czwartek, 30 września 2010

Myszy a demokracja

Nigdy nie zamierzaliśmy wprowadzać w naszej chatce demokracji. Hierarchia od dawna jest ustalona: Pani – Koćkodan – Pan. Dlaczego taka..? Koćkodan słucha pani i wykonuje jej polecenia. Najczęściej polecenia: „Do łóżka! Spać!“ oraz: „Dokąd z brudnymi łapami?!“. Pan słucha koćkodana i wykonuje jego polecenia, osobliwe dotyczące karmienia o 3.15 albo 2.45 albo o jakiejkolwiek innej godzinie, w której koćkodan poczuje się głodny.

Teraz wprowadzenie demokracji jest jeszcze mniej możliwe niż kiedykolwiek. Chatka ma bowiem wielu nowych mieszkańców. Zawsze miała ich więcej niż nasza trójka, ale obecnie jest ich obfitość obfitsza niż kiedykolwiek wcześniej. Po hałasach jakie wytwarzają i pozostawionych śladach sądząc.

Piszę o myszach oczywiście. Wprawdzie mamy też niespotykaną rok temu ilość wielkich i tłustych pająków, jednak te dyskretne i pracowite istoty nie wykazują (przynajmniej na razie) żadnego pędu do władzy i poza snuciem pajęczyn i zwalczaniem dokuczliwych także i dla nas much, nie przekształcają naszej do tej pory i tylko naszej przestrzeni na własną modłę. Pajęczyny zresztą też – z oczywistych względów – snują głównie tam, gdzie im ich, choćby przypadkiem, nie przerywamy, czyli na zewnątrz. Co innego myszy. Te najwyraźniej wzięły się za przemeblowanie! Taszczą po strychu jakieś ciężkie przedmioty. Biegają piszcząc z wielkim zaaferowaniem. Myszkują po wszystkich zakamarkach chatki pod podłogą, nad podłogą i nad sufitem. Nic się nie może przed nimi ukryć. Nie mamy pewności, czy któregoś pięknego ranka nasz koćkodan, którego ogonek i tak jest króciutki w porównaniu do reszty ciała, nie obudzi się bez tej ozdoby. A jeśli taka przygoda przytrafi się też i panu..? Jak będzie celował do porcelany, chcąc pozbyć się wypitego wcześniej piwa..? Skoro dobrały się nam już do chleba zawiniętego w foliową torebkę i leżącego na najwyższej półeczce nad kuchnią, to i takich katastrof wykluczyć nie można!
Słynnych ilustracji Jana Piotra Norblina do "Myszeidy" Krasickiego znaleźć w Necie mi się nie udało, to daję nie mniej słynne "Wieszanie"... Też na temat!

Co zrobić? Nie zamierzamy popełnić błędu współczesnych rządów i obdarzyć myszy prawami obywatelskimi. Zostalibyśmy z punktu przegłosowani. Chatka stałaby się Wielkim Gniazdem, w którym wolno by nam było egzystować co najwyżej w charakterze służby domowej albo muzealnych eksponatów. Uważam, że byłoby to wielce niesprawiedliwe. Wprawdzie myszy jest więcej, z całą pewnością mają swoją godność i swoje potrzeby, a do chatki nie przygnała ich próżna ciekawość tylko chłód, głód i bezrobocie… Wróć! Chłód i głód – pozostańmy może jednak w przyziemnych realiach naszego gospodarstwa, bez niebezpiecznych alegorii! Ale też powód, dla którego uważam, że zrównanie myszy w prawach z nami i z koćkodanem byłoby niesprawiedliwe, poniekąd analogiczny jest do takich samych rozważań w wymiarze makro… Bo jakie są zasługi myszy – tak licznych i hałaśliwych – dla naszej chatki..? Co one naszej chatce od siebie dały, żeby teraz pretensje do władzy tu rościć..? Jakie ofiary poniosły..? Żadnych! Dziurawią nam ściany, podłogę i sufit i konsumują nasze zapasy. Ot i wszystko. Już chętniej przyznałbym obywatelstwo pracowitym pająkom. Te jednak nawet o to nie proszą, zbyt zajęte swoją nieustanną, uporczywą pracą.

Nie bardzo mamy pomysł jak sobie z tym demograficznym nadmiarem gryzoni poradzić. Nie chodzi tu nawet o humanitaryzm, tylko o pragmatykę. Jeśli wyłożymy im trutkę, to prawie na pewno pierwszy tę trutkę spożyje nasz koćkodan. A gdyby nawet tak się nie stało, to kto nam zagwarantuje, że i tak się nie struje – zjadając (wprawdzie nigdy nie widzieliśmy, żeby złapane myszy zjadał, ale czy my musimy widzieć wszystko..?) znalezione zatrute ową trutką myszy? Pułapek próbwaliśmy rok temu bez rezultatu. Wtedy, przed poprzednią zimą, uratowało nas generalne sprzątanie podczas którego pozalepialiśmy wszystkie znalezione dziury, pralka w której Lepsza Połowa utopiła jedną z myszy, worek na śmieci w którym utknęła druga oraz… oczywiście nasz nieodżałowany, niezastąpiony kot Murkis, który pozostałe wymordował. Och, wróć Murkisie! Albo jakikolwiek inny zdrowy, młody, wiejski kocie, który z tym towarzystwem porządek zrobisz…

Poza tym jesteśmy przygnębieni budząc się czwarty już dzień i nie widząc słońca. Od poniedziałku wisi nad nami spójna pokrywa ciężkich, ołowianych chmur, z których nieustannie coś siąpi. Czasem odrobinę mocniej. Zwykle kap – kap – kapuśniaczek. Niekiedy wydaje się, że opad ustępuje, ale to nigdy nie trwa zbyt długo. Konie krążą między Wielkim Padokiem a wiatą – pod wiatą im się z czasem nudzi i chcą na trawę, tam robi im się zbyt mokro, to chcą z powrotem. Kołowrót. Niby nie pada wiele, ale w błocie można się już utopić. Nie ma co robić: nawet intelektualnie, bo pod tak szkockim niebem bez szkockiej myśleć nie potrafię, a ta mi się już jakiś czas temu skończyła… Jednak, rok temu aura była przyjaźniejsza dla ludzi i kotów!
Wrześniowy zachód słońca nad Boską Wolą A.D. 2009

wtorek, 28 września 2010

Szaro dość...

Mimo kapuśniaczku wygoniłem stado na Wielki Padok. Bez większych sprzeciwów ze strony Stada zresztą. Co innego miałem zrobić, skoro Szalone Panienki budzą nas wracając z imprezy o 3.10 w nocy, a wszystkie Najszlachetniejsze Grzbiety są mokre jak ścierki - zapomnieć można o jakimkolwiek siodłaniu..?

Szaro i ponuro i chce się zwinąć w kłębek, zakopać w pościeli i świata nie oglądać. Poniekąd nie tylko z powodu aury, ale i dlatego, że świat ów złośliwie i z widoczną premedytacją odmawia spełnienia obietnic, które zdaje się był złożył! Do Warszawy na szkolenie w kwestii ziółek wczoraj nie pojechałem - prelegentowi coś wypadło i prezentacje zostały odwołane. Kiedy pojadę, jeszcze nie wiadomo. Normalnie bym się z tego nawet i ucieszył: wiadomo, że nigdzie nie jest tak dobrze jak w domu - ale co ja tu mogą robić przy takiej pogodzie..? Ani drewna rżnąć, ani po polach galopować. Choć wczoraj akurat to ostatnie jszcze zdążyłem - było bosko! I jakoś po półtorej godziny na Bubie nic mnie nie boli, a starczy wsiąść na pół godziny na Wielkiego Strasznego Zwierza i człowiek schylić się nie może...

Grzybów znaleźliśmy tyle co na farsz dla mniam, mniam, świetnych placuszków Lepszej Połowy. Widać albo za mało mżyło, albo mojego subiektywnego wrażenia że jest w miarę ciepło grzyby nie podzielały. Tylko pieczarki na rozmnożenie zostawione, rosną sobie radośnie. Zadziwiające, że tylko w jednym miejscu - grzybnię po całej pustyni i jeszcze w kilku innych miejscach, gdzie tylko koński nawóz leżał, rozsiałem..?

Nadrobiłem zaległości z projektem PR-owskim co do którego moi przyjaciele z Warszawy już wątpili czy zachowałem dość bystrości umysłu, by za ich tempem nadążyć. Teraz nadrabiam - dwutygodniowe o zgrozo! - zaległości z opieką posprzedażną nad ostatnim moim magistrantem (prawdę pisząc: bardzo, ale to bardzo już mi się nie chce do tego tematu wracać!).

Spisałem się rolnie. Normalnie to by mi ciśnienie krwi nieźle podniosło. Fiskalny cel tego przedsięwzięcia, a przy tym oczywisty kretynizm autorów formularza widoczny jest jak na dłoni. Jeśli się pyta o PESEL, to po jakiego chuja (przepraszam, ale tego się nie da inaczej wyrazić!) pytać o rok urodzenia..? Jeśli jest się tak postępowym, że się pyta czy rolnik mieszkał ze współmałżonkiem/łamane/partnerem i nawet trzeba płeć tegoż osobnym przyciskiem określić - to co za cham skończony każe też wszystkie dane tegoż współmałżonka/partnera (dobrze że nie rozmiar biustu...) podawać..? Ostatni raz pytał tu o takie rzeczy miejscowy dziedzic w roku pańskim 1806 - bo już w lipcu 1807 Najjaśniejszy Cesarz Francuzów Napoleon I wprowadzając z łaski swojej w Wielkim Księstwie Warszawskim Code Civil możliwość zadawania takich pytań przez kogokolwiek raz na zawsze wykluczył... Co za komputerowy imbecyl skonstruował ankietę tak, że można ją zakończyć nie odpowiadając na wszystkie pytania..? Bo ja na przykład nie mam pojęcia ile mam "hektarów przeliczeniowych". Ta informacja nie jest mi do niczego potrzebna. Nawet we wniosku o dopłaty nikt o to nie pyta. "Hektarami przeliczeniowymi" bawi się tylko gmina, która na tej podstawie nalicza podatek rolny. Pan Wójt przysyła mi raz do roku swoje wyliczenie, ja płacę - i zapominam o sprawie. Żeby więc podać tę informację musiałbym albo przekopać całą chatkę wzdłuż i wszerz w raczej daremnej nadziei na odnalezienie ostatniego listu miłosnego Pana Wójta (coś podejrzewam, że jak większość innych niepotrzebnych szpargałów poszedł zimą na rozpałkę...), albo dowiadywać się w gminie. A tak, po prostu - nie wypełniłem tego okienka, a formularz mimo to przepuścił mnie dalej...

