wtorek, 31 sierpnia 2010

Złego nastroju skutki

Nabiegałem się dzisiaj rano. Za końmi oczywiście: zwiało mi całe stado przy okazji wyprowadzania na Wielki Padok. Moja wina: od wczoraj cały czas mam zły nastrój. Kto jak kto, ale Dalia wlkp, z którą znamy się lat… ochnaście, wyczuwa to znakomicie. I kiedy mnie widzi – pospiesznie udaje się w stronę przeciwną.

Tak na wszelki wypadek. Przecież nigdy nie zrobiłem jej krzywdy! Dzisiaj to „udawanie się w stronę przeciwną“ zaprowadziło nas wszystkich aż do drugiego przejazdu kolejowego, jakieś 3 km stąd. Po rozlicznych perypetiach jakoś jednak udało mi się wszystkich zapchać na Wielki Padok. Skąd dwie godziny później i tak trzeba ich było zabrać – z nieba leje się nieustannie i nasze czworonogi stanowczo preferują suche siano pod wiatą.

Zły nastrój udziela się otoczeniu. Nie tylko zwierzętom, ale też przedmiotom (czy na pewno..?) nieożywionym. Wczoraj wieczorem Lepsza Połowa padła ofiarą cyber-terroryzmu. Ktoś zawładnął jej skrzynką mailową na Hotmailu i zaczął rozsyłać maile w języku angielskim, namawiające do przelania 1500 euro gdzieś do Hiszpanii, gdzie miała była rzekomo utknąć straciwszy portfel w samolocie… Mam nadzieję, że nikt się na tak głupi numer nie nabierze..?

Jest to w każdym razie bardzo irytujące. Nie wiem też, czy cokolwiek da się w tej kwestii zrobić. Zalogować się na skrzynkę z powrotem nie sposób – to coś, co nią zawładnęło, zmieniło już hasło. Można spróbować słać do obsługi portalu jakieś skargi, ale czy zareagują..? To ewidentnie ich wina. Lepsza Połowa nikomu nie udostępniała swojego hasła, a naszego sygnału nikt raczej nie namierzył – bo przecież raczej przejąłby moją skrzynkę w takim razie, o wiele częściej używaną (zresztą, stracę ją za kilka dni, jeśli nie zapłacę Apple za przedłużenie ważności konta…). Błąd w zabezpieczeniach musiał zatem mieć miejsce w Ameryce, nie u nas.


Z wielkim trudem skończyłem pisać artykuł dla „Końskiego Targu“. Czeka mnie jeszcze mnóstwo roboty – kiedy tak leje warto ponadrabiać zaległości, a i zarobić co nieco by się przydało: nie dość, że Apple trzeba by chyba jednak zapłacić (Lepsza Połowa przeniosła się na gmaila, ale jakoś migracja po tylu latach używania tego samego adresu nazbyt mi się nie uśmiecha… no i moja strona, która na razie straciła tylko swój polski alias, przepadłaby na zawsze), to i prowadnica piły mi wczoraj padła. A przecież bez piły przed zimą – jak bez ręki… Stąd i zły nastrój!

niedziela, 29 sierpnia 2010

Starcza choroba „racjonalizmu“

Jak wiadomo, Rzymianie nie mogli zrobić kroku na wojnie, a wojen toczyli wiele, póki kurczęta specjalnie w tym celu trzymane, z apetytem nie zjadły rzuconego im ziarna, tym sposobem wyrażając aprobatę bóstw dla planów wodza. Jest miarą bezbożności i zepsucia postępek konsula w roku 249 p.n.e., Publiusza Klaudiusza Pulchera („Przystojniaka“!), który kurczęta brakiem apetytu wróżące mu klęskę w morskiej bitwie pod Drepano wyrzucił za burtę ze słowami ut biberent, quando esse nollent, czyli „skoro nie chcą jeść, niech się napiją!“

Publiusz wyprzedził swoje czasy: no i przegrał, a Senat ukarał go – nie za klęskę, tylko za bezbożność –  od czego podobno popełnił samobójstwo. Pobożniejsi od generałów historycy jakoś by usprawiedliwili jego działanie, innym pomyślnym omenem, gdyby był jednak mimo wszystko zwyciężył. Jak to robili potem z każdym równym mu bezczelnością, ale za to zwycięskim, bezbożnikiem!

Współczesne rządy nie mogą obrabować swoich niewolników (upieram się, że używanie terminu „obywatele“ jest współcześnie anachroniczne – a i „poddany“ jest terminem nazbyt cywilizowanym i łagodnym…), a rabują ich stale, jeśli rabunek ten nie zostanie uzasadniony pseudo-naukowym bełkotem jakiegoś dyplomowanego kretyna, najlepiej z profesorskim tytułem. Takich idiotów, za wróżebne kurczęta robiących, mamy w Polsce bogatą kolekcję. Nie wiem, czy jakieś inne europejskie państwo może się aż tak wielką liczbą podobnych oryginałów poszczycić..?

Po Marku Belce nawet jak nic nie mówi, na pierwszy rzut oka widać, że kretyn. Grzegorz Kołodko w niczym mu nie ustępuje. Kiedy zaś któremuś z naszych ministrów finansów zdarzy się otworzyć usta – klękajcie narody, taka mądrość złotousta z nich płynie!

Wiem co piszę: jako murzyn z wieloletnim stażem, jeszcze podczas studiów zdawałem egzaminy za studentów ekonomii – nie wyobrażacie sobie Państwo, jak łatwo jest w Polsce zostać ekonomistą..! Nic dziwnego, że kandydatów na wróżebne kurczęta z odpowiednimi po temu warunkami nie brakuje i nic nie wskazuje na to, aby zabraknąć miało…

Oczywiście jest prawdą, że zapotrzebowanie na takie wróżby płynie z faktu, że zabobon pogański w czasach dzisiejszych zastąpiony został zabobonem „nauki“. Wedle tego zabobonu, najoczywiście absurdalnego, nauka potrafi rozwiązać wszelkie ludzkie problemy. Co więcej: tylko koncepcje, idee czy programy „pobłogosławione“ autorytetem nauki, mogą być słuszne, korzystne i sprawiedliwe. Jeśli w ogóle można mówić w odniesieniu do cywilizacji o „młodości“ czy „starości“ (Feliks Koneczny miał co do tego wątpliwości – w tej chwili nie potrafię ich rozstrzygnąć), to naszą cywilizację na starość dopadła swoista choroba „racjonalizmu“.

Jest to oczywiste pomieszanie porządków bytu. Nauka jest pewnym narzędziem – strategią w uprawianej od początku istnienia naszego gatunku „grze z przyrodą“ o przetrwanie. Na tyle, na ile sam człowiek i wytwarzana przezeń kultura też jest częścią przyrody i podlega tym samym regułom, co inne fenomeny przyrodnicze, oczywiście możemy się posługiwać nauką także w badaniu stosunków międzyludzkich, w tym prawideł funkcjonowania ludzkiego społeczeństwa.

Żadna nauka nie odpowie jednak na pytanie, czy lepiej jest rabować obywateli z połowy ich ciężko zapracowanego dobrobytu, czy też zabrać im trzy czwarte..? Owszem, ekonomia pokaże, jakie będą skutki jednej lub drugiej decyzji. Akurat ta teoria ekonomiczna jest zresztą przez naszych rodzimych „luminarzy“ służących za wróżebne kurczaki konsekwentnie ingorowana. Zapytajcie p. Marka Belkę o krzywą Laffera – sami usłyszecie, co zagdacze!

Nauka wkraczając na terytorium polityki tam, gdzie trzeba podejmować decyzje, które mają praktyczne konsekwencje dla życia lub śmierci, wikła się w paradoksy. Skoro dostępność aborcji powoduje w konsekwencji zmniejszenie się przestępczości, bo się kandydaci na przestępców po prostu nie rodzą, to czy z tego wynika że aborcja jest korzystna i dobra i należą ją propagować? Jeśli tak, to do jakich granic? Nikt nie będzie popełniał przestępstw, jeśli nikt się nie urodzi – gatunkowe samobójstwo jest najpewniejszym rozwiązaniem nie tylko problemu przestępczości. Jeśli coś ma nas przed takim ekstremalnym wnioskiem powstrzymać, to nie nauka przecież, tylko dany nam przez naturę instynkt samozachowawczy.

Wnioskiem mniej radykalnym od zbiorowego samobójstwa jest eugenika. Racjonalna hodowla ludzi, którzy nie będą – odpowiednio dobrani/zmodyfikowani genetycznie, to już czysto techniczna sprawa, bez większego znaczenia – popełniać przestępstw, bo nie odziedziczą odpowiedzialnych za socjopatyczne skłonności genów (w tym np. oczywistej „pomyłki“ genetycznej, jaka się czasem zdarza, czyli zestawu XYY, zamiast standardowego XY…). Mogą też być zdrowsi, mądrzejsi, piękniejsi… A czemuż nie mają mieć dodatkowego oka z tyłu głowy, fantazyjnych ozdób w uszach, albo zgoła – czterech nóg zamiast dwóch, czy też zapewne energetycznie i informacyjniej lepszej od odziedziczonej po małpich przodkach, postaci koloidowego płynu..? Wkraczamy w świat znany z „Cyberiady“, „Dzienników gwiazdowych“ i innych – smutnych ostrzeżeń raczej, niż fantazji – Stanisława Lema!

Nauka może dostarczyć narzędzi do realizacji takich przekształceń. Nie może odpowiedzieć, czy są one dobre czy złe, pożądane czy niepożądane i czy należy ich dokonać (inna sprawa, że samo udostępnienie takiej możliwości zapewne będzie równoznaczne z jej ziszczeniem: bo przecież można w ten sposób produkować super-żołnierzy, super-uczonych itp., pożytecznych z punktu widzenia państwa i jego rywalizacji z konkurentami – o ile, naturalnie, szlag nie trafi całej naszej cywilizacji technicznej, nim to się stanie…).

Wiem wiem: nauka bada także proces powstawnia naszej etyki. Może odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że potępiamy morderstwo czy kradzież i jaka jest tych zakazów społeczna funkcja. I co z tego..? Czy taka wiedza przekona kogokolwiek by nie kradł i nie zabijał?

