigał na własnych (młodych) barkach departament hodowli koni przedwojennego Ministerstwa Rolnictwa stwierdził, że dane o wielkości populacji zwierząt gospodarskich w ogóle, a koni w szczególności, nie są w Polsce nic warte, bo w każdym powiecie zbiera się je inaczej.

Skąinąd nawet przyjmując, że te 4,5 mln sztuk, to egzemplarze dorosłe i całą populację trzeba liczyć raczej na 6 – 7 mln, i tak daje to mniej koni w stosunku do liczby mieszkańców niż w Rosji. Jak to możliwe..? Ano możliwe. Rolnictwo rosyjskie w roku 1913 było jednym z najbardziej zacofanych w Europie. Znakomita większość spośród ponad 20 mln chłopskich koników w tym kraju to były bezrasowe konie „miejscowe“ – produkt najdziwniejszych krzyżówek właściwych nie tylko Rosji koników prymitywnych z tatarskimi, kałmuckimi czy syberyjskimi mierzynami. Konie te miały wiele cennych zalet: żelazne zdrowie i nerwy (niezbędne dla pokojowej koegzystencji z niekoniecznie trzeźwymi i przytomnymi na co dzień właścicielami…), niewygórowane wymagania żywieniowe i wielką zawziętość do pracy. Że jednak postury były raczej mikrej, to i ich osiągi fizyczne do rekordowych nie należały. Stąd nawet i w Rosji większe, intensywniej uprawiające swoje ziemie, towarowe gospodarstwa szukały dla siebie lepszej, bardziej wyspecjalizowanej siły pociągowej: ciężkich stępaków (wagi rzędu 1 do 1,2 tony i ogromnego wzrostu: najbardziej znane są perszerony, ale Rosjanie dorobili się i własnych ras: „bitiugów“, „wiatek“, „kazanek“ i „obwinków“) do orki i innych ciężkich prac polowych oraz do ciągnięcia najcięższy ładunków, oraz tzw. „koni pospiesznoroboczych“ – w Rosji były to najczęściej kłusaki, do hodowli których Rosjanie zawsze mieli wielką namiętność – do prac wymagających raczej szybkości niż siły i do transportu ludzi, poczty i lżejszych towarów. W Niemczech – konie oldenburskie i śląskie, jedne z najlepszych na świecie w tej „kategorii wagowej“.

Oczywiście że rolnictwo niemieckie, przodujące na kontynencie, w roku 1913 dysponowało już głównie takimi właśnie, wyspecjalizowanymi, żywymi „ciągnikami“. Co pozwalało zmniejszyć ich liczbę – a tym samym: także i procent zbiorów jakie zjadały. Wprawdzie perszeron jest prawie dwa razy cięższy od przeciętnego konika „miejscowego“, ale zjada nie dwa razy tyle, a co najwyżej o jedną trzecią więcej. Ot, ludzka chytrość!
 Zdjęcie perszerona ze strony francuskiego związku hodowców
koń śląski w kłusie
konik polski z rezerwatu w Białowieży - potomek prymitywnych koników biłgorajskich, bardzo podobnych do "miejscowych" koni rosyjskich "mużików" z 1913 roku

Oczywiście, że skoro mówimy o projekcie „rok 1913+“, to powinniśmy zakładać, że uda się nam wykorzystać na potrzeby naszej hipotetycznej pokryzysowej gospodarki najlepsze z dostępnych rozwiązań. Tym samym, nasze pokryzysowe rolnictwo może potrzebować mniej niż 5 milionów koni, o której to liczbie pisałem poprzednio. W to miejsce, możemy hodować więcej krów, świń i owiec – zwierząt bardziej „produktywnych“, a więc bardziej lubianych przez p. Wojciecha.

Niestety, ostateczne rozstrzygnięcie tej jakże palącej kwestii wymaga wyodrębnienia danych dotyczących stanu obecnych ziem polskich w roku 1913 co – jak już pisałem – jest trudne i czego na pewno w ciągu najbliższego tygodnia nie dokonam. Na razie, udało mi się znaleźć bardziej szczegółowe dane o… Ukrainie Naddnieprzańskiej! Opierając się jednak na tym, co już wiem prognozuję, że jeśli udałoby się pokonać nie tylko problem niedostatecznej populacji koni w Polsce w ogóle (wzrost z obecnych 300 tysięcy do 5 mln zająłby ok. 12 do 15 lat…), ale także i problem nieoptymalnej struktury obecnie istniejącej populacji (w Polsce prawie nie trzyma się ciężkich koni roboczych! Nasze rodzime „konie sztumskie“ czy „sokólskie“, pomijając fakt, że to bardzo, ale to bardzo młode „rasy“ – jeśli takie miano w ogóle im może sensownie przysługiwać – mieszczą się co najwyżej w średniej kategorii wagowej, w czym zresztą nie ma nic dziwnego – płynie w ich żyłach krew tych samych tatarskich przodków co u „miejscowych“ koników, jakie w 1913 roku powszechnie trzymali rosyjscy „mużykowie“…), to zapewne ową docelową liczbę (a więc i czas dochodzenia do niej…) dałoby się zmniejszyć do 3,5 – 4,5 mln. Średnio, na 100 ha upraw, powinno – jak sądzę – przypadać sztuk dorosłych: 4 ciężkie stępaki (dwie pary lub jedna czwórka), 4 pospiesznorobocze (najlepiej śląskie: dwie pary) i 4 inne (1 lub 2 koniki prymitywne – bo te znajdą dla siebie zastosowanie w górach, na terenach bagiennych i w małych gospodarstwach, oraz 2 do 3 koni szlachetnych – potrzebnych mimo, że bezpośrednio do pracy ich się nie wykorzystuje: przez te 4 tysiące lat sztucznej hodowli tego gatunku osiągnęliśmy już taki stopień specjalizacji, że bez koni „wyczynowych“, te robocze w ciągu kilku pokoleń zdegenerują się do bezużytecznych bek łoju na krzywych nóżkach…). Razem z przychówkiem: ok. 15 – 18 koni na każde 100 ha (1 kilometr kwadratowy) upraw. Czyli właśnie: do 3,5 mln sztuk w Polsce. Co redukowałoby ich udział w spożyciu plonów do 15 - 18%. Czy dokładnie taką obsadę uda się uzyskać, to już oczywiście zależy i od struktury własnościowej gospodarstwa. Naturalna dla naszej strefy klimatyczno – glebowej jest wielka własność ziemska przeplatająca się ze średnimi i karłowatymi gospodarstwami…

