środa, 30 czerwca 2010

Ergonomiczność...

...nie jest bez znaczenia. Jak chodzi o urządzenia biurowe chociażby. Pożyczony lapotop, z którym wybrałem się dziś do biblioteki, wydziela ciepło przez klawiaturę. Po pół godzinie, najdalej po 40 minutach wrażenie jest takie, jakby dłonie się topiły jak plaster sera na grillu! Ale cóż, grillowany przez końputer, niewyspany po nocnych za krasawicami gonitwach i w dodatku zakatarzony (kto twierdził, że bieganie po rosie jest zdrowe..?), jakoś wytrwałem. Może nie byłem przesadnie wydajny, ale na to już się w tych warunkach niewiele da poradzić. Upał się zrobił i w bibliotece, lubo już raczej po sesji, sporo jest jednak młodych niewiast eksponujących na różne sposoby swoje niewątpliwe wdzięki - nie, żebym narzekał, w końcu co mi innego zostało niż sobie popatrzeć, ale to się też do podkręcania tempa pracy nie przyczynia...

A poza tym, "NCz!" puścił już drugi tydzień pod rząd jeden z tekstów i tu zamieszczanych, tym razem o Józefie II. Zawsze to sympatycznie. W byciu bezrobotnym nie to jest najgorsze, że kasy brak, ale to, że czuję się tak rozpaczliwie niepotrzebny. Takie przynajmniej dowody uznania, zawsze trochę poprawiają nastrój.

Sezonu początek

Sezon nocnych ucieczek otwarty. Dwa dni temu nawiewały trzy razy (raz Maleństwo i Buba, dwa razy samo Maleństwo), demolując ogrodzenie na znacznym odcinku. Dziś nawiały we dwie i to od strony drogi (jakim cudem coś usłyszałem i się obudziłem..?), przerywając w dwóch miejscach taśmę. Perfidnie przy tym skryły się w lasku brzozowym naszego sąsiada po drugiej stronie naszej piaszczystej drogi, gdzie mimo pełni księżyca mogłem je tylko na słuch tropić. Oczywiście nie wytropiłem. Na szczęście na nieprzeciętnej inteligencji Osman Guli można polegać. Zamiast, jak każdy normalny koń, który uciekł w środku nocy z pastwiska pójść sobie na najlepszą w okolicy trawę, czyli na ładnie już odbijający po sianokosach Wielki Padok, pobiegła, pociągając za sobą Margire, w stronę wsi. Gdzie w sumie nie ma nic do jedzenia. Zauważyłem je w okolicy słupa elektrycznego. Tam też dostrzegła je Melesugun, na której głośne wołanie przygalopowały akurat do wejścia. Lepsza Połowa, która nie wiedziała, gdzie wszyscy jesteśmy, akurat tam czekała, żeby je wpuścić.

Co się stało? Po pierwsze - trzeba skosić Pierwszy Padok. Trawa tamże daleka jest od wyjedzenia, a że zrobiła się już duża, sucha i niesmaczna, to nasze rozwydrzone pannice szukają gdzie by tu skubnąć coś lepszego. Po drugie - taśmy, wiosną ponaciągana, już się obluzowały, a gdzieniegdzie i przetarły. Dlatego tak łatwo puszczają.

Teraz głupio: spać się jakoś nie chce, a wstawać jeszcze stanowczo za wcześnie...

wtorek, 29 czerwca 2010

Cnota hipokryzji

Wdałem się ostatnio w kilka blogowych dyskusji w rodzaju tych, które Osioł ze Shreka podsumował jako „męskie rozmowy, takie o życiu i śmierci“ – czyli takie, które z definicji nie mają końca i mieć go nie mogą. Pamiętam jak przez mgłę z lektury „Prawa Parkinsona“, że podobno kilku dżentelmenów w brytyjskim, kolonialnym Singapurze odkryło rozwiązanie tzw. „zagadki bytu“ – ale spożyli przy tym tyle szkockiej, że następnego dnia nie pamiętali, jak brzmiała ta szczęsna formuła. Przy następnym więc sympozjonie, kazali się nagrywać na płytę gramofonową. Niestety, płyta skończyła się, nim panowie bodaj zbliżyli się w swojej, szkocką podlewanej debacie, do istoty problemu…

(Tu przyznaję, że napiłbym się bodaj i barwionego karmelem „łyskacza“ made for Tesco – ale niestety, kasiory nawet i na to brak…)

Swego czasu najpoczytniejszym autorem naszej cywilizacji był Jan Jakub Rousseau – przy czym równie namiętnie zaczytywały się w nim sentymentalne panienki – pensjonarki, co człowiek, w którym trochę później Lew Trocki będzie widział uosobienie bezmyślnej, tępej destrukcji: Napoleon Bonaparte. Jego światowa kariera zaczęła się w roku pańskim 1750 od tego, że wygrał ogłoszony przez Akademię w Dijon konkurs na esej odpowiadający na pytanie Czy odnowienie sztuk i nauk przyczyniło się do odnowienia obyczajów? Rousseau jako bodaj jedyny udzielił odpowiedzi negatywnej, widoczny już wówczas, u progu rewolucji przemysłowej rozwój wielu technicznych umiejętności człowieka obarczając wręcz winą za rzekomy upadek obyczajów. Wywołało to skandal, esej zdobył pierwszą nagrodę, a eseista – łoże i (zasobną) sakiewkę baronowej de Warens, dzięki której nie musiał już ani kraść, ani żebrać, ani pracować – którymi to zajęciami trudnił się (z nieukrywanym obrzydzeniem) do tej pory.

Proste było życie w czasach ancient regime prawda? Tyle już co najmniej równie skandalicznych tez tutaj Państwu podałem, a ciągle o żadnym skandalu, światowej sławie, czy o baronowej (niestety: o zasobnej sakiewce tym bardziej!) nic mi nie wiadomo… Wtedy widać ludziom się lepiej jednak żyło i chyba więcej mieli bezinteresownej ciekawości świata, że ich takie bzdury zajmowały i jeszcze gotowi byli za to płacić! Dziś, Jan Jakub też nie byłby bez szans na publicity, ale bardziej niż na eseistykę, musiałby postawić na inne zalety i umiejętności, którymi był przez Boga (czy tam naturę) bogato wyposażony: na ekshibicjonizm, swobodę w podejściu do płci przeciwnej i potomstwa, czy wreszcie na wspomnianą już, bogatą i różnorodną karierę zawodową, która niewątpliwie mogłaby długo żywić niejeden portal plotkarski.

Cóż mogę zrobić? Ponieważ nie mam szans dorównać Janowi Jakubowi bogatym życiorysem, najmniej zaś już – erotycznym – pozostaje mi wyboista droga eseistyki. Skoro zaś tak, to raz się wdawszy w owe wspomniane „dyskusje po świt“, nie mogę zrejterować, choć może bym i chciał. Powiedziało się „a“, trzeba powiedzieć też i „b“. Powołuję się tu na Jana Jakuba wcale nieprzypadkowo. Otóż kiedy jego pierwszy esej stał się słynny, wielu publicystów, próbując się pod tę sławę podczepić, podjęło się polemiki. Zrobił był to podobo również nudzący się w przyznanej mu przez zięcia na dożywocie Lotaryngii nasz eks-król Stanisław Leszczyński, któremu przypisywane jest autorstwo broszury (oczywiście wydanej anonimowo, ale tak, żeby każdy wiedział, kto za tym stoi) powtarzającej m.in. myśl złotą księcia de la Rochefoucauld: hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie. Rousseau twierdził bowiem, że konwenanse, ogłada, wyćwiczona moralność, są to tylko przejawy hipokryzji, same w sobie skrywające tylko zepsucie, do którego prowadzi utrata naturalnej, wrodzonej dobroci człowieka nie znającego cywilizacji. Leszczyński wprost przeciwnie, dowodził, że skoro ludzie przynajmniej starają się uchodzić za moralnych, tym samym już uznają wyższość postępowania moralnego nad niemoralnym. Postęp zatem w ogładzie, konwenansach i wychowaniu nie jest bez znaczenia dla rzeczywistej moralności, do której ludzie się stosują nawet wtedy, kiedy nikt nie patrzy.

Teza Jana Jakuba żywotniejsza jest od popularności jego dzieł, których teraz już chyba jednak nikt na co dzień nie czyta. Przeszła bowiem, w taki czy inny sposób, do całej późniejszej, XIX i XX-wiecznej ameliorystyki społecznej. Jest to naturalne. Jeśli ktoś akceptuje cywilizację taką, jaka jest, to nie ma powodu układać projektów jej poprawy. Jeśli jej nie akceptuje, to dobry dzikus Jana Jakuba jest jego pierwszą, odruchową alternatywą. Nawet, jeśli oficjalnie przyznaje, że to tylko figura retoryczna, to w każdym razie musi założyć przynajmniej to, że człowiek mógłby być lepszy i może być lepszy w przyszłości, jeśli będzie cywilizowany inaczej niż jest. Czyli, najpierw trzeba istniejącą cywilizację zburzyć i uczynić człowieka dzikim, żeby potem mógł się rozwinąć w całej pełni, bez tego, co ameliorysta ma za przyprawiony mu przez przodków garb: czy garbem tym jest Pan Bóg i jego ziemskie przedstawicielstwo w postaci Kościoła – matki naszej, czy państwo, czy rodzina mieszczańska, czy mieszczańskie wychowanie, czy wreszcie: własność prywatna. Bez takiego założenia nie można układać projektów naprawy tego świata. Wszyscy oni zatem – i Fourier, i Marks i Freud i Marcuse, żeby tylko co poniektórych wymienić – od Jana Jakuba się wywodzą, z niego bierze się ich ród (ideowy).

