poniedziałek, 31 maja 2010

Co dalej..?

Ciągle nie mogę się pozbierać po wczorajszej porażce. Tym trudniej zresztą, że dalej nie czuję się najlepiej.

Z naszymi "tipsiarami" coś trzeba zrobić. Ponowna próba krycia Germesem? Zmiana na innego ogiera Petry? Krycie ogierem arabskim lub folblutem, żeby się Jaśnie Wielmożne Panienki pospolicie mówiąc "przetkały"..? Musimy coś zdecydować w ciągu dwóch tygodni.

Musimy też zdecydować co dalej z Margire. I też w ciągu dwóch tygodni - one wszystkie trzy są zsynchronizowane, więc Mała grzać się będzie w tym samym czasie co dwie pozostałe - gdybyśmy i ją chcieli kryć.

Jakiś czas temu dostaliśmy zaproszenie na Czempionat Europy:

Lepsza Połowa ma wielką ochotę zawieźć tam Margire.

Cóż: uważam, że najpierw powinienem znaleźć jakąkolwiek bądź pracę! Już dłużej tak nie można...

niedziela, 30 maja 2010

Dalej nic z tego...

Był doktor. Zbadał. Obie puste. Obu kończy się ruja, więc ewentualna następna próba - za niecałe trzy tygodnie.

W dodatku żeśmy się przeziębili, trzęsie mnie gorączka, nie mogę oddychać. Lepsza Połowa nie lepiej...

czwartek, 27 maja 2010

Co by było gdyby..? Czyli czego nas uczy wishful-thinking.

Pewien XIX-wieczny ksiądz, którego krytyczną broszurę o „socyaliźmie“ dzisiaj czytałem, bardzo by się zdziwił, gdyby dane mu było posłuchać debaty osób mieniących się „ekonomistami“ w dzisiejszych czasach! Może się to Państwu wydać dziwne, ale jeszcze 150 lat temu ekonomia, a nawet „ekonomia polityczna“ zajmowała się głównie tym, w jaki sposób oszczędzać rzadkie zasoby, a nie – jak „pobudzać popyt wewnętrzny“, czy „zapewnić pełne zatrudnienie“, albo, w ostateczności „rolować dług państwowy“.

Nie wiem, czy zdobyłby się na powtórzenie słów, które sobie skrupulatnie w kajeciku (naszego 12-letniego laptopa dopadła wreszcie starość) wypisałem: Ekonomia konserwatywna z natury swej i wskazująca ludziom rozumowo jak najlepiej dopełnić jedną połowę z zadania życia człowieka, tj. pracę: godzi się bardzo dobrze z religią Chrystusową, byle nie rościła praw absolutnych…

Dla tych z Państwa, którzy są moimi Czytelnikami już od dłuższego czasu banalna konstatacja faktu, że zasoby jakimi dysponujemy są ograniczone i że sztuka ekonomii (sztuka, nie nauka: bo też i historycznie wskazówki praktyczne dla przedsiębiorcy, czymkolwiek jest jego przedsiębiorstwo – farmą, młynem, kuźnią, kantorem kupieckim czy wielką firmą – były początkiem ekonomii; a nie jest to działalność, w której wszystko dałoby się sformalizować…) na tym właśnie polega, żeby te ograniczone zasoby tak alokować, aby zaspokoiły jak najwięcej ludzkich potrzeb (te zaś, jak wiadomo, są dla odmiany niczym nie ograniczone!) – nie może być niczym dziwnym. Jest to też jak najbardziej ekologiczne i zgodne z naturą J.

Tymczasem jednak przypadkiem odkryłem, że obok ludzi wierzących w istnienie zwierząt mitycznych (vide: koń polski), jest także całkiem sporo takich, którzy zdają się szczerze wierzyć w teorię Keynesa, ekonomię popytową i socjal – demokratyzm.

Przyznam się tu Państwu, że zawsze miałem polityków „sprzedających“ taką argumentację za zwyczajnie cynicznych. Zaś szeroką publiczność, która ich słucha i do władzy wynosi – za głupków. Najwyraźniej wiele się jeszcze muszę o świecie nauczyć…

Jest niewątpliwie prawdą że porzucenie pieniądza „fiducjarnego“ i przejście na jakikolwiek bądź pieniądz realny (taki jak pieniądz kruszcowy, obojętnie, czy oparty na samym tylko złocie, czy też na złocie i srebrze, czy też pieniądz oparty na jakimkolwiek innym towarze) może wywołać i zapewne wywoła deflację. Ludziom będzie się opłacało oszczędzać. Ceny będą spadać, a realna wartość emerytur, pensji i czynszów – rosnąć. Czy jest w tym cokolwiek złego?

Tak, to prawda: ludziom będzie się opłacało odłożyć zakup nowej wieży stero, nowych mebli czy nowego samochodu aż do momentu, gdy będą tych rzeczy naprawdę potrzebowali. Bo z każdym rokiem ceny tych dóbr będą spadać, więc po co się spieszyć z ich zakupem? Owszem: wielu producentów wież stereo, mebli czy samochodów weźmie i  zbankrutuje. I bardzo dobrze! Widać ludzkości nie potrzeba do szczęścia aż tylu wież stereo, mebli czy samochodów! Że pracownicy tych firm znajdą się na bruku? To jeszcze lepiej! Każdy, kto próbował w Polsce zatrudnić pracownika między bajki włoży istnienie u nas jakiegokolwiek bezrobocia. Że sensownej pracy też nie ma, to inna sprawa – o czym za chwilę…

Ogólnie rzecz biorąc: pieniądz realny, niezależnie od tego, czy będzie nim jakiś kruszec czy bryłki soli, oznacza powrót do normalności w ekonomii. Czyli do sytuacji, w której ta szlachetna sztuka uczy nas nie jak się zadłużać i przejadać dochody dzieci, których nawet jeszcze nie planujemy, tylko jak oszczędzać i optymalnie lokować te skąpe zasoby, które tu i teraz są w naszej dyspozycji.

Oczywiście obawy, że pieniądz realny wyklucza kredyt czy zgoła uniemożliwia normalne operacje bankowe są śmieszne. Wszystkie niemal znane obecnie typy transakcji bankowych wymyślono w czasach, gdy pieniądzem był kruszec. O czym zresztą już tu niedawno pisałem.

Jednocześnie odkryłem na nowo uroki gdybologii, czyli historii alternatywnej. Jest to zabawa, której pasjami oddawałem się w dzieciństwie: każda niemal książka była okazją, żeby pofantazjować sobie o tym, jak inaczej mogłyby się ułożyć losy jej bohaterów. Zabawa ta, której wtedy oddawałem się w ukryciu i z pewnym wstydem, angażując wyłącznie własną wyobraźnię (jest to, było nie było, całkowicie bezproduktywne zajęcie, takie myślenie o niczym…), okazuje się mieć co najmniej tylu zwolenników co mityczne zwierzęta oraz teoria Keynesa. Co więcej: zdarza się to też i poważnym, opiniotwórczym i utalentowanym bloggerom, którzy nie z gruszki ni z pietruszki wieszczą nagle dekadę złotego rozwoju przed Polską jakby, nie przymierzając, w sztabie wyborczym samego hrabiego K. pracowali! Bynajmniej przy tym o nic nie podejrzewam, nie śmiałbym: jednak należy ta przepowiednia, moim zdaniem, do dziedziny gdybologii, czyli historii alternatywnej mimo, że teoretycznie dotyczy przyszłości…

Rządząca nami kryptokracja nie jest zapewne aż tak głupia, żeby próbować nas kontrolować w sposób zupełny i totalny. Tego już próbowano – i nie okazało się to zbyt efektywne. Jak pisał 150 lat temu ten sam ksiądz, którego cytowałem na wstępie, gdy praca każdego bez wyjątku nie jest jego własnością, że dowolnie nie może jej użyć, ani w spuściźnie zostawić swym dzieciom, lecz raczej nabytek potu jego i łego do ogółu należy zawsze, to nędzne niewolnictwo i do takiej roboty batem tylko można ludzi zapędzić (ciekawe skądinąd, skąd on to wiedział nie tylko na wiele dziesięcioleci przed Kołymą i Katyniem, ale nawet: na rok przed komuną paryską... prorok, czy co..?). Stąd też strategia naszych okupantów jest obecnie bardziej selektywna. Póki bogacimy się na małą skalę, nie rzucając się w oczy, nie psując interesów starszym i mądrzejszym, jak zwykł był pisać p. Michalkiewicz – wolno nam to, po opłaceniu stosownych haraczy, na naszej skromnej grządce robić. Jak też pisałem już gdzie indziej, trzymając się obecnych, tandentnych bo tandetnych, ale przecież „demokratycznych“ dekoracji, śruby przycisnąć się narodowi nie da: bo już i tak ustawodawcza inflacja doprowadziła do tego, że wielkiej części praw w praktyce wykonać się nie da!

Co jednak, gdy jakaś działalność zaczyna ponad poziom zwykłej grządki kapusty wyrastać? Cóż! W naszym gosudarstwie niewinnych niet! Każdy jeden to wor, szubrawiec i miatieżnik. Wszyscy są winni. Każdego można zgnoić, wykończyć, unicestwieć, wdeptać w ziemię. Bez żadnych wyjątków. I zagranicznych naiwniaków, którzy by się tu poza układem pchać próbowali, to też dotyczy.

Zresztą, czy potrzeba aż teorii spiskowej, żeby cały niewczesny optymizm obalić? Nie potrzeba! Starczy rzut oka na drugą stronę Odry i Nysy. Czy była jakaś granica między Niemcami zachodnimi a wschodnimi przez te 20 lat od ich zjednoczenia? No nie było. Czy się poziom życia wyrównał? No nie wyrównał. To dlaczego ma się wyrównać teraz między Niemcami a Polską? Co – Niemcy chętniej będą swoje fabryki przenosić do Polski niż je do dawnego NRD przenosili? Jakoś nie chce mi się wierzyć.