Męczę Państwa takimi dywagacjami nie tylko przez wrodzoną do tematu inklinację, ale i dlatego, że nic, moim zdaniem, nie jest ważniejsze. Owszem, jest prawdą, że nie wszyscy pokryzysowi Polacy mieszkać będą na wsi. Nie wszyscy będą mieli własne chatki, koniki, hektary. To wszystko prawda. Tyle, że jeśli nie uda się wyprodukować odpowiedniej ilości żywności – nie przetrwamy. Bodaj Lenin miał był zauważyć, że na wsi produkuje się środki przeżycia – a w mieście: środki sprawowania władzy. Środki sprawowania władzy są naturalnie priorytetem dla każdego aparatu państwowego. Można zatem zakłdać, że niezależnie od Peak Oil, będą one jeszcze bardzo długo produkowane „po staremu“. Natomiast o środki przeżycia będziemy musieli się zatroszczyć sami. Tak przynajmniej sądzę. Niezależnie od tego, że władza będzie miała (na początku) chętkę kontrolować wszystko i każdego. W miarę, jak będą się kurczyły środki, jakimi dysponuje, chętka ta będzie chyba jednak musiała ustąpić zdrowemu umiarkowaniu.

Czy jest to tylko hurraoptymizm..? Nie jestem do końca pewien. Ale zauważcie Państwo, że totalitaryzmy XX wieku prowadziły rabunkową gospodarkę łatwo dostępnych zasobów naturalnych. A i tak padły. Te, które przetrwały do naszych czasów (Korea Północna, Kuba), funkcjonują w dużym stopniu dzięki „transferom zewnętrznym“, które udaje im się skutecznie wymuszać. W naszym pokryzysowym świecie na takie transfery nie ma co liczyć. Nie będzie ich po prostu na kim wymusić. Z dostępnych do rabunkowego wykorzystania zasobów pozostanie właściwie tylko siła robocza. Jak w stalinowskich Sowietach, gdzie po upaństwowieniu zwierząt i ziemi, upaństwowiono też i chłopów, pędząc ich milionami do niewolniczej pracy w gułagach. Niewątpliwie jest możliwym, że i to nas czeka. Pytanie, czy obecny kryzys demograficzny „obszaru post-sowieckiego“ nie jest aby późnym skutkiem tego sprzed 70 lat niewolnictwa..? Coś się w ludziach tak nieludzkiej presji poddanych złamało, że teraz tak dziwnie się zachowują…

Jeśli tak, a takie mam właśnie wrażenie i dlatego ten temat tak obszernie powyżej omawiałem – to „odpowiedź totalitarna“ jest samozgubna. Aparat państwowy, który się do niej ucieknie, sam podetnie podstawy swojego bytu i będzie musiał upaść. Oczywiście, że za cenę milionów ofiar! Tak czy inaczej jednak mniemam, że dla świata po Peak Oil naprawdę ważne są tylko dwie sprawy:
-       czy uda się przywrócić (i w jakim czasie..?) normalny rozkład wiekowy populacji ludzkiej – taki jak we współczesnym Afganistanie:

-       czy uda się zapewnić dostateczną siłę pociągową i dostateczną ilość nawozów dla rolnictwa, aby zapewnić środki przeżycia dla ludzi?




[1] Zapytałem druha mego serdecznego Radka, jaki procent swoich przychodów ze sprzedaży mleka on teraz zużywa na paliwo. Otóż, zależy to od pory roku. W okresie intensywnych prac polowych – więcej niż 20%. Na co dzień jednak – mniej. To właśnie jest najbardziej fundamentalna różnica między koniem a traktorem. Koń je nawet, jeśli nie pracuje. Traktor tylko wtedy, kiedy jest potrzebny…

czwartek, 21 października 2010

Rok 1913+, cz. 1 – założenia programowe

Im dłużej myślę nad tym projektem (a na razie mogę tylko myśleć: wprawdzie byłem w Warszawie, ale przedostanie się w poniedziałkowe popołudnie z Pragi na Mokotów gdzie mieści się Biblioteka Narodowa przekraczało zasób mojej cierpliwości…), tym bardziej mi się on w wyobraźni rozrasta. I zaczynam się obawiać, że sam mu nie podołam. Szczególnie, że – co tu kryć: nie brak mi i innych zmartwień, którym muszę zaradzić w pierwszej kolejności. Na czym praca umysłowa może ucierpieć, niestety.

Dlatego chciałbym zaprosić Państwa do współpracy. Stwórzmy razem spójną wizję świata jaki nadejdzie po Peak Oil. Będziemy z tego mieli satysfakcję. Nasi czytelnicy zaś – będą mogli wyciągnąć wnioski na przyszłość. Które być może uratują im życie. Albo pozwolą zająć lepszą, wygodniejszą, wyższą pozycję społeczną w tym nowym świecie..?