Od przekonywania są całkiem inne techniki, z taką wiedzą w najmniejszym stopniu nie związane. Można „przekonywa“ chirurgicznie, dokonując operacji na mózgu (co prawda, póki co, raczej negatywnie, niż w „dobrą“ stronę: jak wszyscy widzowie nie pamiętam już którego z filmów o Hannibalu Lecterze pamiętają, wycięcie małego fragmentu szarej tkanki sprawia, że całkiem kulturalny poprzednio człowiek, zmienia się w ostatniego chama – operacyjnie nalać komu oleju do głowy na razie nie umiemy…), można „chemicznie“, poddając delikwenta działaniu pewnych substancji, zresztą i bez nauki od wieków znanych, można zapewne na wiele innych sposobów. Co jednak absolutnie nie odpowiada na pytanie do czego mamy przy użyciu tych sprytnych sztuczek kogoś przekonywać..?

Pytanie, czy należy popełnić zbiorowe samobójstwo czy nie i czy nie lepiej zamiast tego podjąć się autoewolucji (co jest tego samego samobójstwa ładniej opakowanym i odroczonym trochę w czasie ekwiwalentem jedynie!), jest pytaniem aksjologicznym. Podobnie jak dużo bardziej przyziemne i częściej zadawane pytania, czy przestępstwom należy zapobiegać, czy jednak lepiej – łapać i karać przestępców. Czy kupować armaty, czy masło – czy też pozwolić ludziom się wzbogacić i np. rabować ich jednak trochę mniej, niż to się aktualnie robi..? Nie ma i nie może być „naukowych“ odpowiedzi na te pytania.

Kretyni uzasadniający jakimiś wydumanymi teoriami, a najczęściej po prostu – zwykłym bełkotem – rabunek jaki na swoich niewolnikach uprawia współczesne państwo dlatego przede wszystkim są kretynami, bo wypowiadają się autorytatywnie o rzeczach do wypowiadania się o których żaden profesorski tytuł nie uprawnia. Nie bardziej w każdym razie, niż tytuł zawodowy „mechanizatora rolnictwa“.


Wypowiedzi zatem prof. Marka Belki o tym, jaka powinna być albo nie być polityka pieniężna państwa mają dokładnie taką samą funkcję, jak gdakanie i dziobanie ziaren przez te kurczaki, którym na wstępie wspomniany Publiusz pokazał, gdzie jest ich miejsce. Szkoda, że dzisiejsi wodzowie są jednak w swym „racjonalnym“ zabobonie o wiele od rzymskiego konsula pobożniejsi. Bo może jednak wyrzucenie tych wróżebnych kurcząt za burtę wcale by żadnej klęski za sobą nie pociągnęło..?

piątek, 27 sierpnia 2010

Heliogobal

Leje. Konie trzeba było z powrotem pod wiatę wpuścić: achałtekinki wprawdzie pasły się spokojnie mimo deszczu, ale staruszkowie chowali się pod najbliższą wyjścia z Wielkiego Padoku brzózką i tęsknie wyglądali w stronę domu. Koćkodan chrapie rozgłośnie. To w takim razie pomęczę jeszcze Państwa, bo cóż mi innego zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem pozostaje..?

Zacznijmy od tego, że nie wierzę w żaden „kalifat europejski“, czy ogólnie – islamizację Europy. Obawy tego rodzaju są aż nadto prostackie. Owszem, na tle ogólnej rozlazłości, tolerancji, lenistwa i temu podobnych przywar współczesnych Europejczyków, muzułmanie mogą się wydawać zagrożeniem poważnym po prostu dlatego, że ciągle jeszcze wierzą w Boga. Co oznacza również i to, że nie traktują własnego życia jako najwyższego dobra – gotowi są zatem np. dać się zabić na wojnie, co dla większości mężczyzn we współczesnej Europie jest całkowicie nie do pomyślenia!

Bez przesady jednak. Ciągle jeszcze więcej niż muzułmanów jest w Europie rodzimego, „białego“ lumpenproletariatu – którego pacyfizm i zwątpienie europejskich elit raczej nie dotyczą. Jak by co dresiarze spokojnie wyrżną mzułmanów, zgwałcą muzułmanki i pozabijają muzułmaniątka. Wyrzutów sumienia mieć nie będą, bo to raczej przekracza ich zdolności umysłowe…

O ile wcześniej nieuchronne w raczej bliższej niż dalszej perspektywie bankructwo europejskiego socjalu nie sprawi, że przynajmniej najbardziej hałaśliwi spośród osiadłych w Europie wyznawców islamu nie wyjadą jednak w strony rodzinne swoich ojców i dziadów – gdzie cieplejszy od europejskiego klimat czyni tańszym i łatwiejszym utrzymanie, kiedy trzeba na to utrzymanie pracą własnych rąk zarobić. To bankructwo zresztą może być doskonałym powodem do owej przeraźliwej rzezi: zrobi się chłodno i głodno, a ktoś musi być temu winien! Pytanie: do kogo jeszcze dobiorą się „dresiarze“, „blokersi“, „leppery“..?

Pytanie też, czy do kogokolwiek będą się dobierać – zrobią to pospólnie, kontynentalnie i europejsko, a więc – po nowemu; czy jednak każdy u siebie i po swojemu, czyli po staremu..? Jeśli po staremu, to będzie to oczywiście koniec Jewrosojuza. Przy okazji „przeszłości ślad dłoń nasza zmiecie“ – i wrócimy do Barbarzyńskiej Europy plemion. Neopogańskiej oczywiście, co do tego raczej nie mam wątpliwości. Jednak plemienna Europa (terytoria plemienne wcale nie muszą się z granicami obecnych państwa pokrywać – raczej będą mniejsze…), to coś, co już kiedyś było. Nie taka znowu najgorsza perspektywa, mimo dewastacji, milionów zapewne ofiar i ogólnej nędzy. W 1945 roku startowaliśmy z całkiem podobnego punktu wyjścia – i jakoś żyjemy, choć łatwo po drodze nie było. To i taki powrót świadomości plemiennej też przeżyjemy.

Ciekawiej, czyli gorzej będzie, jeśli jednak nasi dresiarze dadzą się zeuropeizować, nim po bejsbole i scyzoryki sięgną. Nie jest to niemożliwe. Żyjemy w czasach „manipulacji totalnej“ – a zdychający eurosocjalizm nie będzie miał nic do stracenia. Zmanipulowanie zatem lumpenproletariatu do jednoczesnego wystąpienia przeciw „winnym“ kryzysu we wszystkich prowincjach Jewrosojuza naraz i przechwycenie w ten sposób władzy – może być całkiem dobrym, z jego punktu widzenia, pomysłem. I nietrudnym w realizacji. Kto jeszcze nadaje się na „winnego“, oprócz Semitów (bo to nie tylko muzułmanów, ale i resztek europejskich Żydów prawie na pewno dotyczyć będzie…)? No cóż, pierwszym kandydatem są tu „narodowe“ elity polityczne: to naturalne, bo one będą najbardziej skompromitowane! W końcu „dobra Unia“ od lat tylko daje, buduje, wspiera, wyrównuje, podnosi, Nieba przychyla – a podatki na to wszystkie zbierają póki co tubylcze urzędy skarbowe i celne…

Efektem takiego spisku byłaby zatem Tyrania Europejska. Z Heliogobalem na czele!

Dlaczego z Heliogobalem..?

[Tu nastąpiła przerwa. Przestało padać. Konie wróciły na Wielki Padok. Posprzątałem pod wiatą. Zabrałem się za wkopywanie ostatnich kołków. Odkopałem pocisk. Sprowadziliśmy konie z powrotem z Padoku pod wiatę. Przyjechała policja. Wydobyliśmy łuskę. Skończyłem wkopywać kołki. Nakarmiłem konie. Wyprowadziłem je na Wielki Padok. Zjadłem obiad…]

Oczywiście nie mam tu wcale na myśli realnego Imperatora Marka Auereliusza Antonina Augusta, zwanego także Heliogobalem (żył w latach ok. 203 – 11 marca 222 r. n.e., panował 218 – 222) – bo o tym młodym człowieku tak naprawdę niewiele wiadomo. Koniec końców wszystkie relacje jakie do nas dotarły, pochodzą w najlepszym razie od protegowanych jego następcy, kuzyna i mordercy, Aleksandra Sewera – i nie można ich posądzać o obiektywizm!

Mam na myśli ikonę Heliogobala, jego wyolbrzymioną i spotworniałą zapewne karykaturę, którą znaleźć można np. w I tomie Edwarda Gibbona „Zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego“. Wedle tej karykatury łączył on kilka cech, które z punktu widzenia potencjalnych władców Tyranii Europejskiej, niezmiernie są pozytywne:
-       był religijnym fanatykiem, bez reszty oddanym kultowi „czarnego kamienia“ z Emesy; był to oczywiście fanatyzm całkowicie pogański, tj. otaczający kultem jedną z sił natury („Słońce Niezwyciężone“), ucieleśnioną w dodatku w formie konkretnego obiektu materialnego (owego „czarnego kamienia“, który „spadł z Niebios“: zapewne był to meteoryt…) i nie do końca rozdzielną w stosunku do osoby samego Heliogobala (utożsamiał się z bóstwem, któremu służył, imię „Heliogobal“ jest wersją imienia samego boga); razem tworzy to strukturę na tyle prymitywną, a zarazem widowiskową i działającą na emocje, że da się wokół takiego kultu zjednoczyć bez używania przekazów werbalnych różnojęzyczną i różnonarodową masę wyznawców;
-       był biseksualnym rozpustnikiem o niewyobrażalnym podobno stopniu zepsucia; tak daleko posunięty sensualizm, umonstrualniony niejako, doprowadzony do ekstremum, odpowiada także najbardziej prymitywnym, a zarazem najbardziej podstawowym instynktom najszerszych mas konsumentów; w dzisiejszych czasach miałby szanse na piękną karierę popularnego idola!
-       był uległy wobec matki i babki; ta ostatnia z nie do końca znanych powodów postanowiła go jednak zastąpić innym wnukiem, synem drugiej ze swoich córek; dlaczego to takie istotne, o tym poniżej.

Tyrania Europejska podburzając lumpenproletariat całego kontynentu przeciw „winnym“ kryzysu Semitom i lokalnym elitom politycznym, musi jakoś ten ruch przekuć w trwałą siłę polityczną. Jest to dość trudne zadanie. Lumpenproletariat łatwo podburzyć do gwałtownych działań, ale element ten kiepsko się organizuje i jest bardzo mało wytrwały. Trzeba nieustannie utrzymywać go w stanie ekscytacji. Któż mógłby to zrobić lepiej niż ogólno-europejski ludowy bohater: Nowy Heliogobal? Manieryczny i teatralny – co robi wrażanie na słabych umysłach. Epatujący niezwalczoną witalnością i chucią – co imponuje. Zarazem – łatwo poddający się manipulacji prawdziwych, pozostających w cieniu władców..?