Przy tym, doświadczenie minionych epok mówi nam jednoznacznie, że w kraju nad Wisłą jedyną racjonalną postawą życiową jest umiarkowany pesymizm. Najwyżej się człowiek mile zdziwi…





Zaś produkty gdybologii, czyli wishful thinking okazują się nad wyraz ciekawe poznawczo. Dla mnie wnioskiem najbardziej uderzającym jest wszechobecność racjonalno – postępowego paradygmatu w takich alternatywnych scenariuszach zdarzeń. Wszystkie te, które zyskały jakąś popularność mają u podstaw wyrażone świadomie lub nie założenia „postępowe“: że świat się „rozwija“, czyli że to co „postępowe“ nie tylko następuje w czasie po tym, co było wcześniej i co jest, w związku z tym „zacofane“, ale jest także oczywiście lepsze i to pod każdym względem, także moralnym. Innymi słowy, że historia ludzka ma charakter liniowy i wiedzie ku ciągłemu doskonaleniu. Mam wobec takiego paradygmatu mnóstwo wątpliwości. Po pierwsze – widzimy przecież na własne oczy (czy widzimy..?) jak wiele zdarzeń i procesów zwykle przedstawianych przez dziejopisów jako obiektywne i niezłomne prawa historii, jest zwyczajnie kreowanych przez wyspecjalizowane służby dysponujące odpowiednimi środkami. Czy tak jest tylko teraz, a dawniej to był czysty, prawdziwy spontan..? A niby na czym się takie założenie opiera..? Po drugie – tyle jest szans i możliwości zmarnowanych, niewykorzystanych, niewypróbowanych. Zaiste: cmentarzem dobrych pomysłów jest Historia! Twierdzić w tych warunkach, że nasz najlepszy z możliwych światów zmierza ku coraz to większemu dobru: jakoś nie mam odwagi…

wtorek, 25 maja 2010

Obrzędowość świecka

Jadąc wczoraj na stację kolejową w Grabowie natknąłem się przy przejeździe na dziwne zbiegowisko. Ciągnik z dwiema przyczepami załadowanymi po brzegi szkolnymi krzesełkami. Dwa samochody robotników, którzy te krzesełka wyładowują i ustawiają pod głazem upamiętniającym… przejazd tą linią kolejową trumny ze zwłokami Józefa Piłsudskiego..! Ani chybi – pomyślałem sobie – będzie akademia…

Akademie i inne tego rodzaju uroczystości świeckie zawsze mnie w tajemniczy sposób odstręczały. Nie wiem. Jakoś kompletnie nie umiem się wczuć nastrój, nie odczuwam najmniejszej empatii z tłumem, a pompa tego rodzaju obrzędów nieodmiennie wydaje mi się śmieszna. Nawet, gdy o państwowy pogrzeb chodzi.

Bo też jest obrzędowość świecka skażona w powiciu nieuchronną śmiesznością. Skoro świecka, to przecież do Boga, czy do jakiejkolwiek innej rzeczywistości nadprzyrodzonej się nie odwołuje, czy tak? Jeśli nie odwołuje się do rzeczywistości nadprzyrodzonej, to do czego się odwołuje? No cóż: biorąc obowiązującą ideologię „władzy pochodzącej od ludu“ przez chwilę na poważnie, wynikałoby, że uczestnicząc w obrzędach świeckich lud czci samego siebie! Pewnie, że to nieprawda: bo władzę lud czci i celebruje, a nie własne niedomyte jestestwo. Co tylko śmieszności przez kontrast między teorią a praktyką przysparza…

Nie mieli tego problemu starożytni poganie. Wszystkie bowiem czynności państwowe (a nawet cywilne, jak kupno czy sprzedaż, wyzwolenie niewolnika, podpisanie umowy…), były zarazem aktami o charakterze religijnym. To dlatego pierwsi chrześcijanie mieli problem z tym, żeby ze swoimi sprawami udać się do państwowego sądu (a nawet przed takim sądem świadczyć), żeby jakiekolwiek urzędy sprawować, zaciągać się do wojska, czy nawet… jeść mięso, bo większość na targu dostępnego pochodziła z rytualnych ubojów na cześć bóstw pogańskich! Obrzędowość pogańska przejawiała się setkami drobiazgów, począwszy od zwyczaju majenia kwieciem domostw w czas większych świąt, przez chodzenie do teatru, który wszak pierwotnie był obrzędem ku czci Dionizosa i zwykle podczas świąt się odbywał, udział w procesjach, zawodach sportowych, sposób pozdrawiania ludzi na ulicy, podawania dłoni, przekleństwa, życzenia – wszystko słowem, co się na życie codzienne składa. Schrystianizowanie tego całego bogactwa zajęło Kościołowi ładnych parę wieków i chyba nie ze wszystkim się do końca udało. Na przykład nasi przodkowie, Słowianie (podobnie zresztą jak ich sąsiedzi, Germanie i Bałtowie), mieli zwyczaj swoje wiece, sądy i targi odbywać w dni świąteczne. Po chrystianizacji naturalną koleją rzeczy przyniosły się te zgromadzenia na niedziele. Kościół długo walczył, żeby je z Dnia Pańskiego na dzień powszedni przerzucić. Z miernym chyba skutkiem, skoro wybory w Polsce i tak zawsze w niedzielę się odbywają?!

Części czynności, pierwotnie u pogan religijnych, schrystianizować się w żaden sposób nie dało. Bo co ma chrześcijaństwo do uboju byka czy świni, skoro już Chrystus swoją ofiarę krwawą spełnił i zwierząt Bogu składać nie trzeba..? Przez wieki zatem patrzył Kościół nader podejrzliwie na wiejskich rzeźników, czy czasem ukrytymi poganami nie są. W końcu jednak, jakoś się utarło, że jest to sprawa nie tylko świecka, ale i całkiem nie uroczysta, w ogóle nic z religią nie mająca wspólnego. Co nie przeszkadza, że świniobicie po dawnemu jest na wsi okazją do zabawy! Całkowicie świeckiej zabawy.

Katalog takich czynności stopniowo się w miarę odbudowywania w średniowieczu zniszczonej Wędrówką Ludów cywilizacji powiększał. Mógł sobie wprawdzie i lichwiarz pobożnie westchnąć w intencji zwrotu pożyczki, którą udzielał – trudno jednak, by sam ten akt miał w sobie cokolwiek religijnego.

W odniesieniu do czynności urzędowych bardzo długo jednak, dalej istniało połączenie ceremoniału świeckiego z religijnym. Co i dziś w Polsce obserwujemy: w obie strony niejako, bo i tendencja, żeby uroczystości państwowe były również przez Kościół celebrowane jest wyraźna, a i udział w publicznie transmitowanych ceremoniach kościelnych jeszcze żadnemu politykowi w Polsce nie zaszkodził, toteż robią to wszyscy, nawet tacy, co do których skąinąd pewnym być można, że są w najlepszym razie agnostykami!

Pierwsza świadoma próba wyrugowania z obrzędów państwowych religii, to oczywiście rewolucja francuska z Davidem jako mistrzem ceremonii i jej dokumentalistą zarazem, oraz Robespierre’a komiczne przebieranki za Istotę Najwyższą. Potem już poszło z górki. No i mamy w efekcie akademie ku czci, defilady, rocznice, święta państwowe. Te krzesełka pod rzeczonym głazem to, biorąc pod uwagę porę roku sposobną, mam wrażenie że były z okazji rocznicy przejazdu trumny ze zwłokami. A może z powodu matur?


Komiczne w obrzędowości świeckiej jest to w szczególności, jak parioduje niechcący obrzędowość religijną. Kim jest wszak Józef Piłsudski jako bohater akademii ku czci, jak nie świętą ikoną? Bałwochwalcze to, a czasem też bardziej straszne niż śmieszne…

O „koniu polskim“ raz jeszcze

Mnóstwo ludzi na całym świecie wierzy w astrologię. Zdziwiłbym się jednak, gdyby był wśród tych rzesz choć jeden astronom! Z takim samym zdziwieniem dowiedziałem się niedawno, że mnóstwo ludzi wierzy w istnienie kiedyś takiego zwierzęcia jak „koń polski“. Wśród zootechników, hodowców, koniarzy (w każdym razie wśród tych, których znam…) – wiara taka jest równie rzadka jak wiara we wpływ gwiazd na temperament i życiowe przeznaczenie noworodka wśród astrofizyków. Co oczywiście w niczym nie przesądza tej ciekawej, historycznej kwestii.

Faktem jest, że ustalenie nieistnienia takiej rasy to był bodaj pierwszy samodzielny wkład raczkującej polskiej zootechniki, jeszcze w wieku XIX. Działo się to w toku ponad półwiecznego, zażartego sporu między „anglomanami“ i „arabofilami“. Sporu, który przesądził o kierunku hodowli koni w Polsce praktycznie do dziś: do dziś bowiem, nasza hodowla opiera się z jednej strony na importowanych koniach zachodnich (nie są to już konie pełnej krwi angielskiej, bo upadły u nas w międzyczasie wyścigi, a zachodnie konie półkrwi) oraz na potomstwie importowanych ongiś arabów. Właśnie fakt, że zażarcie broniący tradycji „arabofile“ nie potrafili zademonstrować „anglomanom“ żadngo krajowego konia, który by podawanej przez nich definicji „konia polskiego“ odpowiadał, tylko musieli w tym celu importować araby, przesądził o ostatecznej klęsce hipotezy istnienia wcześniej rodzimej rasy wierzchowej.

Może jednak zwolennicy „konia polskiego“, którzy czytają o nim u Dorohostajskiego, u Micińskiego, w innych XVII i XVIII wiecznych źródłach, ryciny wyszukują i wiersze staropolskie, relacje obcych podróżników itp. – mają rację, gdy twierdzą, że koń taki istniał, a tylko przez Napoleona został wygubiony podczas jego moskiewskiej awantury..?

Zanim rozstrzygniemy tę kwestię, o ile to w ogóle będzie możliwe, zróbmy porządek w pojęciach. Terminu „rasa“ po raz pierwszy użył (co prawda, w odniesieniu do ludzi) François Bernier w 1684 roku w języku francuskim, w eseju “Nouvelle division de la terre par le différents espèces ou races qui l’habitent“.[1] W kręgu języka niemieckiego spopularyzował je szwajcarski uczony Johann Fredrich Blumenbach w roku 1775[2]. Tymczasem w języku polskim nie zna go jeszcze drugie wydanie „Słownika języka polskiego“ Samuela Bogumiła Lindego z roku 1854.[3] Dopiero w trzeciej i czwartej dekadzie XIX wieku wspomniany już spór pomiędzy „anglomanami“ i „arabofilami“ wprowadził pojęcie rasy i hodowli koni w czystości rasy do polskiego języka naukowego.