Chciałbym to zrobić rzetelnie i metodycznie. Dlatego na początek proponuję przedyskutować założenia wstępne. Częściowo już je wyłuszczyłem zarówno w samym tekście, jak i w dyskusji pod tekstem o „Ekologach“ do gnoju. Mam wrażenie, podobnie jak Pan Wojciech, że myślimy bardzo podobnie. Czy zatem wszyscy możemy się zgodzić na następujące twierdzenia:
1.     W ciągu nadchodzących dziesięcioleci będzie następował stały wzrost bezwzględnych (a więc – niezależnych od inflacji) cen nośników energii o charakterze nieodnawialnym: paliw kopalnych takich jak ropa naftowa, gaz ziemny, węgiel, uran.
2.     Ów wzrost albo już przekroczył, albo w najbliższym czasie przekroczy punkt, po którym światowe wydobycie poszczególnych paliw może tylko maleć – czyniąc ewentualne krótkoterminowe fluktuacje ich cen nieistotnymi dla ogólnego trendu. Ten punkt w odniesieniu do ropy naftowej to właśnie „Peak Oil“ (w odniesieniu do pozostałych rodzajów paliw, oczywiście „Peak Gas“ czy „Peak Coal“ itd.). Z oczywistym względów o tym, że Peak Oil został już przekroczony można się dowiedzieć tylko post factum – i to raczej z pewnej już perspektywy czasowej, a nie zaraz, kiedy tylko to się stanie. Jakkolwiek zatem nie jest to pod żadnym względem wydarzenie nagłe ani niespodziewane, to i tak informacja o tym, że już nastąpiło, będzie dla nas zaskoczeniem!
3.     Z ww. względów również i skutki owego bezwzględnego wzrostu cen energii nieodnawialnej będą się rozkładały na dziesięciolecia. Nie ma potrzeby rozpatrywania na potrzeby tego projektu konsekwencji nagłego, całkowitego braku dostępu do paliwa. Taki nagły, całkowity brak dostępu do paliwa jest owszem możliwy – na skutek różnego rodzaju katastrof technologicznych lub politycznych, ale ściśle rzecz biorąc, nie ma to nic wspólnego z „Peak Oil“. Pomijając oczywiście fakt, że wraz z kurczeniem się dostępnych zasobów, wzrośnie międzynarodowa konkurencja o dostęp do nich – co uczyni prawdopodobieństwo poważnej katastrofy polityczno – militarnej znacząco większym.
4.     Skutki wzrostu cen energii będą tym donioślejsze dla danej branży, im więcej energii ona obecnie konsumuje.
5.     Czas, w jakim ów wzrost cen energii będzie następował daje możliwość podjęcia działań dostosowawczych.
6.     Problemy o charakterze ekonomicznym (światowy kryzys zadłużenia) i politycznym są oczywiście skorelowane ze wzrostem cen energii (jak słusznie twierdzi kol. Maczeta). Nie jest to jednak korelacja o charakterze prostym. Najogólniej rzecz biorąc, kryzys ekonomiczny i polityczny raczej wyprzedza wyczerpanie się dostępnych zasobów. Nie można zresztą wykluczyć, że korelacja ta ma charakter dodatniego sprzężenia zwrotnego. Należy bowiem pamiętać, że najcenniejszym zasobem, jakim dysponujemy, wcale nie jest ropa naftowa, tylko ludzka pomysłowość. Przytłaczający prywatną inicjatywę  moloch współczesnego państwa znakomicie tę pomysłowość marnuje i niweczy. Dzięki czemu do wyczerpania się realnie dostępnych zasobów materialnych może dojść wcześniej, niż by to miało miejsce, gdyby ludzka pomysłowość w ich poszukiwaniu i przetwarzaniu mogła się rozwijać w sposób nieskrępowany!
7.     Wyczerpanie się dostępnych zasobów materialnych (wzrost ich cen) sprawia, że ludzie rezygnują z zaspokajania swoich potrzeb, zaczynając od wierzchołka „piramidy Maslowe’a“. Państwa natomiast (te które przetrwają i o ile przetrwają poprzedzający wyczerpanie się zasobów kryzys ekonomiczno – polityczny) koncentrują się na zachowaniu aparatu przymusu i bezpieczeństwa. Istnieją różne możliwe „odpowiedzi“ organizmu państwowego (a więc pasożyta, którego żywiciel przechodzi osłabienie…) na nadchodzący kryzys. W miarę jednak, jak będą malały dostępne zasoby materialne, zmniejszać się też będzie możliwość utrzymania klasy próżniaczej (urzędniczej), co nasuwa optymistyczny dość wniosek, iż „odpowiedzi“ o charakterze totalitarnym (jakie w tej chwili wydają się najczęstsze i najbardziej prawdopodobne), nie mają jednak przed sobą daleko idących perspektyw: są zbyt kosztowne! Innymi słowy: ten z pasożytów (państw), który zdoła się powstrzymać przed przekształceniem swojego żywiciela (społeczeństwa) w lokalną wersję Korei Północnej, a więc będzie zdolny do bolesnej decyzji o samoograniczneiu, zyska w dość krótkiej perspektywie czasowej znaczną przewagę nad konkurentami i będzie im mógł odebrać tak cenne zasoby…

Bardzo proszę o krytyczną dyskusję. Jeśli ktoś z Państwa sądzi, że przedstawiona lista założeń jest niekompletna, proszę także o propozycje uzupełnień.

Żeby powiało trochę świeżością i optymizmem przypominam, że są ludzie, którzy już dziś są całkowicie, w 100% gotowi na obycie się bez ropy, węgla i gazu: Amisze. Jak widać na załączonym obrazku, narzędzia których używają, bynajmniej nie przypominają radła z czasów króla Ćwieczka, a mimo to ich wykonanie nie wymaga wiele paliw kopalnych (dymarki przerabiające złom mogą spokojnie pracować na węglu drzewnym), a napęd – zgoła żadnych:

Podobne rozwiązania są też dostępne i w Polsce.

Zdjęcie pochodzi z tej strony. Mam co prawda poważne podejrzenia, że jej autorom bardziej chodziło o wyłudzenie dotacyjki niż o jakiekolwiek realne skutki działania, ale chcąc czy nie chcąc – dobrze robią!

Wrażenie

Ludzie lubią chorować. Gdyby nie chorowali, ich życie byłoby gorsze! Nudne. Rozmawiać nie byłoby o czym. Nie wiem zresztą...