Janem Jakubem czuć też mocno i jednoznacznie od na ogół całkiem skądinąd bezideowych dzisiejszych mediów. Pracowałem w „Super Expressie“, to wiem, co piszę! Zasadą naczelną, którą mi szef przy każdej okazji wpajał, było to, że mamy naszemu targetowi schlebiać. Co w przekładzie z ludzkiego na nasze oznacza, że w żadnym razie, nie wolno mu stawiać żadnych wymagań. To nie on musi się nauczyć po polsku. To my mamy pisać tak, żeby jemu się przynajmniej wydawało, że rozumie. Target ekscytuje się seksem, przemocą i brudami ze świata możnych i sławnych? OK, dajemy mu to, co go interesuje. I nic innego. W ten sposób się człowieka odcywilizowuje. Czytelnik tabloidów i oglądacz telewizji dużo bliższy jest temu stanowi natury, o którym myślał Jan Jakub, niż owi Irokezi, na których on sam się powoływał. Irokezi, w porównaniu z konsmentami współczesnej papki medialnej, to ludzie cywilizowani aż do przesady! Przestrzegać musieli bardzo skomplikowanych kodeksów zachowań; pamiętać własną genealogię i stopnie pokrewieństwa z kilkoma setkami krewnych i powinowatych, a wreszcie – o każdej, dowolnej roślinie, jaką tylko można znaleźć w ich rodzimej puszczy, potrafili pewnie opowiedzieć więcej, niż nasz współczesny konsument medialnej papki potrafi wydalić z siebie sensownej informacji przez całe życie. Czytałem gdzieś, że ktoś stwierdził, iż jedno wydanie współczesnej gazety zawiera więcej bitów informacji, niż chłop pańszczyźniany z XVII wieku przyswajał przez całe życie. Może tak. Ale ile z tej informacji jest użyteczne? W praktyce: nic. No, chyba, że to „Gazeta Wyborcza“. Wtedy przynajmniej od razu wiadomo, że jest odwrotnie, niż piszą…

Dyskusje, w które się wdałem, dotyczą homoseksualizmu i (rzekomej) pedofilii w Kościele. Jasnym jest, że nie da się ich zakończyć w ten sposób. Ale czy ja chociaż próbuję kogokolwiek do czegokolwiek przekonać? Pewnie, że nie próbuję! O nic innego mi nie chodzi, jak tylko o sławę i pełen trzos (boronową możecie sobie zabrać: nigdy nie byłem w tym dobry, a teraz już czuję się stary i dobrze mi z tym). Dlatego też powtarzam jedynie: demonstrowanie seksualnej odmienności, nie należącej do historycznie usankcjonowanego kanonu akceptowanych społeczenie zachowań nie służy niczemu, poza niszczeniem tego kanonu. Nowego w każdym razie na pewno nie tworzy. A jeśli nawet, to jest to eksperyment co najmniej niebezpieczny. I nie ma żadnej pewności co do tego, czym się zakończy. Na razie kończy się stanem natury wedle Jana Jakuba, a raczej wedle tego, co on sobie na temat owego stanu natury roił był.


Ekscytowanie się publicznym upadkiem biskupów (podobnie jak równie sadystyczne ekscytowanie się publicznym upadkiem lekarzy czy polityków – i stąd niejaki Z. Ziobro nigdy nie będzie bohaterem mojego romansu… po nim zresztą od razu widać, że to zaprzedany Jana Jakuba miłośnik i naśladowca!), to zwykła dzicz. Ta sama dzicz, która towarzyszyła w drodze na szafot wszystkim wielkim i możnym w dziejach tego świata, jeśli tylko na szafot trafili. Fascynacja takimi wydarzeniami jak ostatnie, oburzające zachowanie belgijskiej policji bodaj czy nie jest społecznie bardziej szkodliwa, niż godne pożałowania występki, które były owego zachowania pretekstem. Występki te dotknęły bowiem wąskie grono nieszczęśników, którzy mieli pecha trafić w niewłaściwe miejsce w niewłaściwym czasie. Publiczny lincz na biskupach, lekarzach czy nawet politykach (choć ci ostatni, oczywiście, najmniej na współczucie zasługują), dotyka nie tylko linczowanych, ale i wszystkich, którzy w linczu uczestniczą, albo mu się z lubością przypatrują. Co czasem nawet potrafi spostrzec „Gazeta Wyborcza“. Gdy Ziobro linczował w Polsce lekarzy, organ ów dostrzegł, jakie to ma skutki dla skłonności potencjalnych dawców organów i ich rodzin do współpracy z transplantalogami. Skłonność wiernych do współpracy z księżmi „Gazety Wyborczej“ oczywiście nic nie obchodzi, a nawet wprost przeciwnie (by tak rzec). Zobaczymy jednak, co się będzie działo, gdy ta nie współpracująca z księżmi tłuszcza, zacznie palić i rabować biurowiec „Agory“?

sobota, 26 czerwca 2010

Katastr józefiński, czyli temu panu już dziękujemy…

Jedyną chyba istotną wadą monarchii jest to, że na skutek genetycznego przypadku i błędów w wychowaniu, które się i na cesarskich dworach zdarzają, może się państwu trafić władca pełen dobrej woli, a przy tym uzdolniony i pracowity. Na szczęście, nie zdarza się to często – ale jak już taki geniusz na tronie zasiądzie, skutki bywają wcale nie lepsze niż po długiej i krwawej rewolucji! Paradoks..? Bynajmniej. Wystarczy popatrzeć na przykłady, które nam Historia podsuwa – ot, taki Józef II, cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, król Czech i Węgier, potocznie zwany „cesarzem austriackim“, choć to nieścisłe, bo ten tytuł przyjął dopiero Franciszek I, 14 lat po śmierci Józefa. Skądinąd znany oglądaczom telewizji głównie jako szwagier nieszczęsnego gamonia, Ludwika XVI, króla Francji, którego musiał uświadomić w przedmiocie pożycia małżeńskiego, bo mu się siostra skarżyła, że pozostaje dziewicą – w każdym razie, tak być miało wedle scenarzysty znanej filmowej biografii Marii Antoniny…

Gdybyż niespożyta aktywność Józefa II tylko do tego się ograniczała! Kraj rósłby w siłę i w liczbę mieszkańców, pracowicie przez samego cesarza płodzonych, ludziom żyłoby się spokojnie i dostatnio, a i władza cesarska raczej by nie doznała uszczerbku – jak twierdzi JKM w każdym razie, wskazując na brak pozamałżeńskiej aktywności u obu władców przez najstraszniejsze rewolucje obalonych, tj. właśnie wspomnianego gamonia Ludwika, zwanego też „Sprawiedliwym“ i Mikołaja II w Rosji, jako na powód ich słabej orientacji w tym, co się rzeczywiście na świecie dzieje: wiadomo bowiem, że oficjalne raporty zawsze upiększają rzeczywistość, a wyznania kochanek pozwalają na owych raportów weryfikację. Przyznaję, że w tej akurat sprawie nie mam zdania. Że jednak nadmierna aktywność czysto administracyjna władcy szkodzi krajowi, tego Józef II jest jasnym dowodem. Wszystko więc, co władcę od owej nadmiernej aktywności, a zwłaszcza od ciągłych w tej materii innowacji odciąga, z pewnością jest dla kraju pożyteczne – i jeśli już nawet niczemu innemu nie służy, to pozostaje przynajmniej mieć nadzieję, że niewinne to hobby monarsze przysparza tyle samo radości samemu władcy, co i jego partnerkom, tym samym sumę ogólnego szczęścia na świecie powiększając, amen.

Niestety, Józef II miał wiele zainteresowań i wszystkim poświęcał się z jednakową pasją, a z największą – administrował habsburskim imperium. Robiąc wszystko, co jego zdaniem przyczyniało się do dobrobytu i szczęścia poddanych. Omówienie wszystkich jego reform, niezmiernie drobiazgowych, wymagałoby książki. Skupmy się zatem tylko na tym, w jaki sposób próbował uszczęśliwić swoich poddanych galicyjskich – więc najświeższej stosunkowo daty, bo przyłączonych do imperium dopiero w roku 1772 (kolejnego zaboru, z 1795 roku, Józef już nie doczekał).

Jeszcze wtedy nie samodzielny władca, bo pełnię odpowiedzialności za kraj przejął po śmierci matki, cesarzowej Marii Teresy w roku 1780, ale już, odkąd ukończył 24 lata współcesarz, koronowany w Rzeszy współwładca, rozpoczął oczywiście od podróży inspekcyjnej po świeżo zdobytym kraju. Zagonił też swoją biurokrację do liczenia, mierzenia i spisywania. Dzięki czemu wiemy bardzo dokładnie, ile mórg ziemi zajmowały folwarki szlacheckie, a ile – gospodarstwa chłopskie. Ile trzymano krów, koni, owiec i świń. Jaki był wymiar pańszczyzny w każdym z kilku tysięcy majątków szlacheckich (oczywiście znamy też dokładną liczbę tych majątków, ale jej nie zapisałem, to Państwu nie podam!). Ile domów i jakich – drewnianych, murowanych, itd. – było w każdym z kilkuset galicyjskich miast i miasteczek. Ile było w Galicji kościołów i jaki w każdym z nich był porządek nabożeństw – itd., itp. Kopalnia informacji dla dzisiejszych historyków kultury materialnej i gospodarki! W prosty sposób pozwalająca też wnioskować coś o wcześniejszych czasach, kiedy Galicja należała jeszcze do I Rzeczypospolitej gdzie, jako żywo, nikomu by nie przyszło do głowy nawet i pytać o takie rzeczy.

Wnioski, jakie wyciągnął z tego mierzenia i liczenia, były druzgocące dla polskich „dzikusów“: 9/10 ludności, czyli chłopi pańszczyźnianie „ledwie że pozór mają człowieczeństwa“, tak są biedni i uciemiężeni: mieszkają w lepiankach, które dzielą ze swoim ubogim bydłem, zimą dusząc się dymem, bo lepianki te nigdzie nie mają kominów, za całe odzienie starcza im zgrzebny samodział, byle jak pozszywany i skóry baranie. Tak są biedni, jednym słowem, że nawet nie sposób ich opodatkować!

Rozpoznawszy stan pacjenta i postawiwszy diagnozę, wziął się niezwłocznie pracowity Józef II do leczenia. Na początek, w roku 1781, ustawowo ograniczył wymiar pańszczyzny do 3 dni w tygodniu (postanawiając przy tym raz na zawsze, że oznacza to pracę przez 8 godzin zimą i 12 godzin latem) i zakazał nakładania nowych świadczeń, w osobnym dla każdego z majątków spisie nie zawartych. Że spisy te były zarazem podstawą do opodatkowania właścicieli tych majątków (podatkiem dochodowym, żeby nie było! Liczonym jako procent od nominalnego przychodu brutto właściciela; na który to przychód brutto składały się: świadczenia i czynsze od chłopów, oraz dochody ze sprzedaży płodów rolnych jego folwarku, z lasów i z propinacji, ewentualnie z kopalin lub manufaktur, jeśli takowe w majątku były – wszystko szczegółowo wyliczone i ujęte w przejrzyste tabele; zakazano przy tym używać pańszczyzny do czegokolwiek innego niż obsługa pańskiego folwarku lub lasu: nie mogli więc odtąd chłopi służyć we dworze, ani pracować w pańskiej manufakturze – a za transport płodów rolnych na targ, czy do punktu, skąd były spławiane do Gdańska, trzeba wręcz było chłopom płacić…), niektórzy w chwalebnym zamiarze ochrony substancji rodowej przed zaborczym fiskusem, wymiar owych świadczeń na użytek spisu zaniżyli – ci zmuszani byli, żeby istotnie, tylko tyle od chłopów wymagać, ile sami przy spisie zadeklarowali.