Termin „rasa“ po raz pierwszy pojawia się w tzw. „słowniku wileńskim“ z 1861 roku i jest wyjaśniany jako: 1) plemię, pochodzenie, pokolenie (szczególniej mówiąc o zwierzętach). Koń dobrej rasy. Poprawić rasę.[4] Pojęcie to ma dwie konotacje. Z jednej strony – w wersji bardziej współczesnej i obecnie narzucającej się nam jako oczywista intuicja językowa – dopuszcza użycie liczby mnogiej „rasy“, a więc definiuje pewne, różne od siebie (potencjalnie także od siebie nawzajem niezawisłe) jednostki taksonomiczne niższego rzędu niż gatunek. Z drugiej jednak strony, co już w użytym w słowniku sformułowaniu „poprawić rasę“ jest w pełni widoczne, jest to pojęcie wartościujące. Mówimy zresztą po dziś dzień „pies rasowy“ w przeciwieństwie do „kundla“. To drugie rozumienie terminu „rasa“ jest, wbrew jego etymologii, pierwotne i w wieku XIX było powszechne. Świadczy o tym chociażby tytuł jednego z artykułów Spirydiona Ostaszewskiego (skądinąd sztandarowego przeciwnika ówcześnie rozumianej modernizacji hodowli koni): „O prowadzeniu rasy koni w naszym kraju, odpowiedź Panu Eberhard“, z Tygodnika Petersburskiego, rocznik 1845, nr 39 – 42.[5] Podobnie jak do dziś rozróżniamy „rasowe psy“ i „rasowe koty“ od „kundli“ i „dachowców“, tak w wieku XIX odróżniano „rasowe konie“ od „koni miejscowych“, czy „pospolitych“. Odróżnienie to miało, co oczywiste, wydźwięk wartościujący: zwierzę „rasowe“ było w oczywisty sposób lepsze od „nierasowego“.

Wartościujący element tego terminu zakładał (świadomie lub nieświadomie), że tak naprawdę istotna jest tylko jedna „rasa“ – że, w związku z tym, stopień „rasowości“ poszczególnych zwierząt da się zmierzyć przy pomocy pewnej skali, wskazującej ich odległość od zwierzęcia „rasy czystej“ ze względu na pochodzenie i podobieństwo fenotypowe. Tak naprawdę wszyscy uczestnicy XIX-wiecznego sporu „anglomanów“ z „arabofilami“ podzielali to samo, wyżej przedstawione przekonanie – tyle tylko, że pierwsi uważali za wzorzec „konia rasowego“ konia angielskiego, a drudzy – z braku możliwych do przeciwstawienia temu zagranicznemu importowi koni miejscowych o równie wielkich zaletach użytkowych – konia arabskiego.

Koniec końców powstał w języku polskim swoisty kompromis. Dwie „rasy“ uznane zostały za równie wzorcowe. Aby można je było od siebie odróżnić, jedną z nich (arabską) nazwano „końmi czystej krwi“ (gdyż ich podstawową zaletą miało być to, że są od stuleci, jeśli nie od tysiącleci, hodowane w czystości krwi, nie podlegając mieszaniu z końmi o innym pochodzeniu), a drugą (angielską), „końmi pełnej krwi“ (gdyż fakt pochodzenia koni angielskich od różnych przodków, utworzenia tej rasy poprzez dolewanie – „do pełna“ krwi orientalnej do miejscowych klaczy z Wysp Brytyjskich – był zbyt dobrze znany, aby tę wzorcową skądiną rasę nazwać rasą „czystej krwi“ – co, skądinąd, zdarzało się pisarzom i publicystom z I połowy XIX wieku i do tej pory jest normą w języku rosyjskim).

Kompromis ten funkcjonuje w obrębie języka polskiego po dziś dzień. Jednak używając tych terminów nie można zapomnieć, że jest to tylko i wyłącznie fakt leksykalny, który nie ma żadnego derywatu w realnej rzeczywistości. Nikt bowiem w XIX wieku, gdy się ten kompromis ustalał, nie prowadził żadnych systematycznych badań nad związkami genetycznymi różnych grup koni używanych w hodowli na świecie. Jest to wyłącznie rodzaj ideologicznego manifestu hodowców koni czystej krwi arabskiej i pełnej krwi angielskiej i do niczego nie zobowiązuje on nikogo poza tym gronem.

Wszystkie wyżej wskazane terminy mają tylko pozornie ścisły i naukowy charakter. O tym, na jakie bezdroża prowadzi bezkrytyczne używanie terminu „rasa“, wskazuje przykład antropologii, gdzie nie ma pojęcia, które byłoby bardziej nadużywane (dawniej) i wyklinane (ostatnio), bez żadnej uzasadnionej refleksji nad jego rzeczywistym znaczeniem. W zootechnice jest o tyle tylko łatwiej, że można „rasę“ potraktować nie jako termin opisowy (a więc odnoszący się do zastanej rzeczywistości), tylko jako termin operacyjny (wyjaśniający zadanie, cel jaki stoi przed hodowlą). Tylko w tym ostatnim sensie „rasa“ jest terminem ścisłym: koniem  danej rasy jest bowiem taki koń, który został do niej przypisany na mocy odpowiedniej adnotacji w stosownej księdze stadnej.

Biorąc pod uwagę powyższe, spór o istnienie lub nieistnienie „konia polskiego“ jest po prostu bezprzedmiotowy. Skoro w czasach, gdy koń ten miał był istnieć brakło pojęcia rasy, nie było rozumianej współcześnie zootechniki, nikt nie prowadził ksiąg stadnych i koni ze względu na ich pochodzenie i typ budowy do ksiąg nie wpisywał – to ustalenie, czy jakiś konkretny koń był „koniem polskim“, czy „koniem wołoskim“ w inny sposób, niż na podstawie miejsca jego urodzenia, jest po prostu niemożliwe.

No dobrze, odpowie historyk, ale są przecież ilustracje, opisy, źródła? Hmm… Dostałem od autora „Fenomenu husarii“ skany takich właśnie ilustracji. W czwartek, jak będę w Bibliotece Narodowej sam zeskanuję podobne z „Historii powszechnej konia“ Czapskiego. Co jest w tych grafikach ciekawe? Otóż jedną z najbardziej fundamentalnych, podstawowych wręcz cech budowy konia arabskiego jest jego zad. Powinien tworzyć praktycznie poziomą linię, z nasadą ogona przedłużającą w linii prostej ową poziomą linię odcinka lędźwiowego kręgosłupa. W stanie podniecenia arabski ogon, zresztą na ogół dość krótki, choć z mocnym włosiem, podnosi się do góry i rozwiewa jak husarskie skrzydło. Większość Polaków, gdyby miała narysować konia, odruchowo tak właśnie naszkicuje koński zad. Co dowodzi, jak bardzo arabami Polska stoi! Myślicie może Państwo, że koń podpisany jako „koń arabski“ na jednym ze skanów, ma taki właśnie, dla nas obecnie oczywisty, zad..? Kudy tam! Tylko głowa się zgadza, faktycznie arabska, bo o wklęsłym profilu.

Czego to dowodzi? Jednej z dwóch rzeczy: albo autor ilustracji nie tak wcale malował, jak w rzeczywistości widział, tylko tak, jak mu się ładniej wydawało (co skądinąd zawsze w odniesieniu do takich rysunków podejrzewam: nie przypadkiem wszystkie konie barokowe, jakie by w rzeczywistości nie były, mają tak barokowe, obfite kształty i falujące grzywy i ogony! Jeden Rembrandt malował chyba wiernie, bo wsadził swojego „jeźdźca polskiego“ na chudą, ale widać, że żylastą i wytrzymałą szkapinę…). Albo też, ów prosty zad w czasach, gdy rysunek powstawał, wcale jeszcze charakterystyczny dla koni arabskich nie był.
Reprodukcja dzięki uprzejmości Wikipedii 

Jak to możliwe, skoro to ma być „rasa czysta“, od Mahometa co najmniej niezmienna? Doprawdy? Co było, jak Państwo myślicie, powodem, dla którego w pewnym momencie „anglomani“ zyskali w hodowli polskiej przewagę nad „arabofilami“? Wyniki sportowe koni pełnej krwi angielskiej? Fakt, w XIX wieku, kiedy popularne były gonitwy na 100 wiorst (107 km) i więcej, niejednego araba tak dziś w świecie rajdowym pogardzane angliki na śmierć zagoniły. To jednak nikogo do niczego nie przekonało – miłość jest ślepa i na argumenty odporna! Powodem (krótkotrwałej zresztą) przewagi „anglomanów“ w drugiej połowie XIX wieku było to i tylko to, że kolejne ekspedycje polskich (i nie tylko polskich) miłośników znajdowały na Półwyspie Arabskim i całym Bliskim Wschodzie coraz to mniej koni odpowiadających przywiezionemu przez Europejczyków ideałowi konia czystej krwi arabskiej. Czy było to równoznaczne z „wyczerpaniem się“ lub „kryzysem“ beduińskiej hodowli? Ależ skąd. Koni było tyle samo, co poprzednio. Mniej było tylko wśród nich takich, które by Europejczyk uznał za „typowe“ i „arabskie“.

Ideał „konia arabskiego“ ma tak samo operacyjne jedynie, a nie opisowe znaczenie, jak każdy inny ideał rasy końskiej. To samo zresztą dotyczy wszystkich innych koni ras „czystych“ (nie dotyczy to tylko i wyłącznie koni pełnej krwi angielskiej, bo one żadnego wzorca rasy nie mają i mogą wyglądać, jak same sobie chcą, byle tylko pochodziły wyłącznie od rodziców wpisanych do I tomu księgi stadnej z 1792 roku…). Moje ukochane achałtekińce, to przypadek takiego „operacyjnego“, a nie opisowego potraktowania rasy wręcz kliniczny: wszak Rosjanie wykorzystali do hodowli, a w praktyce do utworzenia tej rasy 287 ogierów i 468 klaczy – dość przypadkowych, bo takich, które miały pecha dostać się w ręce bolszewików, a szczęście, że nie zostały od razu zjedzone przez „lud pracujący miast i wsi“, lub zmarnowane w czerwonej kawalerii – spośród prawie na pewno wielu dziesiątków tysięcy koni, które równie dobrze, albo i lepiej mogłyby się do tego celu nadawać. Potem selekcjonowali potomstwo tych koni tak, że wszystkie mają złoty połysk na sierści (przedtem istniały także konie turkmeńskie, bardzo blisko z owymi „wybrańcami“ spokrewnione, które jako żywo, żadnego połysku nie miały!), długie szyje osadzone w bardzo charakterystyczny sposób, skąpe grzywy i ogony, itd., itp.