Skąd takie wrażenie..? Ano spotkałem wczoraj pana, który mnie dobił. Ma cukrzycę II stopnia, nieinsulinozależną. Oczywiście, próbowałem go przekonać, że mogę go w 3 miesiące wyleczyć ziółkami raz na zawsze - że mi się nie udało to zapewne wina tego, że ciągle jestem niedostatecznie stanowczy. Ale nie to jest najważniejsze. Otóż ten pan mimo, że ma cukrzycę nieinsulinozależną, bierze insulinę. Albo placebo - tego sam nie wie: zapisał się bowiem jako "królik doświadczalny" do programu jakiejś francuskiej czy holenderskiej firmy farmaceutycznej, która w Polsce nowy rodzaj insuliny testuje. I bierze tę insulinę raz dziennie. Albo placebo, bo tego oczywiście wiedzieć mu nie wolno.

OK, jego sprawa. Z ciekawości pytałem jednak, czy bierze za to pieniądze..? Koniec końców, jeśli faktycznie dają mu insulinę mimo, że jego cukrzyca jest nieinsulinozależna, to tyle już załapałem ze szkoleń, że niszczy sobie w ten sposób własne gruczoły dokrewne i potem będzie już musiał tę albo inną insulinę brać do końca życia.

Otóż nie płacą. Dają mu tylko za darmo jakieś tabletki. Rozumiem, że łyka je jak dropsy - bo lubi..? Ręce i nogi opadają...

wtorek, 19 października 2010

Dach odjechał...

Wydawało mi się, że dzisiaj dach odjechał tylko mnie i paru bytom w moim otoczeniu. Zaczynając od tego, że większość dnia spędziłem u Radka, druha mego serdecznego, pomagając mu w rozbiórce dachu nad oborą, który to dach - jak Państwo, wierni moi Czytelnicy doskonale pamiętają, zawalił był mu się w styczniu. W przededniu kolejnej zimy, druh mój doszedł wreszcie do wniosku, że pora schować krowy pod kryszę (jak by rzekli Rosjanie...). Zaczynając naturalnie od rozbiórki tych szczątków, które sobie przez 10 bez mała miesięcy radośnie sterczały... Była to oczywiście, jak zawsze kiedy robimy coś razem z Radkiem, przygoda sama w sobie. Mieliśmy zacząć o 8.00, zaczęliśmy o 11.30. Nie, żebym miał lęk wysokości, ale - dyskredytując może w Państwa oczach moje talenta jeździeckie (nigdy nie twierdziłem, że takowe posiadam!) - przyznaję, że stanowczo wolę utrzymywać równowagę stojąc obunóż twardo na ziemi. Eternit, z którego dach Radkowej obory (wzniesionej przez Jego ojca w roku 1978) był do dziś rana wykonany, to naprawdę wspaniały materiał. Trwały, łatwy w użyciu - trochę może kruchy. No i nie wiedzieć czemu występujący w wielkich ilościach we wszystkich śmieciowiskach na terenie moich gruntów..? Ma jednak tę wadę, że kiedy go mech porośnie, a jeszcze jest trochę wilgotno, robi się śliski. Poza tym, jak się wyciągnie "kozią nogą" gwoździe mocujące go do krokwi, to jakoś tak nieprzyjemnie się ten eternit chwieje... Ogólnie: skończyliśmy ok. 17.00 i ja przynajmniej byłem mokry od potu aż do gaci. Bardziej ze strachu niż z wysiłku. Taka jest proza życia na wsi, czy to się komuś podoba, czy nie. Grunt, że nikomu się nic nie stało, a praca wykonana.

Dach odjeżdżał też Radkowym i nie-Radkowym krowom, które nawiewały we wszystkich kierunkach. Niektóre w ramach. Co to oznacza to może przy okazji pokażę, nie miałem nastroju do robienia zdjęć, a i z wysokości do połowy rozebranego dachu zdjęcie zrobione komórką i tak nic by Państwu nie pokazało...

Dach odjechał mojej starej Dalii wlkp, która - jak mi Lepsza Połowa nie omieszkała donieść - przeskoczyła ogrodzenie Wielkiego Padoku i galopowała po wsi, strasząc ludzi zbierających z pola kartofle. Za karę spędziła popołudnie zamknięta samotnie pod wiatą.

Dach odjechał moim przejaciołom z Warszawy, którym bardzo nie spodobało się to, co dla nich przygotowałem w niedzielę i bardzo chcieli, żebym to poprawił. Czym, z przyczyn ode mnie niezależnych, byłem w stanie zająć się dopiero przed chwilą.

I już myślałem, że na tym koniec. Ale nie! W Polsce trzeba być czujnym! Jak 10 kwietnia roku pamiętnego, kiedy to tak mnie zajęło oszustwo (albo pomyłka...) sprzedawcy sadzonek antonówek, że katastrofę smoleńską dostrzegłem dopiero popołudniu. Telewizji normalnej nie mamy, bo się nam opłacony abonament w Cyfrowym Polsacie jakiś czas temu skończył, Onetu nie otwierałem, bo nie miałem kiedy. Więc o wypadkach w Łodzi dowiedziałem się dosłownie kilka minut temu. Wygląda na to, że generalnie rzecz biorąc, to dzisiaj był taki dzień, kiedy stanowczo nie należało wstawać z łóżka! I wcale nie dotyczy to moich z Radkowej obory dachem przygód...

poniedziałek, 18 października 2010

„Ekolodzy“ do gnoju!


W świadomości prostego człowieka, a „działacza ekologicznego“ tym bardziej, funkcjonuje masa najzupełniej fałszywych mitów na temat rolnictwa. Jeden z moich kolegów – prezenterów, u których terminowałem sprzedaż ziółek, straszy zgromadzone babcie „nawozami sztucznymi“, od których – w jedzeniu zawartych rzekomo – pochodzi wiele z dręczących ich chorób.

