piątek, 30 lipca 2010

Ménage à trois

Nie, nie! Jak się ktoś sprośności spodziewa, to mogę tylko rozczarować: nie ten blog, nie te lata… Ale, proszę tu zaglądać! Może mi się jeszcze kiedyś odmieni..?

Rozchodzi się o to, że zbierały się dziś rano nad nami chmurzyska. Zdążyłem przejechać Wielkiego Strasznego Zwierza – padać dalej nie padało, ale chmurzyska się zbierały. Wziąłem się więc co prędzej do sprzątania pod wiatą, a Lepsza Połowa wylonżowała całą resztę towarzystwa. Ponieważ uwinąłem się z tym sprzątaniem błyskawicznie (zresztą i tak wcale nie padało: dopiero teraz zaczyna się burza; zdążyłem więc jeszcze 70 metrów ogrodzenia Wielkiego Padoku zbudować…), to cyknąłem kilka fotek:











Po drodze nawinął się też Koćkodan, w drodze z miejsca A (niewiadomego) do miejsca B (równie niewiadomego), pochłonięty Bardzo Ważnymi Sprawami:







czwartek, 29 lipca 2010

Tajemniczy nieznajomy...

Takie coś nam wyrosło na zimowym padoku po ostatnich deszczach:

Cóż to za gość..? Nawet Lepsza Połowa w swoim kompendium pod jakże obiecującym tytułem "Rozpoznawanie roślin i zwierząt", nie potrafi go znaleźć..? Może ktoś z Państwa wie?

Miska Odnaleziona!


Tu była. Przy ogrodzeniu między padokiem zimowym a Pierwszym Padokiem, dobre 100 m od chatki. Chciało się psisku nosić!

Żeby nie było, znalazłem oczywiście przypadkiem. Lepsza Połowa wysłała mnie bowiem sfotografować grzyby, które nam wyrosły (naturalnie wyrosły nam wyłącznie grzyby, których nie sialiśmy - po posianych już jakiś czas temu pieczarkach, póki co śladów brak...):
Po drodze cyknąłem też towarzystwo pod wiatą:


Na pierwszym planie wierzchowiec Lepszej Połowy, który przerwał nam dzisiaj poranną wycieczkę, bo wpadł na coś na drodze i zakulał. Oczywiście, jak tylko kobyła została puszczona luzem, cała kulawizna jej  przeszła. To się inaczej nazywa: lenistwo.

W ogóle, ścigamy się dzisiaj z pogodą - i oczywiście przegrywamy. Ledwośmy osiodłali konie, lunął deszcz. Wróciliśmy z przedwcześnie przerwanej wycieczki - zrobiło się słonecznie. Zabraliśmy się za sprzątanie pod wiatą i lonżowanie Maleństwa - przeszła gwałtowna ulewa. Teraz siedzę przy końputerze, a za oknem słońce...

Dalej jednak, gdyby to kogoś interesowało, można podziwiać erozję wodną w miejscach wydeptanych przez konie, w pobliżu wiaty:





My na szczęście powodzi nie spowodujemy. Cokolwiek od nas spływa, gromadzi się w Lasku Centralnym. Gdzie, swoją drogą też posiałem pieczarki - i nic a nic ich nie widać...

Tajemnica Zaginionej Miski...

Zniknęła miska Sylwestry. Lepsza Połowa jakieś dwa tygodnie temu wystawiła ją na stałe na dwór - bo się wokół niej przez cały czas mrówki kręciły, kiedy była w chatce. Niewygoda jaka z tego wynikała przy nocnym karmieniu kota nie była zbyt wielka, póki było ciepło i sucho. Przy największym deszczu, z niedzieli na poniedziałek, kompromisowo zabraliśmy miskę do środka, ale już w dzień trafiła z powrotem za próg.

Dzisiaj około 5.00 rano Sylwestra zgłodniała. Wyjąłem z lodówki puszkę kociego żarcia z Pierdonki, wziąłem łyżkę i pół śpiąc jeszcze, otworzyłem drzwi... Miski brak!

Jak do tej pory poszukiwania nie dały rezultatu. Sądząc po rozbebeszonych śmieciach, musiały w nocy buszować wokół naszej chatki psy. Najwidoczniej któryś porwał miskę...

Za to, szukając (też bezskutecznie) na strychu zapasowej, znalazłem osełkę do kosy, której nie udało mi się znaleźć poprzednio :-)

środa, 28 lipca 2010

Grzybów nie ma

Od wczoraj wieczora pada właściwie bez przerwy. Już nawet w hydroforni zrobiła się mała kałuża na jej piaszczystym dnie. A grzybów ciągle nie ma...

wtorek, 27 lipca 2010

Susza

W ramach płodozmianu dzisiaj zamiast siedzieć w bibliotece, pogrzebałem w ziemi. Niespodzianka! Gleba jest mokra na sztych szpadla wgłąb. Dalej - piasek suchy jak pieprz. Mimo ostatnich opadów, ciągle mamy suszę!

Co zresztą widać gołym okiem, bo nam hydroforni do tej pory, mimo deszczu, nie zalało...

poniedziałek, 26 lipca 2010

Tęskni d..a do bata!

Spędziłem dzisiejsze przedpołudnie w Bibliotece Narodowej. Indeksując pewne pisemka z połowy XIX wieku. Jak wiele innych przedpołudni tego roku. Różnica polegała na tym, że tym razem towarzyszył mi zleceniodawca, dla którego tę czarną murzyńską robotę wykonuję. I co się okazuje? Niby sam sobie jestem sterem, okrętem, żeglarzem – ale przy zleceniodawcy i do toalety znad zszywki gazet jakoś niesporo było mi się ruszyć… Znaczy się: tęksni d..a do bata!


Nie, żebym zrobił więcej niż normalnie. Ale bardziej mi się kręci w głowie i jakieś dziwne powidoki mam w oczach po tylu godzinach nad drukiem i przed ekranem laptopa. Na szczęście stosunki ze zleceniodawcą właśnie wkraczają w okres opieki posprzedażnej. Co znaczy, że pora rozejrzeć się za następnym. Ktoś z Państwa przypadkiem nie ma parcia na zdobycie tytułu magistra..?

niedziela, 25 lipca 2010

Wietrzny poranek

Za oknem wieje. Oczywiście, nie spadła u nas ani kropla deszczu jak do tej pory - wg prognozy pogody dla pobliskiego Grabowa nad Pilicą, którą udało mi się znaleźć w necie, padać ma dopiero tej nocy. Tak, czy siak, dobrze że chłodniej, ale też nieprzyjemnie. To na pocieszenie kilka zdjęć z ostatnich dni.

Kiedy my z Radkiem bohatersko przewoziliśmy filozoficzne krowy, nad naszą wsią zawisła tęcza:

Kwiatki Lepszej Połowy rozkwitły w całej, by tak rzec, rozciągłości:


Maleństwo w trakcie podjadania siana. Radkowa płachta trochę ogranicza jego niszczenie. Obawy, że konie będą się jej bać, całkowicie się nie potwierdziły. Bez skrępowania wsadzają łby pod spód:


Koćkodan na polowaniu:


I z wczoraj. Jako że dzień był pełen ucieczek, co kilka minut wychodziliśmy na zmianę sprawdzić, co też nasze czworonogi porabiają. No i raz jeden Lepsza Połowa zawołała, żebym natychmiast przyniósł aparat. Sąsiad zbierał słomę po swoim owsie i nasze uciekinierki przyglądały się temu z fascynacją. A jeszcze po drodze Gluś zażywał kąpieli piaskowej:






sobota, 24 lipca 2010

Filozofia krów

Zawsze to podejrzewałem! Krowy wyznają realizm pojęciowy. Blisko im zatem w filozofii do Platona, co i przez podobieństwo nazwy jasno widać („Platon“ wszak, to po naszemu „szeroki“, od szerokiego czoła, które miało charakteryzować tego wielkiego filozofa – a czyż krowy mają wąskie czoła..?). No dobrze: co najmniej jedna krowa wyznaje realizm pojęciowy.