Ponieważ wprowadzanie tej reformy szło opornie, również dlatego, że galicyjscy Żydzi, zwyczajowo zatrudniani do administrowania majątkami, mimo najszczerszych chęci nie byli w stanie zrozumieć metodologii liczenia tych słupków i procentów, nakazano właścicielom majątków zatrudnić wykwalifikowany personel: tzw. „mandatariuszy“, odpowiedzialnych przed administracją cesarską za prawidłowe raportowanie i wypłacanie podatków, oraz tzw. „justycjariuszy“, których jedynym zadaniem było wymierzanie w imieniu właściciela sprawiedliwości chłopom zamieszkałym na terenie majątku (przy czym wprowadzono tryb odwoławczy – chłopi niezadowoleni z wyroku justycjariusza, mogli złożyć skargę do administracji cesarskiej). Urzędników tych zatrudniał wprawdzie i opłacał właściciel ziemski, ale zwolnić ich – bez zgody administracji rządowej – nie mógł. Zupełnie jak dzisiaj „specjalisty ds. bhp“, strażaka, czy etatowego działacza związku zawodowego! Nihil novi sub sole…

Część szlachty zaczęła w tym momencie tracić cierpliwość. Tym bardziej, że „na rynku“ pojawiła się już przecież atrakcyjna alternatywa wobec ciągle używanej, a wymagającej pracy i sprzężaju chłopów pańszczyźnianych trójpolówki. Nie, to jeszcze nie był płodozmian: ten po raz pierwszy zastosowano w Galicji jakieś 30 lat później. Alternatywą było dać sobie spokój z uprawą zboża (i tak Prusacy jak raz w tym właśnie momencie założyli komorę celną na Dolnej Wiśle i eksport przez Gdańsk stał się nieopłacalny) i przestawić się na hodowlę owiec. Do czego podgórskie łąki, a i stepy wschodniej Galicji, znakomicie się nadają. Trzeba tylko było pozbyć się niepotrzebnych już chłopów, co też zaczęto tu i ówdzie robić, likwidując całe wsie.

Administracja cesarska zareagowała błyskawicznie, zakazując, w roku 1785, rugowania chłopów z ziemi. Żeby to wyegzekwować, dokonano szczegółowych pomiarów i od tej pory ziemie każdego majątku dzieliły się na „dominialne“, którymi pan mógł dysponować wedle swojej woli, oraz „rustykalne“, należne chłopom w zamian za pańszczyznę i inne świadczenia.

Jeśli się pamięta, że w ramach trójpolówki cała gromada wiejska po części kolektywnie uprawiała w każdej wsi trzy wielkie pola, tak zmieniając ich przeznaczenie, że w pierwszym roku wszyscy siali na pierwszym polu zboże ozime, w drugim jare, a w trzecim pole to ugorowało, przy czym podczas ugorowania dotychczasowe granice działek użytkowanych przez poszczególnych kmieci, swobodnie poprzeplatanych gruntami folwarcznymi, siłą rzeczy się zacierały i co 3 lata, przy zaorywaniu ugoru, tak naprawdę wytyczano te działki od nowa – to utrzymanie takiego sztywnego podziału okazało się trudne. Powstały bardzo szerokie i zarośnięte miedze. A że działy rodzinne wśród chłopów robiły też swoje, to i doszło na koniec do takich absurdów, jak zmierzone jeszcze w Polsce międzywojennej pole, gdzieś pod Krakowem, u pewnego gospodarza, które miało 3 km długości i… 3 m szerokości!

Największą reformę wprowadził Józef II 10 lutego 1789 roku. Wartość pracy i innych świadczeń chłopskich została przez jego biurokratów szczegółowo obliczona i przeliczona na pieniądze. Nowe prawo, tzw. „katastr józefiński“, postanawiało, że od tej pory chłopi nie będą już pracować na pańskich polach, ani świadczyć jakichkolwiek innych posług. Będą płacić właścicielowi ziemskiemu czynsz wyliczona na 30% wartości ich pracy i dochodów, jakie sami mogą osiągać ze swoich działek. Oczywiście, z pozostałych 70% mieli za to płacić podatek – dochodowy, jak najbardziej! – dla Cesarza…

Nikt nie wyjaśnił jednak dwóch, dość palących kwestii. Po pierwsze: skąd chłopi wezmą pieniądze na zapłacenie czynszu dla właściciela i podatku dla Cesarza? Ze sprzedaży swoich płodów rolnych – no tak, ale kto zagwarantuje, że będą mieli coś na sprzedaż i znajdą na to kupca? To, że przez poprzednie kilkaset lat czynsze pieniężne były na polskiej i w ogóle środkowoeuropejskiej wsi raczej wyjątkiem, a przeważały rozliczenia w naturze: w produktach lub w robociźnie – już samo w sobie świadczy o tym, że pozyskanie gotówki nie było takie proste. Wielki właściciel ziemski, gromadząc tony zboża czy stada rzeźnych wołów, mógł zainwestować w przetransportowanie tych dóbr do miejsca, gdzie dało się je sprzedać. A co miał zrobić chłop, który w tym systemie koniecznie by musiał sprzedać te kilka czy kilkadziesiąt korców zboża? Iść do miasta na piechotę? I do jakiego miasta? Przy ówczesnym stanie dróg i ogólnej infrastruktury, było to utopijne przedsięwzięcie. Już najprędzej mógł sprzedać te swoje korce zboża miejscowemu szynkarzowi lub młynarzowi – za bardzo niską cenę zapewne, bo przy takim a nie innym stanie całej gospodarki, ów skupujący zboże od chłopów z dużym prawdopodobieństwem miałby monopol w swojej wsi.

Ten kłopot nie jest jednak nierozwiązywalny. Ostatecznie, po jakimś czasie, jako że rynek nie znosi próżni, pojawiłoby się dostatecznie wielu faktorów – pośredników, skupujących zboże także i od chłopów, by konkurencja między nimi dała naszym dzielnym kmieciom zadowalające przychody pieniężne, by płacić czynsze i podatki. Najwyżej przez pierwszych kilka lat by się zadłużali i mało jedli (bo przy niskich cenach więcej by musieli sprzedać).

Kmiecie w każdym razie, oczynszowani wedle pomysłu Józefa II, przynajmniej mogli się spodziewać, że jakieś plony na sprzedaż będą mieli. Gorzej z ich dotychczasowymi panami! Przy takiej gospodarce jak opisana powyżej trójpolówka, właściciele folwarków nie mieli własnego sprzężaju, bo polegali na chłopach obrabiających oddanymi im do dyspozycji wołami i swoje i folwarczne pola. Przy folwarkach nie było obór dla krów czy wołów roboczych, ani stajni dla roboczych koni. Nie było też czworaków dla niezbędnych do obsługi majątku fornali, bo nie potrzebowano fornali. Józef II, jednym pociągnięciem pióra pozbawiając majątki pracy chłopów pańszczyźnianych powodował, że przy próbie faktycznego wprowadzenia w życie tego prawa, folwarczne pola najprawdopodobniej pozostałyby nieobsiane. To zaś – jak przyznaje nawet publikujący swoją „Hodowlę zwierząt gospodarskich w Galicji“ za głębokiej komuny, w roku 1975, prof. Witold Pruski – musiałoby się skończyć co najmniej ciężkim kryzysem gospodarczym, jeśli nie głodem. Cenzura to, najwidoczniej przez nieuwagę, puściła – mimo, że pomysł taki postępowy, prawda?

Na szczęście dla Cesarstwa, hiperaktywny cesarz Józef II opuścił ziemski padół w niespełna rok po wydaniu tego prawa, a jego następca, Leopold II, 5 maja 1790 roku je zniósł. Zanim zdołano podjąć na serio próbę jego implementacji.

Oczywistym jest, że nie tylko korzyści fiskalne miał na oku Józef II, wprowadzając swoje reformy. Jako się rzekło, był to władca pełen dobrej woli i szczerze o dobro swoich poddanych zatroskany. Do tego stopnia, że troszczył się nie tylko o ich dobrobyt materialny, ale i o zbawienie dusz: niezadowolony bowiem ze stanu Kościoła, sam przejął de facto rządy nad nim w swoim cesarstwie. Nie tylko mianując dowolnie biskupów i proboszczów, ale też i urządzając całe życie kościelne wedle swoich racjonalistycznych upodobań: zlikwidował m.in. wszystkie, co do jednego klasztory, a w samym Lwowie zamknął 22 „zbędne“ dla obsługi ludności kościoły. Owe osobiste rządy arcykatolickiego cesarza nad Kościołem, zwane potocznie „józefinizmem“, kościelni publicyści ze zgrozą wspominali jeszcze pół wieku po jego śmierci.

Niezależnie od dobrej woli i wielkiej pomysłowości cesarza – biurokraty, faktem jest, że bohatersko zwalczał problem, którego… sam był przyczyną!

Oczywiście, że chłopi galicyjscy po 1772 roku biedowali. Jak mieli nie biedować, skoro wcześniej, przez 4 lata na tym właśnie obszarze toczyła się wyniszczająca wojna domowa połączona z obcą interwencją, czyli konfederacja barska?

Przy tym stosunki między dworem a wsią za I Rzeczypospolitej różne przechodziły koleje losu i różnie wyglądały w zależności od prowincji i od majątku. Generalnie jednak, były to stosunki, odkąd Zygmunt Stary zakazł przyjmowania przez sądy królewskie chłopskich skarg na panów, oparte na pewnej naturalnej samoregulacji. Panowie nie mogli nadmiernie przykręcić śruby, bo ryzykowali, że mimo wszystkich zakazów, często i z wielką surowością powtarzanych, obudzą się pewnego pięknego dnia, a ich chłopów po prostu nie będzie – odejdą na Sicz albo, co o wiele prędzej, do pobliskiego majątku jakiegoś ustosunkowanego magnata, który ani ich pytał będzie, skąd przychodzą, tylko ziemią i zwolnieniem od pańszczyzny na pewien czas obdarzy, kolejną wieś z „Wolą“ w nazwie zakładając. Nie było wprawdzie żadnej ingerencji państwa w stosunki między wsią a dworem, ale też i nie było policji, która mogłaby takich zbiegów tropić i do majątku, z którego uciekli, dostawiać – jeśli właściciel sam tego zrobić nie zdołał, był bezsilny.