Jest to oczywiście nieprawda. W „nawozach sztucznych“ szeroką publiczność, od kilku już dziesięcioleci tresowaną w duchu „ekologizmu“, przeraża słowo „sztuczne“. Które kojarzy się jak najgorzej. Tymczasem – czym są nawozy sztuczne..? Są to po prostu substancje mineralne zawierające pierwiastki potrzebne roślinom do wzrostu. Głównie azot, którego potrzeba najwięcej, a który niewiele roślin (a i to tylko dzięki symbiotycznym bakteriom), potrafi wiązać wprost z powietrza, gdzie jest go, jak wiadomo, 78%. Problemy (realne), z nawozami są dwa:
-       nikt nie chodzi po polu z miernikiem i nie sprawdza co kilka metrów, jaki jest skład (czy chociażby pH) gleby, sypie się na oko, co czasem – dość często – prowadzi do przenawożenia, od czego bujnie rośnie nie tylko to, co rosnąć miało, ale i różne inne rzeczy, np. glony w pobliskim rowie odwadniającym czy chwasty na miedzy,
-       uzupełnia się w ten sposób naturalne niedobory zaledwie kilku, co najwyżej – kilkunastu potrzebnych roślinom pierwiastków (oprócz azotu także fosfor, wapń, siarka, potas, magnez i parę innych), podczas gdy potrzebnych jest o wiele więcej, tyle że w śladowych ilościach. Których dostarczenie do gleby może być trudne, a najczęściej – jest nieopłacalne.

Czy skutkiem „pędzenia“ roślin nawozami sztucznymi może być, jak się powszechnie mniema, wysoki wzrost młodego pokolenia, alergie i inne przypadłości cywilizacyjne..? Śmiem wątpić. To są w końcu substancje proste, które dopiero roślina przetwarza na przyswajane przez człowieka aminokwasy, cukry czy witaminy.

Czy przenawożenie lub brak substancji odżywczych może źle wpływać na rośliny? Oczywiście że tak. Trawa wyrosła na końskich kupkach, a więc w miejscu, które można podejrzewać o lokalny nadmiar azotu, jest ciemnozielona. Zwierzęta jedzą ją niechętnie. Zapewne zatem zmienia się też jej skład i smak. Podobne skutki może też mieć brak potasu (co druh mój serdeczny Radek zaobserwował na swojej kukurydzy w miejscu, gdzie nie zdążył nawieźć dostatecznie przed zasianiem…). Niewątpliwie zatem byłoby najlepiej, gdyby skład chemiczny gleby dało się optymalizować o tyle przynajmniej, żeby drastycznego nadmiaru pewnych pierwiastków przy niedoborze innych unikać. Nie jest to jednak powód do alarmu. Koniec końców na całym Mazowszu zawartość żelaza i manganu w glebie i wodach podziemnych przekracza „normę“ bodaj 6-krotnie, jak mi to geolog zatrudniony do wyznaczenia miejsca pod studnię tłumaczył. Jest to zjawisko całkowicie naturalne. Zawsze tak było – i jakoś ludzie i zwierzęta tu żyli i żyją, a 500 lat temu szumiała tu dostojna puszcza dębowa, której ten fakt najwyraźniej nie przeszkadzał. Najdonioślejszym skutkiem żelazistości mazowieckiej gleby jest odmiana, jaka się w czasach Księstwa Warszawskiego dokonała w barwach wyłogów na mundurach naszych ułanów. Miały być karmazynowe, jak starsza tradycja „poważnym znakom“ przypisuje. Francuski barwnik rozpuszczony w wiślanej wodzie dał jednak – ku ogólnemu zaskoczeniu – amarant. I tak już zostało…

Czy „peak oil“, a więc, najogólniej rzecz biorąc – ekonomiczne skutki wyczerpywania się paliw kopalnych – musi doprowadzić do spadku liczby ludności..? Czy taki spadek jest nie tylko zjawiskiem potencjalnie możliwym, ale też i – korzystnym dla naszej planety, jak zdają się twierdzić co radykalniejsi „ekolodzy“..?

Przyznam się Państwu że od rana próbuję znaleźć potrzebne dane w necie, ale kompletnie mi to nie idzie. Jeśli znajdę czas, jutro wpadnę po drodze do Biblioteki Narodowej i spiszę to sobie z dowolnego kompendium historii gospodarczej Polski. O co chodzi..? Sprawa jest bardzo prosta!

W roku 1913 na terytorium obecnej Polski (takie porównania są bardzo trudne, bo te granice nie pokrywają się nie tylko z ówczesnymi granicami państwowymi, ale i z granicami wówczas istniejących jednostek administracyjnych, dla których zbierano dane statystyczne…) żyło około 30 milionów ludzi. W roku 1938 – prawie tyle co teraz. Jakieś 35 – 36 milionów. Różnica jest bez znaczenia zwłaszcza, jeśli się pamięta, że i w 1913 i w 1938 z tego terytorium wywożono żywność (eksportowano ją). Nie ulega zatem wątpliwości, że ludność obecnej Polski (38,5 mln wg GUS w roku 2008) mogła wyżywić się i w roku 1913 i w roku 1938 – spożywając produkty rolnictwa jakie w tych latach realnie na terytorium pomiędzy Odrą a Bugiem istniało.

Jak wiele paliw kopalnych zużywało owo rolnictwo w latach 1913 czy 1938..? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Trzeba tylko ustalić, jaki procent gospodarstw wiejskich miał w tych latach dostęp do energii elektrycznej, ile było ciągników rolniczych i jaka była produkcja (danych o konsumpcji raczej nie spodziewam się znaleźć…) nawozów sztucznych. Owszem, używano też nafty do oświetlenia – ale  jest to zjawisko pomijalne: w końcu jaki może być wpływ lampy naftowej na produkcję rolną? Do oświetlania szklarni takie źródło światła się nie nadaje.