To „co najmniej“ to od mojego ulubionego dowcipu akademickiego. W jednym przedziale pociągu jadącego przez holenderską prowincję siedzą: fizyk, matematyk i filozof. Po kilku minutach podróży fizyk stwierdza: „wszystkie krowy w Holandii są łaciate“. Matematyk, który liczył cały czas po cichu mijane krowy uśmiecha się z wyższością i stwierdza: „co najmniej dziesięć krów w Holandii jest łaciatych“. Filozof, który w ogóle nie zauważył żadnych krów, pogrążony we własnych myślach, usłyszawszy te słowa patrzy na współtowarzyszy z głęboką pogardą, po czym oznajmia: „co najmniej dziesięć krów w Holandii jest łaciatych z tej strony, którą widzimy!“. Więc: co najmniej jedna krowa w naszej wsi wyznaje realizm pojęciowy.

Skąd to wiem? Byliśmy w nocy z Radkiem, druhem moim serdecznym za Ostrowem Świętokrzyskim po bliskie wycielenia jałówki, które mają uzupełnić jego stado. Pojechaliśmy oczywiście z naszą przyczepą do przewozu koni. Która okazała się średnio przystosowana do przewozu krów. Szczególnie zaś – do przewozu krów wyznających realizm pojęciowy!

Zwykle, kiedy mówimy, że jesteśmy zmęczeni tak, że „na pysk padamy“, to jest to tylko taka hiperbola. Wcale nam bowiem nie w głowie na jakikolwiek pysk padać, w szczególności zaś – nie na własny. Jak już, to możemy lec na zadzie. Dzieje się tak dlatego, że w życiu codziennym mamy jednak pewną wrodzoną skłonność do pojęciowego nominalizmu – tj. nie traktujemy bynajmniej wszystkiego, co mówimy ze śmiertelną powagą i nie uważamy, aby każde pojęcie koniecznie było zarazem bytem, na tak śmiertelną powagę zasługującym… Tymczasem, jedna z przewożonych przez nas krów (zmieściliśmy dwie upychając je we czterech przy ładowaniu w przyczepie tak, jak podobno upycha się ludzi w tokijskim metrze – przewoziłem już tą przyczepą cięższe konie, ale krowy, nawet o mniejszej masie, są bardziej objętościowe i niższe – przez co trudno im trzymać głowy nad przednimi poprzeczkami, bo za wysoko…), potraktowała tę hiperbolę dosłownie. Jak na prawdziwego realistę pojęciowego przystało (z czego wynika, że realiści pojęciowi mają, niestety, pewien kłopot z opowiadaniem dowcipów – i co tłumaczy dlaczego Platon, niewątpliwie najwybitniejszy stylista wśród filozofów, spalił swoje próby poetyckie…), legła na pysk razem z całą przegrodą, przednią poprzeczką, workiem na siano – i jeszcze otworzyła rogiem drzwiczki, powodując, całkiem po platońsku, przeniesienie idei skobla blokującego owe drzwiczki w czasie jazdy od strony zewnętrznej w kompletny niebyt. Przyczepa do remontu.

Że Radek, druh mój serdeczny, nie wziął pod uwagę wskazówek które mu dałem odnośnie bezpiecznego wiązania zwierząt w przyczepie (ja w czasie, kiedy on wiązał z przodu, przy rogach, wolałem jednak upychać brudne zady w celu domknięcia tylnych poprzeczek…), a przy tym przywiązał krótko, to po legnięciu na pysk nasza realistyczna pojęciowo krowa zawisła z głową odwróconą o 180 stopni do tyłu i zawieszoną pod ostrym kątem na kółku bocznym jakieś 1,2 m nad poziomem podłogi. Pozycja nader podobna do tej, jaką przyjął łeb tego byka, któremu kark skręcił w ekranizacji „Quo vadis“ nasz mniemany rodak, Ursus, czyli „Niedźwiedź“, ratując nagą Ligię, przywiązaną zwierzęciu do pleców! Że nie mogłem zaplątanego przez Radka węzła szybko odplątać, to mi się dobrze słabo zrobiło, nim sam autor tego gordyjskiego węzła wygrzebał się z Wendi, gdzie drzemał i rozplątał zawiłe zwoje…

Jakoś jednak dojechaliśmy i wygląda na to, że krowa, swoją drogą z termimem wycielenia tuż tuż – za dzień lub dwa – zniosła drogę, upadek na pysk, zawieszenie na kółku i późniejsze przygody (w nocy nie udało się nam jej dostawić na stanowisko, tak się zaparła gruntu po wyjściu z przyczepy, że Radek musiał ją na zewnątrz obory przywiązać…), bez szwanku. Uwieczniłem ją dziś w południe komórką już na jej docelowym miejscu. Jak widać, filozofuje milcząc. W czym przypomina trochę Heraklita. Który chętniej płakał, niż wygłaszał wykłady…

Inne zwierzęta, które obserwujemy, też demonstrują swoje filozoficzne stanowiska. Na przykład nasza Sylwestra dziś rano, kiedy Lepsza Połowa wykopała mnie z łóżka, na które ledwo kilka minut wcześniej (czasu subiektywnego) padłem, co by nakarmić nasze bezużyteczne, leniwe konie, biegała wokół chatki z głośnym tupotem i napuszonym ogonem. Mina białej kotki która to oglądała (niestety, w sennym widzie poszedłem karmić konie bez żadnego zgoła aparatu, nawet komórkowego…) – bezcenna! Sylwestra jest, zdaje się, nominalistką. Bieganie z głośnym tupotem i napuszonym ogonem wokół chatki to symboliczny komunikat, sygnalizujący karmiącemu konie panu, że i ona jest głodna i chętnie by coś przekąsiła. Że komunikat ten, z punktu widzenia standardowego behawioru kota jest całkowicie nonsensowny, to ani zdziwieniu białej kotki (mało jej szczęka o glebę nie uderzyła!), ani przypisaniu Sylwestry do zastępu nominalistów, od Arystotelesa się wywodzących, dziwić się nie należy.

Nominalistyczne przekonania demonstrują też pieski (bodaj nowofunlandy..? Nie jesteśmy pewni, ale podobny pies odgrywał niemałą rolę w jednej z powieści Joanny Chmielewskiej, której jesteśmy fanami…), które już drugi raz spotkaliśmy nad Pilicą. Przynoszą z rzeki, śmiesznie bardzo walcząc z jej bystrym nurtem i urwistym brzegiem, wrzucone tam przez ludzi patyki. Gdyby wyznawały pojęciowy realizm, to nie ruszyłyby się z miejsca wcześniej, póki by im nie rzucono solidnych kawałów mięsa. Łapanie patyków, czyli symboli bez realnego znaczenia, dowodzi skłonności do nominalizmu raczej…




Za to nasze konie konsekwentnie trzymają się konkretów. Konkretnie zaś – trzymają się owsa, kukurydzy i zielonej trawy dostępnych za ogrodzeniem, które bez najmniejszego zupełnie szacunku dla jego symbolicznej powagi co kilka minut demolują, nie pozwalając nam się wyspać po tak ciężkiej nocy. Ech, ci pojęciowi realiści..! Czyżby roślinożercy mieli skłonność do Platona, a drapieżcy – do Arystotelesa..? Taki wniosek wyciągnąłby zapewne fizyk. My jednak, z pogardą odnosząc się do tak powierzchownych uogólnień, pozostańmy przy opisie tych konkretnych przypadków, żadnych zgoła wniosków natury ogólnej nie wyciągając. A jeśli wpis ten wyda się P.T. Czytelnikom bezsensowny, to zapraszam, najdalej jutro jedziemy z Radkiem, druhem moim serdecznym, po jeszcze jedną krowę. Z całą pewnością będzie to równie głęboko filozoficzne przeżycie co przygody minionej nocy…

czwartek, 22 lipca 2010

Coraz ciekawiej...