Znowu więc dochodzimy do tego samego wniosku: przy braku księgi stadnej i braku przez reżim wpisu do tej księgi narzuconego idealnego typu budowy konia, żadna „rasa“ nie istnieje i istnieć nie może. Chcąc oddać sprawiedliwość Beduinom, Turkmenom czy Berberom, trzeby by inną kategorię opisową w ogóle wprowadzić: nie tyle bowiem „rasy“ w sensie współczesnym wyhodowali, co potencjał dla stosunkowo łatwego wyslekcjonowania wśród silnie skonsolidowanej genetycznie populacji takich właśnie ras „czystych“ stworzyli i zachowali.

Czy w takim razie możliwe było, żeby chociaż utworzyć taką rasę, wybierając do niej jakąś część koni przez Sarmatów hodowanych? Mam co do tego wątpliwości. Dla powodów, które już wcześniej w żartobliwej formie może, ale jak mi się wydaje dość obszernie przedstawiłem, hodowla staropolska musiała produkować mieszańce. W każdym razie, nie miała szans na taką konsolidację genetyczną populacji, jak konie hodowane przez Beduinów, Turkmenów czy Berberów (niezależnie od faktu, że w dalszym ciągu NIE WSZYSTKIE konie hodowane przez Beduinów, Turkmenów czy Berberów mogły odpowiadać ideałom ras: arabskiej, achałtekińskiej czy berberyjskiej…). Co oznacza, że uwspółcześnienie staropolskiej hodowli MUSIAŁO wyglądać dokładnie tak, jak w rzeczywistości w wieku XIX wyglądało: tj. dokonało się poprzez import obcego, bardziej skonsolidowanego materiału, głównie poprzez krycie miejscowych klaczy ogierami pełnej krwi angielskiej lub czystej krwi arabskiej. Niezależnie od strat, jakie z napoleońskiej awantury wynikły.

Z jakich konkretnie składników mieszanka koni na rozległym terenie Rzeczypospolitej hodowanych pochodziła, czy były między nimi jakieś regionalne różnice, czyli już pojawiające się zalążki typów i ras osobnych – to temat na odrębną dyskusję. Na pewno jednak jednego, dającego się łatwo po samym tylko wyglądzie zidentyfikować typu „konia polskiego“ nie było, bo być nie mogło.



Co do Kircholmu, który z taką dezynwolturą potraktowałem, to mam po temu osobisty powód. Otóż kiedyśmy pięć lat temu zasiedli z moim przyjacielem Aleksandrem Stiepanowiczem Klimukiem do domowego winka jego wyrobu (nie uwierzycie Państwo, ale są w Rosji miejsca, gdzie winorośl udaje się nie gorzej niż we Francji!) i rozmowa na różne końskie sprawy zeszła, także i o Kircholmie była mowa. Aleksander Stiepanowicz odniósł się do tej bitwy z wielkim entuzjazmem, bohaterstwo chodkiewiczowych pod Niebiosa wynosząc: wszak rzucili się na przeważającego wroga jak na prawdziwych, radzieckich sołdatów przystało, nie patrząc czy z życiem z tego ujdą… Oponowałem wtedy nieśmiało, że chyba jednak Chodkiewicz wiedział co robi. Dalej też, wolałbym tę bitwę postrzegać jako starcie profesjonalizmu (chciałem napisać „zimnego profesjonalizmu“, ale skądinąd wiadomo, że hetman strasznym cholerykiem był…), reprezentowanego przez Litwinów, z amatorszczyzną i typową dla Wazów głupotą Karola Sudermańskiego. To mi się wydaje lepszym dla Chodkiewicza i jego husarzy komplementem..!



[3] M. Samuel Bogumił Linde, Słownik języka polskiego, wyd. III fotoofsetowe, 1951, PIW na podst. wyd. II Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie, 1854
[4] Słownik języka polskiego, Aleksander Zdanowicz, Mikołaj Bohusz Szyszko, January Filipowicz, Walerjan Tomaszewicz, Florjan Czepieliński, Wincenty Korotyński z udziałem Bronisława Trentowskiego, wydany przez Maurycego Orelbranda, Wilno 1861.
[5] Witold Pruski, Dzieje wyścigów i hodowli koni pełnej krwi w Polsce. Królestwo Polskie 1815 – 1918., Warszawa 1970, str. 85

niedziela, 23 maja 2010

Księdza Wartenberga wyobrażenie małżeństwa

Zaspokoił Państwa ten krótki komentarz do tekstu księdza Wartenberga, który dałem wczoraj? Można by tak sądzić, skoro nikt się nie wypowiada, a aż dwie osoby się z nim zgadzają! Mnie jednak wcale to nie satysfakcjonuje. Wręcz przeciwnie: doskwiera mi ten tekst jak kamyk w bucie…

Ksiądz Wartenberg pisało to w pierwszej połowie 1870 roku, w trakcie soboru watykańskiego, w związku ze sporem o ogłoszenie dogmatu o nieomylności papieża. Bardzo obszerne opracowanie, którego mikroskopijny fragmencik wczoraj zacytowałem było odpowiedzią na zarzuty słynnego wówczas monachijskiego teologa, ks. Dölingera, który ogłoszeniu dogmatu się sprzeciwiał. Co w sumie nie jest może takie istotne.

Faktem jest, że pierwszy akapit z wczorajszego cytatu równie dobrze możnaby, po uwspółcześnieniu ortografii, przedstawić jako całkiem aktualny komentarz do niedawnej ustawy sejmowej, zakazującej wymierzania kar cielesnych dzieciom.

Dzieci nie mamy – a ta ustawa do ich spłodzenia na pewno nie zachęca. W myśl nowego prawa, dziecko jest własnością gosudarstwa, a jego przypadkowym i niekompetentnym rodzicielom nic do tego, jak będzie wychowane. Gosudarstwo w osobach Swych Jaśniewielmożnych Czynowników wie lepiej. I ma prawo tą swoją „lepszą wiedzę“ w dowolny sposób przeforsować, choćby i siłą. To tak na marginesie komentarza do jednego z ostatnich wpisów: że spłodzić każdy głupi może, a sztuką jest wychować. No więc, ONI dawno już do tego wniosku doszli i zrobią co tylko mogą, żeby wychować po swojemu…

To jednak bynajmniej nie jest wszystko, co o tym akapicie z dzieła księdza Wartenberga można powiedzieć. Nie dziwi Państwa to, co czytacie, nie czujecie się obco, nie jest to niepokojące? Co my tu mamy? posłuszeństwo mężowi i ojcu, miłość dla żony i szanowanie dzieciom, pełne względności. Ta miłość jest przy tym zalecana!

Dobrze, a gdzie błędny rycerz na karym koniu, który swej wybrance do kolan pada, płaszcz jej pod stopy śle, przez kałuże przenosi i pyłek z obuwia pocałunkami ściera..? Gdzie cały romantyzm? Cóż: miejsce romantyzmu jest w książce. Albo w telenoweli. Nasi przodkowie ledwie 140 lat temu mieli jednak całkiem inne wyobrażenie małżeństwa, miłości i rodziny.

Stosunki rodzinne należały do kategorii relacji konwencjonalnych, nie emocjonalnych. Jeśli małżonkowie się szczerze kochali, to tylko tym lepiej – ale wcale to do szczęścia nie było im potrzebne, a co do zasady, jeśli miało miejsce, to zachodziło PO ślubie, a nie PRZED. I nie mam tu na myśli bynajmniej spraw łóżkowych, bo o tym to i mowy być nie może. Przed ślubem młodzi ludzie nie mieli szans poznać się tak dobrze, by się w sobie zakochać. W każdym razie, zdarzało się to raczej rzadko i wręcz budziło pewne zgorszenie. Ich miłość z reguły rodziła się w trakcie wspólnego życia (i pożycia…), wraz z pokonywaniem różnych codziennych trudności, rodzeniem dzieci, dojrzewaniem emocjonalnym (panny w każdym razie wydawano zamąż wcześnie, więc je dość częsty mąż musiał sobie dopiero trochę wychować…). Bynajmniej przy tym nie dotyczyło to tylko sfer wyższych, choć tych oczywiście – przede wszystkim.

Relacje o charakterze konwencjonalnym nawiązujemy współcześnie przede wszystkim z kolegami z pracy. W takich relacjach trzeba dbać o zachowanie pewnej formy. Treść emocjonalna, jeśli nawet się przy tym pojawia (bo możemy kogoś lubić bardziej, a kogoś mniej), jest drugorzędna jak długo formy pozostają nienaruszone. Nie możemy mieć pretensji o to, że nas ktoś w pracy nie lubi – możemy mieć jednak słuszne pretensje, jeśli nie odwzajemnia naszych pozdrowień, odmawia współpracy przy realizacji zadań, do których jest nam potrzebny, czy w inny sposób łamie przyjęte formy zachowania.

Relacje o charakterze emocjonalnym są o wiele bardziej spontaniczne, co oznacza również i to, że nie mamy gwarancji nawiązania takiej relacji – w żadnych okolicznościach! Nie możemy oczekiwać, że ktoś nas będzie kochał. To przecież nie zależy od jego woli…

Sytuując małżeństwo i stosunki rodzinnej w sferze relacji konwencjonalnych nasi przodkowie wykazywali się daleko idącym umiarkowaniem. Nie każdemu jest dane przeżyć Wielką Miłość. W ich czasach raczej nie można było czekać, aż się taka sama z siebie pojawi – nie tylko dlatego, że w ramach ówczesnej obyczajowości kontakt między płciami był reglamentowany i czekać na takie spontaniczne uczucie można było długo (pytanie zresztą, czy naprawdę wszystkie miłości i miłostki jakie się młodzieży, dziś niczym przecież nie skrępowanej, nawiązać udaje, to rzeczywiście są te Wielkie Miłości z telenowel i romantycznych powieści..?). Po prostu życie było ciężkie. Mało kogo stać było na utrzymywanie dorosłych dzieci. Skoro zaś każdy, kto tylko był po temu odpowiednio dorosły musiał sam siebie utrzymać, to łatwiej mu to było zrobić we dwoje, niż w pojedynkę. To dość oczywiste.