Patrzcie: może w którymś z niezliczonych reality show już się casting do tej roli odbywa..?

Jak powszechnie wiadomo, mężczyźni i kobiety nie różnią się przeciętnym ilorazem inteligencji. Jednak w populacji mężczyzn i w populacji kobiet, inteligencja jest inaczej rozdystrybuowana. Że zacytuję p. Krzysztofa Szymborskiego („Polityka“ nr 6/2005 z 12 lutego 2005 roku): Wśród mężczyzn rozrzut indywidualnych cech (dotyczy to nie tylko inteligencji) jest większy niż wśród kobiet, co oznacza, że przy podobnej przeciętnej inteligencji mężczyźni są liczniej reprezentowani w skrajnych obszarach. Mówiąc inaczej: więcej jest matołków i geniuszów.
Ta większa różnorodność męskich mózgów ma przypuszczalnie podłoże biologiczne i wynika z faktu, że chromosomy decydujące o męskiej płci stanowią niesparowaną dwójkę XY, podczas gdy u kobiet są parą XX.

Jeśli przyjąć, wbrew tezom niejakiego J-23, z którym się już o to kłóciłem, że jednak istnieje pewna korelacja pomiędzy ilorazem inteligencji a zamożnością, statusem społecznym, dostępem do władzy – to efekt tej różnicy powinien być taki, że w „górnym“ stratum społeczeństwa mężczyźni (wśród których jest statystycznie więcej geniuszy) raczej górują umysłowo nad kobietami. Natomiast w „dolnym“ stratum społeczeństwa, sytuacja jest odwrotna. Tam bowiem przeciętne umysłowo kobiety górują nad mężczyznami, wśród których jest wielu idiotów.

Efektem „amputacji“ elit powinno być zatem społeczeństwo zdominowane przez kobiety. Co dobrze się zgadza z danymi obserwacyjnymi odnośnie Polski. Polacy generalnie nie są zbyt mądrzy – o czym może jeszcze kiedyś napiszę. Od ponad 200 lat prawie co pokolenie „amputują“ sobie przy tym własną elitę. Ostatnia taka amputacja, w czasie II wojny światowej, była wcale gruntowna! Jaki mamy efekt? Taki, że od 200 lat Polki uchodzą za rozsądniejsze od Polaków – a przez ostatnie 60 lat, abstrahując już od spostrzeżenia jednej z moich koleżanek, że „socjalizm wychowywał silne kobiety i zniewieściałych mężczyzn“, osiągnęliśmy w tej dziedzinie nowe wyżyny. Niech nie zmyli obserwatora brak „parytetu“ płci w Sejmie i stereotyp wiecznie pijanego brutala, katującego swoją żonę i molestującego córki! Brak płci pięknej w Sejmie dowodzi tylko tego, że nie tam się lokuje rzeczywista władza w tym kraju. Zaś pijany brutal katuje i molestuje z powodu kompleksów: bo na trzeźwo dobrze wie, że i żona i córki są od niego o wiele mądrzejsze! Polska nie tylko jest kobietą – Polską niewątpliwie rządzą kobiety.


Nie umiem powiedzieć, na ile ten sam proces matriarchalizacji dotknął już inne społeczeności europejskie. Jednak Tyrania Europejska po „amputacji“ dotychczasowych elit nie może nie być matriarchalna. Nowy Heliogobal będzie zatem zapewne młodzieńcem nad wyraz wręcz seksualnie atrakcyjnym – a przy tym: androgynicznym na tyle, by w pełni uwidoczniła się też i jego kobieca natura. Która to cecha właśnie z karykaturą jego pierwowzoru nasunęła mi porównanie…

Historia jednego pocisku

Ktoś u nas strzelał. Dokładnie na miedzy pomiędzy Wielkim Padokiem, a sąsiednim polem żyta. Wystrzał musiał być głośny! Kaliber łuski, jaką przy pomocy panów policjantów z Białobrzeg odkopałem, to 80 mm:
Na szczęście, wszystko wskazuje na to, że wystrzał padł 66 lat temu. To chyba już uległ przedawnieniu, bez względu na wywołane skutki, prawda..?

Miałem dylemat co zrobić, gdy się do środkowej części tej rury dokopałem. Niezbyt mi się chciało odkopywać jej tył, a zwłaszcza - przód. Prawdopodobieństwo, że jest to stara rura kanalizacyjna było bliskie zeru. Przynajmniej - w tym miejscu. O tym, żeby stwierdzić, czy rura jest jeszcze pełna, czy już pusta, póki leżała w ziemi odkopana tylko środkiem, mowy nie było. 

Mogłem zatem albo zakopać ją z powrotem i wkopać kolejny kołek obok - albo zadzwonić na 112. Nie wiedząc, ile tego jeszcze może być w pobliżu, wybrałem jednak tę drugą opcję. O dziwo, tym razem połączyło jak trzeba z komendą w Białobrzegach, a nie z Sokołowem Podlaskim (może dlatego, że na górce...?). W sumie: nie żałuję. Panowie policjanci mimo, że łuska to w końcu nie niewypał, żadna sensacja - chyba też nie, bo wyglądali na potwornie znudzonych...

Dzień Różowego Słonika

Jak wszyscy wiedzą, kiedy z warszawskiego Okęcia wszystkie samoloty odlatują o czasie i dlatego nikt z niczym nie może zdążyć, to jest „X plenum spółdzielni Zenum“. A u nas od wczoraj panuje „Dzień Różowego Słonika“. Oby się do Tygodnia nie przedłużył!

Od czego się zaczęło..? Od tego, że rankiem konie nie chciały wyjść na Wielki Padok. Musiałem je pojedynczo tam zaprowadzić. Potem było już tylko gorzej: przy każdym kolejnym sprowadzaniu Wielki Straszny Zwierz coraz trudniej pozwalał się złapać. Przed obiadem musiałem ją wziąć na okrąg i trochę przegonić. Pomogło – ale nie na długo.

Bo dziś rano bunt poszedł o stopień dalej. Nie tylko nie chciały wyjść, ale Wielki Straszny Zwierz nie chciał się też za nic w świecie dać złapać i zaprowadzić. To zaprowadziłem pozostałe i zamknąłem ją na Padoku Zimowym. Kiedy wyszedłem do niej po godzinie – przed chwilą – sama, pokorniusieńko do mnie podeszła i grzecznie dała się zaprowadzić i wypuścić do reszty stada. Nie da się ukryć: jestem sadystą! Przez godzinę koń miotał się po Zimowym Padoku samotnie przekonany, że lada moment zeżrą ją wilki. Czasem jednak trzeba przypomnieć, kto tu… hmm… sprawuje nadzór..?


Nie żeby do zachowania koni nasz „Dzień Różowego Słonika“ się ograniczał, o nie! Też miałem swoje pięć minut. Każdy miał. Jak to w „Dniu Różowego Słonika“…

środa, 25 sierpnia 2010

Armia z terakoty

Sima Qian Shiji (czyt.: Syma Cien Szydzi) podaje nam mnóstwo szczegółów o Pierwszym Cesarzu, jego panowaniu, śmierci, pogrzebie i o upadku jego dynastii w kilka zaledwie lat później. Dowiadujemy się m.in., że naprawdę nazywał się Zheng Zhao (czyt.: Dżeng Dżao), ponieważ urodził się w pierwszym (zheng) miesiącu czterdziestego ósmego roku panowania swojego pradziadka, króla Zhaoxiang (czyt.: Dżaosiang) z Qin (czyt.: Cin). Czyli w roku 259 przed Chrystusem. Nazwisko „Zhao“, różne od rodowego nazwiska Ying (czyt.: Jing) otrzymał od nazwy państwa, w którym jego ojciec, przyszły król Zhungxiang (czyt.: Dżungsiang) był zakładnikiem.

Ojciec przyszłego Pierwszego Cesarza, noszący wówczas imię Zichu (czyt.: Dzyczu) trafił do Zhao jako zakładnik ponieważ był zaledwie jednym z dwudziestukilku synów pana Anguo (czyt.: Angło), następcy tronu Qin (od roku 265 przed Chrystusem) – jednym z młodszych synów, urodzonym przez konkubinę z rodziny Xia (czyt.: Sia), która nie cieszyła się już łaską księcia. Ponieważ jego pozycja w łonie własnej rodziny była wątła, a w dodatku jego dziadek mimo wysłania zakładnika napadał kilka razy na Zhao, sytuacja materialna księcia Zichu była bardzo kiepska.

Pewne dnia zobaczył go przyjeżdżający do stolicy Zhao, miasta Handan, Lü Buwei (czyt.: Li Bułej), jeden z najbogatszych kupców i przedsiębiorców swego czasu. Lü ujrzawszy biedę zakładnika, zlitował się nad nim – a przy tym, dostrzegł w nim szasnę na najlepszy interes swojego życia. Co wprost miał mu zresztą przy pierwszym spotkaniu powiedzieć. W każdym razie, zainwestował w ten interes 500 sztuk złota, za które Zichu sprawił sobie godny księcia orszak, przyciągając do siebie zwolenników, którzy mogli mu wyrobić dobre imię przed ojcem i przed ojca ulubioną konkubiną Huyang (czyt.: Hujang), która nie miała z panem Anguo synów, ale i tak miała decydujące słowo przy wyborze następcy. Oraz drugie 500 sztuk złota, za które kupił różnych rzadkich i luksusowych towarów i pojechał z nimi do Qin lobbować na dworze za swoim nowym przyjacielem.

Połącznie przekupstwa i perswazji zadziałało. Pani Huyung przekonana, że w ten sposób zabezpiecza swoją własną starość (wobec braku własnych synów…), przyjęła Zichu pod swoją opiekę i wyjednała mu u męża nastęstwo tronu z pominięciem starszych synów.

Kiedy Zichu świętował przy piwie z prosa (był to wówczas pospolity trunek u Chińczyków, tzw. „wino“, a potem i wódka z ryżu upowszechniły się u nich kilkaset lat później) w domu swojego przyjaciela, a teraz już – oficjalnie zatwierdzonego przez parę książęcą opiekuna, Lü Buwei zdarzyło się, że zobaczył jego ulubioną konkubinę. Panna bardzo się Zichu spodobała. Tak bardzo, że natychmiast poprosił Lü o sprezentowanie dziewczyny. Ten z początku odczuł zrozumiały w takiej sytuacji gniew. Szybko się jednak zreflektował, że przecież zainwestował w księcia cały swój majątek i nie ma wyjścia – musi mu służyć. Oddał mu więc dziewczynę, ukrywając fakt, że uczynił już ją brzemienną. We właściwym czasie ta urodziła syna, czyli znanego już nam Zheng Zhao, póżniejszego Pierwszego Cesarza.