Miała być praca od sierpnia. Właśnie się przesunęła na drugą połowę tego pięknego letniego miesiąca, a może i na wrzesień...

Robi się coraz ciekawiej. Dobrze, że chociaż zapowiadają opady od soboty.

środa, 21 lipca 2010

Ekwipaż Kopciuszka

Ludzie, ludzie, cuda w tej budzie! Urząd Skarbowy zwrócił mi nadpłatę PIT-a dwa tygodnie przed ustawowym terminem. I to mnie zgubiło…

Nie sprawdziłem konta wczoraj. Sprawdziłem dzisiaj – raczej na zasadzie małpiego odruchu (odrzuca mnie od tekstu, nad którym mam pracować, to zanim się za niego wezmę, wynajduję sobie najdziwniejsze zajęcia…). Za późno.

Oczywiście nie zapłaciliśmy w tym miesiącu raty kredytu. W efekcie wszystko co trafi na moje konto, dematerializuje się o północy. Jak kareta, pantofelki i wykwintna toaleta Kopciuszka… No i zdematerializowało się z wczoraj na dzisiaj bite pięć stów. Żeby chociaż po nich dynia i szczur (dla Koćkodana do zabawy) zostały, ale i to nie! Pfff… i nie ma. I co teraz..?

Lepsza Połowa pociesza, że póki byłem nieświadomy tej straty, o kasę na następny tydzień martwiłem się tak samo jak teraz, a przynajmniej oboje mieliśmy lepszy humor. Pojechaliśmy na dość długi, przyjemny spacer wzdłuż torów kolejowych. Byliśmy nad rzeką. Przeszła nad nami wreszcie burza, od czego wszystko rozkwitło, a dokuczliwym owadom zamokły skrzydełka.



W sumie prawda. Ale czy z tego wynika, że Kopciuszek był szczęśliwszy kiedy nie wiedział, że może mieć – choćby i do północy – elegancki ekwipaż i balową toaletę..?

Nekrofilia nasza narodowa

Rzuciłem ostatnio na forum http://historycy.org zpytanie – co by było, gdyby Jagiełło jednak te 600 lat temu Malbork zdobył i państwu zakonnemu w Prusach położył kres? Bardzo mnie przy tym dziwiło, dlaczego nikt wcześniej takiej właśnie „gdybologii“ nie zaproponował, a są tam najrozmaitsze. Teraz już wiem. Historycy, w każdym razie historycy – amatorzy, od metra dzielą się na dwie, równe liczebnie frakcje.

Nastawieni endecko będą twierdzić (za Jasienicą, a przez niego za Długoszem), że Jagiełło mógł łatwo zdobyć Malbork i „dobić watahę“, ale tego za nic w świecie nie chciał. Bo złym człowiekim był. Jak każdy, kto Polskę od jej wyśnionej, piastowskiej czystości moralno – politycznej oddalał.

Nastawieni piłsudczykowsko twierdzić będą za to – asekuracyjnie – że nie miał na to nigdy żadnych, najmniejszych bodaj szans. Bo gdyby miał, a ich nie wykorzystał, to by wzmacniało stanowisko strony przeciwnej, a i rzucało cień podejrzenia, że Bohater Niezłomny mógł być ułomny i błąd popełnić.

Tak, czy inaczej zatem, jak się nie obróć, d..a z tyłu, na zdobycie Malborka trzeba poczekać jeszcze lat 47 i co więcej, nie będzie to żadna spektakularna operacja wojskowa, tylko czysto finansowy manewr moich pruskich przodków, którzy – widząc polsko – królewską nieudolność i gdybologię w końcu wzięli sprawy w swoje ręce i kupili sobie wolność od zakonnych panów…

To oczywiście tylko zabawa. Wiele jednak mówi o nekrofili naszej narodowej. Historycy – amatorzy żywią się istniejącą literaturą, pretendującą zresztą do miana „naukowej“. Jak widać jest to literatura albo endecka, albo piłsudczykowska – innej nie ma. Zaiste, dwie trumny rządzą światem polskiej wyobraźni! W każdym razie w tej jej części, która za identyfikację z terytorium, tożsamość i pamięć o przeszłości odpowiada. Smutna jest to chyba okoliczność przyrody i złe z tego wynikają wnioski na przyszłość!

Żyjemy, niestety, w ciekawych czasach. Wszystko się może wydarzyć – a nasz bezpieczny, pokojowy i całkiem już zamożny światek ma tak kruche podstawy, że cudem jest, iż się do tej pory nie zawalił. Kiedy zaś w końcu runie, obnażając teatralność tych tandentych dekoracji politycznych wśród których żyliśmy przez ostatnie 20-lecie (ich tandeta zresztą i stąd się bierze, że wykonano je z surowca wtórnego, odzyskanego z równie teatralnych, choć nieco inną prawdę skrywających dekoracji zużytych przez poprzednie pół wieku), znajdziemy się w obliczu brutalnej rzeczywistości wyposażeni tylko w wynikające z naszej narodowej nekrofili mity. Mit moralno – politycznej jedności narodu z jednej strony. I mit dziejowego posłannictwa Polski – z drugiej. Oba mogą nas równie łatwo do katastrofy zaprowadzić…

Ani polska wersja „sacra egoisma“, ani – tym bardziej! – nasz mesjanizm narodowy, to nie jest polityka realna. Jedno i drugie prowadzi do konfliktów, które są akurat ostatnią rzeczą, jakiej nam teraz potrzeba (acz jak już nie mamy innego wyboru, to jednak bardziej racjonalny jest endecki egoizm, bo będąc defensywnym z natury, przynajmniej nas na jakąś – Panie Boże uchroń – krucjatę na Wschodzie nie zaprowadzi: Polska raz jeden w swoich dziejach miała szansę wziąć udział w krucjacie istotnie potrzebnej, o cywilizacyjnym i epokowym znaczeniu – gdyby mianowicie w roku 1919, nie bacząc na różnice w poglądach, pomogła Denikinowi w marszu na Moskwę; jeśliby to się nawet gorzej dla państwa polskiego skończyło niż późniejsza o rok wojna z bolszewikami o Ukrainę, to 200 milionów ocalonych przed śmiercią na skutek komunizmu było tego wartych, a i sami byśmy dziś pewnie lepiej wyglądali… taki wyjątkowy wypadek raczej się jednak szybko nie powtórzy!).

Jakikolwiek będzie konkretny moment podniesienia kurtyny i obalenia tych dekoracji, które nas w tej chwili otaczają, prawda jaką wówczas na własne oczy zobaczymy, raczej się nam nie spodoba. Wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują bowiem, że jeśli mielibyśmy szukać analogii do naszych dziejów dawniejszych, to najbliżej jest nam do wieku XVIII. Tak jak wtedy jesteśmy krajem zależnym od potężniejszych sąsiadów, przedmiotem, a nie podmiotem polityki międzynarodowej. Owszem, ewentualny default naszych patronów ich też osłabi. Nim to się jednak stanie, zrobią co mogą, żeby jak największą część kosztów przerzucić na kolonie – w tym i na nas. Co zresztą już się dzieje, przy ochotnej bardzo współpracy krajowych naszych kolaborantów – że o „polskim udziale w pakiecie pomocowym dla Grecji“ tylko wspomnieć. Jak wiadomo, nim gruby schudnie, chudego na marach wyniosą. Cokolwiek więc się stanie, stosunek sił między nami a potężnymi patronami naszymi, może być tylko gorszy niż jest w tej chwili.