Czy dzisiejsze oczekiwania, wedle których każdy na Wielką Miłość zasługuje i każdy powinien ją przeżyć, są w związku z tym wygórowane i nierealistyczne? Może tak, może nie. Nie wiem. Jednak nasz świat współczesny i nasz współczesny styl życia, jest ledwo mgnieniem oka w skali historii ludzkości – a nigdy wcześniej relacja tak podstawowa dla przyszłości gatunku nie była oddana wyłącznym rządom przypadku i spontanicznych emocji. Warto o tym pamiętać. Od czasu do czasu…

sobota, 22 maja 2010

Ksiądz Wartenberg wobec Lewiatana

Natknąłem się ostatnio na bardzo interesujący tekst. W nie tak znowu archaicznej, XIX-wiecznej polszczyźnie. Że cały mój blog podobno w takim samym, niedzisiejszym stylu, pozwolę sobie na obszerny cytat:

Jak płód w łonie matki zawiązuje się przez utworzenie najpierw serca, jak bicie serca w człowieku wydanym na świat jest warunkiem koniecznym jego życia, jak z ustaniem jego tętna zamilka wszystek organizm: tak rodzina jest pierwszym zawiązkiem państwa, tak nieskażona siła rodziny stanowi żywotność państwa, tak z rozkładem rodzinnego ustroju rozwięzuje się w zgniliznę państwo. Patrzcie co wielkie zasady z r. 89 zrobiły z rodziny: którą uświęcił Chrystus wyniesieniem małżeństwa do godności sakramentu i utrwalił, nierozerwalnym czyniąc związek małżeński, którą uzacnił Kościół wyswobadzając niewiastę, niewolnicę niegdyś mężową, znosząc dawną ojców okrutną władzę nad dziećmi, że je zabijać mogli, którą uczynił początkiem hierarchii społecznej, zalecając żonie i dzieciom słowy Apostoła posłuszeństwo mężowi i ojcu, zalecając mężowi i ojcu miłość dla żony i szanowanie dzieciom, pełne względności. Otóż związek sakramentalny potargany przez śluby cywilne, żona stała się znów czy hurysą męża, czy szafarką, czy matką dzieciom, zawsze tylko kontraktową; hierarchia obalona przez emancypacyą kobiet tak wprost przeciwną słowu Apostoła „żony bądźcie poddane mężom waszym“, zniweczona przez wyzucie się ojców z prawa panowania dzieciom, które nieraz zpoufalone z ojcem więcej aniżeli z towarzyszem igr dziecięcych, których już teraz duch światowy broni od groźnego Ducha świętego, który rodzicom dziateczki bić radzi.

Cóż wielkie zasady z r. 89 uczyniły z hierarchii społecznej? Kościół nie od razu zniósł niewolę społeczną, bo musiałby połowę świata na drugą rzucić i krwią zalać ziemię; ale powoli wpływał drogą przekonania i ofiary, nauką, że wszyscy wobec Boga równi i ślubowanym poświęceniem życia całego na wykupywanie niewolników, choćby przez zastaw siebie samego: lecz zniósłszy w zasadzie niewolę, nie chciał obalić hierarchii społecznej, lecz owszem kazał być sługom poddanymi dla pana, dla miłości Chrystusa, a panom przypomniał, że i oni mają Pana nad sobą i nakładał im obowiązek względności miłosnej dla sług; lecz raczej starał się hierarchię społeczną jaka się z natury rzeczy wytwarza uświęcić, żeby wszędzie była na ziemi obrazem hierarchii w niebie.

Otóż dziś wszystko nie zrównane wobec prawa, lecz zniewelowane już poniekąd co do praw; dziś formy dawnej hierarchii społecznej połamane walają się w błocie i śmiesznym się wydaje, kto je stamtąd podejmuje żeby choć jako pamiątkę historyczną zachować, uszanować. Dziś na świecie tylko mużyk i czyn. Różnicę w społeczeństwie stanowi już prawie jedynie mienie, za którym dlatego wszystko goni do upadłego, którego sobie zawiści, które sobie wydziera zdradą, oszustwem, przechrzczonym mianem ekonomii; ekonomia polityczna dla zmateryalizowanego świata stała się świętym zakonem, jedyną księgą świętą. A nad tym tłumem bijącym się i gryzącym jak psy o kość, wynosi się jedyna wyższość czasów dzisiejszych, obleczona w czerwony kołnierz: czyn, który się wydaje, że na to są mużykowie, żeby czynowników żywiły hojnie, dostatnio.

(…) Kościół zniósł bałwochwalczy kult państwa wszechmocnego, zniósł władzę „boskich Cezarów“, a natomiast namaścił wodzów ludu na Namiestników bożych w świeckich sprawach, na wykonawców sprawiedliwości bożej, prawa ich do panowania broniąc od namiętności niesfornych mas upominaniem, że kto sprzeciwia się zwierzchności, ustanowieniu bożemu się przeciwi.

Otóż dziś wyśmiana jako głupstwo nauka o „władzy z łaski bożej“, zastąpiła ją inna o „władzy nie tylko z woli, ale z nadania ludu“, lud teraz jest pierwiastkiem władzy i majestatu władzy. Biedny lud wszechmocny w spólnem głosowaniu stwarza jak Bóg; ale niestety! Stwarza sobie boga, i na jego korzyść abdykuje ze swej boskości i staje się masą ciemną, głupią, wodzoną bagnetem stojących wojsk. Nic mu nie zdolne ulżyć ciężkości żywota, chyba że pozyska dla siebie ten bagnet, lub go zdoła wyrwać z rąk żołdactwa i pchnąć w pierś swego bałwana, półboga, żeby na jego miejsce znów innego sobie stworzyć i znów z nim jak z poprzednim w parlamentach i w konstytucyach iść na udry.

Tu cytat się kończy. Pora na wnioski. Dla kontrastu, dam je Państwu – tak, jak to sam widzę, ale z góry zastrzegam, że wcale nie jestem tej interpretacji na 100% pewien, może ktoś z Państwa ma lepszy pomysł? – w punktach:

  1. Istniało ongiś coś takiego jak „dawny porządek“. Ancient regime. Jego najważniejszą bodaj cechą było to, że go nikt nie wymyślił. Sam się pojawił. Jak pisze autor powyższego cytatu, ksiądz Wartenberg: powstał z natury rzeczy. My, od prawie 200 lat żyjemy w stanie ciągłego eskperymentu. Tym się, dla odmiany, charakteryzującego, że wszystko, czym żyjemy i czym się pasjonujemy, najpierw pojawia się jako idea, projekt, a dopiero potem jest wcielane w życie. Bardzo trudno sobie wyobrazić nam teraz życie w świecie, w którym ustrój państwa, stosunki rodzinne i stratyfikacja społeczna nie są przedmiotem publicznej debaty ani nauki uniwersyteckiej – są tak oczywiste i niewzruszone jak ziemia pod stopami i powietrze do oddychania, są naturalne. Jakaż by to była jednak ulga! Niezależnie od różnych cech tego systemu, które teraz by się nam wydały oczywiście niesprawiedliwe…
  2. Powodem, dla którego nasi odlegli przodkowie poszli na ten eksperyment i obalili ancient regime (już mniejsza o to, że im akurat armia Napoleona przyniosła to obalenie na bagnetach…) była obietnica wyzwolenia. Wyzwolenia spod arbitralnej władzy Kościoła, królów, arystokratów, ojców rodzin. Możliwości swobodnej ekspresji indywidualnej osobowości i marzeń – prawa do poszukiwania szczęścia, jak to zapisali Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych w konstytucji USA. Cóż: obietnicy tej nie udało się spełnić. Miejsce Kościoła, królów, arystokratów i ojców rodzin zajęli czynownicy  - dokładnie tak, jak to ksiądz Wartenberg pisze. O ile dość łatwo można sobie wyobrazić łagodny i wybaczający Kościół, króla, który jest natchnieniem  i dumą dla poddanych, szlachetnych, pełnych honoru i cnotliwych arystokratów oraz kochających ojców rodzin: to dodanie któregokolwiek z tych przymiotników do rzeczownika urzędnik budzi śmiech i jest możliwe tylko w kabarecie. Prawda, że jest równie możliwy zepsuty i skorumpowany Kościół, tyrański i podejrzliwy władca, chciwi, zazdrośni i nieudolni możni oraz ciemni i prymitywni ojcowie rodzin: ta jednak „ciemna strona mocy“ może być przezwyciężna za zmianą osób lub obyczajów. Nie sposób jednak przezwyciężyć właściwej rządom czynowników tyranii, korupcji i  głupoty. Nawet w Niebiesiech, gdyby tam miast Królestwa Niebieskiego zaprowadzić Niebieską Rzeczpospolitą (a jeszcze „Ludową“!), musiałoby się to źle skończyć, ponieważ sam system wymusza takie właśnie zachowania. Inaczej funkcjonować się nie da. Ładnych parę lat temu, gdy byłem pracownikiem państwowej firmy zarządzającej lotniskiem na Okęciu, zdarzyło się, że przejmowałem wraz z moją ówczesną szefową pewien zakres działalności firmy, uchodzący za wyjątkowo skorumpowany, ponieważ dotyczył akurat wynajmu powierzchni. Powiedziałem wtedy szefowej, że albo kryteria wynajmu zostaną zobiektywizowane, albo trzeba będzie samemu dać się skorumpować. W razie bowiem braku obiektywnych kryteriów, zachowanie cnoty grozi szaleństwem, albo paraliżem decyzyjnym: kogo wybrać, skoro nie mamy żadnych jasnych przesłanek..? To już lepiej wziąć w łapę i jednak jakąś decyzję podjąć… Nie minęły dwa lata, a okazało się, że miałem rację. Szkoda tylko, że przy okazji wyleciałem z roboty i ciągle nie mogę znaleźć nowej…

Jest czymś głęboko przerażającym, ta niemożliwość wyzwolenia. Tak źle – i tak niedobrze! Ancient regime bynajmniej wolności nie obiecuje – ale i współczesny kult „praw człowieka“ (albo nawet i „hominida“, jak w Hiszpanii!), wcale do żadnej większej wolności nie prowadzi! Jest w tym jakaś mroczna tajemnica. Można ją tłumaczyć po lemowsku: kiepskim sterowaniem, jakie ludzkiej psychice dała ewolucja. Można ją też tłumaczyć… grzechem pierworodnym..?

piątek, 21 maja 2010

Margire w domu

O wstydzie! Ładowałem Margire na Służewcu do przyczepy półtorej godziny - i nie załadowałem... Musiałem poprosić o pomoc pana koniuszego, podstawić się pod drzwi od stajni i tradycyjnie, wjechać do przyczepy na miotle. A w domu - no, przesadziłbym twierdząc, że wchodziła z marszu, ale nie był to jakiś szczególny problem.