Przytaczam wszystkie te plotki i jeszcze kilka przytoczę na wyłączny rachunek Sima Qien’a. Nie powinniście Państwo dawać im wiary bez zastrzeżeń. Sima Qien, wysoki urzędnik na dworze cesarza Wu (czyt.: Łu) z dynastii Han, aczkolwiek jest ojcem chińskiej historiografii nie był i nie mógł być w tej materii obiektywny. Choćby dlatego że wszystko czym dysponował to jakieś fragmentaryczne zapiski i wspomnienia wrogów Pierwszego Cesarza – buntowników, którzy po jego śmierci zmietli z powierzchni ziemi utworzoną przez niego tyranię doskonałą. Nie ma niczego dziwnego w tym, że kwestionowali legalność pochodzenia Zheng Zhao, a także prowadzenie się jego matki…

Starochińska telenowela na pierwszej szczęśliwej odmianie losu przyszłego Zjednoczyciela bynajmniej się nie kończy. W pięćdziesiątym roku swego panowania (257 p.n.e.), pradziadek naszego niemowlęcego jeszcze bohatera, król Zhaoxiang wysłał generała Wang Yi (czyt.: Łang Ji) by obległ Handan. Mieszkańcy Zhao chcieli zabić zakładnika. Lü Buwei i Zichu przekupili 600 sztukami złota oficera i żołnierzy wysłanych w tym celu, a Zichu zdołał uciec i wrócić do Qin. Taki sam morderczy zamiar wobec żony i (rzekomego) dziecka Zichu również spalił na panewce, ponieważ dziewczyna pochodziła z jednej z lepiej ustosunkowanych rodzin w Zhao i dzięki stosunkom rodzinnym zdołała się razem z dzieckiem ukryć.

Sześć lat później król Zhaoxiang z Qin nareszcie, po 56 latach panowania, raczył zejść z tego świata. Pan Anguo został królem, pani Huyang królową, a Zichu oficjalnym następcą tronu. Mieszkańcy Zhao okazali swoją uprzejmość odsyłając mu żonę i 8-letniego syna. Po roku zaledwie, pan Anguo zmarł i pośmiertnie otrzymał imię króla Xiaowen (czyt.: Siaołen), zaś Zichu został królem Qin, znanym odtąd pod imieniem Zhungxiang.

W ciągu pierwszego roku panowania, król Zhungxiang uczynił Lü Buwei swoim kanclerzem i markizem Wenxin (czyt.: Łensin), obdarowując go dochodami ze 100.000 gospodarstw w prowincjach Henan i Luoyang. Kiedy zmarł po zaledwie trzech latach, władcą Qin został Zheng Zhao czyli – jeśli wierzyć plotkom spisanym przez jego późniejszych wrogów – naturalny syn premiera. Do którego zresztą 12-letni zaledwie władca zwracał się tytułem „Zhonfu“ (czyt. Dżongfu) – „Wujku“.

Państwa Qin, Zhao, Wei (czyt.: Łej), Chu (czyt.: Czu) i Qi (czyt.: Ci), dzielące wówczas między siebie Nizinę Chińską wraz z przyległościami, były jedynymi jakie po kilkuset latach nieustannej wojny pozostały z wyjściowego stanu ok. 200 lub 300 „lenn“ quasi-feudalnych na jakie rozpadło się panowanie dynastii Zhou w VI w p.n.e.. Już samo porównanie stanu wyjściowego ze stanem końcowym pokazuje, jak silna w tej zabawie panowała konkurencja! Nic dziwnego, że cały ten okres nazwano „Epoką Królestw Walczących“. Qin miało tę Epokę ostatecznie zakończyć…

Nim to jednak nastąpi, jeszcze kilka wieści z magla, przez Sima Qian’a podawanych. Młody władca Qin rósł, a tymczasem jego matka, była konkubina premiera, Lü Buwei’a, a obecnie królowa – wdowa, co jakiś czas wymagała od swego dawnego kochanka usług seksualnych. Lü zaczął się obawiać, że ten romans może go zbyt wiele kosztować. Po długich poszukiwaniach odkrył pewnego człowieka, Lao Ai, niezwykle hojnie obdarzonego przez naturę. Do tego stopnia, że na jego przyrodzenie można było spokojnie założyć koło od wozu. O czym Lü nie omieszkał w odpowiednio sugestywny sposób poinformować rozpustnej królowej – wdowy. Ta pochwyciła haczyk. Lao Ai został „wykastrowany“ (co kosztowało królową okrągłą sumkę na łapówkę dla odpowiedzialnego urzędnika), za jakieś rzekome przestępstwo i już jako „eunuch“ skierowany do prywatnych apartamentów królowej – wdowy. Która urodziła mu dwóch synów. Czego w dłuższej perspektywie oczywiście nie dało się ukryć przed młodym królem. W wyniku śledztwa, które zarządził, dwuznaczna rola premiera w tej aferze również została wykryta. Ze względu jednak na jego przeszłe zasługi, darowano Lü Buwei życie, zwalniając go tylko ze stanowiska (w roku 237 p.n.e.). Po ponad roku jednak, widząc niesłabnącą popularność byłego premiera, nakazał mu opuścić jego dobra w Henan i przenieść się do Shu (czyt.: Szu) – dzisiejszego Syczuanu, odległej wówczas prowincji na dalekich peryferiach Chin. Lü bojąc się, że może go już tylko coraz to gorszy los spotykać, popełnił samobójstwo zażywając truciznę (235 p.n.e.).

Byłby zatem, jeśli wierzyć plotkom z magla, Pierwszy Cesarz ojcobójcą i prześladowcą własnej matki, którą przez pewien czas trzymał na wygnaniu. Pomścił jednak surowo wyrządzone jej ongiś zniewagi, kiedy w 228 r. p.n.e. jego oddziały ostatecznie zdobyły Handan. 7 lat później Epoka Królestw Walczących zakończyła się. Generał Wang Pen (czyt.: Łang Pen) na czele podobno półmilionowej armii podbił ostatnie niezależne królestwo – Qi i wziął do niewoli jego króla. Chiny zostały zjednoczone.

Zheng Zhao asystował w podboju Chin, czyli – całego świata – bardzo zdolny człowiek zwany Li Si (czyt.: Li Sy), jeden z dawnych protegowanych Lü Buwei’a. Li Si został po zjednoczeniu Chin kanclerzem. Zheng Zhao przyjął zaś tytuł – który miał odtąd zastępować jego imię: Qin Shi Huangdi (czyt.: Cin Szy Hłangti). Dosłownie znaczy to: „Pierwszy Syn Niebios (Cesarz) Dynastii Qin“. Każdy następny władca tej dynastii miał od tej pory nosić numer. Następcą Pierwszego Cesarza został oczywiście Drugi Cesarz, wcześniej książę Huhai, z tytułem: Qin Er Huangdi (czyt.: Cin Ar Hłangti), „Drugi Syn Niebios Dynastii Qin“. Dalsze ciągu nie było, ale wydaje się łatwy do przewidzenia – nieprawdaż..?

Władza stała się anonimowa. Nie przypomina to Państwu przypadkiem „Edenu“ Stanisława Lema..? I słusznie, że przypomina. Bo o to właśnie chodziło. Jak można zbuntować się przeciw władcy, który nie ma nawet imienia..? Pierwszy Cesarz zaciekle chronił zresztą swoją prywatność. Być może wszystkie te historie rodem z magla, które przytoczyłem powyżej, stąd się właśnie wzięły: cóż bowiem ciekawi lud bardziej, niż prywatne życie prominentów..? Jeśli zaś nie mają dostępu do plotek choćby pozór prawdy noszących, to je sobie sami wymyślają.

Tytulatura cesarska była też wyrazem najgłębszych przekonań całej szkoły myślicieli chińskich, poświęcających się tylko i wyłącznie odkryciu teorii „tyranii doskonałej“. Wedle jej adherentów:
  1. Najwyższy władca nie musiał posiadać żadnych specjalnych umiejętności ani charyzmy, żeby skutecznie sprawować rządy. W istocie, może być człowiekiem dowolnie ograniczonym – nie ma to żadnego znaczenia dla funkcjonowania machiny państwowej.
  2. Niezależnie od stanu swojego umysłu, najwyższy władca i tak jest w stanie sprawować rzeczywistą i realną kontrolę nad biegiem spraw państwa – jeśli tylko będzie przestrzegał kilku prostych reguł:
-       wszyscy ministrowie i urzędnicy, którzy przed nim odpowiadają, muszą mieć jasno określone zadania i kompetencje; ich zadania i kompetencje w żaden sposób nie powinny na siebie zachodzić, zadaniem najwyższego władcy jest pilnowanie granic kompetencji jego ministrów;
-       ministrowie powinni być ściśle rozliczani ze składanych obietnic; karze podlega zarówno nie osiągnięcie obiecanego rezultatu, jak i jego przekroczenie; nagrodzie – tylko dokładne wypełnienie tego, co zobowiązujący się obiecywał; w ten sposób ministrowie uczą się mówić swojemu władcy prawdę i realnie oceniać swoje możliwości;
-       władca wybierając sobie ministrów nie może mieć względu na ich pochodzenie, zasługi przodków czy stopień spokrewnienia z jego rodem; wybierać powinien raczej ludzi nowych, którzy swoje wyniesienie tylko jemu będą zawdzięczać – a ściśle rozliczając ze składanych obietnic, dobierze sobie w końcu ekipę, której zbiorowa mądrość wielokrotnie będzie przekraczać jego własne umiejętności.
  1. Dla zachowania ciągłości władzy, władca powinien z góry i w sposób jednoznaczny uregulować kwestię nastąpstwa tronu.
Prawda, że wszystko to jest bardzo proste..? Okazało się też nadzwyczaj skuteczne. Dynastii Qin zapewne nie udałoby się tak szybko obalić gdyby nie pewna osobista słabość Pierwszego Cesarza. Mianowicie: bał się śmierci. Zakazywał nawet o niej wspominać w swojej obecności. Wierzył, że w taki czy inny sposób zyska osobistą nieśmiertelność. No i w konsekwencji – nie zadbał z góry o następstwo tronu…

W chwili jego śmierci, w trakcie podróży inspekcyjnej po Cesarstwie (w roku 210 p.n.e.), zamierzony, ale oficjalnie nie desygnowany następca, książę Fusu sprawował dowództwo nad armią na dalekim, zachodnim pograniczu. Li Si oraz niejaki Zhao Gao (czyt.: Dżao Gao), wychowawca księcia Huhai, podrobili cesarski dekret mianujący następcą tego ostatniego.