Nie zamierzam się tu bawić w przepowiednie. Obawiam się jednak, że w czasach, które nadejdą, główną naszą troską będzie czysto biologiczne przetrwanie. Daleko stąd do prężenia muskułów w ramach „jedności moralno – politycznej“ narodu, a już sny o potędze powinniśmy zapomnieć – najlepiej na zawsze. I skupić się zamiast tego na zwykłej, codziennej pracy, na poszerzaniu tych wąskich granic osobistej wolności, jakie nam jeszcze zostały. Mentalne przywiązanie do trumien Dmowskiego i Piłsudskiego nam w tym nie pomaga…

wtorek, 20 lipca 2010

Po deszczu

Burzy wprawdzie nie było (tj. była wszędzie dookoła, tylko nad nami nie!), ale trochę jednak popadało. Od razu widać tego efekty! W obiektywie Lepszej Połowy:
Motylki poczuły miętę...

Nasz szczaw nie tak dawno obgryziony przez Maleństwo podczas nocnej wycieczki, pięknie odrósł.

kwiatki Lepszej Połowy

zapylają się..?

mój agrest

i nasze pigwy!

piątek, 16 lipca 2010

Nasz kot... kocieje!

Jestem w szoku. Prędzej bym się nagłej śmierci spodziewał! Ale dowody zdobyte pod moją nieobecność przez Lepszą Połowę są niepodważalne:




Nasza Sylwestra, dobiegająca matuzalemowego jak na kota wieku lat nastu (ilu nastu dokładnie, tego nie wiemy, ale tak raczej bliżej czternastu niż jedenastu...), zaczęła łapać myszy! Już kilka dni temu znaleźliśmy za chatką jedną ewidentnie przygniecioną, aleśmy się tylko z kota śmiali, że usiadł na myszy przez nieuwagę. Dzisiaj, kiedy byłem w bibliotece, jak widać powyżej, Lepsza Połowa była naocznym świadkiem polowania i zabawy ze zdobyczą. Oczywiście, miejski kot myszy jeść nie ma najmniejszego zamiaru, ale już sam fakt, że je - pierwszy raz w życiu - łowić zaczął, niezmiernie jest fascynujący! Jeśli mieliśmy przedtem jakieś wyrzuty sumienia, że Sylwestrę, na Placu Grzybowskim urodzoną, na taką dzicz wywieźliśmy, to nam właśnie przeszły. Wielka jest, zaiste,  potęga natury..!

czwartek, 15 lipca 2010

PRL is back..?

Hasło niby słuszne:

Tylko:
- dlaczego w takim razie zniknął z okolic zejścia na plażę kosz na śmieci, który był tam jeszcze rok temu..?
- i jak się ma takie edukowanie narodu (i niewiennej dziatwy) do owego, jaskrawą czerwienią poniżej przez anonimową władzę zarządzonego zakazu kąpieli, którego przecież nikt (z ową dziatwą na czele) nie przestrzega i przestrzegać nie ma zamiaru..?

Nawet jeśli ktoś chciał dobrze, to wyszło jak zwykle. I jeszcze PRL powiało...

środa, 14 lipca 2010

Klimat

Mój dobry przyjaciel Siła (aktualnie celnik w Krakowie, proszę Go nie mylić z jakimkolwiek innym Siłą, albowiem mój przyjaciel był, jest i będzie całkowicie niepowtarzalny i jedyny!) stwierdził kiedyś:
- K...a, zimą -30 stopni, latem +30 stopni i to ma być klimat umiarkowany..? Umiarkowany to jest na równiku, bo tam cały rok +25 bez żadnej różnicy!
Jak tu się z tą konkluzją nie zgodzić..?

wtorek, 13 lipca 2010

Przed burzą

Nie jest dobrze nosić futro w taki upał:

Konie szaleją: w nocy po kilka alarmów, czasem już i fałszywych, bo śni mi się, że tętent kopyt obok naszej chatki słyszę, za to w dzień, jeszcze w tej duchocie, niewyspany, cierpię na bóle głowy, na które proszki pomagają tylko chwilowo. Wczoraj mimo to pojechałem do biblioteki, z dość marnym skutkiem merytorycznie, za to z ubocznym takim, że Lepsza Połowa sama musiała całe stado, włącznie z odcinającym się zwykle od takich imprez Glusiem, z pola wyki, pół kilometra od nas zbierać - i to dwa razy! Zaczęliśmy w związku z tym umacnianie ogrodzeń osikowymi kołkami, przygotowanymi na ogrodzenie Wielkiego Padoku - zapas się skończył już wczoraj, trzeba nowych naciąć, ale na razie za gorąco...

Rano zaspałem ze śniadaniem dla koni (przez nocny alarm - fałszywy). Trochę popracowałem. Gdy wstała też Lepsza Połowa wsiedliśmy na zwierzaki, a potem, zziajani, pojechaliśmy się ochłodzić w rzece. W drodze powrotnej pożyczyłem od Radka, druha mego serdecznego, starą i porwaną plandekę, przy pomocy której mamy nadzieję trochę ograniczyć niszczenie siana pod wiatą przez czworonogi. Gdy wróciliśmy, przed południem, było już za gorąco, żeby fizycznie pracować, skończyłem więc tylko, co miałem do napisania na dzisiaj, opanowaliśmy wspólnymi siłami jedną ucieczkę i dwa razy naprawiliśmy rozerwane ogrodzenia, daliśmy zwierzakom obiad i teraz czekamy, aż się trochę choć ochłodzi, żeby do dalszych czynności przystąpić.

Zapowiadają burzę. Dałby Bóg. Ale na razie co się zachmurzy i powieje, to w kilka minut przechodzi i dalej duszno. Powoli robi się z tego susza. Już nam graby w żywopłocie wszystkie padły (mam tylko nadzieję, że nie ostatecznie i z czasem odżyją). Trawa na Pierwszym Padoku, nie skoszona, zżółkła i ściele się na ziemi. Za to, daje przynajmniej cień dla nowo wschodzącej pod spodem runi, którą zwierzaki wyjadają - całkiem możliwe, żeśmy dobrze więc zrobili, na razie jej nie ścinając, Radek się skarżył, że mu na polach wszystko schnie i marnieje. Takie to życie - przed burzą.

niedziela, 11 lipca 2010

Zakaz kąpieli

Prorokowałem, że po powodzi, kąpiel w Pilicy może być utrudniona. O tyle okazałem się mieć rację, że anonimowa władza, ustawiła:

Ale kto by się tam władzą przejmował, zwłaszcza anonimową, prawda..?

Upał trudny do wytrzymania. Kto nie może ochłodzić się w bystrym nurcie rzeki, dyszy z gorąca w cieniu:


Konie wypijają po dwie wanny wody za jedną wizytą pod wiatą. Poza tym, większość dnia przesypiają, wedle woli - na piasku, lub na trawie.

sobota, 10 lipca 2010

Przerwany sobór a „młodzież czeladnicza“

Czy nasza cywilizacja mogła wyglądać inaczej? Oczywiście że tak. M.in. mogłaby wyglądać inaczej, gdyby 18 lipca 1870 roku nie wybuchła wojna francusko – pruska. I gdyby, w konsekwencji, Sobór Watykański, niemal 100 lat później nazwany I Soborem Watykańskim, po uchwaleniu w tym samym dniu dogmatu o nieomylności papieża (konstytucja Pastor aeterna), mógł się zebrać na kolejnej sesji po zasłużonych wakacjach.