Rządy austriackie zakłóciły ten mechanizm. Galicję od Ukrainy odciął solidny kordon wojskowy. Po wsiach i miasteczkach rozlokowano oddziały, które wszelkich włóczęgów i „ludzi luźnych“ łapały, efektywnie kończąc problem zbiegostwa chłopów. Czy jest więc coś dziwnego w tym, że właściciele ziemscy, mając do zapłacenia średnio cztery razy wyższe podatki niż wcześniej, poczęli mimo zniszczeń wojennych i kryzysu, zdzierać ze swoich chłopów co się tyko da..? Pojawiła się więc choroba którą, w jej przyczyny nie wnikając, począł natychmiast zwalczać nasz cierpiący na ustawowe ADHD bohater – mnożąc kolejne, coraz to bardziej utopijne projekty. Gdyby nie zszedł w porę z tego łez padołu, kto wie, czy potrzeba by Napoleona, aby rzucić potężną Austrię na kolana – bo przy kolejnych takich reformach, mogłoby jej już wkrótce nie być…

środa, 23 czerwca 2010

Jezioro Przeklęte

Jak wszyscy P.T. Czytelnicy z topografią Boskiej Woli obeznani doskonale wiedzą, na południowo - wschodnim krańcu naszych posiadłości rozciąga się Pustynia, przedzielona drogą sołecką na dwie części.  Za Pustynią zaczyna się Labirynt Dołów. W jądrze ciemności, czyli w samym środku samego środka Labiryntu, ukryte było do niedawna przed wzrokiem profanów Jezioro Przeklęte.

Dlaczego Przeklęte..? Bo jak patrzę na ciecz, która je wypełnia, to nie wiem, czy więcej w nim płynu z akumulatorów, czy zużytego oleju samochodowego...





Do niedawna wokół Jeziora Przeklętego gęstwina gąszcza osikowo - wierzbowego tak była gęsta, że mowy nie było o robieniu zdjęć. Ale to się właśnie zmienia:


Potrzebujemy kołków na ogrodzenie Wielkiego Padoku, to zaczęła się czystka...

W efekcie Jezioro Przeklęte, miejsce potajemnych sabatów industrialnych czarownic i czarowników, z polewaniem nagich ciał smrodliwym mazutem i posypywaniem odpadami komunalnymi, na co pozostały w okolicy rozliczne dowody:

pierwszy raz w swojej historii ujrzało słońce! Mam nadzieję, że jego promienie przegonią z tego miejsca cały zły urok...

Za to nasza Pustynia, w około jednej czwartej swojej powierzchni. jest już Pustynią Kwitnącą!




Wiem: tak się nie robi z tak cennym nawozem jak koński obornik. Ale nie mieliśmy innego wyjścia. Pierwotnie, z braku płyty na obornik, miałem to wywozić taczkami wprost na Pustynię i tam rozrzucać rzadko tak, żeby dało się to małym wysiłkiem zaorać. Nie przewidziałem tylko tak śnieżnej zimy. Że zaś już wielka kupa powstała, to co było zrobić..? Trzeba było kontynuować... W planach są pieczarki. Tylko, jakoś grzybni brunatnych ani łąkowych nikt właśnie nie sprzedaje!

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Kandydat wirtualny..?

Jak już wcześniej deklarowałem, to nie jest blog o polityce. Polityka mnie średnio interesuje – nie głosowałem wczoraj i zresztą od lat nie głosuję, mając tę czynność za moralnie podejrzaną i upokarzającą. Nie żebym jednak małpim odruchem nie wcisnął przycisku na pilocie i nie włączył „wieczoru wyborczego“.

Pies drapał wyniki. W sumie jedyna rzecz która nas oboje uderzyła to fakt, że choć pokazano relacje ze sztabów wyborczych i przeprowadzono wywiady z takimi kandydatami jak Andrzej Olechowski i Waldemar Pawlak, których poparcie w sondażowych wynikach było daleko niższe niż dopuszczalny błąd pomiaru, to nigdzie, ani na moment, nie pojawiła się dobrze przecież znana i wielce charakterystyczna muszka i twarz kandydata który zajął w tym plebiscycie urody czwarte miejsce..? Nie pokazano relacji z jego sztabu wyborczego (czy ów kandydat w ogóle miał sztab?), nie poproszono o jednozdaniową bodaj wypowiedź i nie zaproszono do żadnego studia na wywiad. W każdym razie, nie w TVP1, TVN, ani w TV Polsat. Innych stacji nasz mały telewizorek nie odbiera.

Nasuwa mi to straszne podejrzenie… Najwyraźniej pan Janusz Korwin – Mikke w ogóle nie istnieje! Nie ma takiej osoby. Skoro jej nie ma, to oczywiście nie może mieć sztabu wyborczego z którego pokazuje się relacje, nie można jej poprosić o jednozdaniową wypowiedź, ani zaprosić do studia na wywiad. To chyba jasne, prawda?

Kurcze, a wydawało mi się, że ongiś rozmawiałem z p. Januszem i to nawet kilka razy na przestrzeni jakich 10 lat, jechałem nawet prowadzonym przez niego samochodem, nie mówiąc o tym, że kiedy byłem młody i piękny, to sam biegałem z ulotkami i zbierałem podpisy pod jego kandydaturą w jakichś prehistorycznych wyborach prezydenckich w czasach, gdy sporej części P.T. Czytelników nie było jeszcze na świecie..? I co? I wychodzi, że dałem się naćpać, zahipnotyzować albo oszukać podstępnie podstawionej kukle, za którą stoi Wiadomo Kto. Aż boję się pomyśleć, co jeszcze z moich rzekomych wspomnień jest tylko efektem upojenia!

Ale zaraz, zaraz… Skoro pan Janusz Korwin – Mikke nie istnieje i jest tylko wirtualną kreacją, to jakie mamy dowody na to, że pozostali kandydaci istnieją? Tylko takie, że z nimi telewizje rozmawiały, pokazały relacje z ich sztabów wyborczych i zaprosiły do swoich studiów… Czy to jest jednak dowód w czymkolwiek przekonujący? Przecież i pan Janusz Korwin – Mikke, lubo rzadko, bywał jednak w telwizyjnych studiach. Skądinąd znałbym jego charakterystyczną muszkę i twarz? Z własnych, narkotycznych wizji jedynie..?


To znaczy, że nie ma żadnego dowodu na realne istnienie także i pozostałych kandydatów na prezydenta RP! To wszystko mogą być i zapewne są tylko kukły, przebrani i ucharakteryzowani aktorzy, wirtualne kreacje komputerowe w 3D. Po prostu kukła udająca pana Janusza Korwin – Mikke akurat się zepsuła i dlatego jej nie pokazano w przeciwieństwie do pozostałych… Nie może być innego wytłumaczenia! Tak, to była jedynie awaria – ale też taka awaria, która ujawnia, że cały nasz świat mediów i polityki, to tylko Matrix. Czy zresztą sama RP aby istnieje naprawdę..?

niedziela, 20 czerwca 2010

„Kwestya socyalna“ a zdrowa żywność – czyli jak działa system?

Prasa katolicka XIX wieku, do której studiowania wróciłem po sianokosach, jak zwykle zaskakuje trafnością spostrzeżeń całkiem dobrze komentujących także i nasze współczesne problemy. Wygląda na to, że aż tak wiele się przez te 150 lat nie zmieniło… M.in. dalej istnieje „kwestya socyalna“. Mało tego! Nie tylko istnieje, ale też rozwija się, potężnieje, rośnie w siłę. Zwłaszcza, w siłę etatów i środków budżetowych, dla jej rzekomego rozwiązywania przeznaczonych…

Tymczasem już w roku pańskim 1871 pisał „ksiądz W.G.“: Rządy sposobu nie znajdą, bo złe jest moralnej natury, a zwrotu ku tego rodzaju środkom nie widzimy, owszem zawód coraz większy. Innymi słowy, żadna materialna pomoc biednym biedy ich nie zwalczy. Nie dlatego bowiem są biedni, że im brakuje takich lub innych rzeczy, ale dlatego, że się biednymi czują! Biednymi zaś się czują, bo wszystkie ich dążenia życiowe ograniczają się do chęci posiadania dóbr których, z takich lub innych przyczyn, naraz i natychmiast posiąść nie mogą. Jedna z przyczyn, która przysłużyła się do rozszerzenia zastępu ubóstwa, to materyalizm, który tłumi w człowieku wrodzone pragnienia moralne, a na zaspokojenie głodu, stąd rosnącego, wskazuje na pokarm z ziemi obfity, urozmaicony – lecz nigdy nie wystarczający. Nie od dziś wiadomo, że szczęśliwsi są ludzie szczerze wierzący od niedowiarków i skromni w swych materialnych potrzebach od utracjuszy. Właśnie dlatego, że nie odczuwają niezaspokojonych potrzeb.

Aż dziwne, że takie rzeczy napisał ksiądz katolicki, prawda? Popularna opinia twierdzi, że bieda Indii stąd się bierze, że tamtejsza religia karze się wyznawcom dóbr materialnych wyrzekać i medytować, przez co mniej pracują, za pieniądzem nie gonią, no i są biedni… Przeciwnie zaś anglo-sascy protestanci, którzy skrzętnie się koło swoich materialnych interesów krzątając, biedy na ogół nie zaznają. Chrześcijanie w ogóle, a więc i katolicy, mieli być, wedle tego mitu, bardziej od skłonnych do ascezy Azjatów zorientowani na „tu i teraz“, więc i do wytwarzania bogactwa sposobniejsi. Jest to oczywiście nieprawda zarówno w odniesieniu do Indii, katolików i protestanów, jak i w odniesieniu do biedy.

Historia nie potwierdza tego weberowskiego związku między „etyką protestancką“ a bogactwem. Niezależnie od tego jakimi motywami kierują się ludzie, system jest jednakowo sprawny. Z powodów, o których pisałem wczoraj: nie potrzeba ani geniuszu, ani jakiejś wyjątkowej pilności czy sumienności, żeby trybiki systemu działały jak należy. Kapitalizm tak samo dobrze działa (działał?) na protestanckiej północy, jak i na katolickim południu Europy, działa w hinduistycznych Indiach i w buddyjsko – ateistycznych Chinach.