Nie udało mi się tych danych na razie zdobyć. Jak tylko będę je miał, to się z Państwem podzielę. Co mi jednak w tej sprawie podpowiada intuicja..? Intuicja mi podpowiada, że będą to wielkości bez znaczenia. Elektryfikacji wsi, jak każde polskie dziecko wie, dokonano u nas dopiero za czasów „jedynego słusznego ustroju“, czyli po II wojnie światowej. Pierwszy polski ciągnik rolniczy, zwany „ciągówką“, opuścił zakłady w Ursusie w roku 1922. Do 1927, kiedy to zaprzestano produkcji tego modelu, zbudowano oszałamiającą wprost liczbę… 100 egzemplarzy! Zakłady azotowe w Mościskach zaczęto budować w roku 1927 i tak prawdę powiedziawszy, jak cała masa innych wielkich inwestycji państwowych w tym okresie, nie zdążyły się one zbytnio napracować przed wybuchem wojny…

Czy zatem da się wyżywić obecną ludność Polski nie zużywając paliw kopalnych, albo zużywając ich bardzo mało..? Ano da się. Jest to wręcz oczywiste. Ciągniki może zastąpić końska i ludzka siła pociągowa. Skoro wystarczała w roku 1913, dlaczego teraz nie miałaby wystarczyć? Owszem, wtedy mieszkało na wsi i pracowało w rolnictwie ponad 60% całej populacji, teraz tylko 13%. Wtedy żyło tu ok. 5 milionów koni, teraz coś koło 300 tysięcy. Nawozy sztuczne można zastąpić obornikiem (będzie go więcej, skoro będzie też potrzeba więcej zwierzęcej siły pociągowej: to jest oczywiście bad news dla wegetarian i temu podobnych lekkoduchów – niestety, ale bez zwierząt, ludzie też nie przeżyją…) oraz uprawą roślin motylkowych traktowanych jako międzyplony. Nie są to żadne dla historyka arkana.

Najwyraźniej jednak jest to wiedza tajemna dla „ekologów“, wedle których tylko zmniejszenie populacji Polski do 8 – 10 milionów, czy nawet mniej, dałoby nam szansę na przeżycie bez ropy i gazu. W wolnej chwili, a jeszcze mając te dane, których teraz mi brak, obiecuję opisać Państwu jak takie życie w warunkach „Roku 1913+“ („plus“, bo jednak chyba nie ze wszystkich udogodnień współczesnej techniki trzeba by rezygnować…) mogło wyglądać. To też nie jest specjalnie skomplikowane. W końcu wszystko już było, naprawdę niczego nie trzeba wymyślać od zera!

Tak naprawdę owym „ekologom“ i innym anty-cywilizacyjnym utopistom wcale nie chodzi o przyrodę. Im chodzi o to, żeby nas ukatrupić, a potem żyć jak dotąd – tylko wygodniej. Przekształcić całą planetę w jeden wielki park narodowy po którym garstka wybrańców rozbija się landroverami i wyleguje w klimatyzowanych domach, pojadając egzotyczne owoce i popijając markowe wina. Gdyby bowiem „zielonym“ chodziło o przyrodę, a nie o władzę, to sposób na dopomożenie planecie jest bardzo prosty, praktyczny i dostępny do realizacji od zaraz. Za widły – i do gnoju! Im więcej na pola trafi obornika, tym mniej będzie potrzeba tak wyklinanych nawozów sztucznych. Że co? Że śmierdzi? Że nieelegancko? No sorry ziom. Trzeba udowodnić swoje zaangażowanie, a nie tylko gadać…

niedziela, 17 października 2010

O głupocie raz jeszcze

Zimno. Na trawie biały szron. Konie stoją na Wielkim Padoku pod brzózką i wystawiają boki na promienie wschodzącego słońca. Udało mi się dość sprawnie, mimo buntów komputera wykonać zadanie domowe dla moich przyjaciół z Warszawy. Znakiem tego: mam czas, żeby i Państwa trochę pomęczyć.

Biorąc pod uwagę oszałamiającą wprost liczbę komentarzy pod tekstem „pigularskim“, powinienem znowu pisać o medycynie. Albo o piłce nożnej. Jak widać bowiem, każdy Polak na chorobach się zna. Na piłce nożnej podobno również.

Tak jednak nie zrobię. Prawdę pisząc, gdybym był jeszcze bardziej cyniczny niż jestem (a jestem, nie przeczę…), wykorzystałbym Państwa dyskusję do sprzedaży ziółek. Niewątpliwie brednie o „antenach świadomości“ (nawet powtórzyć takiego bełkotu nie potrafię) emerytki kupiłyby (zarazem worek ziół kupując) o wiele łatwiej i chętniej niż jakieś tam historyjki o szamanach ludu Ashaninka czy bujności tropikalnej flory które sprzedawać próbuję. Czego również nie zrobię. Nie umiałbym takich bzdur z przekonaniem zapodawać.

Nie będzie zatem ani o zdrowiu, ani o futbolu. W ogóle, chciałbym już temat ziółek i zdrowia zakończyć. Co nie znaczy, że nie będzie ostro! Tym razem bowiem, pojadę po nazwiskach. Bez żadnych tam „dajmy na to N.“ Walę prosto z mostu: za rozbiory i upadek Polski, a w konsekwencji i za tę czarną dupę, w której teraz siedzimy, z katastrofą smoleńską, rządem Donalda Tuska i opozycją Jarosława Kaczyńskiego włącznie, odpowiada personalnie i osobiście August Aleksander ks. Czartoryski.




Owszem, owszem – winnych było w sumie więcej. Ale ks. August był wśród nich pierwszy i najważniejszy. Od niego się zaczęło. Słusznie zatem, palmę pierwszeństwa w Poczcie Głupców Polskich dzierżyć powinien!