Niestety, wojna francusko – pruska wybuchła. Napoleon III, zwany przez swoich współczesnych Napoleonem Małym, usiłował bez powodzenia dowodzić, do czego, w przeciwieństwie do swego stryja, nie miał najmniejszych kwalifikacji, zwiększając tylko i tak bez niego powszechny bałagan i histerię po stronie francuskiej, w wyniku czego dostał się do niewoli. 20 sierpnia niewielka załoga francuska strzegąca do tej pory resztek Państwa Kościelnego, tj. „Rzymu z ogrodem“, jak złośliwie pisała prasa zwana podówczas „liberalną“ wsiadła na statki i odpłynęła do Marsylii. Równo miesiąc później, 20 września, poganiani niecierpliwymi naleganiami Bismarcka, który już wtedy planował swój „Kulturkampf“ bersalierzy Królestwa Włoch, chwilowo ze stolicą we Florencji, wysadzili w powietrze jedną ze średniowiecznych bram Wiecznego Miasta i położyli kres doczesnej władzy papieża. Pius IX ogłosił się więźniem Watykanu, a sobór, wobec niemożliwości kontynuacji prac, odłożył do odwołania.

Co by było, gdyby sobór kontynuował obrady..? Nic – odpowie sceptyk. W końcu to już epoka laicyzacji, cóż takiego niby mógł zaproponować sobór, co by zmieniło kształt naszej cywilizacji..?

Prawdę pisząc, dokładnie nie wiadomo. Sobór zdołał uchwalić zaledwie dwie konstytucje: w kwietniu 1870 roku, w pięć miesięcy po rozpoczęciu obrad, stosunkowo mało kontrowersyjną konstytucję o błędach racjonalistów, zaś wspomnianego już 18 lipca, konstytucję dogmatyczną o nieomylności papieża, która budziła wielkie emocje i która pierwotnie miała być XI rozdziałem „konstytucji o Kościele“. Ze względu jednak na owe emocje, które już przed rozpoczęciem obrad soboru doprowadziły do serii wystąpień publicznych, z których potem narodził się ruch tzw. „starokatolików“ – papież, chcąc przeciąć zbędne spekulacje, zdecydował o wyłączeniu kwestii i rozpatrzeniu jej w trybie natychmiastowym. Pomimo silnej z pozoru opozycji, sobór uchwalił tę konstytucję niemal jednogłośnie, albowiem biskupi sceptycznie wobec niej nastawieni, nie chcąc sprawiać przykrości papieżowi, woleli uchylić się od głosowania. Wszyscy też potem przyjęli nowo zdefiniowany dogmat, a ruch „starokatolicki“ skończył się niewielką i zapomnianą sektą.

Oprócz tego jednak, sobór miał mieć w programie jeszcze 52 inne projekty konstytucji (czyli, w języku kościelnym: „schematy“). Nie wszystkie zostały nawet dostarczone Ojcom soboru (w rekordowej liczbie ponad 700 – i po raz pierwszy w dziejach: naprawdę ze wszystkich kontynentów, poza Antarktydą!). Wątpię, by ich zbiór był gdzieś opublikowany – tym bardziej, że temat może interesować co najwyżej jakiegoś zapalonego hobbystę – watykanistę. Co w tym wszystkim więc było – trudno powiedzieć.

W tempie, jakie sobór przyjął w pierwszym półroczu swych prac, o tym, co zawierają następne „schematy“, świat by się dowiadywał stopniowo przez kolejne 20 do 30 lat. Można przywyknąć. Chyba, że w końcu zniecierpliwiony Pius IX, a jak nie on, to sporo od niego surowszy Leon XIII, w końcu by Wielebnym Ojcom podkręcił nieco obroty..? Bo jeśli nie, to dopiero Pius X miałby szansę zamknąć obrady!

Faktem jest, że były w ówczesnej Europie takie kręgi polityczne, które się uchwał soboru ewidentnie bały. Konkretnie, to uchwał soboru bał się nie kto inny, jak sam „Żelazny Kanclerz“ (no, bądźmy sprawiedliwi: do tej pory, co najwyżej „Żelazny Premier“ Królestwa Prus, Kanclerzem Rzeszy Niemieckiej został dopiero w roku 1871…) Otto Bismarck. Wtedy jeszcze zaledwie hrabia, już wkrótce – książę. Obawa przed kontynuacją obrad soboru była motywem jego niecierpliwych nalegań na strwożony rząd florencki. Wcześniej, kiedy nie wiedział jeszcze, że uda mu się sprowokować i rzucić na kolana strzegącą Rzymu przed Włochami Francję, atakował sam pomysł zwołania soboru (w drugiej połowie wieku XIX! Cóż to za obelga dla cywilizacji i postępu!) poprzez wielce mu uległego premiera Królestwa Bawarii, księcia Hochenlohe: w kwietniu 1869 roku, kiedy tylko Pius IX ogłosił ten obrazoburczy zamiar, rząd bawarski wysłał notę dyplomatyczną „do wszystkich rządów cywilizowanych“, w której zwracał uwagę na niebezpieczeństwo „dla postępu i praworządności“, jakie może wyniknąć z obrad tego szacownego gremium.

O co tu mogło chodzić? Nie o nieomylność papieską przecież – sam Bismarck przyznał w pewnym momencie (w rozmowie z ówczesnym prymasem Polski, kardynałem Ledóchowskim), że to tylko pretekst, bo wszak ogłoszenie tego dogmatu nic nie zmieniało w tym, w co katolicy wierzyli od zawsze, a w każdym razie: od wielu stuleci.

Powód musiał być inny. Bardziej polityczny. I, jak się zdaje, można ten powód rozszyfrować. „Historie Kościoła“, których nieco od tamtej pory napisano, ujmują to zwykle dyplomatycznie. Idzie jednak, w największym skrócie o to, że po doświadczeniach austriackiego „józefinizmu“, rewolucji francuskiej i wszystkich następnych szaleństw, do jakich już wówczas posuwała się przekonana o swojej omnipotencji władza, Kościół mógł na forum soborowym uroczyście potępić „państwo nowoczesne“. Tak, jak to zresztą już zrobił Pius IX, ogłaszając pół dekady wcześniej encyklikę Quanta cura, wraz z dołączonym do niej wykazem 80 błędnych, zdaniem Kościoła, twierdzeń, czyli Syllabusem errorum. Jedno z tych twierdzeń brzmiało: Państwo jako źródło i początek wszelkich praw, cieszy się niczym nieograniczonym prawem.

Niby nieprawdziwość tego, zakwestionowanego przez papieża twierdzenia bije w oczy. I to niezależnie od tego, co myślimy o prawie naturalnym. Państwo nie może wszak zadekretować, że nie ma siły ciążenia – a jeśli tak zrobi, narazi się tylko na śmieszność. Jest to więc głos rozsądku, a nie jakiś antyliberalny dogmat. A mimo to – 2/3 rządów europejskich poczuło się obrażonych!

Niewątpliwie uszczegółowienie i wzbogacenie twierdzeń z Syllabusa o konkretne przykłady, spowodowałoby obrażenie pozostałej 1/3. Tylko, czy to by wystarczyło, żeby przestraszyć Bismarcka..? W końcu to tylko słowa…

Trzeba jednak pamiętać, że ówczesny Kościół – co nawet całkiem prawomyślne i kościelne „Historie…“ przyznają – tkwił jeszcze myślowo mocno w ancient regime. I dlatego był wrogiem nie tylko nowoczesnego, asbolutnego, „pogańskiego“ państwa, ale też i – w pewnej mierze przynajmniej – kapitalizmu. I nie wahał się tej wrogości przekuwać w czyn!