Więc: normalnie to by mi wszystko nieźle ciśnienie podniosło. Ale tu akurat raz, że ogólny nastrój do podnoszenia ciśnienia nie nastrajał - a dwa, że zwyczajnie, miałem z tego polewkę. Bo ja im nieźle te wszystkie średnie statystyczne zepsuję! Co z tego, że mam bodaj ze dwa razy tyle ziemi co średnia wojewódzka, skoro mój dochód z tejże ziemi w okresie, którego spis dotyczył, to (i to akurat naprawdę, nie udowodnią że jest inaczej!) równe i okrągłe zero złotych..? Gospodarstwo o "towarowej" wielkości ale bez żadnych maszyn i konsumujące 100% swojej produkcji i niczego nie sprzedające na zewnątrz, utrzymujące się zaś w 100% z "innych źródeł" - toż to szkandał proszę Państwa, czysty szkandał..!

Nasz "dyżurny" mysz łazi mi w tej chwili nad głową. W ogóle rozpanoszyły się gryzonie jak nigdy wcześniej. Piszczą i ganiają się już nie tylko pod podłogą i na strychu, ale po całej chatce. Koćkodan, którego co najmniej dwa razy widziano latem z gryzoniem w pysku, więc nie może już udawać, że jako miejskie zwierze nie wie do czego to małe piszczące służy i jak z nim postępować - zamyka w takich razach oczy, zakrywa uszy łapami i udaje że śpi. Cwaniaczek.

poniedziałek, 27 września 2010

Wszystko podwójne

Mieliśmy pracowitą niedzielę. W dodatku wszystko jakoś wychodziło podwójnie. Napisałem dwa artykuły, z których jeden od razu Państwu zaprezentowałem. Przejechaliśmy z Lepszą Połowe każde po dwa konie - czego, co przyznaję, już dość dawno nie robiliśmy. Potem zajechali do nas mili goście - także w liczbie podwójnej, co akurat było wprawdzie planowane, ale też rzadko się zdaża, aby tak ambitne plany udawało się wcielić w czyn. Szczegóły na stronie Pani Marty, której bardzo dziękuję za ciepłe słowa - trochę na wyrost, bo prawda jest taka, że dzicz u nas i preria i nawet gości nie bardzo jest jak podejmować, że głodni wyjeżdżają, co stanowczo nie po polsku jest, ech...

Jedno ze zdjęć Pani Marty:

Noc nie mniej była ciekawa i też - w pewnym sensie - podwójna. Około północy koń Lepszej Połowy zaczął rozgłośnie rżeć. Dziurę w ogrodzeniu zlokalizowaliśmy łatwo, panienki sprowadziliśmy ze złej drogi bez najmniejszego problemu: wcale zresztą nie chciały się oddalać, poprzestając na skubaniu dzikiej trawy na przyszłym padoku dla matek (dla mnie to wyrzut sumienia jest, że to tak jeszcze leży - wolałbym to mieć zagospodarowane, ale Pani Marcie spodobało się jako tło dla przyszłej sesji zdjęciowej, na którą z góry się cieszę...). Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy w kącie, trochę z boku od Szalonych Panienek (nie napiszę, że dziewic, bo to nieprawda w co najmniej 50%...) na tejże dzikiej trawie pasł się także... nasz senior Gluś! Doprawdy, zadziwiający wyskok jak na emeryta! Czyżby uderzył mu do głowy fakt, że pan Paweł Kleszcz twierdzi, że tego konia musiał już gdzieś widzieć..?

Narazie mży i konie zostały pod wiatą. Wedle prognozy powinno wkrótce się rozpogodzić, a przynajmniej - przestać padać. Wtedy je zaprowadzę na Wielki Padok. Oczywiście, kiedy punkt 6.00, obudzony przez naszego niezawodnego w roli budzika Koćkodana wyszedłem dawać śniadanie, Szalone Panienki czekały przed wejściem na padok zimowy, gdzie stoi wiata. Chcąc dostać się do środka - jakby się kto pytał. To tak dla dopełnienia tej tytułowej podwójności.

Mży i jest - wbrew prognozie - dość ciepło! Znakiem tego, będą grzyby. Zdążę jeszcze się przejść po polu, nim będę musiał jechać do Warszawy na szkolenie ze sprzedaży ziółek... A i pieczarki nam się wczoraj kolejne pokazały! Za radą pana Wojciecha te zostawię na rozmnożenie.

niedziela, 26 września 2010

Stulecie sekretarek

Zawsze eleganckie, pachnące, uśmiechnięte, pokonujące z szybkością światła biurowe korytarze w eleganckich pantofelkach na szpilkach nie zapominając przy tym zalotnie kołysać biodrami w spódniczce nad kolana. Sekretarki. Fetysz, symbol statusu i tania siła robocza – w jednym. Aż trudno sobie wyobrazić bardziej wielofunkcyjną istotę!

 

Co swoją drogą dobrze, choć może nieco jednostronnie oddała Maryla Rodowicza w swoim znanym przeboju sprzed lat. Fetysz – bo stosunek (służbowej) podległości w połączeniu z wymogiem nienagannej prezencji nie może nie powodować u znakomitej części populacji męskiej innych skojarzeń niż seksualne. Symbol statusu – bo nie każdemu przysługuje. Można wręcz stwierdzić, że gdzie więcej i większe pożądanie budzących sekretarek, tam więcej władzy, pieniędzy i prestiżu. Nic dziwnego, że w czasach gdy władza stara się być wszechobecna, bogate korporacje zamiast dostojnych „szwajcarów“ w bogato zdobionych liberiach (spotyka się ich jeszcze w Japonii – i jest to szczególny dowód wyjątkowego konserwatyzmu tego społeczeństwa!), sadzają u swoich bram przystojne hostessy – taki pospolitszy, podlejszy gatunek sekretarki, którego obecność z góry o prestiżu i bogactwie instytucji świadczy. Tania siły robocza – bo żaden współcześnie istniejący zawód nie ma bliżej do statusu domowego niewolnika niż zawód sekretarki/asystentki. Co i kultura popularna zauważyła – że o takich filmach jak „Sekretarka“, czy „Diabeł ubiera się u Prady“ wspomnę.

 

Wiek XX, który chyba jeszcze się nie skończył (obwieszczenie, że kończy się w roku 1989 było chyba jednak trochę przedwczesne, nie tylko ze względu na kalendarz…), jest z całą pewnością „stuleciem sekretarek“! Owszem, nie zawsze były tak piękne, młode i pociągające jak obecnie. Za realnego socjalizmu były to raczej potworne cerbery biurowe, których głównym zadaniem było strzec niedostępności Szefa, a nie – dodawać mu blasku. I tak jednak ich funkcja była nie do przecenienia!

Dlaczego uważam instytucję sekretarki za tak istotną dla XX stulecia..? Ponieważ zbiegają się w niej wszystkie najistotniejsze przemiany obyczajowe i społeczne, a zarazem – wszystkie życiowe problemy, jakie z tych przemian wynikły. Kobiety po raz pierwszy trafiły do biur jeszcze przed I wojną światową – ale wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Kamieniem milowym w rozwoju tamtejszej biurokracji korporacyjnej było opatentowanie, w roku 1873, maszyny do pisania ze znaną i stosowaną do dziś klawiaturą QWERTY (nota bene: wprowadzono ją dlatego, że przy takim, a nie innym rozłożeniu liter na klawiaturze, pisało się możliwie najwolniej – a o to chodziło, żeby użytkownik, uderzając w klawisze zbyt szybko jeden po drugim, nie powodował blokowania się nazbyt jeszcze topornego mechanizmu; w maszynach „Łucznika“, a z jednej z ostatnich z nich sam kiedyś korzystałem, problem ten istniał zresztą do samego końca…). Wcześniej wszystkie dokumenty biurowe musiały być z konieczności wykaligrafowane. Sporządzenie kilku kopii było zaś prawdziwą męką. Trudność ta w naturalny sposób hamowała rozwój struktur biurokratycznych. Przy tym, ponieważ ćwiczenie kaligrafii siłą rzeczy zajmuje dużo czasu, realną szansę na stanowiska w administracji – czy to prywatnej (w krajach anglosaskich), czy państwowej (gdzie indziej), miały osoby z co najmniej gimnazjalnym wykształceniem. Przeważnie – mężczyźni. Maszyna do pisania pozwalała zatrudniać osoby po kilkutygodniowym kursie. Czyli również kobiety, które wówczas rzadko kończyły edukację na tak zaawansowanym poziomie. Ponieważ zaś w Stanach Zjednoczonych końca XIX wieku mężczyźni na ogół mieli wiele sposobności do zarobienia większych pieniędzy niż nawet sam Morgan czy Rockefeller był gotów zapłacić za przepisywanie rocznego bilansu, zaś spora część społeczeństwa ciągle jeszcze była „na dorobku“, to zwyczaj zatrudniania się – zwykle na nie dłużej niż kilka lat, bo ta przygoda z rynkiem pracy kończyła się wraz z zamążpójściem – wszedł w krew tamtejszym dziewczętom. W Europie, wobec o wiele późniejszego upowszechnienia się takich nowinek technicznych, dorabiającym do posagu pannom pozostawało uczyć dzieci – w szkole lub prywatnie, w zamożnym domu. Ewentualnie: pracować jako pokojówka, kucharka czy inna „pomoc domowa“.

Sytuacja zmieniła się wraz z I wojną światową – i nigdy już nie powróciła do stanu poprzedniego. Również dlatego, że stopień fiskalizmu przed sierpniem 1914 roku wywindowany na „niebotyczny“ i budzący wówczas zgrozę poziom od 13% (to w liberalnej Wielkiej Brytanii) do 18% (w post-bismarckowskich, obarczonych największym na świecie socjalem i ogromną armią, Niemczech), po 1918 roku także nigdy nie wrócił do owych iście błogosławionych poziomów. Coraz częściej zatem, by związać koniec z końcem, praca zarobkowa kobiet nie kończyła się na stopniach ołtarza, tylko musiała trwać i po ślubie. Nawet – o zgrozo! – po urodzeniu dzieci. I nie dotyczyło to już tylko mamek, które poprzednio jako jedyne poddane były takiemu wyzyskowi.