Drugi Cesarz pochował ojca wewnątrz góry Li. Ogromny grobowiec zawierać miał podobno repliki pałaców cesarskich, miast, wież i siedzib urzędników, sztuczne rzeki z rtęci, słońce i księżyc ze szlachetnych metali na usianym gwiazdami niebie, łąki, tereny łowieckie i stawy, a także ogromne skarby różnych rzadkich i cennych przedmiotów. Wszystkiego tego bronił wymyślny system pułapek – samostrzelających kusz, zapadni i innych zmyślnych urządzeń. Wraz z Pierwszym Cesarzem pogrzebano też jego harem, oraz rzemieślników i robotników, którzy mogli zdradzić położenie i sposób wejścia do grobowca. Co skądinąd nie zapobiegło jego wielomiesięcznemu plądrowaniu przez zwycięskich powstańców kilka lat później. O tym, że grobowca strzeże także cała gwardia cesarska, sportretowana w terakocie, Sima Qian nie napisał – udało się to odkryć dopiero niedawno. O ile mi wiadomo samego grobowca mimo, że ma być splądrowany i spalony, do tej pory nie próbowano jeszcze odkopywać…

Naturalnie brat Drugiego Cesarza gdy tylko dowiedział się o pominięciu w drodze na tron, zbuntował się wraz ze swoją armią. Ten bunt udało się jeszcze stłumić – ale przy okazji zniszczona została większość cesarskiej armii, a niepokojów, jakie wywołały walki, nie udało się już powstrzymać. Zhao Gao pozbył się w międzyczasie Li Si i skupił w swych rękach całą władzę. W roku 207 p.n.e., otoczony już przez wrogów podchodzących pod samą stolicę, zmusił swego Cesarza do samobójstwa i tym samym zakończył panowanie dynastii Qin. Sam zginął wkrótce potem.

Dorobek administracyjny Qin, jakkolwiek stojąca za nim ideologia „szkoły legistów“ została w późniejszych czasach solennie potępiona, nigdy jednak nie przepadł. Jeszcze zanim Qin podbiło pozostałe państwa chińskie, jego ludność była podzielona na rangi według ich uniwersalnego dla wszystkich zawodów, rodzajów służby państwowej i stanów systemu. Awans na pierwsze stopnie tej tabeli rang można było uzyskać tylko na dwa sposoby: dostarczając państwu wymagane minimum zboża lub przynosząc na polu bitwy odciętą głowę wroga. W czasach późniejszych nie wymagało to już zwykle tak drastycznych czynów (o zbożu piszę w pierwszym rzędzie..!), ale tabela rang pozostała i istnieje w Chinach po dziś dzień. Nie tylko w Chinach zresztą – bo ten wynalazek akurat na całym świecie się doskonale przyjął, prawda?

Żeby zapobiegać przestępstwom, cała ludność została podzielona na „piątki“ – skupiające pięć mieszkających w najbliższym sąsiedztwie rodzin. Za wszelkie przestępstwa popełnione na terenie „piątki“ odpowiadali solidarnie wszyscy jej członkowie – albo wskazali i schwytali sprawcę, albo wszyscy podlegali karze przewidzianej za dane przestępstwo.

„Kodeks karny“ po raz pierwszy i jedyny w dziejach Chin (ta innowacja akurat się nie przyjęła – było to nazbyt już sprzeczne z konfucjańską zasadą paternalizmu i dyskrecjonalnej władzy zwierzchnika nad podwładnymi…) był jawny. Kary za drobne przestępstwa były proporcjonalnie o wiele surowsze niż za przestępstwa poważne. Dlaczego? Ano dlatego, że legiści dawno temu zauważyli, że przestępcy się rozwijają. Zaczynają od drobnych wykroczeń, często o charakterze chuligańskim – stopniowo przechodząc do coraz poważniejszych przestępstw. Jedyna szansa na przerwanie tego „rozwoju“ to upokarzająca i bardzo dotkliwa kara już za pierwszym razem, kiedy mamy do czynienia zaledwie z „kandydatem na bandytę“, a nie zatwardziałym kryminalistą. 2200 lat później ta prosta zasada będzie wielkim odkryciem w mieście Nowy Jork…

O tym, że ujednolicono wagi i miary, a także rozstęp osi wozów (dzięki czemu koleiny po nich w całych Chinach były takie same, co ułatwiało poruszanie się), nie warto nawet wspominać, bo to przecież standard…

Oczywiście to nie wszystko, ale i tak już Państwa potwornie zanudziłem. Pora na konkluzje. Są one dwojakie – pesymistyczne i optymistyczne. Konkluzja pesymistyczna jest taka, że jak widać, nie trzeba było satelitów szpiegowskich, mikrofonów kierunkowych, systemów monitoringu, komputerowych baz danych, paszportów biometrycznych i temu podobnych wynalazków, aby zaprojektować system, w którym połowa ówczesnej ludzkości (bo tyle „ważyły“ Chiny w całej populacji naszego gatunku podówczas) daje się bezwolnie rozgrywać praktycznie rzecz biorąc jednemu człowiekowi – jak  poruszane sznurkami marionetki.

Konkluzja optymistyczna jest natomiast taka, że chińscy „legiści“ nie mieli jednak racji. Obsesje, słabość lub zwykła głupota władcy potrafi zburzyć nawet ich doskonały system…

wtorek, 24 sierpnia 2010

Nowe Barbarzyństwo

W ciągu zaledwie tygodnia doczekałem się od Państwa przeciwstawnych zgoła epitetów pozytywisty oraz nieuka i obskuranta, lekceważącego Potęgą Nauki. Upewnia mnie to, że właśnie mam rację, a poglądy które tu prezentuję, jako wypośrodkowane, zgodne są ze zdrowym rozsądkiem.

Fakt ten, wraz z całkiem przypadkową okolicznością przyrody taką mianowicie, iż w naszym sklepiku zabrakło piwa „Karpackiego – mocnego“, które zwykle pijemy, kupiłem więc jego „supermocną“ mutację o zawartości alkoholu 9%, ośmielił mnie do wzięcia się za bary z futurologią. Jest to, jak wiadomo, najkrótsza droga do śmieszności, bo nie ma takiej przepowiedni, która by się spełniła, jeśli będzie potraktowana poważnie – na ziszczenie mogą liczyć tylko śmieszne, godne zignorowania, niepoważne lub niewarte uwagi. Albo się więc jest przepowiadaczem daremnym, bo nie trafiającym w cel, albo godnym tylko politowania bo nie znajdującym posłuchu. W normalnym stanie umysłu, nigdy bym sobie na taką lekkomyślność nie pozwolił. Państwa opinie jednak, plus podwójna aspirina, plus wyjątkowo duszna, przedburzowa atmosfera która zażycie aspiryny uczyniła koniecznym, plus jedno „supermocne“ – i proszę, macie mnie jak na strzelnicy, bijcie i dręczcie…

Mój idol, wzór i mistrz, Stanisław Lem, zwykł przepowiadać rychłą katastrofę ludzkości na skutek „czkawki informacyjnej“: ilość informacji produkowanych przez naukę rośnie wykładniczo, co sprawia, że coraz trudniejsze jest tej informacji wchłonięcie i zużytkowanie. Z czasem nie wiadomo już, co aktualnie wiadomo: odkrycia ulegają zapomnieniu przez sam fakt, że jest ich tak wiele, iż samo ich skatalogowanie przekracza zdolności poznawcze jakiejkolwiek jednostki. Zarazem dochodzi do „dyssypacyjnej rozsypki“ nauki, której specjalizacja rośnie jeszcze szybciej niż przyrost uzyskiwanych danych – że zaś nic nie jest trudniejszego niż dialog specjalisty ze specjalistą, jeśli ich specjalności są różne, zdolność poznawcza nauki maleje tym gwałtowniej, im gwałtowniej rośnie jej specjalizacja.

Mistrz Lem wyjścia z tego kryzysu widział dwa. Oba samobójcze. Albo człowiek abdykuje ze swojej niezawisłości – oddając dalsze gromadzenie i użytkowanie wiedzy czynnikowi pozaludzkiemu (może nim być, odpowiednio przekształcone, całe środowisko planety – por. „etykosfera“ z „Wizji Lokalnej“, może też nim być jakiś „bogotron“, czy inny superkomputer z „Golema XIV“ lub z „Cyberiady“), albo też – rezygnuje ze swojego człowieczeństwa, podejmując ryzyko autoewolucji, rozumianej jako planowe zmiany w konstrukcji cielesnej istot rozumnych. Tak czy inaczej, efektem tego kryzysu jest albo ludzkość ubezwłasnowolniona i sprowadzona do funkcji biernych konsumentów przez kogo innego wytwarzanego dobrobytu (zagadnienie decyzyjnej autonomii i dobrej woli tego „pozaludzkiego“ czynnika nie jest tu przy tym bez znaczenia!), albo samozagłada ludzkości – bo nie ulega wątpliwości, że choćby to kobiece łona wydały na świat przyszłych, genetycznie zmodyfikowanych nadludzi, owe zaprojektowane na desce kreślarskiej istoty ludźmi już nie będą. Słuszne jest zatem spostrzeżenie Lema, że kto się na autoewolucję godzi, ucieka się do pozorów, do maskowania swego marnego w dość krótkiej perspektywie losu – gdyby był szczery przed samym sobą, to by od razu usynowił solidny ośrodek obliczeniowy, a dokonawszy tego – popełnił samobójstwo, by swym istnieniem harmonii bytu nie zakłócać.

Zarazem gromadzona przez naukę wiedza rozsadza ramy istniejących dotychczas na mocy tradycji kultur – ukazując ich relatywizm, śmieszność czasem, wszystkie te przywary, które Państwo dyskutanci przeciw mojemu wczorajszemu wpisowi wyciągnęliście.