Dzień dziś w kratkę, na przemian słońce albo chmury. Akurat do zdjęć Lepsza Połowa trafiła na chmury, poza tym rzuciło się Maleństwo na trawę, której przez dwa ostatnie miesiące zbyt wiele nie oglądało (ale będzie sraczka!) i nic innego jej nie interesuje. Będzie teraz więcej słońca, to zrobimy lepsze zdjęcia:










Dzisiaj jeszcze wolne. Ale od jutra trzeba Maleństwu zapewnić tyle ruchu, żeby to odpowiadało 1800 metrom "średniego cantra" dziennie. Jest może ktoś z małymi potrzebami bytowymi (do dyspozycji jest strych nad chatką albo hamak pod wiatą...), kto by chciał sobie codziennie tak pojeździć..?

Acha! Właśnie wyjrzeliśmy na zewnątrz. Ten koń już tak wcale nie wygląda! Wzięła kąpiel błotną...

poniedziałek, 17 maja 2010

Ryzyko i błąd

Kiedy Ślimak z „Placówki“ Bolesława Prusa rzucał garściami zboże na bruzdy wyryte jednoskibowym pługiem zaprzężonym w konia (jeśli mu się akurat w danym roku powiodło: w dwa konie!), spodziewał się, że zbierze 10 – 12 ziaren z każdego zasianego. Jego rachunek był tylko o 2 – 4 ziarna bardziej optymistyczny od oczekiwań bohaterów „Satyry na leniwe chłopy“, czy „Krótkiej rozprawy między panem, wójtem, a plebanem“, 200 lat wcześniej, używających radeł zaprzężonych w woły. W tej chwili, trochę więcej niż 100 lat po czasach „Ślimaka“, pan Wojciech obiecuje temu, kto spróbuje jego metody siewu bezorkowego nie mniej niż 100 ziaren z każdego zasianego.

Tego rodzaju rachunki łatwo mogły okazać się mylne: jedno gradobicie tuż przed żniwami mogło obniżyć plon o połowę, albo i pozbawić go wcale. A jeśli nawet Bóg litościwy nie zesłał na swój wierny lud takiej plagi, to zawsze mogli się przypałętać jacyś zbóje, swoim lub obcym językiem mówiący,  umundurowani lub nie, którzy zebrane zboże zabrali i zmarnowali, a nie zebrane – zdeptali lub podpalili. Zbóje ci pojawiali się potem na kartach podręczników historii – ale jaka stąd mogła być pociecha dla chłopa, który przez nich zbiory stracił? Już Ślimak, który oprócz żyta zasiał też i zagon kartofli, mógł taką klęskę jakoś przebiedować. Dla jego o 200 lat starszych przodków był to prawie pewien wyrok śmierci!

Co im bowiem pozostawało? Żołędzie z pobliskiej dąbrowy, jeśli rosła jakaś. Grzyby i jagody. Lebioda i inne dziko rosnące zioła. Za mało i zbyt niepewne to źródła pożywienia dla osiadłej od wieków i rozrosłej liczebnie w stosunku do przedrolniczych czasów społeczności „wytwórców żywności“ – jak definiuje prof. Diamond kultury, który opanowały uprawę roli. Poza tym, co dalej? Nawet, jeśli zbiór zawiódł, lub został stracony, trzeba przecież obsiać pola w kolejnym roku – a co, jeśli siewnego ziarna brak lub zostało z konieczności zjedzone?

Można je sprowadzić z dalszych stron, gdzie akurat trafił się błogosławiony urodzaj. Jak jednak za to zapłacić? No cóż: trzeba wziąć kredyt! W istocie rolnictwo łatwiej się obejdzie bez pługa (szczególnie, gdyby pomysły pana Wojciecha rzeczywiście dały się zastosować w naszym klimacie), niż bez kredytu. Podobnie zresztą jak i hodowla. Koniec końców, nie co rok trafia się gradobicie lub wizyta umundurowanych (lub nie) zbójów. Na ogół oczekiwania rolnika wobec średnich zbiorów jednak się sprawdzają. Co jakiś czas zaś: ziemia rodzi obficiej niż zwykle, a wokół panuje pokój. Zasadniczo lata urodzaju zdarzają się tak samo często, jak klęski żywiołowe skutkującego jego brakiem. Tylko czynnik antropogeniczny w postaci wojen i grabieży zakłóca tę równowagę…

Mając określony zasób siewnego ziarna i przygotowane na jego przyjęcie pola, można z dużą dozą pewności spodziewać się po kilku miesiącach dość łatwych do wyliczenia zbiorów. Mając stado bydła i pastwiska dla jego wypasu, łatwo po kilku latach eksperymentów obliczyć, jak szybko będzie się zwiększać i ile sztuk można co roku przeznaczyć do zjedzenia lub na sprzedaż. Zachęca to do inwestycji. Do przygotowania pod uprawę większej ilości pól. Znalezienia lub stworzenia nowych pastwisk. Zysk z takich przedsięwzięć jest stosunkow łatwy do obliczenia, a ich koszty – z góry znane. Biorąc zatem kredyt w banku braci Egibi, babiloński rolnik mógł z łatwością przystać na kontrakt: w zamian za każdy kosz siewnego ziarna oddam po zbiorach trzy. Albo: w zamian za byka i pięć jałówek, będę co roku oddawał jedno cielę przez następnych piętnaście lat. Kredytobiorca z góry wiedział, jaka jest cena kredytu, który zaciąga. Kredytodawca oddawał mu potrzebne dla dokonania inwestycji dobra kierując się przeciętną ceną, jaką osiągały na rynku – że zaś w takiej transakcji pojawia się czynnik czasu, cena ta uwzględniała też i ryzyko, że pewnej części kredytobiorców nie uda się wywiązać z przyjętych zobowiązań. Stawali się wówczas zwykle niewolnikami bankiera – ale marna to była dla niego pociecha, jeśli i tak nie mógł w ten sposób odzyskać swoich krów czy ziarna. Średnio jednak, rolnik lub hodowca powinien na takiej transakcji zarobić, a i bankier – nie stracić. Tak właśnie narodził się system bankowy.

Zastosowanie tej samej metody do operacji kupieckich i przemysłowych rodziło o wiele więcej niepewności: wszak nie tylko mogło się zdarzyć, że wytwórcy amfor potłuką się gotowe na sprzedaż wyroby, ale i to, że wykonane przez niego z wielką starannością ozdoby w stylu czarnofigurowym okażą się absolutnie niestrawne dla publiczności, która w międzyczasie ulegnie nieprzepartej modzie na ozdoby w stylu czerwonofigurowym. Albo odwrotnie. Katastrofy w handlu, zwłaszcza morskim, uprawianym przy pomocy łódek niewiele lepszych od dłubanek, na Polesiu zwanych pieszczotliwie „duszogubkami“, tak były częste, że aż wierzyć się nie chce, że jednak ci brodaci Fenicjanie i Grecy, których późni potomkowie żyjący w dzisiejszych czasach nie uchodzą za jakichś strasznych kowbojów, jednak się na te morza puszczali, na pewną niemal śmierć! Obok zatem o wiele wyższego oprocentowania, dość szybko pojawił się pomysł podziału ryzyka – poprzez tworzenie spółek i ubezpieczenia. Celowali w tym zwłaszcza Arabowie, którzy już około VIII wieku dorobili się całkiem nowoczesnego systemu leasingu. Obejmującego nie tylko narzędzia, statki i towary, ale też idee – dzięki łatwej dostępności do kredytu wspartego technologią, irański system podziemych nawodnień „qanat“ rozprzestrzenił się aż po Maroko i arabską Andaluzję.

System kredytowy, niezbędny dla funkcjonowania rolnictwa, wcale przy tym nie musiał operować kruszcem (pieniądza „fiducjarnego“ – poza przodującymi jak zwykle we wszystkim Chinami – jeszcze wtedy nie znano). Dla ogromnej większości polskich (białoruskich, ukraińskich, litewskich…) chłopów, ich głównym kredytodawcą był właściciel ziemski. Otrzymywali od niego ziarno siewne, narzędzia, sprzężaj, a kiedy była potrzeba – także i wyżywienie i pomoc w odbudowie chat czy przygotowaniu pól po jakiejś klęsce. Ze skutkami, które już tu kilka razy opisywałem. W zamian zaś, najczęściej świadczyli pracę.

Czy chłopi pańszczyźniani, którzy się na tego rodzaju transakcję (bezpieczeństwo w zamian za pracę i wolność) godzili, byli głupi, zdegenerowani, gorsi genetycznie i moralnie – jak zdaje się sugerować w swoim ostatnim poście Pan Profesor? Jeśliby trzymać się konsekwentnie darwinizmu, którego wyznawcą zdaje się być w jakiejś części Pan Profesor, to pamiętajmy, że o tym, kto jest „najlepiej przystosowany“, czy „lepszy“ w ostatecznym rachunku decyduje tylko to, czy zdołał swoje geny przekazać potomnym. Otóż: chłopi pańszczyźniani w ogromnej większości dokonali tej sztuki wbrew rozlicznym, nieustannie grożącym im zagładą okolicznościom. Natomiast o tych buntownikach, którzy jednak woleli gospodarować po swojemu i bez ubezpieczenia, jakie im dawała zależności od pana, niewiele można powiedzieć – na pewno jednak potomstwo po nich nie zostało… W warunkach takich, jak opisałem powyżej, było to po prostu samobójstwo. Rodzina takiego chłopa (który przecież mógł zawsze jakąś leśną pustkę, jakich wszędzie w całej Rzeplitej pełno było, własnymi siłami zagospodarować, żadnemu panu się nie kłaniając!) ginęła bez wsparcia przy pierwszym nieurodzaju lub klęsce wojennej. Operując terminami teorii gier: oczekiwana wypłata dla takiej strategii była mniejsza/równa zero. To kto tu okazał się „lepiej przystosowany“?