Obecnie mamy to co mamy. I nie wiem właściwie, jak ten stan należy oceniać? W przeszłości funkcjonowało wiele symboli statusu społecznego i bogactwa. I obecnie młoda i ładna sekretarka jest tylko jednym z nich – obok wypasionej bryki, designerskiego biura i całej kupy gadżetów. Nie sądzicie jednak Państwo, że dawne symbole statusu: miecz, szabla czy inny ostry przedmiot służący do zadawania śmierci; zamczysty zamek z wieżami górującymi nad okolicą na szczycie jakiejś ponurej skały; czy wreszcie – bojowy rumak o cienkiej skórze pod którą rysują się żyły i mięśnie, wielkim oku i jedwabistej grzywie – że te dawne symbole społecznego statusu i władzy, jakoś były bardziej… męskie..? Byłby to zatem jeden z symptomów ogólnego zniewieścienia i spacyfikowania naszej cywilizacji. Nie da się też zaprzeczyć, że rola sekretarki zarówno jako seksualnego fetyszu jak i jako taniej siły roboczej, nie do końca zgadza się z tzw. tradycyjnym pojmowaniem rodziny. Na obu końcach tego pojmowania poniekąd – bo i nie na tym ten model polega, że sobie mąż w biurze harem trzyma ani też na tym, że żona obcym mężczyznom kawę podaje, zalotnie kręcąc przy tym pupą. Nie, żebym pisał czy to jest dobrze, czy źle. Fakt tylko stwierdzam. Interpretować może go już sobie każdy sam wedle własnych upodobań i systemu wartości…

Patrząc przy tym po „zagęszczeniu“ owych symboli władzy i fetyszy, to najbardziej wpływową instytucją w Europie przynajmniej – jest naturalnie Komisja Europejska, bodaj ok. 30.000 sekretarek, asystentek i tłumaczek zatrudniająca (nie gwarantuję, że to ścisłe dane, bo z głowy i z drugiej ręki podaję, szukać tych danych nie mam czasu…). Nie zatem żadna „grupa Bilderberg“, nie żadni Iluminaci czy masoni (tam w ogóle do niedawno żadnych kobiet nie dopuszczano, a co dopiero sekretarek!), tylko całkiem jawna i otwarcie działająca Komisja Europejska. Ot, co.

Po co ja o tym wszystkim Państwu opowiadam? Bo i Państwu i mnie od czasu do czasu odrobina uśmiechu też się należy… Jutro, niestety, trzeba do pracy!

sobota, 25 września 2010

Z wizytą u sąsiadów 2

Dzisiaj odwiedziliśmy pobliskie Kozienice. Gdzie właśnie odbywała się 50, jubileuszowa wystawa i aukcja ogierów zimnokrwistych.

Najbardziej się nam spodobał Alchemik:
Marcinowi, który nam towarzyszł, też - ale oprócz tego podobał mu się też Cień którym, ze względu na sąsiedztwo, zapewne będzie krył swoje kobyły:
Kibicowaliśmy też Eskalopkowi:
Powyżej, podczas drugiej próby zaprezentowania go na trójkącie - pierwsza się nie powiodła. Druga, niestety też. Szkoda, że jako jedyny nie zakwalifikował się w rezultacie do wpisu do księgu stadnej - były gorsze od niego konie; zawinił ewidentnie brak przygotowania. Mamy - wspólnie z Marcinem - nadzieję, że właściciel będzie surowszy dla siebie, niż dla konia, który nic tu nie jest winien...

Z ponad 200 zdjęć Lepszej Połowy wybrałem jeszcze Grajcara:
i Partyzanta:
oraz Moskera:
Banera (zakwalifikowanego także do programu ochrony koni w typie sztumskim):
i Gujdara (także w typie sztumskim):
Organizatorzy zapewnili też inne atrakcje. Na przykład pokazy (trzech różnych) zaprzęgów p. prezesa Szustera:
pokazy kozienickich folblutów (w tym dzierżawionego Masive'a i znakomitej Lacrimosy), ułanów i dam, wręczanie resortowych odznaczeń zasłużonym działaczom oraz... możliwość degustacji kabanosów i kiełbasek z koniny! Bardzo smacznych, bo skwapliwie z tej możliwości skorzystaliśmy. Kabanosy są od kiełbasek niewątpliwie lepsze - konina jest bardzo sucha, w kiełbasach zabrakło tłuszczu. Zabrakło też toi-tojek (jak to w ogóle możliwe..?) i lodów - a piwo było drogie i sprzedające je panie niechętnie nalewały "z kija", bo im się pieniło. To tak w ramach wsadzania kija w szprychy i sypania piasku w oczy... A i tak nam najbardziej żal biednego Eskalopka! Komisja robiła co mogła żeby go wypromować, ale skoro nie dał się oprowadzić po trójkącie ani właścicielowi, ani dwóm różnym innym prezentującym, co było zrobić..? A wystarczyło miesiąc temu dać zarobić jakiemu żwawemu chłopakowi ze wsi, co by z ogrem pobiegał...

Ogólnie, mamy wrażenie, że obracając się głównie w towarzystwie wierzchowo - szlachetnym, dotykaliśmy do tej pory tylko wierzchołka góry lodowej polskiej hodowli koni. Dzisiaj udało się nam spenetrować jej o wiele obszerniejsze, potężniejsze i w sumie zdrowsze - wnętrze. Coś pewnie skrobnę w ten tembr dla "KT" w wolnej chwili!









piątek, 24 września 2010

Samozadowolenie

mnie ogarnia dziś wieczór. 2 tony owsa (w sumie) złożone - częściowo w improwizowanym spichlerzyku, który wybudowałem. Cała północno - zachodnia ściana chatki jest już obłożona drewnem. Zapas na dwa miesiące jak sądzę. Oczywiście, to dopiero początek, ale rok temu byliśmy o wiele dalej od takiego wyniku! Poumawialiśmy się też na weekend - nie powiem gdzie i z kim, żeby nie zapeszyć. Plan zajęć na przyszły tydzień też już znam i ku wielkiej uldze Lepszej Połowy, wygląda na to, że jednak nocuję w domu.

Jestem zbyt zmęczony, żeby pisać cokolwiek więcej. Zaraz zbieramy konie z Wielkiego Padoku, potem dajemy im kolację, a potem - idziemy spać.

czwartek, 23 września 2010

Życie nocne

naszych koni jest bogate i wyczerpujące. Do tego stopnia, że już nawet wrócić do domu nie mają sił i śpią na drodze...

Koćkodan zgłodniał ok. 4.30. Zeskoczył z gracją cegły spadającej z rusztowania z łóżka, gdzie spał u boku swego pana i rozpoczął zwykłe zabiegi, jakich koćkodany używają w celu zdobycia pożywienia. Tj. zaczął łazić po chatce głośno tupiąc (kto twierdzi, że koćkodany poruszają się bezszelestnie..?) i od czasu do czasu drapał drewniany słup, który mamy na środku chatki, ocierał się o brzęczącą przy każdym dotknięciu suszarkę na bieliznę, ewentualnie - wskakiwał z przytupem na meble. Ponieważ już wieczorem było za zimno, żeby chciało mi się wychodzić nago przed chatkę i tam karmić koćkodana, jego miska była wewnątrz. Dostał chrupki i mleko. Nim to się jednak stało, hałasy obudziły Lepszą Połowę.

Lepsza Połowa stwierdziła po chwili, że wyjdzie zobaczyć, gdzie są koniowie. Jak stwierdziła, tak i zrobiła. Wyszła i długo jej nie było. Wpadłszy wreszcie do chatki krzyknęła: wstawaj, koni nie ma, ogrodzenie przerwane!

Co było zrobić..? Wstałem z wygrzanego łóżka, w którym zdążył już umościć się ponownie cieplusi koćkodan, ubrałem się i poszliśmy koniów szukać.

Przerwanie ogrodzenia polegało na tym, że została wyrwana belka zamykająca wejście na mały padoczek, a na małym padoczku - zdemontowana cała sekcja ściany oddzielającej go od lasku. Koni nie było jednak ani w Lasku Centralnym (to już sprawdziła Lepsza Połowa), ani w pobliżu chatki. Nie mogły zresztą w bliskich rejonach błądzić, bo hałasują jeszcze bardziej niż koćkodan i raczej by nas obudziły! Lepsza Połowa najpierw pobiegła sprawdzić czy może nie poszły na Wielki Padok. Poczłapałem tam za nią bez wielkiej wiary w sukces: to by było naprawdę nieprawdopodobne, żeby  nie przechodząc obok chatki stado trafiło akurat w (otwartą co prawda w nocy) bramę wejściową, a przez ogrodzenie tylko Buba i Maleństwo potrafią przeleźć... Oczywiście, koni na Wielkim Padoku nie było.

Rzuciłem pomysł, że pewnie polazły na pole wyki, które rozciąga się kilkaset metrów za sosnowym zagajnikiem sąsiadującym od północnego wschodu z naszymi padokami. Już kilka razy zwiewały na to pole, a miały tam najkrótszą drogę, skoro wylazły przez Lasek - i jest to na tyle daleko od chatki, a przy tym po tak miękkiej ziemi (bo za Laskiem rozciąga się zaorane, a nie obsiane jeszcze trawą pole, przygotowane pod padok dla matek ze źrebiętami...), że nie słychać jak tupią.

Lepsza Połowa zgodziła się z tym wnioskiem, ale zasugerowała, żeby sprawdzić jeszcze na Pierwszym Padoku. Dzień wcześniej tam je znalazła. Co prawda, znalazła je tam nie dlatego, że uciekły, a dlatego, że sam je tam wieczorem wpuściłem - bo Buba i Maleństwo przelazły tam przez ogrodzenie, a koń Lepszej Połowy, który tego nie umie, rżał rozgłośnie i nie dawał zasnąć. Ale mniejsza z tym. Do pola wyki można dojść tak czy inaczej, więc poszliśmy przez Pierwszy Padok (na którym zresztą do tej pory leży skoszona i roztrzęsiona przez Radka, druha mego serdecznego, trawa - i to jest powód, dla którego Lepsza Połowa wypuszczaniu tam koni się sprzeciwia: co do mnie, to nie sądzę, aby to, co leży mogło koniowatych w jakimkolwiek stopniu interesować - a nowa trawa odbija całkiem przyzwoicie mimo nocnych chłodów...).