Oczywiście przepowiednia lemowska nie jest jedyną, którą należy wziąć pod uwagę konstruując własną przyszłych dziejów ludzkości wersję. Jeszcze w latach 60. XX wieku, powstała seria „raportów dla Klubu Rzymskiego“ – z których kilka mam gdzieś w drugim rzędzie biblioteczki. Pozwolicie Państwo, że cytował nie będę, bo dokumenty te mają obecnie wartość jedynie historyczną. Wszystkie one przewidywały rychły kryzys ludzkości na skutek przyrostu jej liczebności przy jednoczesnym wyczerpaniu się kluczowych surowców naturalnych: węgla kamiennego, ropy naftowej, gazu ziemnego, wody pitnej. Oczywiście, prognozy te co do jednej, ani trochę się nie sprawdziły – przyrost demograficzny jest generalnie o wiele wolniejszy niż to pół wieku temu przewidywano (sporej części świata – nie tylko „białej Północy“, ale też i np. Chinom – grozi wręcz spadek liczby ludności, szczególnie tej w wieku produkcyjnym…), a zasoby surowców mineralnych okazały się o wiele większe, niż to wówczas przewidywano. Tym niemniej nie ulega raczej wątpliwości, że zasoby te wcześniej czy później jednak się skończą. Przynajmniej zaś – staną się na tyle rzadkie i drogie, że obecny model cywilizacji, konsumującej energię pozyskiwaną ze źródeł kopalnych bez umiaru i ograniczeń będzie wymagał niejakiego przemyślenia.

Moim zdaniem kryzys, który podstawami naszej cywilizacji wstrząśnie, nastąpi szybciej niż wyczerpanie się czy nawet tylko ograniczenie zasobów mineralnych – i szybciej niż „informacyjne porażenie“ nauki.

Na kryzys ten składają się dwa czynniki już obecnie doskonale, na każdym wręcz kroku widoczne. Pierwszym z nich jest omnipotencja państwa i wszelakiej „władzy“. Pod tym względem nie mamy czego szukać w dotychczasowych dziejach ludzkości – brak jest podobnych precedensów. Nawet „tyrania doskonała“ chińskich legistów i Pierwszego Cesarza (o której opowiem osobno – obiecuję!), z braku środków technicznych niczym była w porównaniu do tego zakresu władzy jaki sprawują nad swoimi poddanymi (czy w czasach dzisiejszych można jeszcze mówić o „obywatelach“..?) najbardziej nawet „demokratyczne“ rządy. Tak daleko idąca tyrania nie może nie odbić się na homeostazie gatunku. I nie widzę najmniejszej możliwości, aby jej wpływ na tę homeostazę mógł być inny, niż skrajnie negatywny… Na dwa co najmniej sposoby. Po pierwsze – władza likwiduje różnorodność. Zmniejszając tym samym, ze szkodą dla szans przetrwania gatunku, liczbę jednocześnie przez nasz gatunek rozgrywanych „gier z przyrodą“, w których stawką jest przetrwanie. Kiedy dojdzie do sytuacji, w której wszyscy będziemy już grali w jedną tylko grę (a jest do tego bardzo blisko! Kto jeszcze pozostał poza obrębem „cywilizacji technicznej“, oprócz Amiszów i paru innych, całkiem marginalnych grup..?), najdrobniejsza nawet awaria może być tak katastrofalna w skutkach, że cofniemy się do paleolitu – bo już nawet neolitycznych umiejętności nikt prawie w skali globu nie kultywuje…

Po drugie – omnipotencja władzy jest pierwszą i najważniejszą przyczyną marnotrwstwa. Było to widać już w Cesarstwie Rzymskim. Po co eksperymentować z nowymi formami ożaglowania, skoro stać nas na wybudowanie galer o pięciu rzędach wioślarzy – a jeśli te okażą się za małe, to wybudujemy jeszcze większe..? Upaństwowienie nauki, które zaczęło się już przed II wojną światową w 90% odpowiada za jej obecne zidiocenie i upolitycznienie. Nie ten bowiem dostaje grant, kto ma rzeczywiście najlepszy pomysł, a ten, kto ma „najszersze plecy“, albo – kto proponuje najbardziej widowiskowe i efektowne (co wcale nie znaczy że efektywne!), a więc nadające się do pokazania jako polityczny sukces, rozwiązanie.

Drugim czynnikiem budującym obecny kryzys, obok omnipotencji i pychy wszelakiej władzy, jest przez Lema przepowiedziany „kryzys kultury“ – która przestała być dla jej nosicieli bezalternatywną oczywistością. Ten „kryzys kultury“ przebiega jednak inaczej, niż Mistrz sobie to wyobrażał. Efektem zakwestionowania jedynosłuszności kultury chrześcijańskiej nie jest w Europie bynajmniej stan akulturalny czy acywilizacyjny. Mistrz nie wziął bowiem pod uwagę wielowarstwowości kultury. Kultura „elitarna“, „wysoka“, okazała się na podważanie jej pewników przez naukę bardzo mało odporna. Przeciwnie kultura „ludowa“, „masowa“ – tej żadna antropologia z etnografią zaszkodzić nie mogą, bo jej wyznawcy niezdolni są do zrozumienia takich niuansów pojęciowych!

Efektem kryzysu jest więc właśnie neopogaństwo. Zabobony, które nie zostały wyplenione, a tylko były przez pewien czas powierzchownie schrystianizowane, wypływają obecnie na powierzchnię w postaci czystej, żadną przymieszką abstrakcji, czy transcendencji nie skażonej.

Główną bowiem cechą pogaństwa jest jego niezdolność tak do transcendencji (ta, jeśli można używać w ogóle takiego terminu, raz jeden tylko w dziejach została „wynaleziona“ – dokonał tego Platon, który jednak nie zdołał wszystkich konsekwencji swego „odkrycia“ eksplorować, bo też i było to dla jakiejkolwiek jednostki nieposilne zadanie…), jak i do abstrakcji. „Nauka pogańska“ to oksymoron. Archimedes, Euklides, aleksandryjczycy, dokonując odkryć w zakresie „nauki czystej“, byli dla swych wierzących współczesnych bezbożnikami ipso facto: odnajdując formuły dające wpływ na przyrodę, które nie były formułami magicznymi lub religijnymi, kwestionowali w ten sposób prawomocność całego, magicznego postrzegania świata, jakie jest dla pogaństwa charakterystyczne. Pogaństwo ma z definicji charakter integralny. Skoro siły nadnaturalne, które czci, są immanentne, to świat materialny nie ma wobec nich żadnej zgoła autonomii – a więc wierzący poganin nie może zarazem uważać za prawdziwe mitów, które powtarza i np. zasad termodynamiki, czy szczególnej teorii względności. Mit musi mieć przewagę, a skoro ma przewagę, to nauka jest niemożliwa.

Przełom jaki tylko i wyłącznie Europie i to właściwie tylko w zachodniej połowie tego kontynentu dało chrześcijaństwo, polegał na tym, że Bóg transcendentny raz świat stworzywszy, nadaje mu pewną autonomię – nie ma zatem żadnych przeszkód, aby zasady rządzące tym światem studiować w całkowitym oderwaniu od teologii. Duns Szkot, Wiliam Ockham czy młodszy Bacon, którzy stworzyli podwaliny współczesnej nauki, nie musieli być i nie byli ani bezbożnikami, ani heretykami. Już przez sam tylko fakt, że nawet uprawiając teologię, Kościół robi to wedle zasad logiki arystotelesowskiej, a więc – racjonalnie – teza jaką postawiłem wczoraj, iż nauka jest córą Kościoła, przezeń odchowaną, a potem tylko przeciw swej Matce zbuntowaną, jest z konieczności słuszna.

Obecnie cofamy się do czasów przedsokratejskich. Gorzej nawet. W realnych czasach przedsokratejskich światem rządzili przynajmniej wojownicy – mężczyźni. Z natury pragmatyczni. Przynajmniej: otwarci na takie innowacje, które im bezpośrednio mogły być przydatne. Nóż z brązu lepszy jest od maczugi nabijanej kamieniami. Stalowy miecz lepiej tnie od noża z brązu. Itd., itp. Obecnie światem rządzą gospodynie domowe – istoty całkowicie irracjonalne, na podobieństwo dionizyjskich bachantek. Rozszarpią żywcem każdego, kto ośmieli się zakwestionować pogańską ortodoksję w którą wierzą! Bez względu na jakiekolwiek pragmatyczne korzyści, jakie taka postawa mogłaby ewentualnie obiecywać…

Prorokuję zatem: nadchodzi era Pogańskiego Totalitaryzmu. Połączenie omnipotencji wyposażonego w ostatnie zdobycze skądinąd zdychającej nauki państwa ze światopoglądem kucht, pasjonatek horoskopów, telenowel i krzyżówek. Koniec wszelkiej twórczej nauki, koniec postępu, koniec racjonalizmu. Nowy matriarchat jako rządy Bogini Matki, strasznej i pięknej, dającej życie i zadającej śmierć… Koniec świata, który dał nam ten poziom życia, do którego jużeśmy przywykli – bez względu na wyczerpywanie się surowców czy na kłopoty z „bombą megabitową“. Ten nowy, pogański, totalitarny i matriarchalny świat już widać gołym okiem.

Powiadam Wam: po moim trupie! Po moim trupie nastąpić może jego zwycięstwo. Będę zabijał jego akolitki zimną stalą póki starczy mi sił w ramionach i póki mój ostatni koń nie padnie trupem. Tak mi dopomóż Bóg!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Powrót demonów

Stereotypowym antonimem pojęcia „wiara“ jest w dzisiejszych czasach pojęcie „wiedza“. Rzekomą różnicę między tymi dwoma pojęciami ilustruje skądinąd dość seksistowski dowcip, przed przytoczeniem którego oczywiście się nie powstrzymam. „Drodzy wierni parafianie – tłumaczy na kazaniu ksiądz proboszcz. – Widzicie w pierwszej ławce zacną rodzinę państwa Kowalskich z ich szóstką dzieci. Pani Kowalska wie, że są to jej dzieci. Pan Kowalski wierzy, że są to także jego dzieci!“

Niestety, tak prosto bywa tylko w bardzo niewielkim zakresie doświadczeń łatwo poddających się naszym zmysłom. Kłopot w tym, że znakomita większość zjawisk, którymi zajmuje się nauka współczesna, wcale, albo w nikłym stopniu postrzegana jest bezpośrednio przy pomocy oczu, uszu i pozostałych przyrodzonych nam zmysłów. Z tego punktu widzenia różnica między dogmatem o Trójcy Świętej a ogólną teorią względności Alberta Einsteina jest, z punktu widzenia laika – dokładnie żadna. Zresztą z punktu widzenia nie-laika póki co chyba też niewielka, bo o ile może to być mi w ogóle wiadome, żadnych dających się potwierdzić eksperymentalnie konsekwencji tej akurat teorii póki co nie udało się wyprowadzić, czyż nie tak..?