Owszem, po marksistowsku pisząc „nadbudowa“, czyli państwo – jakoś tym szybciej się psuje i w prawidłowym działaniu gospodarki przeszkadza, im niższy poziom moralny społeczeństwa (niezależnie od tego, jakiej moralności się to społeczeństwo trzymać zwykło – bo takiej, która by kradzież i rozbój popierała, jako żywo, nigdzie nie ma…). To jednak żadna nowość. Polaków ustrój idealny, czyli szlachecka anarchia, też dobrze sobie radziła, póki wśród panów braci panował duch zgodny i ofiarny – rozpadła się zaś, gdy tego ducha zabrakło.

Wygląda na to, że gospodarka, czyli kapitalizm, etyka indywidualna i system polityczny to trzy całkiem odrębne rzeczy, których wzajemny związek jest niebezpośredni.

W obrębie gospodarki etyka indywidualna i indywidualne preferencje życiowe mają najmniejsze znaczenie: niezależnie od tego, czy zadowalamy się jednym kokosem na dzień, czy potrzebujemy pałacu ze służbą, pracować możemy w ten sam sposób. Co najwyżej w pierwszym przypadku nasza praca ograniczy się do 10 minutowego spacerku po porośniętej palmami plaży, a w drugim – będziemy zasuwać 24 godziny na dobę przez 40 lat i umrzemy na zawał w przekonaniu o swojej tragicznej nędzy, bośmy się do tego pałacu ze służbą ani o milimetr (subiektywnie patrząc) nie zbliżyli…

Powie ktoś, że wynikiem działania kokosowego ascety jest tylko kokos, który jemu samemu służy i nic więcej – zaś ów zaharowany wielbiciel dóbr materialnych wytwarza ich przecież ogromną ilość i w znakomitej większości: nie dla siebie przecież, tylko na wymianę z innymi. Odpowiadam: to jest tylko model. Mało kto poprzestaje na jednym kokosie dziennie, choćby dlatego, że niewiele jest miejsc na świecie tak rajskich, żeby taka strategia przetrwania mogła być skuteczna. Mało kto też na serio marzy o pałacu ze służbą. Ogromna większość populacja całego świata, bez względu na własne w tej materii poglądy, zmuszona jest wytwarzać więcej dóbr i usług niż sama konsumuje, jako że do przeżycia nie wystarcza nikomu to tylko, co sam wytworzył i musi się wymieniać z innymi. Jest to fakt biologiczny, zwierzęcy niemal, bezetyczny i amoralny. Tak po prostu trzeba i już. Genialność wolnego rynku polega właśnie na tym, że ów fakt biologiczny, zwierzęcy, bezetyczny i amoralny wykorzystuje do tego, aby nakłonić ludzi do wspólnego wysiłku dzięki któremu bez dobrej woli któregokolwiek z nich, wszyscy się nawzajem karmią, odziewają i zaspokajają swoje zachcianki.

Pewnie, że jest to może trochę łatwiejsze, gdy uczestnicy rynku sami z siebie mniejszą mają skłonność do oszustwa i kradzieży. Rynek jednak na ogół i z tym sobie radzi, wytwarzając instytucje, które niezbędny dla zachowania wymiany dóbr i usług poziom wzajemnego zaufania zapewniają.[1] Jedną z takich instytucji jest też i państwo, choć tu o tyle można mieć wątpliwości, że jako żywo – spontanicznie, samo z siebie nie powstaje, a przy tym – działa jednak zupełnie inaczej i o wiele łatwiej się psuje! Zdaje się też, że na kształt i na sposób działania państwa etyka i preferencje jego poddanych mają o wiele większy wpływ niż na działanie rynku. Nawet nie z powodu demokracji (ogromna większość państw na świecie nic poza nazwą z demokracją nie ma wspólnego!), ale dlatego, że działanie państwa nie opiera się na odruchach biologicznych. Nikt nie musi być dobrym urzędnikiem państwowym czy dobrym żołnierzem – bo przetrwa i będzie prosperował, może nawet tym lepiej, jeśli będzie urzędnikiem skorumpowanym, a żołnierzem: tchórzliwym lub łupieskim.

Oczywiście tym, co odróżnia państwo od rynku, jest możliwość stosowania przemocy, która zakładaną rówoprawność wymiany zakłóca. Możliwość stosowania przemocy sprawia też, że samo istnienie państwa staje się pokusą. Pokusą do tego, aby odebrać tym, którzy mają i (ewentualnie, jak coś zostanie po zaspokojeniu własnych jego potrzeb) dać tym, którzy nie mają – w daremnej nadziei na to, że w efekcie wszystkim będzie lepiej. Daremnej, bo przecież ci, którzy nie mają nie dlatego są nieszczęśliwi, że nie mają, a dlatego, że inni mieli – i jeśli tamtym się odbierze, wcale nieszczęśliwi być nie przestaną.

Wcześniej, kiedy gospodarka nie działała jeszcze tak sprawnie jak dzisiaj, czy jak 150 lat temu, owa pokusa użycia przemocy dla uszczęśliwienia wszystkich, acz zdarzała się i owszem, co jakiś czas – nie była tak silna o tyle, że i ci, którzy mieli, mieli stosunkowo niewiele i zwyczajnie nic, albo prawie nic by się nie ostało do podziału, gdyby ich wywłaszczyć. Przy tym, przy niskiej produktywności i chwiejnej bardzo równowadze ekologicznej czasów dawniejszych, większość tego rodzaju aktów przemocy kończyła się powszechnym głodem i nędzą. Państwa więc, które tej pokusie ulegały, same się eliminowały, popełniając w ten sposób samobójstwo. Rabowały oczywiście swoich poddanych, ale musiały to robić oględnie i rzadko im starczało na więcej, niż tylko własne potrzeby – a jeszcze przy silnej między wrogimi sobie w tych dzikich czasach państwami konkurencji, można w pewnym uproszczeniu przyjmować, że dla czasów poprzedzających Bismarcka i jego „socjalizm z katedry“, wymiana wartości między państwem (zapewniającym bezpieczeństwo i ochronę własności), a jego poddanymi (oddającymi państwu środki jego utrzymania i pracę), była równoprawna lub bliska równoprawnej. W każdym razie – w dłuższym czasie i na większym obszarze winna była do takiej dążyć.

Odkąd produktywność na skutek całej serii rewolucji technologicznych i organizacyjnych wzrosła, państwa rabujące własnych poddanych dla rzekomego ich lepszego dobra ponad miarę tego, co same im dają, nie eliminują się z grona organizmów żywych od razu, tylko mogą tak trwać przez czas krótszy lub dłuższy, zależnie od stopnia radykalizmu owego rabunku. Przy rabunku względnie umiarkowanym zdaje się nawet, że nic horyzontu czasowego owego trwania nie ogranicza.

Oczywiście rabunek może być tym większy, a pasożyt, czyli państwo, ma się tym lepiej, im organizm żywiciela, czyli gospodarka większa. Tutaj też wracamy do naszego ascetycznego wielbiciela kokosów. Otóż jego obrabować nie sposób – bo skoro nic nie wytwarza ponad własne potrzeby, to raz obrabowany zginie i więcej już niczego nie wytworzy. Żeby na wyspie kokosowej zaistniało państwo, zbieracz kokosów musi zbierać ich więcej niż sam zjada. Czy zatem jest dziwnym, że państwa współczesne tak się ekscytują słupkami z PKB i robią co mogą, aby ich poddani jak najczęściej marzyli o pałacu ze służbą, a jak najrzadziej – o jednym kokosie dziennie..?

Czy może być dziwnym, że powszechnym niemal „aktem założycielskim“ państw współczesnych w Europie, zarówno protestanckich (co oczywiste), jak i katolickich (co mniej oczywiste, ale jest faktem) – była likwidacja lub poważne ograniczenie klasztorów? Przecież to skandal i zdrada stanu, żeby gdzieś żyli ludzie, którzy za dobrami materialnymi nie gonią, a tym samym pomyślności państwa i jego sług nie pomnażają!

Pan Wojciech w którymś z dawniejszych postów czy komentarzy na swoim blogu nawołując do samowystarczalności (na tyle, na ile to możliwe) miał rację twierdząc, że jest to działanie antysystemowe. Istotnie bowiem, stwarza to problem dla państwa któremu zabraknąć może żeru dla wiernych sług jego…

Reasumując, dla większej jasności, w punktach:
  1. Kapitalizm sam w sobie nie ma etyki ani preferencji. To dobrze. Bo w ten sposób możemy w jego ramach realizować dowolną etykę i dowolne, nam tylko właściwe preferencje. Możemy np. nie gonić za nowym telewizorem, lodówką czy „samodzielnym“ mieszkaniem na Tarchominie – i ani system, ani gospodarka się od tego nie zawali! Konsumpcjonizm to nasz własny, wolny i osobisty wybór, a nie cecha konieczna systemu.
  2. Nasz konsumpcjonizm, nadymając gospodarkę w sposób sztuczny i przyspieszony, służy natomiast Lewiatanowi, czyli pasożytującemu na niej państwu – i to ono jest najżywotniej zainteresowane w tym, żebyśmy się na śmierć zaharowywali wytwarzając coraz to więcej, coraz to mniej potrzebnych dóbr i usług.
  3. Rozwiązaniem problemu biedy jest… nie czuć się biednym! Nie ma bowiem żadnej obiektywnej miary bogactwa i biedy. Jeśli tylko możemy fizycznie przetrwać, to od nas samych tylko zależy, czy czujemy się biedni, czy bogaci.


[1] Twierdzono ongiś że Chińczycy, jako że ich etyka nie jest uniwersalistyczna, tylko inaczej każe traktować „swojego“ – członka własnego klanu czy mieszkańca własnej wsi – inaczej zaś pozwala obchodzić się z „obcym“, będą mieli problem z adaptacją się do wolnego rynku. Nie widać, żeby takie problemy mieli. Tyle, że robiąc interesy z Chińczykami, trzeba o tej ich osobliwości pamiętać: kontaktów handlowych nie nawiązuje się tam na ulicy, potrzebny jest pośrednik – gwarant, który pozna ze sobą dwie strony i przez ten fakt ze sobą powiąże, czyniąc z nich „swojaków“.

sobota, 19 czerwca 2010

Czy jesteśmy mądrzejsi od naszych pradziadów..?