Nie uszliśmy i stu metrów, kiedy sylwetki naszych koni ukazały się nam na tle nieba. Oczywiście: po niewłaściwej stronie płotu. Znaczy się: biegały gdzieś w nocy, a potem postanowiły wrócić do domu. Doszły jednak tylko do narożnika ogrodzenia Pierwszego Padoku tam, gdzie biegnąca wzdłuż niego dróżka narolna łączy się z naszą piaszczystą drogą. Dalej pójść nie miały sił.

Zabraliśmy je od razu na Wielki Padok. Do tej pory śpią tam wymęczone:
Kwestię śniadania uważam na dzisiaj za zamkniętą.

Lepsza Połowa twierdzi, że jeśli naprawdę chcę, aby nam tu ktokolwiek wstawił konia w pensjonat, to takich historyjek opowiadać nie powininenem.

Cóż: i tak już robi się za późno - drugi dzień z rzędu mieliśmy nad ranem przymrozek. Żaden koń który nie nocował na zewnątrz nie zdąży się już do tych warunkach przystosować zanim zrobi się naprawdę zimno. Tak więc ogłoszenie obok jest już średnio aktualne. I tak zresztą, nie bardzo wierzyłem w jakikolwiek odzew: ludzie może nawet i wiedzą, bo przeczytali w książce, że stajnia raczej szkodzi koniom niż pomaga, ale ta wiedza nie ma nic wspólnego z ich (znaczy ludzi) zachowaniem. To dokładnie tak samo jak z niemowlętami. Od 70 lat wbija się młodym matkom do głów, że nie powinny niemowląt przegrzewać. I co..? I dalej 99% niemowlaków opatulonych jest w sześć warstw odzieży. To jest paleolityczny atawizm. Człowiek lubi, kiedy jest mu ciepło (tak samo jak koćkodany - i stąd nasza z tym gatunkiem przyjaźń...) i nie jest w stanie pojąć, że ta miłość nie jest przez wszystkie inne ssaki podzielana....

A tak w ogóle, to kiedy tylko Lepsza Połowa oznajmiła, że WSZYSTKIE konie nawiały, natychmiast się uspokoiłem. Kto jak kto, ale Dalia wlkp wie, jak prowadzić stado - no i za Boga Ojca torów kolejowych nie przejdzie! Do wsi też nie wejdą, ani kanałku odwadniającego nie przekroczą. To gdzie niby one mogłyby nawiać..? Co innego, gdyby zwiały tylko achałtekinki. Te, to i do centrum Warszawy by do tej pory zdążyły dotrzeć - i nic by ich nie zatrzymało.

środa, 22 września 2010

Demotywacja

Tak się sam zasugerowałem tą moją niezdolnością do sprzedaży używanego samochodu, że wpadłem w prawdziwą depresję. Aż się zrobiłem przykry dla Lepszej Połowy - na wyrost i przedwcześnie, bo nie ulega wątpliwości, że to nas też czeka: raz, że nie będzie mnie w domu, a tu jednak jest co robić no i bardzo, ale to bardzo będzie nieprzyjemnie samemu na takim odludziu, a dwa, że nie mogę obiecać, że stresów z całego tygodnia do domu nie przywiozę... No i demotywacja taka mnie dopadła, że ani ręką, ani nogą ruszyć przez pewien czas nie mogłem.

Jakoś, z pomocą nieocenionej w takich razach Lepszej Połowy oraz naszych zwierzaków i zwykłej, codziennej, fizycznej pracy, już się pozbierałem. Nawet udało mi się całkiem samodzielnie naprawić naszą nową pompę do wylewania wody z hydroforni: to g...o oczywiście na dzień dobry się zatkało. Na szczęście pamiętałem, że Radek, druh mój serdeczny, chwalił się, że kupił nowy zestaw kluczy. Samego nie zastałem, ale miał też taki - dość nietypowy - który rozkręcić i wyczyścić pompę pozwolił. Teraz działa o wiele lepiej. Porżnąłem też trochę drewna. Niewiele, bo od dawna już spracowana zębatka napędzającą łańcuch poddała się dzisiaj ostatecznie. Za to - zdążyłem ją wymienić w Warce.

Ziółka też będę sprzedawał. A co! Możecie do mnie mówić od tej pory "Słońce Peru":
Tylko jeden warunek: żadnych więcej opowieści, ile to można zarobić i jakie to wspaniałe perspektywy życiowe przede mną roztacza ta chałtura! Niestety, ale na mnie takie "treningi motywacyjne" działają dokładnie odwrotnie. Spaczony jakiś jestem, czy co..?

wtorek, 21 września 2010

Bezentuzjazm

Spotkanie dzisiaj o 11.00 w Warszawie oczywiście było w sprawie pracy. Oczywiście tę pracę dostałem. Bo to oczywiście akwizycja jest - mam sprzedawać jakieś peruwiańskie ziółka. Hmm... Nie powiem: lubię sobie pogadać. A ta sprzedaż ma polegać na prowadzeniu jakichś pogadanek dla prostego ludu o ziółkach (jak widać, pogadanki bardzo są pogłębione, skoro nikt mnie nawet nie pytał, czy jestem zielarzem...). Tremy przed wystąpieniami publicznymi też nie mam. Tyle tylko, że... ja nie jestem sympatyczny. Nikt ode mnie nie tylko używanego samochodu, ale i najlepszych nawet ziółek nie kupi. Co natychmiast stwierdziła Lepsza Połowa i co sam wiem bardzo dobrze.

Nie sposób było jednak się wykręcić. Tę robotę załatwił mi znajomy. Poza tym, w naszej sytuacji nic już nie może zaszkodzić: trzeba spróbować. Obiecuję trenować uśmiech przez cały następny tydzień, kiedy to mam przechodzić szkolenie!

Szef i jego pracownicy są oczywiście nad wyraz optymistyczni w kwestii zarobków możliwych do uzyskania dzięki prowizji. Będę zadowolony, jeśli mi się choć koszty zwrócą - w sensie: paliwo, noclegi (bo to wyjeżdżać trzeba będzie na całe tygodnie: mam nadzieję, że jednak nie zawsze - nasza Boska Wola jest prawie w samym środku samego środka Polski i zewsząd tu blisko...) i żarcie. Zobaczymy jak to pójdzie. Na razie w każdym razie entuzjazmu przejawić do tego pomysłu nie umiem.

No, chyba że te peruwiańskie ziółka to koka jest: taki towar nawet ja bym umiał sprzedać! Dam znać. Jak by co - rozumiem, że mogę na Państwa liczyć..? Bieluni dziędzierzawej Państwo nie chcieliście, ale kokę..? Nota bene, nasionek tego czarciego ziela mam od groma i ciut ciut: jakby naszych zabrakło, to znalazłem miejsce, gdzie przy drodze rośnie!

poniedziałek, 20 września 2010

Rozluźnienie

Rozluźniam się. Kotem (polecam, chyba że ktoś alergik...). Podłym łyskaczem (nie polecam; polecam dobrego łyskacza: ale... na wszystko przyjdzie czas!). Lepszej Połowy makaronem w sosie serowym (polecam bardzo...). No i przeglądaniem netu, ze szczególnym uwzględnieniem znajomych blogów. Co idzie mi dość wolno, bo nowy limit przesyłu danych w Erze - dopiero od jutra...

Dlaczego się rozluźniam..? Z dwóch powodów. Po pierwsze: owsik przywieziony. Jeszcze 1,5 tony jest do wzięcia, ale najpierw muszę zorganizować, gdzie to złożyć. Pewnie pojadę po to za tydzień. Inne obowiązki codzienne też wykonane: nawóz wywieziony, woda z hydroforni wypompowana, porcja karłowatych sosenek porżnięta i porąbana, schnie już na północnej ścianie naszej chatki.

Po drugie: rozluźniam się, bo mam tremę przed jutrzejszym spotkaniem o 11.00 w Warszawie. Z kim i w jakiej sprawie..? A, tego nie będę na razie zdradzał. Ilekroć się czymś chwaliłem przedwcześnie, g..o z tego wynikało, a tym razem bardzo mi zależy... Trzymajcie więc, proszę za mnie jutro kciuki!

niedziela, 19 września 2010

Z wizytą u sąsiadów 1

Zapobiegawczo daję od razu numer do tytułu, bo mam nadzieję że i do Sielanki i do innych naszych końskich sąsiadów, będziemy co jakiś czas zaglądać. Dzisiaj, podobnie jak wczoraj, byliśmy na "Zaprzęgowym Pożegnaniu Lata". Album ze zdjęciami autorstwa Lepszej Połowy jest do obejrzenia tutaj. Tylko z dzisiaj, bo jakoś wczoraj nie wyszło. Lepszej Połowie najbardziej podobały się kucyki p. Bukowskiego, drugie w ogólnej klasyfikacji zaprzęgów dwukonnych wśród amatorów. Wśród nie-amatorów kibicowaliśmy p. Bartkowi Kwiatkowi, którego mieliśmy okazję poznać w jego rodzimym Książu na jednym z moich szkolnych zjazdów.
Rzeczone kucyki

Konie amatorów były różne: duże i całkiem małe...

Co najlepiej było widać podczas dekoracji!

Ech, może by tak zaprząc Bubę..? Niee... Na pewno zaraz się uszkodzi. Pauzujemy z jazdami na niej prawie od początku wakacji. Najpierw przy okazji jakiejś ucieczki - wycieczki nacięła sobie (chyba sizalem..?) nadpęcie na lewej zadniej i kulała, a dwa tygodnie temu przy okazji kolejnej samowolki wpadła do rowu i naciągnęła staw stępu w prawej zadniej. Już nie kuleje, ale aż się boję dotknąć, bo zaraz coś nowego wyjdzie. Takie życie...

Za to jestem już umówiony na jutro w sprawie owsa! Nawet niedaleko i tylko za 48 zł/metr. A miejscowi chcieli 60, he, he, he!

W życiu jak i na wojnie,

warto wiedzieć, czego się chce. Nie twierdzę, że zawsze: błogie rozluźnienie każdemu się od czasu do czasu należy. Jeśli jednak zamierza się wielkie rzeczy (a wielkie rzeczy zamierza się zwykle sięgając po broń…), to już nie pora na relaks. Mam jednak wrażenie że częściej niż raz czy dwa wodzowie wielcy i niewielcy, a nawet i całe narody – kulturalne niekiedy aż do przesady, jak Niemcy – o tym, by nim zaczną machać szabelką pomyślały po co to robią, jakoś zapominały…

Po co właściwie Niemcy wszczęły I wojnę światową..?