Różnica między wiarą a wiedzy w znacznie mniejszym stopniu dotyczy tego, w jaki sposób jedna i druga powstaje, a raczej tego – w jaki sposób mogą być komunikowane. W przypadku nauki, proces jej „wytwarzania“ jest dość ściśle sformalizowany, a zasadniczym, najważniejszym kryterium „rozpowszechniania“ twierdzeń i teorii jest powtarzalność sprawdzalnych doświadczalnie konsekwencji tych twierdzeń i teorii. Z czego wynika jednoznacznie, że nauka nie może zajmować się fenomenami jednorazowymi, wyjątkowymi, nie dającymi się powtórzyć. Takie zaś z definicji są przeżycia religijne, których realność dla przeżywającego może być skądinąd i jest zwykle co najmniej równie oczywista jak wiedza pani Kowalskiej o pochodzeniu jej własnych dzieci. Subiektywnie zatem, żadnej różnicy między wiarą a wiedzą nie ma. Różnica ta pojawia się dopiero przy próbie przekazania takiego doświadczenia komu innemu. Uczony (mam na myśli uczonych uczonych, a nie uczonych głąbów, których jest teraz ogromna większość, a których cała umiejętność sprowadza się do wypełniania wniosków o granty i praktycznej znajomości politycznej poprawności, np. w kwestii klimatu… oraz uczonych uczonych, a nie pseudouczonych, których jedynym związkiem z nauką jest specyficzny żargon, jakiego używają – jak niejaki Karol Marks, John Maynard Keynes i jeszcze parę centurii, a nawet i kohort, jakie by się podobnych typów zebrały, szczególnie w tzw. „naukach społecznych“…) komunikując swoje odkrycie, podaje pewną „receptę“ – i od powtarzalności skutków rzetelnego zastosowania tej „recepty“ zależy sukces tezy, którą broni. Przynajmniej teoretycznie. Nawet w tzw. „naukach społecznych“ – jakkolwiek bywa to niekiedy bardzo trudne.

Natomiast mistyk próbujący zakomunikować innym doświadczenie które przeżył i którego realność może być dla niego o wiele bardziej oczywista i samonarzucająca się od realności codziennej, pięcioma zmysłami postrzeganej, jest zwykle w poważnym kłopocie. W żadnym razie nie potrafi przekazać „recepty“, która by komu innemu pozwoliła przeżyć to samo, czego on doświadczył. Dotyczy to nawet „systemów mistycznych“, w których uczeń prowadzony przez mistrza ma dostąpić oświecenia po wypełnieniu całego szeregu, długich zwykle i wyczerpujących czynności wstępnych, wcale do owej naukowej „recepty“ podobnych – bo i tak, cokolwiek w wyniku „oświecenia“ przeżyje, o ile mu się to uda, będzie to jego wyłącznie własnością i jego jedynie nabytkiem. Doświadczenie takie jest interpersonalnie nieprzekazywalne.

Skłonny byłbym zaryzykować tezę, że cała różnica między wiarą a wiedzą do tego tylko się sprowadza: pierwszej nie sposób przekazać jako „recepty produkcyjnej“, drugą co do zasady – można. I wiara i wiedza subiektywnie jest jednak takim samym stanem umysłu. Co więcej: nie mielibyśmy żadnej zgoła wiedzy, gdyby nasze gatunkowe doświadczenie nie uczyniło nas skłonnymi do wiary! Czymże bowiem jest „sąd indukcyjny“, póki się dlań post factum dowodu w doświadczeniu nie znajdzie, jeśli nie aktem wiary..?

Cóż jest zatem ich przeciwieństwem? Oczywiście: zwątpienie! Tak też to wyglądało historycznie. Chrześcijaństwo opanowało świat rzymski w opozycji do sceptyzmu i zwątpienia, nie w opozycji do wiedzy.

Ten sceptyzm i zwątpienie dotyczył oczywiście wcześniej panującego w tym świecie pogaństwa. Świat pogański był światem na wskroś „magicznym“ – takim, w którym nie istniało rozróżnienie na sacrum i profanum w sensie, jaki dziś niektórzy z nas jeszcze mogliby tym słowom przypisać. Każda bowiem codzienna czynność, począwszy od spożywania posiłku, a kończąc na akcie płciowym czy wypróżnieniu, miała też swoje sakralne znaczenie. Oczywiście, intensywność owego sacrum zmieniała się w czasie i w przestrzeni, wybuchając szczególnie silnie w czasie świątecznym i w miejscu „najświętszym z świętych“, czyli w sanktuarium bóstwa. Sama jednak ilość, różnorodność i wszechobecność rozmaitych sił nadnaturalnych wiodących wierzącego poganina dosłownie za rękę od kołyski aż po grób niemożliwym czyniła zrobienie kroku bez wdepnięcia w jakieś sacrum. Trzeba było uważać, aby zrobić to w sposób odpowiedni – inaczej profanowi groziła zemsta obrażonego bóstwa.

O ile trwoga i bojaźń boża nie mogła być wierzącemu poganinowi obca, o tyle też jego stosunki ze światem, w naszym pojęciu nadnaturalnym, mogły być zgoła familiarne. Wszystkie te bóstwa, demony, siły nadprzyrodzone były przecież z tego, a nie z „tamtego“ świata, były immanentne. Jeśli nawet ich siedziba znajdowała się na niedostępnym, sięgającym ponad chmury szczycie Olimpu, to przecież dawało się ją pokazać palcem! Immanentne bóstwa same podlegały prawom i regułom, których nie stworzyły. Znając te reguły, można było na nie wpływać zupełnie tak samo jak na przyrodę wpływa technik znający reguły które nią rządzą. Można było wobec bóstw stosować szantaż, oszustwo, magię – i były posłuszne, jak tego dowodzą opowiadane chociażby przez Greków mity.

Jakież to łatwe, prawda..? Nie wychodzi handelek amforami z oliwą, to wzywamy na pomoc Hermesa i jeśli wszystkie należne rytuały wykonamy prawidłowo, nie ma siły – handelek musi pójść lepiej! Oczywiście: czasem pójdzie (i nawet jest to dość prawdopodobne: wszak uspokojony, bardziej pewny siebie sprzedawca, może być bardziej przekonujący dla klientów…). Czasem nie pójdzie – jak to w życiu. Wtedy, trzeba będzie zastosować inne rytuały. Grunt, że człowiek nie czuje się opuszczony i samotny w obliczu groźnego, pustego świata…

Od czasów sofistów co najmniej, elity grecko – rzymskiego świata uczyniły jednak wiele, aby ten magiczny świat odczarować. Sceptyzm istniał jako oddzielny kierunek filozoficzny. I jako taki miał nawet swoich fanatyków. O założycielu tej szkoły, Pirronie, opowiadano, że chodził cały w sińcach i ranach. Posunął bowiem swoje zwątpienie w realność postrzeganego zmysłami świata do takiego ekstremum, że gdziekolwiek się udawał, szedł prosto przed siebie, nie zwracając uwagi na doły, kamienie, studnie i inne przeszkody. W górzystej i kamienistej Grecji kończyło się to często bolesnym upadkiem, czasem nawet z wysoka.

To nie sceptyzm jednak był główną przyczyną zwątpienia. Grecko – rzymskie elity zastępując naiwny, bezrefleksyjny zabobon swego cywilizacyjnego dzieciństwa myśleniem racjonalnym, jakiejkolwiek szkole by nie hołdowały, nie zyskiwały ani wiedzy, ani wiary – bo ani wiedzą ani wiarą nie jest taka filozofia, jaką proponowali Platon, Arystoteles, Epikur czy Zenon.

Chrześcijaństwo, którego Bóg jest z tamtego, a nie z tego świata, jest transcendentny – a więc nie można Nim manipulować, nie można Go oszukać, ani zmusić do korzystnego dla siebie działania żadną magiczną sztuczką – zaoferowało wykształconym Greko-Rzymianom wiarę, którą mogli wyznawać bez zażenowania i uśmiechu. Zarazem taki właśnie charakter chrześcijaństwa uwikłał je w długą i bardzo skomplikowaną wojnę z ludowym pogaństwem.

Wojnę, którą w naszych czasach chrześcijaństwo przegrywa. Wiara w transcendentnego Boga, który jest wprawdzie wszechwiedzący i wszechobecny, ale nie ujawnia się wyznawcy na każdym kroku, nie można Jego siedziby wskazać brudnym paluchem, nie poddaje się manipulacji i nie podlega żadnym dla nas pojmowalnym regułom, których by sam nie stworzył, nigdy nie była i nie może być wiarą mas. To jest po prostu zbyt straszne! Bojaźń i drżenie chrześcijanina wobec Boga ma zupełnie inny wymiar niż bojaźń i drżenie poganina wobec łatwych przecież do przebłagania lub przekupienia sił nadnaturalnych, które czci. Wobec Boga nie ma miejsca na poufałość.

Owszem, Bóg chrześcijan dostrzega tę trudność swoich wyznawców – i jeśli można snuć takie domniemania, Wcielenie i śmierć Jego Syna również i ten ma sens, aby możliwie jak najdalej – dalej chyba się nie da – wyjść ludziom naprzeciw i z trwogi i drżenia podnieść, wskazując bezpieczną do owej niepochwytnej transcendencji drogę.

Kościół i na Wschodzie i na Zachodzie zrobił też co mógł, aby z owych ludowych przesądów możliwie wiele dla swojej misji wykorzystać. Bieglejsi ode mnie w teologii się o tym zjawisku wypowiadali.

Na Zachodzie w każdym razie, klęska tych wysiłków Kościoła jest oczywiście widoczna – i to, żeby daleko nie szukać, wśród nie tylko internetowych przyjaciół. Demony powróciły. Wraz z epoką mas do gazet wdarły się horoskopy, a do telewizji – wróżki, czarownice i siły paranormalne. Masowa wyobraźnia chłonie tę absurdalną papkę zachłanniej i gorliwiej niż kiedykolwiek przedtem w dziejach. Wiek XX i ledwo rozpoczęty wiek XXI nawet nie próbują nazywać się „stuleciami Rozumu“ – rozum, nawet całkiem małą literą pisany, nikomu już do niczego nie jest potrzebny, skoro o tyle łatwiej jest posługiwać się zabobonem i magią – a jeśli tego nie starczy, to ufolodkami…

Dlaczego tak się stało..? Może przez to, że Kościół na Zachodzie począwszy i odchowawszy sobie własne dziecko – naukę – pozwolił jej tak się usamodzielnić, że wszczęła ze swoją przyrodzoną matką jałowy całkowicie i bezsensowny spór, niepotrzebnie Autorytet rodzicielki podkopując w oczach maluczkich? Może przez to, że nauka tak się w XX wieku zbiurokratyzowała i zidiociała w swojej politycznej poprawności, że i sama żadnego autorytetu już nie posiada – jeśli kiedykolwiek jakiś miała..?