Ksiądz Adolf Kolping z Kolonii założył w końcu lat 40. XIX wieku sieć „stowarzyszeń młodzieży czeladniczej“ – które do 1872 roku zdążyły się rozrosnąć do jakich 70 – 80 tysięcy członków w całych Niemczech. O wiele więcej niż jakakolwiek z narodowych struktur I Międzynarodówki Marksa i Engelsa, jak by się kto pytał. O co chodziło z tą „młodzieżą czeladniczą“? Oczywiście o schemat myślowy przeniesiony z czasów feudalnych: młodzi ludzie najpierw terminują w swoim rzemiośle, często przenosząc się z miasta do miasta, a gdy nabiorą dostatecznego doświadczenia, opanują w stopniu mistrzowskim swoje rzemiosło, wyzwalają się na samodzielnych mistrzów i osiadają gdzieś, zakładając rodzinę.

Fakt, że to niekoniecznie w pełni odzwierciedlało już ówczesne realia: bo znakomita większość owych „czeladników“, była po prostu robotnikami najemnymi, których szanse na jakąkolwiek samodzielność, o ile nie okazali się ponadprzeciętnie przedsiębiorczy i pomysłowi, nie była w systemie fabrycznym zbyt wielka. Choć, czy na pewno..? Tak się stało w naszej rzeczywistości, która znakomitą większość „nie-dość-przedsiębiorczych“, skazała na dożywotnio to samo miejsce przy taśmie. Ale w rzeczywistości alternatywnej, gdyby sobór dokończył obrady, a jego wskazówki, uogólniające także doświadczenia ks. Kolpinga, zostały wcielone w życie..?

To nie jest „trzecia droga“ – przynajmniej tak długo, jak długo w grę nie wchodzi przymus przynależności do owych stowarzyszeń. Bo na czym polegała ich działalność? W miejscu pochodzenia młody człowiek szukający pracy – można zakładać, że pewnie nastolatek i to raczej „młodszy nastolatek“, niż starszy – rejestrował się po odbyciu stażu kandydackiego w lokalnym stowarzyszeniu. W niedziele i święta brał udział w zebraniach, podczas których szacowni i szanowani obywatele loklanej społeczności – w gruncie rzeczy: potencjalni pracodawcy lub klienci owych młodzieńców – udzielali im lekcji czytania i pisania, rachunków, geografii, religii czy księgowości. Zwykle zresztą stowarzyszeniu przewodził miejscowy proboszcz. Na tychże zebraniach młodzi mogli się we własnym gronie (a więc bez pań, zwłaszcza swawolnych!) godziwie zabawić, jak czytamy np. w sprawozdaniu takiego stowarzyszenia z wielkopolskiego Gostynia za lata 1869 – 1870: grając w piłkę, strzelając z wiatrówki lub z łuku, śpiewając czy grając w warcaby.

Prezes stowarzyszenia wystawiał jego członkom „książeczki“ – coś w rodzaju dowodu tożsamości i „książeczki pracy“ jednocześnie. Zawierały m.in. adresy wszystkich innych lokalnych stowarzyszeń w całych Niemczech oraz miejsce na adnotacje, w których prezesi innych stowarzyszeń mogli zapisywać jakiej i ile udzielili pomocy młodzieńcowi, gdy do nich zawędrował, jak się ich zdaniem prowadzi i jakie poczynił postępy w swoim rzemiośle. Zastępowało to też listy polecające – i, oczywiście, katoliccy pracodawcy stanowczo woleli zatrudniać robotników legitymujących się takimi książeczkami, co przynajmniej dawało jako takie gwarancje ich uczciwości i dobrego prowadzenia się. Nie tylko zresztą katoliccy, bo korzyść z zatrudnienia takiego pracownika – za którego ktoś bierze odpowiedzialność – jest oczywista.

W rzeczywistości Bismarck po rozpoczęciu w roku 1873 Kulturkampfu rozgonił tego rodzaju stowarzyszenia na cztery wiatry. Widział w nich zagrożenie dla państwa i początek katolickiej irredenty przeciw jego rządom w Rzeszy. Kiedy 10 lat później sam wprowadził „Kathedralsocializmus“, miejsce tych stosunkowo niewinnych stowarzyszeń zajęły „klasowe“ związki zawodowe, które już się nie bawiły w samokształcenie, czy w wystawianie świadectw moralności. Walczyły o wyższe płace i tyle. Odpowiedzią Kościoła, ujętą w ramy encykliki Rerum novarum były „chrześcijańskie“ związki zawodowe, które w gruncie rzeczy robiły to samo, tylko przy wtórze modlitw, a nie przy śpiewie „Międzynarodówki“. Świat stał się uboższy o wyniki eksperymentu, któremu nie dano dojść do końca.

Co by się mogło stać, gdyby sobór trwał i gdyby zalecił stowarzyszenia ks. Kolpinga całemu katolickiemu światu? Gdyby – być może – miejsce Bismarcka zajął jego największy konkurent i śmiertelny wróg, przywódca katolickiej Zentrumpartei, Ludwik Windthorst?

Ponieważ ks. Kolping tkwił myślami w systemie feudalnym, gdzie każdy uczeń i czeladnik po jakimś czasie osiąga status samodzielnego mistrza i osiada gdzieś, gdzie ma pewny dochód z pracy rąk własnych, gwarantowany mu przez cechowe przywileje, ograniczające konkurencję wśród rzemieślników, jego stowarzyszenia były przeznaczone tylko dla młodzieży. Starsi mieli sobie, po dawnemu, radzić sami. Jednak, paradoksalnie, największe chyba konsekwencje miałoby utrzymanie tego systemu dla… emerytur!

Jakieś 10 lat temu pisałem dla „NCz!“ o południowoafrykańskim „neotrybaliźmie“. U wielu plemion murzyńskich warunkiem założenia rodziny jest posiadania odpowiednio licznych stad bydła (co, tak na marginesie i bez związku z tematem, jest też powodem pustynnienia Afryki…). Młodzi ludzie, którzy takich stad nie odziedziczyli, wędrują zatem do miast przemysłowych RPA i tam pracują w fabrykach, póki na stosowne „wiano“ nie odłożą. Potem wracają do siebie i pasą krowy – a jeśli nawet tak nie robią, tylko zarabiają nadal w mieście (co jest na ogół bardziej opłacalne…), to i tak ich żony i krowy zostają na terytoriach plemiennych. Władza kacyków, która wcześniej bardzo upadła po kompromitujących klęskach w wojnach z Białymi, bardzo się dzięki temu systemowi umocniła: bo tylko starszyzna plemienna gwarantuje takiemu robotnikowi że kapitał w postaci żon, dzieci i krów, jaki odkłada, nie zostanie pod jego nieobecność zmarnowany.

Oczywiście, to i tak nie zapobiegło powstaniu wokół wielkich miast RPA slumsów, gdzie gnieżdżą się Czarni, którzy już żadnych krów nie posiadają. Również w Europie upowszechnienie „stowarzyszeń Kolpinga“ by nie zapobiegło urbanizacji i rozwojowi wielkich miast. Jednak mógł on być mniej gwałtowny. Ponieważ najlepiej zarabiający i najszybciej awansujący (bo dbający o podnoszenie kwalifikacji i nie zaglądający – przynajmniej nazbyt często – do szynku…) robotnicy i tak odkładaliby część zarobków na poczet „lepszej przyszłości“: na ożenek, otwarcie jakiegoś własnego interesu, bodaj zakup domku z ogródkiem – pomysł tworzenia dla nich jakichś „ubezpieczeń emerytalnych“ miał szansę się nie pojawić.