Książę August był postacią nietuzinową i powszechnie swego czasu szanowaną. Wspólnie z Andrzejem ordynatem Zamoyskim kierował stronnictwem magnackim, jakie uformowało się za panowania Augusta III Sasa wokół rodów Czartoryskich i Zamoyskich, zwanym „Familią“. Do tej pory każde dziecko w szkole podstawowej (czy w gimnazjum..?), musi się o „Familii“ uczyć i to pochlebnie. Stronnictwo to bowiem w oczach postępowych historiografów uchodzi za postępowe. Jak zatem postępowi historycy mogą o nim pisać inaczej niż pochlebnie..?

Książę August wymyślił, że przejmie władzę nad całą Rzeczypospolitą. To nie jest zarzut. Każde stronnictwo o tym właśnie myśli i myśleć powinno. Również metoda, której ks. August chciał użyć i użył, acz może wzbudzać sprzeciw u lekkoduchów, bynajmniej nie wzbudza mojego potępienia. W zaistniałej sytuacji nie miał innego wyjścia. Rzeczpospolita za Sasów stała się rodzajem luźnej konfederacji magnackich państwek, gdzie w każdym powiecie i w każdym województwie jakiś „panek“ samowładnie rządził. Żaden mechanizm ustrojowy (w rodzaju wyborów), ani żadna siła wewnętrzna (w rodzaju pokonania wszystkich konkurentów zbrojnie), nie dawała zatem nadziei ks. Augustowi na sukces. Sukces mógł przyjść tylko dzięki pomocy z zewnątrz.

I tak to dokładnie ks. August zaplanował. Jeszcze za życia starzejącego się Augusta III „Familia“ postanowiła, że po jego śmierci zaprosi do Rzeczypospolitej rosyjskie wojska i przy ich pomocy narzuci wygodną dla siebie osobę króla i nowy system rządów, gwarantujący opanowanie przez familiantów całej machiny państwowej, którą po to, aby opanować się ją dało, należało właściwie stworzyć od nowa – czyli „zreformować“ ustrój, jak to podręczniki szkolne ujmują.

Jak zaplanowano, tak (prawie…) wykonano. 11 kwietnia 1764 roku podpisane zostało porozumienie między Rosją a Prusami o wyborze polskiego króla. Już wtedy zostało przesądzone, że nie zostanie nim ukochany syn ks. Augusta, Adam Kazimierz Czartoryski (od 1758 roku starosta generalny ziem podolskich, od 1761 żonaty z posażną Izabelą z Flemingów, od urodzenia edukowany na króla…), tylko nielubiany przezeń syn jego siostry Konstancji, Stanisław Antoni Poniatowski, stolnik litewski i były kochanek Katarzyny II jeszcze w czasach, gdy była tylko żoną rosyjskiego następcy tronu, naturalny ojciec ich córki, Anny Piotrowny.

Czy caryca, z którą się ks. August układał, pamiętała o tym, aby swojego polskiego sojusznika o dokonanym wyborze powiadomić, nie jest do końca jasne – Poniatowski wiedział, że będzie królem co najmniej od 2 sierpnia 1762 roku, którą to datę nosi list Katarzyny do niego w tej sprawie. W każdym razie w maju 1764 roku pp. August Czartoryski i Andrzej Zamoyski zgodnie z wcześniejszym planem poprosili Katarzynę o przysłanie wojsk dla większej dbałości o swobody Rzeczypospolitej. Od roku zresztą w Końskowoli, majątku ks. Augusta, ćwiczyła się jego prywatna milicja na utrzymanie której pobierał z carskiego skarbu 54 tysiące złotych miesięcznie. 7 maja 1764 roku pod rosyjsko – czartoryską „ochroną“ zawiązał się pod węzłem konfederacji (co wykluczało użycie veta – owa konfederacja została zresztą od razu ogłoszona „wieczystą“, de facto liberum veto w ten sposób likwidując…) sejm konwokacyjny. Który od razu uchwalił pakiet ustaw tworzących nieistniejący wcześniej aparat państwowy Rzeczypospolitej. W tym na przykład – tzw. „cło generalne“, płatne także przez szlachtę, a nie tylko przez kupców stanu nieszlacheckiego, a i parę innych sposobów na rozwiązania sakiewki obywateli bez czego, jak wiadomo, rządzić krajem nie tylko nie sposób, ale i – nie ma po co. 7 września 1764 roku 5320 elektorów, pilnowanych przez ponad 7 tysięcy carskich sołdatów, podpisało akt elekcji Stanisława Antoniego. Który koronował się – wbrew tradycji nie w Krakowie, a w Warszawie – 25 listopada tego samego roku, w dniu imienin swojej protektorki, przyjmując imiona „Stanisław August“. Zamach stanu dokonał się.

Kłopot w tym, że nie do końca po myśli inicjatora. Królem miał być przecież Adam Kazimierz ks. Czartoryski a nie jego wujeczny kuzyn, Stanisław Antoni Poniatowski. Ojciec ks. Adama Kazimierza, ks. August (używam tych tytułów za każdym razem bo Czartoryscy, od Rurykowiczów się wywodzący, należeli do tzw. „książąt starożytnych“, którym prawo ich używania zapewnił jeszcze akt Unii Lubelskiej z 1569 roku: nie używać zatem tytułu, nie wypada!), nie poprzestał na surowym obstrofowaniu syna, że ten również carycy bękarta nie spłodził, na podobne jak Stanisław Antoni łaski nie zasługując. Obraził się śmiertelnie na siostrzeńca i wycofał wszelkie poparcie dla króla, którego sam stworzył.