Ryzyko związane z produkcją rolną czy hodowlą, a nawet z handlem morskim i rzemiosłem, ma w dużej mierze czysto fizyczny charakter. Czynniki antropogeniczne, jakie się w nim pojawiają (zbóje, moda), z reguły działają tylko jednokierunkowo, bo je zwiększają – na ogół w dość stałym stosunku dla danej epoki. Natomiast powolny, ale na przestrzeni wieków na ogół stały postęp techniczny, ryzyko zmniejsza. Do pewnego momentu oczywiście – bo kiedy już wybuchnie rewolucja przemysłowa, nagle okazuje się, że dóbr jest więcej, niż najwytrwalsi nawet konsumenci są w stanie spożyć, a ciągle wzbierający nadmiar zaspokaja już nie potrzeby, a tylko zachcianki ogółu – jak to zachcianki, z natury o wiele bardziej kapryśne niż dawno już zaspokojone potrzeby realne! Tym samym w niektórych dziedzinach ludzkiej działalności ryzyko zaczyna przybierać wartości nieoznaczone. Najwcześniej to się stało na rynku sztuki – i stąd tak astronomiczne ceny dzieł twórców uznanych i modnych!

W pewnych dziedzinach ryzyko oderwało się od jakiejkolwiek fizycznej rzeczywistości już wieki temu. Po raz pierwszy zapewne w Holandii, w latach 1635 – 37, podczas tzw. „tulipanomanii“. Pojedyncza cebulka odmiany „Semper Augustus“, dziś warta kilka centów, kosztowała wówczas w szczycie hossy 6 tys. guldenów (jak podaje Wikipedia, równało się to 40-krotności średniego rocznego dochodu na głowę Holendra w owym czasie; cokolwiek to w praktyce oznacza…). Potem za rządów Filipa II księcia Orleanu – regenta Francji za małoletniości Ludwika XV, kiedy zatrudnił on szkockiego spekulanta, Johna Law, jako swojego finansowego „guru“ – ze skutkiem dość podobnym do wielu następnych przypadków „nadymania złotego cielca inflacji“ przez rząd. Wydaje się że to, co dzisiaj tak bardzo pasjonuje szeroką publiczność, to właśnie przytłaczająca dominacja ryzyka całkowicie oderwanego od fizycznej rzeczywistości. Na ryzyko to składają się potężne, a w praktyce niezwracalne długi wszystkich prawie istniejących na świecie rządów i instytucji rządowych; oderwane od demograficznych i kulturowych realiów systemy emerytalne; ubezpieczenia, bardzo często przymusowe, a zwykle dotyczące całkiem zwyczajnych rodzajów ludzkiej działalności, bynajmniej nie wiążących się z nadzwyczajnym zagrożeniem – jak prowadzenie samochodu czy świadczenie jakichś usług; wmówiona ludowi potrzeba posiadania „samodzielnego“ mieszkania w bloku (w USA: domku z trawnikiem!), która czyni z 90% miejskiej populacji dożywotnich niewolników systemu bankowego; last but not least – wszelkiego rodzaju pochodne instrumenty finansowe, służące do wyceny bądź generalizacji całego tego ryzyka. Nie można traktować tego „rynku ryzyka“ jak normalnej, znanej od tysiącleci działalności kredytowej. Nie ma on bowiem żadnej analogii z prostym rozumowaniem przedstawionym powyżej: „jeśli mogę oczekiwać 12 ziaren z 1 zasianego, to jak oddam z tego 3 braciom Egibi, zostanie 8 dla mnie i 1 na przyszłoroczny siew…“ Tym samym, żadne reguły się go nie imają. Również reguły zdrowego rozsądku. Jedyne co można o tym z całą pewnością powiedzieć, to że wcześniej czy później pewnie pier…nie. Tylko kiedy? A – tego już się przewidzieć nie da… Jest to zabawa. Igraszka. Kpina. Nic dziwnego, że ludziom, którym co miesiąc bank zabiera 2/3 pensji marzy się „pieniądz bezprocentowy“, czy wręcz: rewolucja komunistyczna! W każdym razie żadnych przygód ze spekulacją na tym wirtualnym rynku nie uważam za stosowne przekładać na normalne ludzkie doświadczenie odnośnie ryzyka i błędu. To tak, jakby nałogowego hazardzistę stawiać za wzór odwagi i cnót obywatelskich…

Odwaga zresztą nie równą miarą się mierzy. Postawa naszych „genetycznych patriotów“, o której już zresztą tutaj nie raz pisałem, wyrażająca się w prostych aksjomatach „Polska – dobrze, Rosja – źle“, „jakoś to będzie“ itp. – byle do przodu, byle orężnie, byle z hukiem, byle w ostrogach – nieważne że boso! – byłaby cnotą dla szeregowego ułana. Jednak już wachmistrz powinien na polu walki przede wszystkim zachować zimną krew i życiem swoich ludzi nie szafować nadaremno – bo nie wykona zadania, jakie mu postawiono, jeśli ich bez sensu wytraci! Nie jest prawdą, że wszczynając powstanie styczniowe nie można było przewidzieć jego wyniku. Ależ można było. Co więcej: znalazłem i opublikowałem tu dowody na to, że przewidziano! Nie jest też prawdą, że wszczynając powstanie warszawskie nie można było przewidzieć, czym ono się skończy. Można było. I przewidziano. Na co również istnieją dowody. Po prostu głupie Polaczki mają mniej rozumu niż ich konie – rozum ułanowi równie potrzebny jak pilotowi szabla, jak mawiał pewien mój znajomy pilot śmigłowca. Czy jednak naprawdę chcemy, żeby rządzili nami szeregowi ułani? Bodaj Wenezuela przeżyła w XIX wieku serię takich niepiśmiennych dyktatorów zwanych „pierwszymi lancami Republiki“ – i jak ten bogaty w ropę i ziemię kraj teraz wygląda..? A jak wygląda Polska po tych wszystkich powstaniach, z rozumem szeregowego ułana wszczynanych i prowadzonych?

Dobrze wygląda..? Jeśli dobrze, to nie powinniście Państwo narzekać ani malkontencić. Jeśli jednak nie aż tak dobrze – to jak chcecie ten stan poprawić, powtarzając stare błędy i grzechy? Rozumem szeregowego ułana..?

Niemcy budzą w naszej części świata wielki podziw nie dlatego, że przegrały dwie wojny światowe – a dlatego, że je bardzo skutecznie umiały prowadzić przeciw niemal całej reszcie świata. I że po klęsce umiały się pozbierać i mimo klęski i wbrew poniesionym stratom – udowodnić, że są pierwszym narodem kontynentu. Niemcy są skuteczni. Jeśli nawet podejmują ryzyko i przegrywają, to po starannym rozpatrzeniu wszystkich przesłanek i dopieto potem, jak zrobią wszystko, żeby ryzyko przegranej zminimalizować.


Polacy wszczynając powstania nie podejmowali ryzyka. Nie można mówić o ryzyku tam, gdzie wynik jest z góry wiadomy i pewny! Polacy po prostu popełniali błędy. Bezmyślnie. Bez zastanowienia. Bez sensu. Bez próby zrobienia czegokolwiek, żeby sytuację wprzódy poprawić. Doprawdy wierzyć mi się nie chce, że nas Pan Profesor do bezmyślności próbuje namówić…

niedziela, 16 maja 2010

Kto handluje, ten żyje!

Tę řezačkę Tomek oglądał już tydzień temu. Kiedy zawoziliśmy kobyły do Petry. Tyle, że wtedy wskazał mu jej lokalizację inny handlarz. No i była o wiele droższa. Staniała, nimeśmy zdążyli do domów dojechać. A dzień później kto inny przysłał Tomkowi jej zdjęcia – z jeszcze niższą ceną.

Trochę było głupio tak tydzień po tygodniu do tych samych ludzi przyjeżdżać. Na początku zatem, mój przyjaciel liczył na to, że tym razem sprzęt będzie pokazywał drugi z miejscowych wspólników (zresztą Polak, a rzecz cała miała miejsce niedaleko granicy, tyle że bliżej Jeleniej Góry niż Kłodzka, gdzie my ją zwykle przekraczamy). To żeśmy na niego czekali. Ale nie przyjechał. Jak twierdził – zmoczył się i mu się nie chciało. Przyjechał, po dłuższym czasie, jednak ten sam, który już raz mu sprzęt pokazywał (ja wtedy spałem na stacji benzynowej w Pradze, a Tomka zabrał na miejsce polski handlarz – zresztą przedziwny typ, mówił tak, że do dziś nie wiem, czy był Niemcem, czy może Żydem..?). Czech. Ale jakoś żeśmy się dogadali. Gospodarz miał w końcu dużą wprawę w takich transakcjach. Rozumiał więc co się do niego mówi po polsku, a sam starał się mówić po czesku głośno i wyraźnie, więc i my żeśmy go rozumieli. Zwłaszcza, kiedy obficie gestykulował i pokazywał paluchem.

Oczywiście poznał Tomka i z miejsca doszedł, kto go tym razem do niego skierował. Czyli: komu jest teraz winien prowizję za dostarczenie kupującego!

Nota bene, wbrew pierwotnym obawom Tomka, ta sytuacja wcale nas źle a propos negocjacji cenowych nie ustawiała. Bo jeśli już dwóch pośredników przysyła tego samego klienta, znaczy się, popytu na towar za dużego nie ma…

Przy tym, jako że pogospodarowaliśmy sobie trochę na placu wcześniej, bo nam telefonicznie wspólnik – Polak pozwolił wejść gdy tak czekaliśmy, Tomek miał już przygotowaną argumentację. Rura wylotowa sieczkarni się nie podnosi. Dobre pół godziny, używając na przemian telefonu komórkowego i instrukcji obsługi, próbował nas gospodarz przekonać, że na pewno funguje, funguje jak babcię kocha i podniesie się, gdy tylko wciśnie się właściwy przycisk. Może odrobinę przyrdzewiała, to ruszy, jak się z końca ciut ręcznie podeprze? Nie? To może hds-em..? Na to już Tomek w obawie o całość sprzętu nie przystał. Że demonstracja zawiodła, pole do dalszego obniżania ceny stanęło otworem.