Zresztą, przy stowarzyszeniach Kolpinga tak, jak powstały tanie domy noclegowe, jadłodajnie i kasy chorych (a we Lwowie np. hospicjum dla rekonwalescentów, wracających do sił po chorobie, a jeszcze niezdolnych do pracy), pewnie by z czasem powstała też jakaś kasa oszczędnościowa, gromadzenie tych „emerytalnych“ kapitałów ułatwiająca. Podobnie jak, w związku z szerokim rozgałęzieniem sieci stowarzyszeń, aż się prosiło zorganizować jakąś „telegraficzną agencję pośrednictwa pracy“, kierującą ich członków tam, gdzie byli akurat potrzebni.

Jak na razie pomysł wydaje się mieć same zalety: mobilna, podnosząca kwalifikacje, zdyscyplinowana i godna zaufania siła robocza, która w dodatku nie stwarza tak wielkiego nacisku na infrastrukturę miasta, jaki by wywierała przenosząc się masowo do dzielnic biedoty z całymi rodzinami. W dodatku Marks i Engels ze swoją Międzynarodówką mogliby się wypchać sianem wobec konkurencji tak skutecznej struktury… To czemu Bismarck, socjalistów przecież (na początku) też zwalczający, rozgonił na cztery wiatry „stowarzyszenia Kolpinga“?

Rozgonił je, bo dopatrzył się w nich pierwocin „ciała pośredniczącego“, które stałoby między państwem, a robotnikami. Bismarck żadnych „ciał pośredniczących“ sobie nie życzył. On chciał patrzeć stalowym wzrokiem swojego portretu z każdego urzędu, szynku i salonu prosto w oczy każdego poddanego Rzeszy i żadnej konkurencji w walce o tegoż poddanego serce i umysł nie znosił i znosić nie miał zamiaru.

Bez niemieckiego wzoru, cała organizacja upadła i w innych krajach Europy. Gdyby Sobór trwał dłużej i gdyby zajął się tą sprawą, być może wzorzec jednak by się ostał i gdzieś przynajmniej, mógł rozwijać się dalej..?



Oczywiście „stowarzyszenia Kolpinga“ i potępienie wszechmocy państwa rzekomo liberalnego, to zapewne nie byłyby jedyne postanowienia niedokończonego Soboru. Nawet nie byłyby wśród najważniejszych. A jednak, mogłyby zmienić oblicze naszej cywilizacji…

poniedziałek, 5 lipca 2010

Ideologia Czynu

Raz wdawszy się w zabawę „co by było gdyby“, nie potrafię się od niej ostatnio jakoś uwolnić – choć zdawałoby się, że mam dość innych kłopotów i zajęć. Ostatnio jednak dyskusja, jaka tam się toczy, obraca się wokół zagadnień, które i tu nieraz już się pojawiały – choćby za sprawą Wielce Szacownego Pana Profesora Boboli; wokół Ideologii Czynu.

Czym jest „Ideologia Czynu“? Nie jest to żaden system teoretyczny, ani program polityczny, ani filozofia. Raczej: sposób bycia.

Sposób bycia, który łączy sanacyjną Ligę Morską i Kolonialną, PPS-Frakcję Rewolucyjną tow. Ziuka, Ligę Polską pana Miłkowskiego, „czerwonych“ z powstania styczniowego, „stronnictwo ruchu“ emigracji polistopadowej – i można by tak pewnie aż do konfederacji barskiej, choć tu już sprawa jest wątpliwa. Innymi słowy, „Ideologia Czynu“ to z grubsza to samo, co „ruch niepodległościowy“. Więc i obecny PiS się do tego łapie.

Jakie są najbardziej ogólne cechy tego sposobu bycia – dla mnie osobiście niezmiernie irytującego, co z góry otwarcie przyznaję, żeby nie było, że się pod bezstronność podszywam?

Po pierwsze – szczera, niczym nie skrępowana pogarda dla przyziemnej rzeczywistości i ograniczeń świata materialnego. Jako pierwszy w prostych, żołnierskich słowach wyraził to poeta Adam M., pisząc w znanej, obowiązkowej lekturze szkolnej (na szczęście znanej ogółowi młodzieży głównie za sprawą długiego trochę i pozbawionego „momentów“, ale za to dającego sporo czasu na obłapianki filmu kinowego – czy w dzisiejszych czasach jeszcze się do kina na obłapianki chodzi, bo od dawna nie jestem na bieżąco..?), cytuję: „Szlachta na koń wsiędzie/ Ja z synowcem na czele – i jakoś to będzie!“ Czy cytat ten potrzebuje egzegezy na użytek P.T. Czytelników, czy też każdy chwyta, o co tu biega? Na wszelkie wypadek wyjaśniam na przykładzie z życia Przeciętnego Blokersa.

Przeciętnego Blokersa denerwuje, dajmy na to Przeciętny Paker z przeciwka, który mu podbiera panienki na potupajach (bardzo jest anachroniczny ten język..?). Co robi Przeciętny Blokers o masie ciała dwukrotnie mniejszej od masy ciała Przeciętnego Pakera? Podkula pod siebie ogon i idzie szukać panienek na potupajach, na które Przeciętny Paker nie uczęszcza? Bynajmniej! Tak by zrobił Przeciętny Blokers pospolity, ale nie nasz – nasz jest wyznawcą Ideologii Czynu (jakkolwiek, jak to Przeciętny Blokers – ma się rozumieć, całkowicie nieświadomym, jak pewien bohater pewnej dawno już zapomnianej francuskiej sztuki teatralnej niejakiego Moliera, który przez całe życie mówił prozą, tylko o tym nie wiedział…). Śmiało więc, z podniesionym czołem i wzrokiem jasnym, w przyszłość skierowanym, wychodzi naprzeciw Przeciętnemu Pakerowi i… zostaje z niego mokra plama na chodniku, którą przez najbliższy tydzień klnąc pod nosem jak szewc ściera codziennie miejscowy dozorca…

Mniej – więcej tak się zachowywała polska klasa polityczna przez cały wiek XIX i przez większość wieku XX. To, że po takich kompromitujących, skandalicznych, wstydliwych, niczym nie usprawiedliwionych klęskach jak przegrana wojna o nikomu (poza królem Prus) do niczego niepotrzebną konstytucję 3 maja, przegrane, nikomu (poza Republiką Francuską) do niczego niepotrzebne powstanie kościuszkowskie, nikomu (poza – być może – Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii, Szkocji i Irlandii) do niczego nie potrzebne powstanie listopadowe, nikomu (poza premierem Prus Otto Bismarckiem) do niczego niepotrzebne powstanie styczniowe – itd., itp., taki sposób myślenia może być jeszcze traktowany poważnie dowodzi już jakiejś skazy genetycznej. Genetycznej głupoty?