Na ogół wszyscy (przynajmniej teoretycznie) umiemy pisać i czytać. Nawet jak nie umiemy, to mamy w domach ogromne telewizory, z których i tak wiemy co mamy myśleć i jak głosować. Zupełnie nie jak nasi ciemni pradziadowie, którzy o wszystkim musieli się dowiadywać w karczmie, albo u magla! Znaczy, że jesteśmy od nich mądrzejsi, tak..?

Prawdę pisząc, przekonanie to wydaje się całkiem powszechne. Kiedy rozmawiam nawet ze starszymi ludźmi z naszej wsi, są na ogół pełni podziwu i zadowolenia: krowy dają teraz kilka lub nawet kilkanaście razy więcej mleka niż w czasach ich młodości, ciągniki są potężniejsze i mniej się psują, wspaniałe maszyny ułatwiają obróbkę ziemi, a modyfikowana genetycznie kukurydza rośnie w naszym klimacie aż miło! Nie można takich głosów lekceważyć. Vox populi – vox Dei.

Nawet oczywista głupota, którą spotyka się obecnie na każdym kroku, też dowodzi istnienia postępu: osoby, narody i państwa tak durne, jak się dzisiaj trafiają, w cięższych i brutalniejszych czasach zniknęłyby z powierzchni ziemi nim byśmy zdążyli się ich istnieniu zdziwić. Innymi słowy: najwyraźniej udało się nam zmniejszyć presję selekcyjną nie tylko środowiska naturalnego na człowieka (dzięki czemu mogą przetrwać osoby słabe, chorowite, obarczone alergiami, nowotworami i masą innych przypadłości dawniej terminalnych), ale też i na wytwarzane przez tego człowieka organizmy społeczne. Bo mogą być głupsze, czyli: bardziej zbiurokratyzowane, gorzej zarządzane, sklerotyczne, nepotyczne i anarchiczne – a i tak mają się nieźle.

Doszliśmy zatem ledwo trzy akapity od początku do paradoksu: jesteśmy od naszych pradziadów mądrzejsi, a dowodem na to jest fakt, że możemy być od nich głupsi, a i tak przetrwamy… Prawie jak koan! Może się to jakiemuś zen-buddyście przyda..?

Oczywiście, paradoks ten ma swoje realne i całkiem przyziemne rozwiązanie. Nasi pradziadowie nie uzyskiwali od krów 14.000 i więcej litrów mleka na laktację, bo wyhodowanie krów o takiej wydajności wymaga nie tylko czasu i cierpliwości (tę mieli, wszak bardzo różne rasy krów wyhodowali), ale też i sporej wiedzy z zakresu genetyki, metodą chybił – trafił się do takiego wyniku nie dojdzie, a jeśli nawet się dojdzie, to nie uda się go utrwalić w populacji krów; wymaga też całego, dość potężnego przemysłu produkującego dodatki paszowe dla tak intensywnie mlecznych krów, wymaga inseminacji, elektrycznych dojarek, potężnych ciągników ciągnących wspaniałe maszyny służące do uprawy zmodyfikowanej genetycznie kukurydzy. Wymaga systemu. Trybiki tego systemu mogą być całkiem nawet tępe, to nie ma znaczenia – system jest za to genialny. Na naszej piaszczystej, ubogiej ziemi, na której jeszcze 100 lat temu, ba! Nawet 30 lat temu nic się takiego nie rodziło, co by pozwalało utrzymać się człowiekowi przy życiu (czego najlepszym dowodem jest fakt, że część tej ziemi – mianowicie nasza posiadłość i jej najbliższe okolice, zostały właśnie 30 lat temu porzucone i pozostawione na pastwę przyrody i śmieci) – teraz utrzymuje się krowy dające 14.000 i więcej litrów mleka na laktację. Wow!

Cechą tego systemu jest też i to, że go nikt w całości jako gotowego produktu nie wymyślił i nie opatentował. Jest to suma drobniejszych i poważniejszych usprawnień, które zrazu dokonywały się bardzo powoli, w dużym oddaleniu przestrzennym i czasowym jedno od drugiego. W pewnym momencie ilość tych usprawnień była już tak wielka, że kolejne zaczęły następować coraz to szybciej – w tej chwili jeśli tylko ktokolwiek wyhoduje krowy dające średnio nie 14.000, a 24.000 litrów mleka na laktację, to dzięki powszechności inseminacji za 3 – 4 lata odpowiedzialne za to geny będą posiadały niemal wszystkie krowy mleczne na świecie. Nawet, jeśli nie dadzą średnio 24.000 litrów, to 18 czy 20.000 – pewnie już tak. Przy czym od nikogo, łącznie z tym, kto pierwszy ową krowę – rekordzistkę wyhoduje, nie wymaga to żadnego geniuszu. Muszą tylko powtarzać wytrenowane, rutynowe gesty i czynności – a sukces przyjdzie sam z siebie.

Sukces lub katastrofa rzecz jasna – bo przy tak wielkim ujednoliceniu populacji krów pojedynczy wirus może, teoretycznie, cały gatunek filozoficznych przeżuwaczy unicestwić nim go zdołamy rozpoznać. Takie ryzyko jest jednak nieuniknioną ceną postępu. I oczywiście warto gdzieś na boczku, w możliwie jak największym oddaleniu od wszelkich wielkoprzemysłowych farm, trzymać sobie kilka krówek rasy polskiej czerwonej, czy polskiej nizinnej, które wiele mleka nie dają, mięsa zresztą też nie, ale za to nie potrzebują żadnych dodatków paszowych, bo i strzechą z chałupy, w razie wielkiej biedy, też się wyżywią. I pewnie okażą się na potencjalne zarazy od dominującej populacji „HV-ałek“ odporniejsze…

Piszę tyle o krowach nie dlatego, żebym się miał przebranżowić (aczkolwiek ostatnia klęska urodzaju: 1600 kostek siana, kiedy co najwyżej 1000 się spodziewałem – każe się zastanowić nad tym, do czego zużyć trawę i siano – planowane na 15 – 20 koni, kiedy ciągle jest ich tylko 5 i za nic w świecie nie chce być więcej…). To tylko przykład. Takich dających się myślowo wyodrębnić systemów, które dają genialne rezultaty żadnego zgoła geniuszu od swoich ludzkich, zwierzęcych i maszynowych komponentów nie wymagając, są setki tysięcy i miliony. „Nikt nie wie, jak powstaje ołówek“ – pisano już w wieku XIX, mając na uwadze ogromną złożoność współzależności, jakie same z siebie, bez niczyjego genialnego pomysłu, tworzą się w gospodarce.


Czy to dobrze że tak się dzieje, czy źle – to już zupełnie inna sprawa. Niewątpliwie wiele jest w naszym współczesnym życiu bohaterskiego rozwiązywania problemów, które sami sobie stworzyliśmy – a harować jak wół od świtu do nocy tylko po to, żeby się dorobić choroby wieńcowej, żonę i dzieci widując jedynie w weekendy i żadnego wolnego czasu na własne rozrywki nie mając – jest lekkim absurdem. Pradziadowie, gdyby im powiedzieć, że na hmm… spotkanie towarzyskie w karczmie czasu nie starczy, szczęśliwi by z tego powodu nie byli! To jednak jest tylko częściowo wina systemu. System nam wmawia potrzebę ogromnego telewizora, nowego co dwa lata samochodu, sterty ubrań, „własnego“ mieszkania na Tarchominie w cenie Manhattanu, wakacji na zatłoczonych jak mrowisko plażach Ibizy i wielu temu podobnych atrakcji – ale nic nas nie usprawiedliwia, że jego namowom ulegamy. Działałby tak samo genialnie, gdybyśmy byli bardziej pod tym względem oporni, bo nie na tym jego genialność polega, że statystyki pęcznieją, a PKB rośnie! Genialność systemu polega na tym, jak potrafi on doskonale zorganizować ludzkie współdziałanie. I na niczym innym.

czwartek, 17 czerwca 2010

Sianokosy - cz. 5, grande finale!

Pastwisko przystrzyżone i uprzątnięte:




Wszystkie kostki siana zwiezione: 940 w Zaprzyjaźnionej Stodole (więcej mogłoby się zmieścić, gdyby je porządnie ułożyć - zabrakło nam jednak manpower, tzn. man to by się jeszcze może i znalazł, ale zdecydowanie power is gone!), 320 w Zaprzyjaźnionej Oborze (w związku z zapełnieniem Zaprzyjaźnionej Stodoły), a ostatnie 330 pod wiatą:



Do tych 330 kostek pod wiatą, to akurat się nie przywiązujemy - jeśli ich szybko ktoś nie kupi, już nasze zwierzęta się nimi zajmą! W zeszłym roku podobną ilość opędzlowały w trzy miesiące - ale to już była jesień i trawy było mniej, więc może te bodaj do września przetrwają..:


No i jeszcze 31 kostek zostało na przyczepie. Zwali się do Zaprzyjaźnionej Obory, jak tam pojadę po Iskierkę. Bo chyba zostanie zwrócona poprzedniemu właścicielowi... Jej agresja jest nie do opanowania. Nie sposób nauczyć szacunku dla człowieka konia, który nie umie konia szanować - a nie umie, bo zawsze był sam, ewentualnie co najwyżej z własnym potomkiem! Proponowałem M., że puszczę do Iskierki na wybieg moją Dalię wlkp - najwyżej się wyłomocą, ale potem Iskierka już będzie wiedziała, że jest coś takiego, jak życie społeczne... Bał się jednak o całość ogrodzeń i nie poszedł na ten eksperyment.

Co poza tym? Poza tym, straciliśmy łopatę. W sumie słuszna kara Boska za nieuprzejme zachowanie z naszej strony: utknął jakiś biedny człowieczek samochodem na środku naszej piaszczystej drogi, przyszedł do nas po pomoc, a że jakiś taki był agresywny i z pretensjami od razu, a myśmy też nie byli pierwszej świeżości, akurat kostki zwożąc, tośmy go spławili. No to sobie wziął łopatę bez pytania i już nie oddał...

Za to zakwitł jaśminowiec Lepszej Połowy:

A nasze "poziomki", którymi tak się martwiłem miesiąc temu, bo nie zdążyliśmy ich przesadzić, nim zakwitły, okazały się truskawkami:


Bardzo smacznymi zresztą...

środa, 16 czerwca 2010

Sianokosy - cz. 4, brak słów

Zwieźliśmy znowu ponad 500 kostek. Ogólem mamy teraz 940 w Zaprzyjaźnionej Stodole, ponad 100 pod wiatą i 43 na przyczepie.