Wróć! To oczywiście nie jest takie proste. Wersja „Niemcy wszczęły I wojną światową“ to wersja zwycięzców. Nawet zapisana w traktacie wersalskim. Rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona. Za zamachem na arcyksięcia Ferdynanda stała serbska organizacja „Czarna Ręka“, gałąź serbskiego wywiadu, kierowanego przez pułkownika Apisa (jego burzliwy życiorys na cały serial sensacyjny dostarczyłyby materiału; w łóżku w każdym razie nie umarł…), który był na „krótkiej smyczy“ prowadzony przez wywiad rosyjski. To dość, by zakładać, że w Petersburgu przynajmniej wiedziano, co się dzieje i wyrażono na to zgodę (nadmierna w tej mierze wiedza serbskiego pułkownika zapewne była powodem jego przedwczesnej śmierci...). Jednak, to Helmut von Moltke (młodszy), szef niemieckiego sztabu generalnego naciskał na Austriaków i nakłonił ich do wystosowania prowokacyjnego ultimatum wobec Serbii. Kiedy zaś termin tego ultimatum minął i w konsekwencji zarówno Austro – Węgry jak i Niemcy znalazły się w stanie wojny nie tylko z Serbią, ale i z Rosją, pociągi z niemieckimi rezerwistami wcale nie pojechały nad Prosnę i Niemen, tylko nad Ren. Pomysłu, aby skoro jest stan wojny z Rosją, toczyć wojnę z Rosją, nawet nie rozważano: jedyne plany mobilizacyjne jakie leżały w niemieckich sejfach, zakładały marsz na Paryż. Przez Brukselę, co z kolei nieuchronnie skazywało II Rzeszę także na wojnę z Wielką Brytanią, od czterech stuleci obsesyjnie strzegącą ujścia Skaldy przed dominującym mocarstwem lądowym kontynentu.
Pułkownik Dragutin Dimitrjewić "Apis" - przywódca "Czarnej Ręki" i organizator zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Został rozstrzelany 27 czerwca 1917 roku w Salonikach, zapewne dlatego, że wiedział zbyt wiele o rosyjskim udziale w wywołaniu "Wielkiej Wojny".
Swoją drogą: o ile niemieckie dążenie do wojny daje się jakoś post factum racjonalizować, to po co ta wojna była Rosjanom - nawet nie próbuję pojąć!


Generał pułkownik Alfred hrabia von Schlieffen: jego wpływ na sposób myślenia niemieckich sztabowców przesądził, że będąc w stanie wojny z Rosją, a wcale jeszcze nie mając stanu wojny z Francją, Niemcy i tak koncentrowały 91% swoich sił nad Renem - i musiały przejść przez Luksemburg i Belgię, z konieczności wywołując wojnę z Wielką Brytanią

Generał pułkownik Helmut von Moltke, niemiecki szef sztabu generalnego. Naciskał na swojego austriackiego odpowiednika aby "nie zmarnować szansy" upokorzenia Serbii i zapewniał o stalowym poparciu Niemiec dla sojusznika. Ponieważ przegrał nad Marną i umarł w 1916 roku jego podwładni z rozkoszą obarczali go winą nie tylko za wywołanie wojny, ale i za klęskę Niemiec: głównie dlatego, że dokonał zmian w "doskonałym" planie swojego poprzednika i mentora, Schlieffena!

Zapobiec wojnie mogli więc: Rosjanie – gdyby powstrzymali pułkownika Apisa i jego siepaczy; Niemcy – gdyby nie naciskali na Austriaków i Austriacy – gdyby dali sobie spokój z poszukiwaniem „małej, zwycięskiej wojenki“; przykład Mikołaja II i jego dalekowschodnich awantur sprzed lat 10 powinien ich był czegoś nauczyć… Wojna mogłaby też być krótsza i być może nawet zwycięska dla Niemiec, gdyby nie maszerowali na Paryż. Układy francusko – brytyjski i brytyjsko – rosyjski nie zobowiązywały Wielkiej Brytanii do udziału w wojnie automatycznie, gdy tylko któryś z pozostałych partnerów znajdzie się w stanie wojny. Była to suwerenna decyzja brytyjskiego rządu. Wielce ułatwiona przez fakt pogwałcenia neutralności Belgii. Gdyby więc Niemcy od razu zaatakowali Rosjan i nie maszerowali przez Belgię, rządowi Henryka Asquita dość trudno byłoby wytłumaczyć brytyjskim wyborcom, dlaczego niby chce wysyłać jakiś korpus ekspedycyjny na kontynent i to akurat po stronie odwiecznych rywali, Francuzów – podczas gdy Niemcy to taki kulturalny i tak bliski Brytyjczykom naród..?

Dlaczego więc Niemcy nie powstrzymali wojny, choć mogli to zrobić i dlaczego zaatakowali Francję, choć robić tego wcale nie musieli? Po wojnie aktorzy tamtych wydarzeń tłumaczyli to… rosyjskim planem modernizacji armii i reformami premiera Stołypina, na skutek których Imperium Rosyjskie zaczęło się od 1912 roku rozwijać w iście amerykańskim tempie. Rzekomo, z precyzyjnych wyliczeń niemieckiego sztabu generalnego (który, jak powszechnie wiadomo, jest instytucją nieomylną: nie mógł zatem skazać państwa i narodu na przegraną wojnę… bez powodu?) wynikało, że po 1920 roku pokonanie Rosji nie będzie już możliwe. Należało to zatem zrobić teraz – albo nigdy.

OK. Tylko po jaką cholerę, w takim razie, leźli ci Niemcy na Paryż, skoro poszli na wojnę z obawy przed Rosjanami..? Jest to rozumowanie tak pokrętne, że aż prawdopodobne. Sensu w tym jednak nie ma za grosz. Moim zdaniem ani Wilhelm II, ani Helmut von Moltke, ani tym bardziej nikt z mniej ważnych figur w ich otoczeniu, zwyczajnie nie zadał sobie trudu aby pomyśleć, po co ta wojnę.

O tym zaś, że pociągi z rezerwistami mają jechać nad Ren, przesądził duch (bo nie plan: tego, w sensie jakiegoś konkretnego dokumentu innego niż wspomniane już plany mobilizacyjne, które przecież nie precyzowały, co się będzie działo po zakończeniu koncentracji wojsk – nigdy nie udało się odnaleźć…) Schlieffena. Od 30 lat powtarzający podkomendnym, że najpierw trzeba rozbić Francję, bo ta mobilizuje się szybciej niż Rosja. Jeśli uda się to zrobić w 6 tygodni, starczy czasu na przerzut sił głównych nad Prosnę i Niemen i rozprawę z rosyjskim niedźwiedziem.
Plan Schlieffena i francuski "Plan XVII" - swoją drogą, jeszcze głupszy od niemieckiego, ale nie tak błyskotliwy; tylko dzięki temu Francuzom udało się w czas wycofać!

Fakt: rozumowanie piękne. Podobnie jak sama idea okrążenia armii francuskiej. Oraz matematyczna precyzja wyliczeń proporcji sił, miejsc koncentracji, etapów przemarszu. Po prostu poezja! Poezja, bo ów rzekomy „plan“ w takiej wersji, w jakiej jego zażarci obrońcy próbują go rekonstruować najwidoczniej zakładał (około roku 1900…) użycie korpusów, które nie istniały jeszcze nawet w roku 1914… Był to zatem bardziej produkt poetyckiego natchnienia, niż jakiejkolwiek trzeźwej kalkulacji.

Zakładał przy tym, że Niemcy przejdą ponad 1000 km na piechotę szybciej niż Francuzi trzecią część tego dystansu przejadą koleją. Prawdziwie podziwiać trzeba również i naszych pradziadków, jeśli któryś z nich maszerował z von Kluckiem (akurat u von Klucka nie mogło ich być wielu: korpusy poznańskie i śląskie walczyły w Ardenach, pod pruskim następcą tronu – a potem pod Verdun…), bo ten szalony pomysł prawie się udał! Nad Marnę Niemcy idąc piechotą przez Brukselę doszli w tym samym czasie, co Francuzi przerzuceni tam pociągami z Belfort i taksówkami z Paryża. Zapewne Niemcy mogli nawet tę bitwę wygrać – gdyby się Moltke młodszy nie pogubił kompletnie w dowodzeniu (na co złożył się: wylew, który przeszedł na samym początku wojny – i kompletny niemal brak łączności między jego kwaterą główną w Koblencji a armiami w polu, 400 km w linii prostej dalej na zachód…). Co zresztą nic by nie zmieniło. Bo trudno sobie wyobrazić, żeby potem zdołali jeszcze ścigać przeciwnika. A musieliby go ścigać aż po Pireneje i Lazurowe Wybrzeże. Trudno też sobie wyobrazić, żeby Francuzi w 1914 roku „odpuścili“ tak, jak „odpuścili“ sobie w roku 1940. Gdyby więc przegrali nad Marną i nawet utracili Paryż, zapewne biliby się dalej – co najwyżej straty po obu stronach byłyby jeszcze potworniejsze.
Generał Eryk von Falkenhayn jako pruski minister wojny

Drugi niemiecki pomysł na zwycięstwo nad Francją, czyli bitwa pod Verdun, doczekał się takiej samej niemal mitologii jak plan Schliffena. Przede wszystkim brak jest dowodów na to, aby istotnie następca Moltkego, generał Eryk von Falkenhayn z góry planował owo sławetne Ausblutung. Tzw. „memoriał bożonarodzeniowy“ w tej sprawie, jest prawie na pewno powojennym fałszerstwem. Z notatek spisywanych na gorąco przez oficerów z którymi się kontaktował wynika, że atak na obóz warowny Verdun miał być tylko wstępem do całej serii ciosów, które w zamyśle szefa sztabu, miały przywrócić Niemcom inicjatywę na froncie zachodnim. Verdun zostało wybrane, ponieważ Francuzi musieli go bronić (zarówno ze względów strategicznych: o obóz warowny opierał się cały „narożnik“ ich frontu, który bez tej podpory, musiałby się znacznie cofnąć; jak i z przyczyn prestiżowych). Istniała zatem szansa, że uda się w twierdzy okrążyć i zniszczyć francuskie odwody, co znakomicie ułatwiłoby dalsze działania ofensywne. Przy tym atak na twierdzę był dość łatwy. Po niemieckiej stronie frontu do rejonów koncentracji wojsk prowadziły trzy linie kolejowe (już kilka miesięcy po opanowaniu Belgii, Luksemburga i części Francji, udało się Niemcom uruchomić tamtejsze koleje i nie musieli więcej maszerować tak daleko na piechotę…). Po stronie francuskiej: jedna „normalna“ linia kolejowa pod stałem obstrzałem niemieckiej artylerii, wąskotorówka używana głównie do dowozu żywności oraz tzw. „Święta Droga“ na której od 3 do 8 tysięcy ciężarówek zapewniało codzienny dowóz pozostałego materiału i ludzi. Był to pierwszy w dziejach taki przykład wykorzystania transportu drogowego. Czego oczywiście Niemcy nie mogli przewidzieć.
Plan bitwy pod Verdun, wg. Wikipedii. Całość działań toczyła się na obszarze o wymiarach ok. 15 na ok. 10 km na północnym odcinku frontu