Po drugie, Ideologia Czynu zakłada, że cel uświęca środki. Znowu trzeba się tu odwołać do wybitnego poety Adama M., tym razem do „Dziadów“, niestety, ku żalowi młodzieży licealnej, która zmuszona jest czytać tą nieżyciową staroć bez żadnych „momentów“ i żadnych „nawalanek“, dostępną raczej w formie książkowej, bo ewentualnie na DVD można sobie obejrzeć co najwyżej jakieś teatry telewizji – równie rozwlekłe i nudne, co i sama książka (jest film co prawda, „Lawa“, ale tak nie do końca w temacie, wątpię, by wystarczył…). Adam M. o tyle przynajmniej był szczery, że w swojej Wielkiej Improwizacji wyraźnie przyznał, o co biega: Diabeł bowiem we własnej osobie dopowiada za Konrada ostateczne bluźnierstwo, Boga zrównując z carem. Jeśli bowiem cel uświęca środki, to tak naprawdę żadnego celu już nie ma. Możemy robić, co się nam żywnie podoba (niejaki Fiodor Dostojewski, pechowo: Rosjanin! coś o tym miał do powiedzenia…). Czyż „robienie co tylko się komuś podoba“, czyli innymi słowy „róbta co chceta“ – to nie jest czyste diabelstwo, niczym już nie skrywane..?

Po trzecie – Ideologia Czynu, jak sama nazwa wskazuje, gloryfikuje Czyn. Czym jest Czyn? Oczywiście, podstawowe znaczenie to чин, czyli – po rosyjskiemu – „stopień wojskowy lub urzędniczy“ (w dawnej Rosji urzędnicy cywilni nosili mundury i posiadali rangi dokładnie odpowiadające rangom wojskowym). Poza jednak tym znaczeniem podstawowym, Czyn jest też synonimem działania, akcji, ruchu, zmiany, przewrotu, rewolucji, wszystkiego co płynne, zmienne, niestałe, podatne na kształtowanie. Celowo tak niekonkretnie piszę, bo czym konkretnie jest Czyn, tego się dowiedzieć od zwolenników Ideologii Czynu w żaden sposób – nie sposób…

Czy Ideologia Czynu to wyłącznie polska specjalność..? Bynajmniej. Samuraje, z godną podziwu pogardą śmierci szarżujący z katanami (to te ich szable, Bóg wie dlaczego zwane „mieczami“) na karabiny maszynowe i haubice podczas wielkiej rewolty 1876 roku, też wyznawali Ideologię Czynu. Podobnie jak ich ideowi następcy z lat 30. XX wieku, którzy rozpętali wojnę na Pacyfiku, atakując jednocześnie Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię (z dominiami: Australią, Nową Zelandią i Kanadą), Chiny i Holandię, ze skutkiem dokładnie takim samym jak wyżej opisany atak Przeciętnego Blokersa na Przeciętnego Pakera. Ideologią Czynu był też i faszyzm włoski i nazizm niemiecki. Jakkolwiek by to nie oburzało P.T. Czytelników (myśmy sprawiedliwi, oni źli, czyż nie tak..?).

Skąd się Ideologia Czynu bierze..? Siła by o tym dywagować. Moim zdaniem bierze się głównie ze stanu zawieszenia. Niekompletności. Niebytu wdzierającego się w byt. W byt społeczny rzecz jasna, bo Ideologia Czynu, jakkolwiek by nie była męcząca w każdym, indywidualnym wcieleniu, nie jest jako taka chorobą indywidualną, tylko społeczną. W naszym przypadku był to niebyt szlachty, która nie stała się burżuazją, a szlachtą już być – po uwłaszczeniu – nie mogła. Oraz niebyt inteligencji, w którą przekształcała się wydziedziczona szlachta – inteligencji zawisłej w pół drogi między szlachtą, którą już nie była, a warstwą najemnych „clerków“, którą stała się dopiero w ciągu ostatnich lat 20 (bo czy teraz jakikolwiek najemnik wielkiej korporacji, biuralista, kancelista czy księgowy – uważa się dalej za inteligenta..?). Oczywiście, w każdym innym, nie-polskim wydaniu, konkretna siła sprawcza pojawienia się Ideologii Czynu jest inna.


Co jest Czynu przeciwieństwem – na koniec..? Przeciwieństwem Czynu jest praca. Pisana z małej litery. Bo to nie jest żadna heroiczna, stachanowska, wielka i wszechobejmująca Praca, tylko zwykły, codzienny trud, jaki człowiek podejmuje nie oczekując żadnej zań doraźnej nagrody, z poczucia obowiązku. Jest to praca anonimowego mnicha, który przez całe pracowite życie skopiował jedną stronnicę wielkiej Summy św. Tomasza. Praca Ślimaka, który przez całe życie zdołał tylko wychować kilkoro dzieci (bez najstarszego, straconego w rzece…) i uchronić spłachetek pola przed erozją i sąsiadami. Praca powszednia, mozolna, zupełnie nie heroiczna i nie romantyczna – praca po prostu…

sobota, 3 lipca 2010

Samochód dla niewidomych...

Trafiłem dzisiaj przypadkiem na doniesienie. Już Państwo pewnie myślicie, znając mnie z wcześniejszych wpisów, że zaraz strzelę aktem nietolerancji i szowinizmu. To też: bo nie ulega wątpliwości, że owi "naukowcy", dokonujący tego wspaniałego odkrycia, zwyczajnie przekręcili kasę. Jak inni, też amerykańscy naukowcy, którzy po kilku latach eksperymentów i wydaniu pokaźnej kwoty w przedinflacyjnych dolarach, skonstruowali dla NASA jeszcze za Kennedy'ego długopis, który może pisać w stanie nieważkości. Sowieci brali do "Mirów" po prostu ołówki...

Swoją drogą, mój przyjaciel, nauczający młodzież studencką historii na warszawskim USKW żalił mi się kilka razy, że ma niewidomego studenta. Cóż w tym był za powód do żalu? Ano taki, że student ten, zgodnie z programem nauczania, MUSIAŁ studiować także tzw. "neografię" - czyli pismo staropolskie. A doprawy, nikt w XVII wieku nie pisał alfabetem Braila! Ze względu na przepisy nie można go było z tego przedmiotu zwolnić. Zaliczyć - właściwie nie było jak, bo przecież, jako żywo, szans nie miał na odczytanie jakiegokolwiek staropolskiego napisu. Przyjaciel zaliczył mu to w końcu na podstawie egzaminu teoretycznego: student opisał tylko, jak by takie napisy odczytywał, gdyby je odczytywać mógł.

Otóż "samochód dla niewidomych" istnieje od jakichś 4 tysięcy lat. Ma cztery nogi, ogon i parę uszu. Nazywa się to urządzenie "koń" i póki co, w Polsce na przykład, dostępne jest dość powszechnie i niedrogo. Chce więc niewidomy poczuć wiatr we włosach, może to zrobić w każdej chwili, bezpiecznie dla siebie i dla otoczenia (bo rozumiem, że jak się ten, w doniesieniu opisany, nader wyrafinowany system sygnałów, komputerowo pewnie sterowany zawiesi, to co..? Komputer odetnie dopływ paliwa do silnika, czy jedziemy aż do ostatecznego końca..?). Do czego każdego zresztą, nie tylko niewidomego zachęcam, bo to zdrowo i przyjemnie. Koń ma oczy (a jak nie ma, to też sobie radzi, bo zmysły ma z natury wielokrotnie czulsze niż ludzkie, więc żadne strumienie spężonego powietrza nie są mu potrzebne, żeby się o drzewo nie rozbił czy pod samochód nie wpadł), głupi nie jest, za innym koniem, na którym instruktor siedzi, spokojnie można i bez oczu, a także bez rąk (nogę przynajmniej jedną warto mieć...), w każdym tempie jechać i nie ma prawa stać się nic złego.

Ot, i dokonałem odkrycia. Tyle, że z niego żadnej kasy nie ma - a za grant, który tamci cwaniacy zwinęli, pewnie bym mógł spokojnie do końca życia przeżyć. I niech mi ktoś powie, że nasza cywilizacja nie pogrąża się w nadmiarze i zbytecznym luksusie, skoro ją na takie bzdury stać..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...