W każdym razie „bunt clerków“ toruje drogę demonom. Oby nie utorował drogi także i stosom, na których wyznawcy demonów owych zbuntowanych clerków w stosownej chwili – spalą…

niedziela, 22 sierpnia 2010

Wpisu nie będzie…

Nie wyspałem się. Dzień wczorajszy był ciężki. Zaraz po nakarmieniu i wypuszczeniu koni na Wielki Padok podczepiłem przyczepę i pojechałem do Radka, druha mego serdecznego. Od prawie tygodnia wybieraliśmy się po jałówki do Prażmowa i po świnie, które kiedyś przewiozłem mu do teścia za Warką, a które właśnie dorosły do zabicia. Wybieraliśmy się i wybieraliśmy i wybrać nie mogliśmy. Ponieważ spodziewałem się wczoraj gości z Warszawy to koniec końców postanowiłem przeciąć to niezdecydowanie i zapowiedziawszy się z wieczora telefonicznie, przyjechałem do niego o wpółdo siódmej rano.

Zeszło nam do jedenastej. Na czym się nam zeszło, powinienem opowiedzieć, bo niejakie wnioski natury ogólnej z tego wypływają. Ale nie mam sił. Bo to oczywiście nie był wcale koniec. Zdążyliśmy skoczyć z Lepszą Połową na jednej nodze i resztkach paliwa na króciutkie zakupy do Warki i natychmiast, gdyśmy wrócili, zawitała do nas Wesoła Kompania.

Wesoła Kompania zajęła nam resztę dnia. Gluś popracował. 
Ku wielkiej uciesze przerażonych z początku dziewczynek. 
Koćkodan został wymęczony na różne sposoby. 

Zajechaliśmy potem do Radka, gdzie uzupełniłem zużyte podczas porannego transportu paliwo, a także pokazałem przerażonym mieszczuchom świnki (które powinny były już o tej porze przybierać formę kiełbasy – dlaczego tak się nie stało, o tym innym razem…) 
i krowy. 
Radkowe pieski spotkał ten sam los co naszego Koćkodana. 

Wpadliśmy na chwilkę nad Pilicę i do Grabowa na tamtejszy klimatyczny cmentarz wojenny. 

W efekcie do komputera zasiadłem na chwilkę tylko późnym już dość jak na moje możliwości wieczorem i padłem.

Wesoła Kompania przywiozła własną wałówkę, którą i nas nakarmiła. Jak Państwo doskonale wiecie, wcale nie odżywiamy się zdrowo i nie przeprowadziliśmy się na wieś żeby gonić za ułudą żywnościowej samowystarczalności. Ale i tak przywieziona przez Wesołą Komapnię wałówa jakoś nie chciała dłużej pozostać w środku mnie, zaś proces jej wyzewnętrzniania nie pozwalał mi spać prawie od północy – na równi z Koćkodanem regularnie co pół godziny domagającym się rekompensaty za doznane w ciągu dnia cierpienia. Oczywiście: rekompensaty w postaci naprzemiennie chrupków, mokrej karmy z pierdonkowskiej puszki i mleka. Koćkodan jest już w wieku, w którym pewien podstępny Niemiec ma święte prawo chować przed nią różne rzeczy – i czasem żre bo nie pamięta, że już to była zrobiła. Zwłaszcza, kiedy ma po temu dobry pretekst. Co, o dziwo – pamięta! Koniec końców wypiłem właśnie drugą tego ranka kawę i zastanawiam się czy wrócić do łóżka, czy jednak pójść już na hamak..? W końcu niedziela…


Tak więc, wpisu dzisiaj nie będzie. A to, że informuję o tym Państwa oficjalnie na blogu, to tylko dowód na to, że jestem nałogowym blogerem. Bo tak naprawdę, to oprócz opisu naszej wczorajszej z Radkiem porannej podróży, chciałem też, w nawiązaniu do dawnego wpisu o obrzędowości świeckiej i ostatniej dykusji o „duchu świata“, opowiedzieć Państwu, co sądzę o współczesnym pogaństwie – ale chwilowo nie jestem zdolny do takiego wysiłku! Jeśli cokolwiek dziś zrobię, to co najwyżej spróbuję odrobić powstałe przez wczorajszą absencję zaległości w opiece posprzedażnej nad moim ostatnim klientem. I na jakiegoś konia dobrze by było wsiąść… Ech!

piątek, 20 sierpnia 2010

Lepszej Połowy zabawy z aparatem

Dzisiaj obserwacją koniowatych na Wielkim Padoku zabawiała się Lepsza Połowa - oto efekt jej spostrzegawczości:

Nasi romantyczni emeryci. Tak prawdę powiedziawszy to są parą od... 15 lat..? Mają dłuższy staż niż my z Lepszą Połową w każdym razie! To nic, że Gluś jest wałachem. Liczy się uczucie...



Różne kombinacje padokowe



Nasz osiołek

A teraz - uwaga! Uwaga! Konkurs dla Wiernych i Spostrzegawczych Czytelników. Oto trzy różne, choć tak samo błyszczące futra:

A. 
B.
C.
Proszę przyporządkować, do którego z naszych koni te futra należą..?

1. Margire
2. Melesugun
3. Osman Guli

Autor prawidłowej odpowiedzi otrzyma płytkę z moją pracą podyplomową o koniach achałtekińskich. O ile poda adres do wysyłki, rzecz jasna :-) Liczy się tylko pierwsza odpowiedź bezbłędna, tj. prawidłowo przyporządkowująca wszystkie futra wszystkim nosicielkom.

Na zakończenie, całkiem luźne impresje Lepszej Połowy:
Ławeczka pod brzózką, którą ustawiłem już jakiś czas temu, a zapomniałem się byłem pochwalić (ławeczki zresztą są już dwie, druga przy ujeżdżalni).
Purchawka. Ot, tak sobie...

czwartek, 19 sierpnia 2010

Wielki Padok nareszcie

Zgodnie z obietnicą daję kilka fotek koni na Wielkim Padoku. Mało fotogenicznie się prezentują z paszczami przy ziemi, ale w tej chwili naprawdę trudno je oderwać od żucia:

Oczywiście w pierwszej chwili, kiedy je tam luzem wpuściliśmy, najpierw obiegły dzikim galopem cały teren dookoła. Ale akurat w tym momencie nie w głowie mi było robienie zdjęć! Na szczęście, póki co szanują te kruchutki ogrodzenia:


Stopniowo będziemy je umacniać - a z tyłu jest do ogrodzenia jeszcze pozostała 1/3 terenu (co jednak powinno pójść już dość szybko: okazało się, że stalowych słupków starczy jeszcze i na pół tylnej ściany, więc muszę dorżnąć góra 50 - 60 drewnianych palików, żeby całość zakończyć). Ta pozostała 1/3 sama składa się z trzech części: dwóch najbujniejszych łąk (próbowałem zainteresować wczoraj Radka, druha mego serdecznego, tą trawą - bo dla nas jest ona najoczywiściej zbędna, a może jego krowom się przyda - ale i on własnych łąk jeszcze nie skosił...) i Dzikiego Zachodu pomiędzy nimi:





Nie da się ukryć, że mamy za dużo ziemi, a za mało zwierząt. Właśnie dlatego pomysł sprzedawania koni - odpowiadając na komentarz pod poprzednim postem - nie jest najlepszy. Pieniądze za konia szybko byśmy przejedli i dalej bylibyśmy w tak samo czarnej d...e jak jesteśmy. To nie ma sensu. Lepiej postarać się o więcej zwierząt - najlepiej takich, na których dałoby się coś zarobić. Choćby świń, jak to sugeruje w swoim ostatnim, bardzo ciekawym wpisie, Pan Wojciech. Tyle, że nie sposób tego zrobić od razu. Nie mamy żadnych pomieszczeń, w których moglibyśmy trzymać zwierzęta delikatniejsze od koni. Nasze ogrodzenia to na razie zaledwie szkielet. Konie je respektują o ile nie ma nic na zewnątrz, co by je ciekawiło bardziej od tego, co mają w środku. Wokół Pierwszego Padoku musi urosnąć żywopłot, a to zajmie kilka lat.

W każdym razie, ogrodzenie Wielkiego Padoku to milowy krok w kierunku przyszłej samowystarczalności. Dla tej ilości koni którą mamy teraz, starczyłby Pierwszy Padok - gdyby go podzielić bodaj na pół i wykaszać na zmianę. Jeśli jednak mamy się w przyszłości rozwijać, to nie możemy zostawiać 10 ha najlepszej ziemi tylko do produkcji siana - którego i tak mamy nadmiar, podobnie zresztą jak wszyscy inni dookoła (no i w efekcie nie ma komu tego nadmiaru sprzedać...). Oczywiście, również i w przyszłym roku najpierw zbierzemy z Wielkiego Padoku pierwszy pokos trawy na siano. Konie wejdą nań kiedy trawa odrośnie (pewnie szybciej niż w tym roku, mogliśmy je spokojnie tam puścić już 2 - 3 tygodnie temu). W bardziej odległej przyszłości, kiedy koni może jednak będzie trochę więcej, oczywiście podzielimy i Pierwszy Padok i Wielki Padok na kwatery, żeby wypasać je racjonalnie. Na razie to nie jest potrzebne.

Ciągle też mamy do zagospodarowania jeszcze bardzo wiele ziemi, na której na razie nic lub prawie nic nie zrobiliśmy. Po drugiej stronie Lasku Centralnego niż nasza chatka, tuż obok stajni, która w przyszłości ma tam stanąć, jest od dawna zaplanowane i zaorane, ale jeszcze nie zasiane trawą miejsce pod padok dla matek ze źrebiętami. Zaś tam, gdzie w tej chwili zrzucamy nawóz, czyli na naszej Pustyni, docelowo ma powstać kilka wybiegów 10 x 10 m dla ewentualnego ogiera.

A kiedy już zagospodarujmy to wszystko, to hen, aż po tory kolejowe, jak okiem sięgnąć, rozpościerają się kolejne nieużytki, które dopiero czekają na wzięcie pod uprawę:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...