Zostało jeszcze zgrabionego w wałki siana na ponad 600 kostek na jutro. Kłopot w tym, że to siano jest już nam... niepotrzebne! Podjąłem zatem próbę znalezienia kupca. Co oczywiście nie jest takie łatwe. Bo komu potrzeba siana w czas sianokosów..? Jasne że nikomu. Idę spać. Dobranoc Państwu!

Ciemne chmury

Wedle prognozy pogody na Onecie nie ma z tych chmur, które w tej chwili nad nami wiszą ani kropelka deszczu spaść. Oby. M. przewrócił wczoraj nasze zamokłe siano. Do wieczora prawie wyschło. Dziś można by zagrabiać, kostkować i zbierać. Jak znowu nie zamoknie...

Sprawdzę pocztę i jadę do M. Iskierka rzuciła się wczoraj na niego z zębami. Zdążył uciec, ale wygląda na to, że mamy problem. Obawiam się przy tym, że Monty Robertsem tego problemu nie rozwiążemy... Ale, jak to podobno mówił mój ulubiony Anty-bohater, czyli niejaki Józef P.: "głową muru nie przebijesz, ale jak nie masz pod ręką młotka..?" W każdym razie, historia Iskierki się nie kończy. Podobnie jak sianokosy.

Mam prośbę: zapewne ktoś z Państwa dał w jakichś komentarzach linki do mnie na tym i na tym blogu. Próbowałem te linki znaleźć, gdy mi o nich Google Analytics zameldowało, ale taki tam chaos, że się pogubiłem, a na sprawdzanie wpis po wpisie po prostu nie mam czasu. Czy mógłbym liczyć na pomoc i wskazanie, gdzie powinienem dokładnie szukać? Jednocześnie wszystkich Państwa, którzy tu z tych stron trafili, bardzo serdecznie witam. Na razie, niestety, koncentruję się na gospodarstwie, bo taki czas. Ale już niedługo wrócę do lektury XIX-wiecznej prasy katolickiej, to może coś dla Państwa ciekawego znajdę? Proszę zatem zaglądać tu od czasu do czasu. Może zostaniemy razem na dłużej?

wtorek, 15 czerwca 2010

Historia Iskierki

W życiu się tak nie bałem przy ładowaniu konia! Wiadomo, że to niebezpieczna operacja, ale kiedy 800-kilowa, oszalała ze strachu kobyła rzuca się na oślep po ciasnym podwórzu zastawionym ciągnikami i sprzętami rolniczymi w pogoni za 200-kilowym źrebięciem, to jest widok, który może zmrozić krew w żyłach. W pewnej chwili myślałem, że już po źrebicy: wpadła pod trap przyczepy. Na szczęście dała się wyciągnąć i wstała. Ale już o tym, żeby ją przywiązać w przyczepie, mowy nawet nie było. Od razu wieszała się na uwiązie. Trzeba było przywiązać przegrodę do burty i zostawić źrebię luzem, przy uwiązanej matce. Kiedy ta już w końcu weszła, okiełznana włożonym w pysk żelazem, jakie wcześniej tylko w muzeum widziałem. W dziale średniowiecznym…

Pierwszy właściciel Iskierki umarł jesienią zeszłego roku. Nie wiadomo, jak o nią dbał i co z nią robił, że jednak był starym człowiekiem, pewnie niewiele albo nic. Czy już wtedy stała, przez cały czas przywiązana na stanowisku, z łbem przy ścianie? Nie wiadomo. Wiadomo, że była pokryta – i, już na nowym miejscu, w połowie kwietnia urodziła klaczkę.

Wdowa sprzedała Iskierkę gospodarzowi, do którego pojechaliśmy z M., właścicielem stodoły, w której składuję moje siano. M. znalazł ogłoszenie w naszych lokalnych „Anonsach“. Że akurat przywieźliśmy naszą przyczepą do przewozu koni ostatnią partię siana, zebranego dzień wcześniej, nie było co czekać – wróciłem tylko po mapę i pojechaliśmy. W Góry Świętokrzyskie.

Gospodarz Iskierki, starszy i mocno schorowany człowiek, tyle zrobił, że ją po wyźrebieniu, w kwietniu, pokrył jeszcze raz i sprawdził, że jest źrebna. No i oprzęgał ją kilka razy – częściej nie mógł, bo nie dawał rady. Oprzęgał przy tym zawsze w parze z drugą, gniadą kobyłą, nieco od Iskierki mniejszą. Poza tym, kobyła stała przez cały czas uwiązana, z głową przy żłobie.

Córka Iskierki, maści budno-kasztanowatej, o tyle miała lepiej od matki, że nie była uwiązana, więc mogła chociaż wyglądać na podwórko przez szparę w drzwiach. Jest przy tym ciekawa świata i przyjazna: tyle, że nigdy nawet kantarka nie miała zakładanego, co dopiero mówić o tym, żeby umiała chodzić przy człowieku, czy dała się uwiązać.

W sumie: nigdy nie spotkałem jeszcze tak dzikich koni. Przy tym ich dzikość jest zupełnie bez porównania z dzikością koni ludzką ręką rzadko lub wcale nie dotykanych w pastwiskowej hodowli wielkostajennej, z którymi zdarzało mi się mieć do czynienia. Takie konie nawiązują w swoich, z reguły bardzo licznych grupach, bogate stosunki społeczne. Wiedzą, że trzeba się komuś podporządkować. Są zwykle doskonale zrównoważone, nie płoszą się z lada przyczyny i bardzo szybko się uczą. Z reguły są też bardzo ufne w stosunku do ludzi: w końcu ograniczenie kontaktów oznacza również i to, że nikt im nie robi krzywdy a człowiek, jeśli się pojawia, to po to, aby np. nalać wody, czy rzucić smacznego siana.

Dzikość Iskierki to raczej zachowanie więźnia, wypuszczonego z karceru. Albo „człowieka z dżungli“, który się bez żadnych kontaktów społecznych wychował. Pojęcie nie miałem, jak w ogóle do takiego konia podejść. Dobrze, że zebrani panowie w końcu jakoś sobie poradzili. Brutalne to było, rzecz jasna, ale w końcu nikomu nic poważnego się nie stało. Raz wstawione do przyczepy, obie kobyłki były już grzeczne, przez całe dwie godziny podróży dzielnie stały i nie sprawiły żadnych kłopotów.

To też dla mnie nowość. Konie szlachetne, z którymi do tej pory miałem najczęściej do czynienia, jeśli są choć trochę wychowane, a zwykle przecież są – raczej nie wpadają w tak ślepą i bezrozumną panikę, gdy coś nowego się wokół dzieje. Ale też, nie poddają się tak łatwo i nie rezygnują z prób postawienia na swoim! Stąd ruszając, duszę miałem na ramieniu. Wielkie kobyliszcze, przy tym wysokie, bez przegrody, jak nic coś zrobi: bodaj będzie próbowało się obrócić mimo uwiązu, przewróci się przy tym, albo w burtę obunóż przykopie, a jeszcze to źrebię luzem – z przyczepy nie będzie co zbierać… Okazało się: niepotrzebnie. Nie ruszyły się z miejsca. Tyle, że małej zachciało się jeść po drodze, to na miejsce dojechała z łbem przy cycku…

Teraz Iskierkę czeka rehabilitacja. M. opowiada, że całe życie ciągnęło go do koni. Już jako 12-latek kupił i poskromił pierwszą nie opanowaną i budzącą strach u poprzedniego właściciela źrebicę. Od tamtej pory zawsze jakiegoś konia trzymał. Oczywiście: grubego, zimnokrwistego. Im grubszego – tym lepiej! Teraz też zresztą ma 3-letnią źrebicę (jak to się błyszczy od tłuszczu!), więc Iskierka ma szanse na towarzystwo. Przynajmniej przez jakiś czas, bo źrebica akurat na sprzedaż – ruch w interesie być musi!

U M. Iskierka będzie miała okólnik za stadołą i być może pierwszy raz w życiu zazna swobody na świeżym powietrzu. Już teraz zresztą ma lepiej, bo boks dostała tak z pięć czy sześć razy większy niż stanowisko, na którym do tej pory była uwiązana, i z dwudzielnymi drzwiami, więc może sobie na zewnątrz wyglądać. I nie jest uwiązana. Jak tylko czas pozwoli, stopniowo będzie oprzęgana do wozu i do sprzętów polowych. No i dostanie więcej jeść. M. twierdzi, że na swoją masę potrzebuje ok. 10 kilogramów ziarna na każdy posiłek przy dwóch posiłkach dziennie.

Nawet moja wielkopolska Dalia, której mi do tej pory cała wieś zazdrościła, taka jest tłusta (aż się ludziom wydawało, że źrebna i zakłady o płeć źrebięcia robili!), w życiu nie zjadła, przy najcięższej pracy, więcej niż 3 kilo owsa naraz! 10 kilogramów mieszanki zbóż chyba by nie dała rady, a gdyby jednak ambitnie podjęła się tego zadania: śmierć na miejscu! Jednak fascynujące są te grubasy…



Iskierce nie działaby się żadna krzywda, gdyby jej poprzedni właściciel oprzęgał ją bodaj kilka razy w tygodniu i używał do ciężkiej pracy. Nie musiał, bo ma trzy sporawe ciągniki. I nie mógł, bo nie starczało mu sił i czasu. Ale trzymał je po dawnemu, uwiązane na stanowiskach, choć miał dość miejsca, by zrobić im boksy i wybieg.

Przy tym, nie tylko o dobrostan koni tu chodzi, ale też i opłacalność ich trzymania: kiedy się konia w ogóle nie wypasa (a przecież nie ma tańszej paszy niż trawa, która sama na łące rośnie i której nie trzeba zbierać, gdy ją koń własną paszczą skubie…), a całą karmę zadaje się do żłobu i jeszcze jest to karma droga, bo głównie treściwa – to jak hodowla koni mięsnych ma być dla polskich rolników opłacalna?

Oczywiście, powstaje pytanie, czy na zielonce, „grubasy“ będą przybierały na wadze tak szybko, jak na ziarnie? Moje konie spasły się na trawie jak balerony, czego może nie widać, bo i tak od zimokrwistych chudsze – ale to nie dowód, one mają lepszą przemianę materii. Na zdrowy rozum jednak, nie może być lepszej paszy dla konia niż trawa, wszak co innego w naturze jadły? Oczywiście – to utrudnia zbieranie końskiego obornika, a są takie gospodarstwa (np. produkujące truskawki), gdzie koń jest głównie dostawcą nawozu. Kwatery do wypasu takich koni musiałyby być mniejsze, góra po kilkaset metrów kwadratowych – co jest do zrobienia. I pewnie łatwiej niż grodzić od razu 4 ha, jak u mnie!