Ich własna koncentracja mimo tych trzech linii kolejowych i mimo zaangażowania 15 tysięcy rosyjskich jeńców do budowy dróg na zapleczu frontu, wlokła się na tyle długo, że Francuzi zdążyli się zorientować co się dzieje. Zmienna pogoda w lutym 1916 roku opóźniła niemiecki atak o kolejne kilka dni, dając Francuzom czas na sprowadzenie rezerw. Mimo to w ciągu pierwszego tygodnia działań, 5 Armii pruskiego następcy tronu, księcia Wilhelma udało się praktycznie zniszczyć francuski 30. korpus i przesunąć linię frontu o 10 km, zajmując bez walki jeden z fortów twierdzy (bo się Francuzi pogubili i zapomnieli go obsadzić!). Poniosła jednak tak wielkie straty, a jej żołnierze byli tak zmęczeni, że dalsza ofensywa nie była już możliwa. Von Falkenhayn nie zgromadził na zapleczu 5 Armii rezerw, które rzucone do walki w tym momencie mogłyby przesądzić o zwycięstwie. Ich ściąganie z dalszych odcinków frontu zajęło zaś, wbrew nadziejom niemieckich sztabowców, dokładnie tyle samo czasu Niemcom co Francuzom. Obie strony krwawiły potem w coraz to bardziej bezsensownych atakach. Straty francuskie były nieco wyższe od niemieckich. Ale tylko „nieco“. Owszem, gdyby Niemcy walczyli jedynie z Francją, kontynuacja takiej rzezi dałaby im po odpowiednio długim czasie upragniony sukces: Niemcy były ludniejsze i miały prawie dwa razy więcej rezerwistów niż Francja (wg stanu na rok 1914: 8,4 mln do 5 mln – obie strony w „pierwszym rzucie“ wykorzystały po ok. 20% tego potencjału, dla większej liczby żołnierzy brakowałoby im już nie tylko karabinów, ale i butów…). Nawet więc, gdyby obie strony ponosiły straty w równej liczbie, Francuzów zdolnych do walki zabrakłoby szybciej niż Niemców. Tak jednak nigdy nie było. Od samego początku po francuskiej stronie frontu walczyły oddziały kolonialne. Co już – z ogromnym naddatkiem – równoważyło demograficzną przewagę Niemiec. Potem przerzucono tam Belgów, Anglików i oddziały z brytyjskich dominiów. Na samym końcu, już w 1917 roku, ten odcinek frontu przejęli Amerykanie. Niemcy nie mogli „wykrwawić“ całej reszty sprzymierzonego przeciw nim świata!

Wątpliwe zresztą, aby kiedykolwiek naprawdę mieli taki zamiar. Atakowali uporczywie, bo był to sposób na „zachownie inicjatywy“ – zaś „zachowanie inicjatywy“ jest wartością samą w sobie dla wojskowych umysłów. Że urosła z tego niespotykana wcześniej w dziejach góra trupów, zwłaszcza generałowie bezpośrednio dowodzący na polu bitwy mieli dobry interes w tym, żeby zwalić odpowiedzialność na swojego wodza i bezpiecznie ukryty na tyłach sztab. Stąd te powojenne fałszerstwa i mit „bitwy na wykrwawienie“.

Bezmyślność rodzi bezmyślność, z błędu wyrasta błąd. Niemcy nie mogły wygrać wojny, skoro nie wiedziały nawet – o co tak naprawdę walczą. Po prostu, skoro nie ma dobrze zdefiniowanego celu działania, nie sposób dobrać właściwych dla osiągnięcia tego celu środków. W tym przypadku zaś, środki (takie jak „plan“ Schliffena, czy złoty cielec „zachowania inicjatywy“ pod Verdun), kompletnie przesłoniły cele. Do tego stopnia, że nikt o nie nawet nie pytał.

sobota, 18 września 2010

Verdun 1916

Zajrzeliśmy wczoraj w Radomiu do księgarni. Wspierając się nawzajem duchowo, zdołaliśmy stamtąd umknąć już po 15 minutach. Nie bez strat jednak:

tak więc toczę w tej chwili, za przewodem generalissimusa Jarosława Centeka, bitwę pod Verdun. Na razie mamy 4 marca i francuskie kontrataki na wieś Douaumont załamały się, ze stratą 2000 jeńców. Dam Państwu znać, jak już się bitwa skończy, co pewnie nastąpi wkrótce - i wtedy wrócimy do normalnego blogowania.

Co najmniej jeden z moich pradziadków (o ile wiem, z bardzo niejasnych opowieści już nieżyjącego dziadka, więc rzecz jest nie do sprawdzenia), walczył pod Verdun. Pewnie, że nie w szeregach armii francuskiej - jak by się kto pytał :-)

W przerwach od lektury robimy wiele rzeczy. Głównie próbuję nabyć owies dla koniowatych.

piątek, 17 września 2010

Lord is back..!

Lord Perkins powrócił:
co całkowicie i wystarczająco tłumaczy, dlaczego dzisiaj - ponownie - wpisu nie będzie. Jestem zbyt zmęczony. Lepsza Połowa, przeziębiona po tych wczorajszych przelotnych deszczach, po raz kolejny nie pojechała do Warszawy. Zamiast tego pojechaliśmy do Radomia. Było to dość trudne. Również biorąc pod uwagę fakt, że w przyszłym tygodniu i ja będę musiał do stolycy zawitać - i to samochodem. A od prowadzenia w dużym ruchu zwyczajnie odwykłem...

Potem rozwiozłem Radkowe żyto, realizujące zawarte w środę transakcje "futures". Wróciłem jakąś godzinę temu. Wypompowałem wodę z hydroforni, zjadłem kolację, sprowadziliśmy z Lepszą Połową konie z Wielkiego Padoku - lunęła nie zapowiadana w żadnej ze znanych mi prognoz pogody ulewa - dałem koniom owsa i wyłożyłem kostkę siana pod wiatą. Na dzisiaj: dość!

Czy jestem alkoholikiem..? Tak a propos Lorda..? Hmmm! Alkoholikiem, moi drodzy, to ja dopiero będę! Niech no tylko nasze drzewka zaczną rodzić owoce...

czwartek, 16 września 2010

O człowieku – inaczej

Ogradzaliśmy z Lepszą Połową jeden z boków naszego „Dzikiego Zachodu“. Po to, żeby konie mogły się paść na kwaterze, do tej pory wydzielonej z Wielkiego Padoku, na jego zachodnim krańcu, między „Dzikim Zachodem“ właśnie, a szczytem wzgórza i tylnym krańcem pastwiska. Jest tam piękna trawa. Chciałem ją podarować Radkowi, druhowi memu serdecznemu – że jednak długo po nią nie przyjeżdża, a konie regularnie na tę kwaterę uciekały, dewastując po drodze prowizoryczne ogrodzenie z plastikowych palików, tośmy je tam wpuścili.

Nim to się stało, złapał nas przelotny deszcz. Schowaliśmy się w kępie brzózek i sosenek. Znajdując kilka prawdziwków, koźlaków i podgrzybków przy okazji. Deszcz rychło ustał, a przed nami ukazał się prawdziwie rajski widoczek: nasze konie pasły się na jaskrawo zielonej, szmaragdowej wręcz murawie pod pełnym łukiem tęczy. Aż szkoda, że wychodząc do roboty nie zabieramy ze sobą aparatu… Lepsza Połowa stwierdziła: no ładnie tu. Się robi, się ma. Piękne widoki również…

Jeśli porównać obecny stan naszej ziemi z jej stanem sprzed dwóch i pół roku, kiedyśmy ją kupowali – różnica bije w oczy. Wówczas był to smutny nieużytek pełen śmieci, zdegradowany i zubożony, o zniszczonej glebie i wątłej, mało zróżnicowanej szacie roślinnej. Fakt: to ludzie doprowadzili tę ziemię do tego stanu. Żeby jednak same siły natury przywróciły tu wykarczowaną 500 lat temu pierwotną puszczę, trzeba by może nie 500, ale na pewno więcej niż 100 lat czekać. Myśmy naturze walnie pomogli – a lasostep, który tu powstał, wydaje mi się środowiskiem o wiele bogatszym od wyjściowego nieużytku. Co widać chociażby po obfitości trawy, grzybów i wielkiej liczbie dzikich zwierząt, które się wraz z naszymi końmi z tego stołu karmią: od tłumów wszelakiego ptactwa (w naszym Lasku Centralnym zamieszkała wiosną rodzina gołębi grzywaczy; w marcu była ich parka, teraz jest już sześć sztuk jednakowej wielkości; a to tylko jeden z bardzo wielu przykładów), przez nieprzeliczone legiony gryzoni, dzięki którym przychodzą do nas koty aż ze wsi, a i dla naszego liska oraz pary kruków gnieżdżących się na jednym ze słupów wysokiego napięcia łupu nie braknie, aż do sarny, która odchowuje na Wielkim Padoku swoje młode i odyńca, który odwiedza nas od czasu do czasu.