Zapamiętać na przyszłość! Jak by się drugi raz miała trafić taka okazja, to stanowczo warto nawet i sprowokować jakiś drobiazg (jak ktoś jest biegły w mechanice, powinien umieć to zrobić), który nie będzie działał i na nim się podczas rozmowy skoncentrować. To chyba zresztą nie tylko mechaniki dotyczy. Tym razem wyszło tak przypadkiem, ale to fajny trik. Ważne, żeby się sprzedający zafrasował i nie umiał sobie poradzić z problemem, choćby i nieistotnym dla całości dzieła (koniec końców naprawić czy wymienić siłownik, który tę rurę podnosi, to żadne wielkie halo, nawet ja bym chyba dał radę po kilku dniach prób i błędów…).

Potem trzeba być twardym i nie ustąpić ani korony. A żeby sprzedającemu nie było tak przykro, można spróbować poszerzyć przedmiot negocjacji. To akurat była moja ulubiona metoda w czasach, gdy pracowałem na lotnisku i miałem o czym negocjować. Psychologicznie łatwiej jest zaakceptować zmieniony zakres transakcji, niż zmienioną znacznie cenę. Też nam przypadkiem wyszło i częściowo za mają sprawą: na placu, obok wszelakiego złomu, stała też… białoruśka! Bez wysięgnika koparki i łyżek. W dodatku starszy model niż mój. Ale na oko – w niezłym stanie. Tylne opony i pewnie też półosie, z których jedna ewentualnie mogłaby się przydać w mojej (sądząc po wyglądzie zewnętrznym, aby uzyskać funkcjonującą koparkę, najłatwiej byłoby po prostu przełożyć mój osprzęt na tę maszynę) – całkiem porządne.

Koniec końców stanęło na cenie obniżonej tylko o 10.000 koron – ale za to nie tylko za řezačkę, ale i za białoruśkę razem, w pakiecie. Czyli de facto, cena samej tylko řezački spadła więcej niż o 10% (w stosunku do poziomu, który już przez tydzień naszej nieobecności i zmianę pośrednika spadł o 1/5…). Jeśli tylko uda się zapakować białoruśkę na ten sam transport, to w najgorszym razie dowiezie się gratis do składowiska w Warce 7 ton złomu: cena zakupu tej maszyny już w ten sposób powinna się Tomkowi zwrócić. Myślę jednak, że ma wobec białoruśki dalej idące plany…

Tymczasem nasza podróż, choć zakończyła się szczęśliwie, skoro siedzę i piszę dla Państwa te słowa, mimo sukcesu w sprawie řezački, daleka była od łatwej i przyjemnej wycieczki. Wyjechaliśmy o 1.00 w nocy – wolałem wyjechać ciut później, między 3.00 a 4.00, wtedy już się rozwidnia i noc prawie że przespana, co dla mnie ma znaczenie, ale Tomek się uparł. Na szczęście to on prowadził do granicy.

Potem logicznie byłoby najpierw pojechać do handlarza pod Teplice, a dopiero potem do Pragi, gdzie na wylocie na Brno mieści się serwis Claasa, który przez płot jedynie oglądaliśmy tydzień wcześniej. Znowu jednak, Tomek się uparł, że najpierw trzeba jechać do Pragi. Co było o tyle słuszne, że gdyby tam mieli coś na sprzedaż, to ewentualna rozmowa z handlarzem mogła wyglądać inaczej. Nie mieli. Za to dali namiary na aukcję w Niemczech, gdzie sami kupują używane maszyny rolnicze. Jak by kto reflektował: aukcja ma się odbyć w Meppen w czerwcu. Organizuje ją firma Ritchi&Bros. Podejrzewam, że wybór może być większy niż na placu u dowolnego pośrednika. No, ale my już jesteśmy zaspokojeni, jeśli o řezački chodzi. Tak więc główną korzyścią z wizyty w tym pięknym serwisie była sesja fotograficzna Tomka na tle tych wszystkich potężnych maszyn na placu J. Teraz będzie mu Radek zazdrościł…

Do Petry, po dwukrotnym przejechaniu przez Pragę (za pierwszym razem oczywiście zabłądziliśmy!) i wystaniu w korku na autostradzie (wypadek ograniczył ją do jednego pasa jak raz tuż przed naszym zjazdem – korek sięgał następnego, ale skąd mogliśmy o tym wiedzieć, ustawiając się na końcu kolejki?), dojechaliśmy dobrze po 19.00. Wypiliśmy kawę. Popatrzyliśmy jak Germes sprawnie radzi sobie z Melesugun. Zapakowaliśmy dziewczynki i ruszyliśmy w drogę. Tomek miał pomysł, żeby jechać autostradą – albo z powrotem przez Pragę, a potem przez Hradec Kralove, albo przez Brno i Ostawę. To może i był dobry pomysł, ale po pierwsze, miałem już bardzo mało paliwa w baku, a po drugie – Melesugun wsadzona do przyczepy tuż po seksie, miała ochotę się wytarzać. Więc trzy razy pod rząd zdemontowała przegrodę – która i tak ma tendencję do wypadania ze swojego miejsca, są w niej jakieś naprężenia, które powodują, że działa jak sprężyna, zmagam się z tym od początku i ta właśnie jej cecha kosztowała mnie urwany palec. Stając co 500 m trudno jechać autostradą. Pojechaliśmy więc tradycyjnie, od dawna wypróbowaną drogą „na skuśkę“, przez Humpolec, Havličkov Brod, Ždiřec, Chrudim, Pardubice do Hradec Kralove. Za Hradec Kralove zrobiło się śmiesznie, bo wskazówka stanu paliwa doszła do dołu dolnej kreski i oparła się na niej. Głaskałem Wendi po kierownicy, przemawiałem do niej czule, starałem się jechać za ciężarówkami (ale mijały nas za szybko) – dotoczyliśmy się do czynnego Shella przed Nachodem, gdzie wlałem do baku za całe, pozostałe mi 200 koron prawie 7 litrów ropy. Z tym już przejechaliśmy aż do Polanicy.

Przed Niemczą przestałem widzieć zegary na tablicy rozdzielczej. Musiałem poprosić Tomka, żeby usiadł za kierownicą. Dobrze, że dziewczynki bardzo się już uspokoiły i tylko siana trzeba im było co jakiś czas do siatki napychać. Oczywiście pomysł, żeby skrócić sobie drogę do autostrady skręcając w Niemczy na jakąś lokalną dróżkę do Strzelina, a potem jadąc drogą nr 39, okazał się błędny. Tomek, zamiast jechać po prostej na autostradzie, do której nie było już z Niemczy tak daleko, musiał się przez góry przebijać po nawierzchni którą chyba ostatni raz Organizacja Todd remontowała latem 1944! W każdym razie śladu, żeby o te drogi ktoś później dbał, nie dostrzegliśmy. Poszło mu w sumie dobrze. Nie gorzej i nie lepiej niż mnie w takich samych warunkach.


Zmieniliśmy się znowu za Opolem i choć kilka razy zaliczyłem kilkusekundową utratę świadomość, jakoś dociągnąłem do Częstochowy nie zahaczjąc ani o rowy, ani o krawężniki. Tomek przejechał gierkówką do Tomaszowa. Od Tomaszowa przejąłem stery, a że było już dobrze widno i grzała mnie bliskość domu, dojechałem z pieśnią na ustach. Po 9.00. Jak teraz na to patrzę, to powinienem był się uprzeć, wymienić u Petry kilka eurosów na korony i pojechać do Želivu, do taniego hotelu, w którym nocowałem trzy tygodnie temu, kiedy sam odbierałem od Petry dziewczynki po raz pierwszy. I Melesugun można by było pewnie jeszcze raz rano pokryć… To, że w ogóle dojechaliśmy, to już nie było mierzenie sił na zamiary: to jasny dowód na istnienie Opatrzności!

sobota, 15 maja 2010

W domu

No i wróciliśmy. Melesugun dalej się grzeje - zgodnie z przewidywaniami Petry zreszty. Ostatni raz była kryta wczoraj ok. 20.00, tuż przed wejściem do przyczepy. Już miałem nadzieję, że jej przeszło (co jakoś by tam zwiększało prawdopodobieństwo pomyślnego wyniku), bo do rana bardzo w przyczepie spokorniała i wyciszyła się. Ale to była tylko przerwa. Teraz uwodzi Dalię wlkp...

Tomek kupił řezačkę i nie tylko. Ale tę historię może jutro opowiem, jak całkowicie odzyskam przytomność, bo warta jest tego.

Dzisiaj ograniczyłem się do policzenia naszych roślinek. I tak, po ostatnich deszczach i 30 godzinach mojej nieobecności najlepiej przedstawiają się rokitniki: 100 na 100 wykazuje objawy życia. Sadzonki były uliścione, ale u niektórych te liście opadły - i teraz u wszystkich takich rosną już nowe! Nie wykazuje objawów życia: 2 z 50 grabów, 9 z 50 buków, 20 ze 105 karagan i 6 z 21 tarnin. Ogólnie projekt "żywopłot" faza I można niniejszym uznać za udany. Jesienią dosadzi się drugą linię i wyrówna ewentualne straty.

Poza tym, byłem na tyle przytomny (po kilku godzinach drzemki), że zastąpiłem Lepszą Połowę nad Nilem. Nowym Nilem:

W przeciwieństwie do ponurej i mroźnej zimy, nasz Nowy Nil nie wymaga już ręcznego pompowania. Pracę wykonuje technika:


Swoją drogą, w związku z zapowiadanymi na dwa kolejne dni opadami powyżej 10 mm na dobę, zastanawiamy się z Lepszą Połową, czy nie lepiej, zamiast wylewać wodę, po prostu wpuścić do hydroforni karpi? Jedyne co nas powstrzymuje, to obawa o hydrofor: znowu bydlaka własna wyporność na falach podniesie i choć teraz jest już na elastycznej rurce, to przecież i ta może się urwać, jak za wysoko popłynie!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...