Pytanie także, czy akurat takie konie jak Iskierka są dla naszego klimatu i gleby optymalne? Wszak nie hodowli ich nasi przodkowie. Hodowali konie bardziej zbliżone do obecnych ras prymitywnych – jak choćby koniki polskie, niewątpliwie najtańsze w polskich warunkach do utrzymania, bo jak trawy zabraknie, to i strzechą przeżyją i nawet z wagi nie zejdą. Że zaś ta waga sporo od iskierkowej mniejsza – to pewnie trzeba by w miejsce jednej Iskierki ze cztery koniki polskie trzymać. Czy byłoby to bardziej czy mniej opłacalne – to jest materia do eksperymentu, jaki dopiero należy przeprowadzić.


Odkryłem zupełnie nowy kontynent naszego końskiego świata. I, mam nadzieję, zyskałem nowych przyjaciół. No i poprawiliśmy byt Iskierce. Nawet, jeśli ten byt nie będzie zbyt długi – co głównie zależy od tego, czy naprawdę jest źrebna, czy nie. Co chyba będzie nam zapisane w Niebiesiech..?

niedziela, 13 czerwca 2010

Iskierka z Gór Świętokrzyskich, czyli ciężki kawałek chleba

Sianokosy chwilowo przystopowały. W związku z burzą minionej nocy w sobotę wszyscy sąsiedzi zwozili własne siano i nie było nikogo, kto by nasze zgrabił. Teraz trzeba poczekać, aż wyschnie.

Co nie znaczy, że próżnowałem. Przywiozłem dziś dla M., czyli dla Właściciela Zaprzyjaźnionej Stodoły Iskierkę z Gór Świętokrzyskich. Iskierka to kara, zimnokrwista kobyła, 800 kg żywej wagi, źrebna i z 2-miesięczną, 200-kilową źrebicą przy cycku. Dzikszych koni nigdy w życiu nie widziałem. Czy można się jednak temu dziwić? Źrebica, na razie bezimienna, mogła przynajmniej oglądać podwórko przez szparę w drzwiach obory. Jej matka, Iskierka, cały czas stała przywiązana z łbem przy ścianie...

Nie, nie zamierzam robić z tego afery. Starszy gospodarz, który był ich właścicielem po prostu nie miał już sił, żeby się nimi właściwie zająć. Nie można mieć o to do niego pretensji. Jak już, to Szanowny Potomek Byłego Właściciela Iskierki powinien był się losem koni zainteresować i ojcu pomóc - wolał jednak jeździć na traktorze. Takie czasy.

Opiszę życie Iskierki i - mam nadzieję - jej stopniową rehabilitację w gospodarstwie M. i dam zdjęcia. Jak już wszyscy trochę odsapniemy - Iskierka, jej córka, a i moja goleń, kopytem córki Iskierki dość brutalnie potraktowana, również. Wiedziałem, że wożenie koni to ciężki kawałek chleba, ale to, co widziałem dzisiaj, to już granice mojej wyobraźni daleko przekracza...

sobota, 12 czerwca 2010

Sianokosy - cz. 3, klęska urodzaju

Liczyłem, że z 10 pokosów wokół całego pola, ściętych jeszcze w środę wieczór, będziemy mieli jakieś 200 - 300 kostek siana. Tymczasem wg stanu na wczoraj, na godzinę 22.45, kiedy skończyliśmy zwozić, mamy:
- 511 kostek w Zaprzyjaźnionej Stodole
- 44 kostki pod wiatą (przez noc konie zdołały już zredukować tę liczbę, aż dziw, że się nie pochorowały! Na szczęście, więcej rozwalały niż jadły... W kwestii symbolicznego znaczenia liczby "44", tu akurat czysto przypadkowej, bo tyle mi się do przyczepy zmieściło, odsyłam tutaj)
- 31 kostek ciągle w przyczepie.

W sumie zatem, prawie dwa razy więcej, niż moje maksymalne oczekiwania. Udało się nam to zebrać tylko dzięki pomocy Właściciela Zaprzyjaźnionej Stodoły i Jego Uroczej Małżonki. Klęska urodzaju. Aż boję się myśleć, ile będzie tego do zebrania dzisiaj!






Oczywiście nie obyło się bez przygód. W pewnym momencie główna koleina naszej piaszczystej drogi była zatarasowana przez osobówkę, która zakopała się w piasku - próbując ominąć przeszkodę bokiem, sam zostawiłem w piasku przyczepę. Co uchwyciła na zdjęciu Lepsza Połowa:



Trzeba się było traktorem wyciągać.

Jesteśmy już dobrze wyczerpani. Niepotrzebnie zgrabialiśmy wczoraj przed południem ręcznie - Wojtek, Radka brata, który koniec końców nam to skostkował i tak przyprowadził ze sobą znajomego z pająkiem,  całe nasze amatorskie zgrabianie, nad którym pięć czy sześć godzin się biedziliśmy, poprawiając. Radek, druh mój serdeczny, potrząsł też resztę siana, wczoraj jeszcze nie kostkowanego, bo dopiero rankiem było ścięte. Byłoby super, gdyby potrząsł i dziś jeszcze raz, ale nie wiem, czy uda mi się go namówić - miałem mu po zwiezieniu naszego siana, pomóc zwozić jego własne, że jednak trwało to u nas tak długo, to kiedy do niego zjechałem, było już ciemno i cicho...

Tak, czy inaczej, zbierać trzeba. Na noc zapowiadają deszcz.

czwartek, 10 czerwca 2010

Oda do piwa

Gdy po dniu znojnym butelkę zimną
Wezmę do ręki – mówię Wam szczerze!
Niech Grek czy Hiszpan, z najtęższą miną
Chwali swe wina – ja nie uwierzę!

Warka, Karpackie, Żubr i Dojlidy
Same te słowa, dobrze to wiecie
Krynicznym zdrojem najczystszym w świecie
Rozproszą każde smutki i bidy

Schłodzą, orzeźwią, rozjaśnią umysł
Uśpią bez bólu, nie skopią rankiem
Tego nie zrobi najlepszy kumys!
Szampan, ni reńskie, woda z arakiem

Wódka czy sake, to nie paliwo
Na którym możesz, serdeczny bracie
Dzień cały grabić, aż zmokną gacie!
Na takie skwary – nie ma jak piwo!

E, nic...

takiego, chciałem tylko postać nabić:

Koćkodan na walizce. Zdjęcie sprzed kilku dni. Wrzucam, bo się potem zapomni. Zaraz zresztą rosa wyschnie i idę przewracać siano.

Które, tak na marginesie, jak sobie właśnie w panice obliczam, będzie mnie kosztowało niewiele mniej, albo nawet dokładnie tyle, ile bym musiał zapłacić, gdybym całe siano po prostu kupował: a mam tu niedaleko bardzo dobre siano po 2,50 za kostkę... Pewnie, że trzeba było kupić sobie ciągnik i robić wszystko samemu, wtedy kalkulacja wyglądałaby inaczej. Tylko za co miałem ten ciągnik kupić? A padok trzeba jeszcze nawieźć i ogrodzić...

środa, 9 czerwca 2010

Sianokosy - cz. 2 czyli: kosi się...

A jakże. Jak się płaci, to czemu ma się nie kosić?








Na zdjęciach stan z godziny 19.50. Mniej więcej.

Niestety, jest tego dużo. Dużo za dużo. Dzisiaj jeszcze z pół godziny się pokosi, ciąg dalszy w piątek albo w sobotę rano. Może i lepiej. Nie będzie wszystko naraz do ręcznego przewracania.

Burza przeszła obok. Według prognozy pogody żadnych opadów aż do przyszłego wtorku. Zobaczymy.

Sianokosy – cz. 1, zapewne nie ostatnia

Musimy przystrzyc Wielki Padok. Zresztą ten, na którym konie teraz chodzą – też musimy przystrzyc, bo trawa rośnie szybciej, niż ją wyjadają. Co, biorąc pod uwagę, że nie mamy żadnego sprzętu poza kosą i grabiami, jest niejakim problemem. Fakt, ludzie radzili sobie z kosą i grabiami przez stulecia – ale było ich trochę więcej w proporcji do koszonej powierzchni niż nas dwojga. Radek, druh mój serdeczny twierdzi, że i przy pomocy nowoczesnej techniki we dwoje sobie nie poradzimy…

Poszukiwania chętnego do pomocy technicznej na razie zakończyły się sukcesem mniej niż połowicznym – wiemy już, kto nam siano skostkuje. Trzeba jeszcze ściąć trawę, trochę ją poprzewracać, nim zmieni się w siano, a potem kostki siana złożyć w jakiejś stodole, bo pod wiatą zapewne się wszystkie nie zmieszczą..

Toteż kiedy zadzwonił do mnie wczoraj około południa Radek, druh mój serdeczny z propozycją, że najpierw mu pomogę z koszeniem jego wielkiej łąki w stolicy naszej gminy, a potem on mi pożyczy ciągnik z kosiarką – byłem niemal wniebowzięty. I kosić się nauczę i Padok przystrzygę!

Niestety, praktyczna realizacja tego planu, jak to zwykle bywa, zawiodła. Owszem, pojeździłem wczoraj aż trzema różnymi ciągnikami. Zdaniem Radka – marnie. A to przecież żadna sztuka. Każdy to od urodzenia potrafi. N’est pas?


Potrząsłem się też w kabinie jeżdżąc razem z Radkiem, kiedy on kosił – ale samemu dał mi tylko na małym kawałku spróbować, a że kiepsko mi szło, a jemu się spieszyło, to się ten eksperyment zaraz zakończył. W rezultacie służyłem przez większą część popołudnia i pół nocy jako żer dla komarów – do domu dotarłem przed 24.00, wykończony jakbym nie wiem co robił, choć nic nie zrobiłem, za to potwornie pokąsany. Oraz bliski decyzji o rzuceniu w Diabły całego tego interesu. Kobyły się nie źrebią, kasy nie ma ani nie ma skąd wziąć, teoria metempsychozy się nie sprawdza, po prostu nie ma po co żyć… Ech, jakoś tak bez przekonania narzekam: zbyt jestem zmęczony, żeby i rozpaczać porządnie, a to już w sumie jakiś tam mały plusik jest!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...