Tak było:



Zadziałaliśmy:


I teraz jest tak:


Jestem przekonany, że podobne skutki działalność człowieka przynosi w wielu innych miejscach. Niedawno m.in. przeczytałem na jednym z moich ulubionych forów o przedkolumbijskich społecznościach Amazonii. Puszcza Amazońska uchodzi za środowisko skrajnie nieprzyjazne dla człowieka. Praktycznie nie ma tam gleby. Bujność dżungli jest pozorna: użytecznej dla człowieka biomasy da się z niej uzyskać mniej niż z syberyjskiej tajgi. Wszystkie substancje odżywcze, które mogłyby przydać się roślinom posadzonym przez człowieka są albo natychmiast wypłukiwane przez codziennie padające deszcze, albo pochłaniane przez pleniące się wszędzie chwasty. Współcześnie Amazonia jest terenem o gęstości zaludnienia niewiele tylko większym od Sahary – i wierzyć się nie chce, że kiedyś mogło być inaczej. Tymczasem wygląda na to, że nim miejscowych Indian zdziesiątkowały zarazy, radzili sobie dość dobrze. Tworząc glebę tam gdzie jej nie było: po „amazońskich czarnoziemach“ z wyrzucanych świadomie lub nieświadomie odpadków, jakie się wokół wiosek tworzyły, odnajdują obecnie archeolodzy ich dawne lokalizacje.

Innym budującym przykładem korzystnej dla natury działalności człowieka jest system qanat, bez którego wiele pustynnych dolin na ogromnym obszarze od atlantyckich wybrzeży Mauretanii po Afganistan, byłoby tylko martwym gruzowiskiem kamieni i piasku. Tymczasem ludzie potrafią gromadzić wodę i przesyłać ją tam, gdzie jest potrzebna, rozszerzając granice upraw, a więc i – życia – poza możliwości samej natury.

Szukając dalej takich pozytywnych przykładów nie sposób nie wspomnieć Niziny Chińskiej. Pradawne mity chińskie opowiadają o trzech cesarzach – mędrcach i dobroczyńcach, którzy u pradziejów chińskiej cywilizacji ukształtowali jej najbardziej fundamentalne podstawy. Dwaj pierwsi, Yao i Shun, położyli tę fundamentalną zasługę, że kopiąc kanały, który pomogły wodzie zalewającej nieustannie Nizinę Chińską spłynąć szybciej do morza, ocalili ludzi przed plagą nieustannych powodzi. Jest to oczywiście tylko mit, w dodatku ze specyficznie chińskim morałem: „naturą wody jest płynąć w dół, zamiast więc budować tamy, lepiej wykopać jej kanały…“ Nie bez przyczyny jednak mit ten powtarzano. Gdyby nie mozolna praca milionów chińskich chłopów przez ostatnie pięć tysięcy lat, w środkowym i dolnym biegu obu wielkich chińskich rzek, Huanghe i Yangzi, rozciągałyby się bezkresne trzęsawiska. Wspaniała siedziba dla hipopotamów, nosorożców i wielu innych bestii. Nie jestem pewien, czy tzw. „ekolodzy“ uznaliby więc obecny wygląd Niziny Chińskiej, utrzymującej ponad miliard ludzi, ale za to bardzo niewiele hipopotamów i nosorożców (prawdę pisząc, żadnego poza ogrodami zoologicznymi…) za „lepszy“ od jej pierwotnego kształtu. Jeśli jednak pomyśleć, że bez tej przemiany, nie mielibyśmy także Konfucjusza ani Lao Zi, to chyba jednak wolę tych dżentelmenów niż hipopotamy…




Przechodząc do konkluzji: nie jest prawdą, że człowiek jedynie niszczy przyrodę. To zresztą ideologiczna bzdura bez związku z rzeczywistością. Człowiek wszak sam jest częścią przyrody – a to, że potrafi przekształcać swoje środowisko życia na o wiele większą skalę niż robią to inne organizmy..? Wróć! Wcale nie jest takie pewne, czy to właśnie człowiek jest gatunkiem na największą skalę przekształcającym środowisko naszej planety. Co myślicie Państwo o morskich glonach, bez których nie mielibyśmy tlenu do oddychania..? Czyż nie jest to o wiele ważniejsze od jakichś tam autostrad czy nawet bardzo dużych plam ropy..? Przy tym człowiek przekształcając środowisko zgodnie ze swoimi potrzebami, czy tego chce czy nie, „pomaga“ też setkom i tysiącom innych gatunków, które na tej zmianie korzystają. I dzięki temu od czasu do czasu można się także cieszyć pięknym widokiem.

środa, 15 września 2010

Sukcesy i tragedie

Byliśmy na targu. Sprzedaliśmy żyta nawet więcej niżeśmy mieli na przeczypie. Pod nieobecność Radka, druha mego serdecznego, zawarłem bowiem dwie transakcje typu "futures", obiecując dostarczyć w piątek kolejne 1,5 tony po uzgodnionej cenie. Teraz tylko Radek musi te 1,5 tony gdzieś kupić. Oczywiście: po niższej cenie niż uzgodniona cena dostawy... Ale twierdzi, że to nie problem, bo ma gdzie! Częściowo naprawiłem kwalifikującą się do remontu generalnego przyczepę. Wysłałem moim niecierpliwym przyjaciołom ze stolycy pierwszą przymiarkę do materiału, którego oczekują. Pomimo obiektywnych trudności wynikających z kiepskiego transferu konsumuję otrzymaną w poniedziałek sierpniową wierszówkę z "NCz!": kupiłem na Allegro suszarkę do grzybów i dwie plandeki (drewno się nam w całości pod przydomową wiatą nie zmieści). Chętnie bym kupił trochę sadzonek, ale mi Lepsza Połowa nie daje, bu... Tak więc poprzestaję na poszukiwaniu pompy do naszej hydroforni w miejsce tej pożyczonej od Radkowego brata, Tomka. Na razie żadnej nie znalazłem.

Pozwalam sobie na takie ekstrawagancje, bo "KT" zaakceptował tekst, który im dwa tygodnie temu przesłałem, a "NCz!" w ostatnim numerze zamieścił tekst o Fukushimie - więc wygląda na to, że jeszcze żyjemy. Przy tym, osiągnąłem dziś pierwszy (po roku!) dochód "z ziemi": sprzedałem za całe 19 zł grzyby pozbierane wczoraj w pół godziny przez Lepszą Połowę koło chatki...

To były sukcesy. Tragedia jest jedna. Jadąc na targ o 5.00 rano minęliśmy na prostym odcinku drogi między Czerwonką a skrętem do Sielanki dwa rozbite samochody i jakieś drabiny leżące na poboczu. Od razu pomyśleliśmy o pewnym sympatycznym człowieku, który co tydzień woził na targ wozem konnym w zadbaną kasztankę zaprzężonym drewniane drabiny na sprzedaż. Nic jednak więcej po ciemku nie było widać. Targ oczywiście huczał od plotek. Generalnie potwierdzających nasze najgorsze przypuszczenia. Wracając po 9.00 ciągle jeszcze mogliśmy zobaczyć w przydrożnym rowie zwłoki kasztanki. Jakiś pirat drogowy najechał z dużą prędkością w deszczu na kiepsko oświetlony wóz, konia zabijając na miejscu i powodując karambol. Woźnica podobno żywy. Podobnie jak kierowcy obu samochodów, które wzięły udział w karambolu. Ale to i tak bardzo smutne.

wtorek, 14 września 2010

Po targu, przed targiem...

a spać się chce. Znowu bowiem zerwałem się dwie godziny przed świtem - tym razem nie nadaremno, bośmy na targ dojechali i trochę żyta sprzedali. Nie wszystko, niestety. Wielu gospodarzy nie może przystąpić do siewu: jest za mokro. To i wybrzydzają. A że cena wysoka, ziarna w ogóle sprzedawało się niewiele...

Zobaczymy jak będzie jutro w Warce. Przy okazji spróbuję też sprzedać trochę grzybów. Nie wiem, czy ta próba ma w ogóle jakiś sens jak widzę te sznury samochodów zaparkowanych wzdłuż każdej leśnej drogi. Każdy już się powinien dawno w zapas owoców lasu zaopatrzyć! U nas zbiera się wiadro grzybów w niespełna godzinę. W maślakach można by się tarzać. W tym roku tylko trawa rośnie lepiej od grzybów.

Poza tym, porąbałem to, co sobie wczoraj narżnąłem. Nasz zapas opału powinien już pozwolić na przetrwanie miesiąca zimy. Mam nadzieję, że do końca tygodnia dociągniemy do dwóch miesięcy. Przewróciłem też Radkowe baloty słomy na nieodległym polu - żeby się ich dobrze już nadgniłe spody bodaj wywietrzyły przed (mocno spóźnionym) zebraniem. Zrobiliśmy też z Lepszą Połową jakieś drobne zakupy.

Teraz najgorsze. Drogi Czytelniku! Uroń łzę współczucia nad moim losem. Moi Przyjaciele ze stolycy gonią mnie do jakiejś przygodnej PR-owskiej roboty. Skutkiem czego mam "na przedwczoraj" przestudiować  różne jewrosojuzne regulacje. To i studiuję. Odkąd z Radkowego pola wróciłem, jakieś półtorej godziny temu. Studiuję - a oczy same mi się zamykają... Ech!

poniedziałek, 13 września 2010

Miałem rację..!

Lubię mieć rację. Kto nie lubi..? A oto dowód:
Pieczarka. Nasza pierworodna! Pierwsza z tych 3 kg grzybni na ziarnach, którą wysiałem na początku lipca. Wysiałem na naszej "pustyni", w lasku, na Pierwszym Padoku i na granicy Wielkiego Padoku. Nie poddałem jej przy tym żadnym z zalecanych zabiegów - licząc na to, że zdziczeje i bez tego sobie poradzi. Już się ze mnie Lepsza Połowa śmiała, żem tylko pieniądze zmarnował, a tu proszę: jest! Jak się dziś pierwsza pojawiła, to będą i następne.

Pewnie, że to nic przy takim znalezisku pod naszą przydomową ławeczką:


niedziela, 12 września 2010

Pracowita niedziela Lepszej Połowy



Lepszą Połowę czeka ogromne zadanie. Wiaderko i siatka. Zebrane w południe, po kilku grupach grzybiarzy - i po czterech torbach uzbieranych wczoraj przez naszych gości. Zaprawdę, kto żyw na grzyby do Boskiej Woli! Albo będziemy musieli zainwestować w suszarkę...