Co więcej, ks. August, kolokwialnie pisząc, zapomniał skąd mu nogi wyrastają. Już tzw. „reformy“ sejmu konwokacyjnego, jak się okazało, wcale nie były uzgodnione z carycą. Potem było jeszcze gorzej. Świeżo wykreowany król i opozycyjna wobec niego „Familia“ prześcigali się w wymyślaniu coraz to bardziej radykalnych reform i ani jedna, ani druga strona, nie zadała sobie trudu, aby ich plany bodaj z ambasadorem carskim, jeśli nie z samą carycą skonsultować. Taka dyplomatyczna wersja „bitwy pod Lenino“, czyli staroruskiej taktyki „rozpoznania walką“ – na zasadzie: pójdziemy naprzód, a ilu zginie, to nam powie, co się w tych krzakach chowa. Nic dziwnego, że Katarzyna szybko miała dość i swojego byłego kochanka i jego obrażonych krewnych i przeszła na „ręczne sterowanie“. Najpierw, na kolejnym sejmie (tzw. „sejm Czaplica“ z 1766 roku), doprowadziła do anulowania większości owych „reform“ z 1764 i rozwiązania „konfederacji wieczystej“, a potem, korzystając z obecności wzmocnionych jeszcze sił rosyjskich, podniosła sprawę tzw. „równouprawnienia dysydentów“ – klasyczny dla rosyjskiej pragmatyki politycznej „temat zastępczy“, którego rozdmuchanie doprowadziło do zbrojnego aktu rozpaczy naszej krajowej konserwy, czyli do konfederacji barskiej. Że caryca się przeliczyła w swojej nadziei na skuteczność sterowania ręcznego i szybko i niedrogo owej konfederacji stłumić się nie dało, potrzebny był I rozbiór. A potem już poszło…

Tak by się jednak nie stało, gdyby ks. August trzeźwiej oceniał rzeczywistość. Jego syn nie miał żadnych szans na koronę. Właśnie dlatego, że był jego synem – dziedzicem ogromnego majątku (po śmierci ojca w 1782 roku dostał w spadku 60 mln złp: więcej, niż kosztowała Polskę cała wojna w obronie – poronionej, o czym już pisałem – konstytucji 3 maja…), człowiekiem potencjalnie niezależnym. Królem w tym rozdaniu mógł być tylko ktoś taki jak Stanisław Antoni Poniatowski – niebogaty, nielubiany, łatwo poddający się wpływom. Zamiast snuć nierealne marzenia, a potem obrażać się na rzeczywistość, trzeba było zadbać o własny na nominata carycy wpływ i w ten sposób realną władzę nad krajem sprawować. Nie było to takie trudne. Tylko trzeba było chcieć.

Nie było też sensu podejmować „reform“ tylko dla samego reformowania. Oczywiście, że nie sposób rządzić krajem, który żadnego zgoła aparatu przymusu, o innych niezbędnych do rządzenia atrybutach nie wspominając nie posiada i który nie ma prawie żadnych dochodów, sądów, praw. To wszystko trzeba było stworzyć. Katarzyna też to rozumiała i na reformy niezbędne dawała z góry zgodę. Po co było jednak kłuć ją w oczy lansowaniem „kodeksu Zamoyskiego“[1], który podważał władzę pana nad chłopem..? Zniesienie pańszczyzny czy uwłaszczenie chłopów i tak było w tym momencie ekonomicznie nierealne. Najpierw musiała się upowszechnić nowa technika uprawy ziemi, która pozwalałaby obyć się bez pracy pańszczyźnianych chłopów – a chłopom już niepańszczyźnianym, dawałaby szansę na przetrwanie lat gorszych urodzajów czy innych klęsk żywiołowych na co, używając ciągle trójpolówki, bez pańskiego wsparcia, nie mieli żadnych szans. Trzeba więc było, obok Szkoły Rycerskiej, założyć Szkołę Agronomiczną (w rzeczywistości założoną pół wieku później, za – autonomicznego – Królestwa Kongresowego) i nie tylko po stroje, konie, herbatę i ogrody do Anglii podróżować.

Ogólnie zaś, nie trzeba się było wstydzić, języka w gębie zapominać, honorem unosić (nie ma niczego honorowego w uprawianiu polityki, jak ktoś chce żyć honorowo, nie za politykę powinien się brać, tylko do wojska wstąpić, lubo obawiam się, że i w tym przypadku, szarże wyższe od porucznikowskiej mogą wymagać pewnych kompromisów…), nie wiem co tu konkretnie zadecydowało – zamiast reformować na oślep, trzeba było za każdym razem przynajmniej ogólne ramy planowanych legislacji z carycą zawczasu uzgadniać. A, jeśli się już poszło na rolę kolaboranta, to nie trzeba było zarazem cofać się przed krokami wśród szerokich rzesz szlacheckiego prostego ludu niepopularnymi, jeśli mogły one Wysoką Protektorkę uszczęśliwić. Jak ów zastępczy temat „praw dysydentów“. Bo i co z tego, że szlachta by sobie na sejmikach pobigosowała, że innowierców do urzędów dopuszczają..? Nawet, gdyby wynikła z tego jakaś zbrojna ruchawka, to szanse na jej szybkie i tanie stłumienie byłyby o wiele większe, niż to naprawdę było – gdyby do sił królewskich i rosyjskich, jeszcze i ta milicja z Końskowoli dołączyła, i wojska prywatne pozostałych „familiantów“, też niemałe…

Nie o to mam pretensję do ks. Augusta, że rosyjskie wojska do kraju sprowadził. Nie miał innego wyjścia. Nie miałbym też do niego najmniejszych pretensji, gdyby wpływu w ten sposób zdobytego użył WYŁĄCZNIE dla powiększenia potęgi własnej, swojego rodu i stronnictwa. Dla prywaty, ambicji, władzy i zbytku. Są to naturalne motywy ludzkiego działania i nie ma się co o nie obrażać. Pretensje do niego mam, bo się okazał pierdołą saskim, francuskim pieskiem, panienką z okienka. Zamiast pogodzić się z tym, co nieuchronne i próbować wygrać to na swoją korzyść – co leżało w jego możliwościach jak najbardziej – obraził się na rzeczywistość. Czyż nie jest to dowód głupoty najpierwszej czystości..?


[1] „Zbiór praw sądowych“, to oczywiście historia, która działa się dopiero w latach 1776 – 1780, już po I rozbiorze, tu ją podaję, bo jest to przykład najbardziej wyrazisty…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...