Conan Barbarzyńca

Pogalopować przez step na dobrym wierzchowcu, rozbić czaszki wrogów i wypić ich krew, posiąść ich stada i ich kobiety w ich własnych namiotach – oto czym jest szczęście – miał był powiedzieć zapytany o definicję tego pojęcia tytułowy Conan. Cytat nie jest dokładny: wprawdzie nie przeczę, czytywałem czasem w pociągach dla dystrakcji takie książeczki, ale żadnej z nich nie mam na półce, aby tę frazę sprawdzić. Słyszałem ją zresztą bodaj raczej w filmie, którego poza tym jednym zdaniem kompletnie nie pamiętam. Nie mogłem go zatem oglądać uważnie: to normalne, po wieczornej prognozie pogody z zasady chce mi się już spać…
Conan Cimmeryjczyk

Definicja nie jest ze wszystkim szalona. Podzielają ją, może nie w tak jasnej formie, osoby skądinąd gołębiego serca i osobiście, w co głęboko wierzę, do żadnego rozbijania czaszek i picia krwi niezdolne. Cóż, jest to także część naszego paleolitycznego dziedzictwa. To znaczy owszem, z tym galopowaniem to już neolit, podobnie jeśli idzie o stada – ale nie jest przypadkiem że jednym z najczęściej znajdowanych artefaktów starszej epoki kamiennej są takie specjalne szpikulce, co to ich pierwoodkrywca jeszcze w XIX wieku (pretendującym do miana „epoki rozumu i oświecenia“) suponował, że musiały służyć do drylowania jabłek dla bezzębnych staruszków. W następnym stuleciu, kiedy ludzkość pozbyła się – chyba już raz na zawsze – tak naiwnych złudzeń o swoim moralnym postępie, ich prawdziwe przeznaczenie zostało stwierdzone bez fałszywego wstydu i bez wątpliwości. Do drylowania, to one owszem, służyły – ale czaszek. Nie tylko zwierzęcych bynajmniej.

Nie jest przypadkiem, że na forum www.historycy.org gdzie się od czasu do czasu udzielam, wszelakie wojny i bijatyki wzbudzają 10 razy tyle zainteresowania od okresów pokoju i prosperity. Pokój jest nudny. Wojna ciekawa. To chyba Heraklit już stwierdził, prawda..? Może dlatego właśnie nazywano go też „płaczącym filozofem“..? Inna sprawa, że konstatacja tego rodzaju jest co najwyżej przejawem mizantropii. Pytanie, co z naszym paleolitycznym dziedzictwem, głęboko w połączeniach neuronów w naszych mózgach i w naszej plaźmie dziedzicznej ukrytym, możemy zrobić?

Historycznie znamy trzy odpowiedzi na to pytanie. Odpowiedź pierwsza, do tej pory najczęstsza, polega na tłumieniu i ograniczaniu tego rodzaju instynktów przez kulturę. Owo „tłumienie i ograniczanie“ nie oznacza bynajmniej, że się istnieniu żądzy mordu zaprzecza lub jej urzeczywistnienie ze wszystkim wyklucza. Po prostu stwarza się dla naszych „thanatycznych“ skłonności pewne uchyłki, wyszalnie i ujścia, dzięki którym mogą się one bez szkody dla tkanki społecznej wypalić. O ile różnica między „czasem pracy“, a „czasem wolnym“ to wynalazek ledwo co XIX-wieczny, to różnica pomiędzy „stanem wojskowym“, a „stanem cywilnym“ sięga najgłębszej starożytności: i starożytni Chińczycy i Grecy i Rzymianie, mieli specjalne obrzędy dzięki którym obywatel stawał się żołnierzem, a po odbyciu kampanii, żołnierzem być przestawał. Dzięki temu okres, kiedy oddawał się zabijaniu i gwałceniu był „innym czasem“, innym bóstwom poświęconym i innym poddany regułom, niż jego normalne życie cywilne. Później było to już nieco trudniejsze, a chrześcijaństwo postawiło swoim wyznawcom nader trudne zadanie, by nawet zabijając – co jest jak najbardziej dozwolone – umieli się powstrzymać od trawiącej ogniem żyły nienawiści do zabijanych. Chyba się tego zadania wypełnić nie udało…

Odpowiedź druga, charakterystyczna dla naiwnych, a upojonych przesadną pewnością siebie umysłów wieku XVIII i XIX, istnieniu morderczych instynktów w człowieku przeczyła. To nie nasza tkanka mózgowe i nasze, po przodkach odziedziczone DNA jest winne naszej agresji, tylko właśnie instytucje kultury, niewinnego, a przynajmniej – zdolnego do spontanicznej naprawy i postępu, człowieka do okazywania agresji przymuszają. To, czy sam Jan Jakub Rousseau dokładnie to twierdził, czy jednak zalecał „środkową drogę“ pomiędzy naturą a kulturą, nie ma wielkiego znaczenia. Tak bowiem, jak piszę właśnie, został zrozumiany – a za tym poszły dalsze konsekwencje. W postaci najrozmaitszych projektów amelioracji kultury i stosunków społecznych, które właśnie ową przyrodzoną dobroć i zdolność do moralnego postępu miały z człowieka wydobyć. Nie ma się co dziwić, że takich gór trupów, jakie z tych założeń wynikły, żadna inna ideologia nie spowodowała – to jest właśnie prawo natury: im szlachetniejsze intencje przy władzy, tym bardziej tragiczna i zbrodnicza praktyka! Skoro bowiem rzeczywistość do szlachetności intencji nie dorasta, nie sposób uniknąć przycinania odstających w tą lub w tamtą stronę głów – a im głębsze o szlachetności celu przekonanie, tym mniej hamulców, które by tej praktyce mogły położyć kres.

Trzecia wreszcie odpowiedź, co do której prawdę pisząc, nie jestem tak do końca pewny, że ona rzeczywiście miała miejsce – przynajmniej w takiej dokładnie formie, w jakiej to się teraz „sprzedaje“. Ceterus paribus można by jednak przyjąć, że nie ma to wielkiego znaczenia – podobnie jak nie mają wielkiego znaczenia prawdziwe poglądy Jana Jakuba, ważne są praktyczne konsekwencje ich odczytania. Ta trzecia odpowiedź to kult i afirmacja przemocy. Rzekomo charakterystyczna dla faszyzmu i (zwłaszcza) nazizmu. Coś tu jest na rzeczy. Już Mickiewicza „Oda do młodości“ czy „Reduta Ordona“, o III części „Dziadów“ nie wspominając, mają taki, niszczycielski i anarchiczny wydźwięk. Włoski faszyzm, nie tylko przez zaangażowanie signore Gabriele d’Annunzio z pokrewnej, romantycznej tradycji wyrastał. Nic dziwnego, że cieszył się sympatią także nad Wisłą. Tomy poświęcone psychoanalizie niemieckiego nazizmu kilka takich lokali jak nasza chatka by wypełniły. Naprędce niczego nowego na ten temat z pewnością nie wymyślę, a prawdę pisząc, „gangsterska wykładnia“ tego ruchu trochę mi się kłóci z ogólnym obrazem Niemiec jako kraju cywilizowanego aż do przesady… Grunt w każdym razie, że taki obraz nazizmu utrwalił się w kulturze – zwłaszcza tej popularnej, ludowej. Dając dzięki temu Hitlerowi ogromne rzesze (na szczęście, na codzień mocnych raczej w języku niż w pięści…) wyznawców nawet wśród ludów przezeń głęboko pogardzanych. Nie oszukujmy się bowiem: afirmacja przemocy taka, jak w cytowanej na samym początku conanowskiej definicji szczęścia, to jest dokładnie to, czego lud nasz bogobojny i łagodny potrzebuje i pożąda! To jest właśnie prawdziwy „powrót do natury“. Bez niedomówień i niepotrzebnej hipokryzji.
signore d'Annunzio

Przy tym Hitler i hitlerowcy w wyobraźni naszego ludu zajmują miejsce podobne do króla Heroda – jako mit, całkiem od historycznych (czy nawet biblijnych) realiów oderwany. Personifikacja zła, a nawet coś na kształt manichejskiego „złego boga“ – który równie dobrze może być źródłem strachu, jak i podziwu, a i przykładem do naśladowania. Wprawdzie przegrał, ale czyż nie był blisko zwycięstwa..? I czyż nie mordował z tak godną podziwu skutecznością..? W dodatku: mordował przecież Żydów i Rusków, a jeśli nawet i Polaków – to panów i „sanatorów“, którzy sami sobie na to zasłużyli. Bo nie wyobrażajcie sobie Państwo, że lud nasz, choć przez Sienkiewicza i Hoffmana w szum husarskich skrzydeł zasłuchany, a po mickiewiczowsku przekonany, że jeśli tylko szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele – to jakoś to będzie! – taki jest zaraz patriotycznie i narodowo świadomy. Spotkałem się i z otwartymi wyrazami podziwu dla Stalina, drugiego z europejskich „złych bogów“ minionego stulecia. Za Katyń. Bo słusznie tych agresywnych idiotów wymordował – gdyby on tego nie zrobił, po wojnie trzeba by to było w Polsce zrobić, inaczej gotowi byli niewinny naród w jaką kolejną przegraną wojnę wciągnąć… Wypowiadający te słowa nie był przy tym ani ZOMO-wcem, ani aparatczykiem minionego słusznie systemu, ani nawet działaczem SLD. Ot, zwykły przeciętny człowiek z „klasy robotniczej“, ani gorszy, ani lepszy od milionów innych. Nawet ongiś, przed laty, w „pierwszą Solidarność“ zaangażowany. Sądzić zatem można, że takie poglądy nie są niczym niezwykłym w głowach naszego bogobojnego ludu.

Lud nasz bowiem boi się bogów pogańskich i na pogański sposób – jego bogowie są z tego świata, tu i teraz obdzielają łaskami (tj. rentką, emeryturką, dopłatką, synekurką, a bodaj i możliwością bezkarnego szabru tego i owego) i strachem. Chrystianizacja ludu polskiego się nie udała. Miliony chodzących co niedziela do kościołów, tłumy na Jasnej Górze, wszystkie te wielotysięczne pielgrzymki i żale po śmierci poprzedniego papieża – to pozór tylko. Społeczeństwo nasze mogło było działać na sposób mniej lub bardziej chrześcijański, póki miało chrześcijańską elitę, ton temu działaniu nadającą. Odkąd jej zabrakło, pogańskie odruchy, przykryte tylko zewnętrznym pozorem rytuału, ale nigdy nie wyplenione w życiu najbardziej podstawowym: rodzinnym, wioskowym – wróciły z całą mocą. No i mamy teraz w Polsce prawdziwie conanowską Cimmerię. Nie tylko w Polsce zresztą, jak sądzę…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...