piątek, 30 kwietnia 2010

Podsumowanie kwietnia

WSZYSTKIE nasze roślinki, nie tylko żywopłotowe (no dobra, nie silmy się na wielkie słowa: jak to się nawet i wszystko przyjmie, to i tak będzie to zaledwie dość rzadki szpaler, nie żaden żywopłot!) podlane. Konie nakarmione i wypuszczone na trawę. Nocami mają lepszy apetyt, a trawa ma szansę nieco się podnieść, kiedy jej nie depczą także za dnia. Na razie więc, będą się paść w nocy.

Od jutra ma padać. Wedle ostatniej prognozy, nawet dość obficie. Dałby Bóg! Bo jak tak łaziłem z wiaderkami i konweką, to samo mi się podliczyło. Od Świąt wsadziliśmy 378 roślinek 22 gatunków (odmian nie liczę). Uwzględniając „żywopłotową“ tarninę i rokitnik, to prawie połowa powinna w przyszłości dawać jakieś owoce.

Pozostało kupić i rozsiać grzybnię pieczarki (łąkowej i brunatnej) na nawozie zrzuconym na naszej pustyni i (eksperymentalnie) nawiercić kilka pniaków pod boczniaki i shitake. Oraz, oczywiście, założyć wreszcie kwiatowo – ziołowy ogródek Lepszej Połowy.

Jeśli nie znajdę szybko jakiejś pracy, wszystko to i tak nie ma żadnego znaczenia. Nie przetrwamy dłużej niż do czerwca. A nawet, jeśli jakoś przebiedujemy, to i tak nie mamy GDZIE produkować ani, tym bardziej, przechowywać przetworów, jakich można by się spodziewać po tych wszystkich krzaczorach. Jeśli znajdę pracę, to oczywiście jesienią będziemy chcieli wsadzić więcej. Żywopłot wokół zielonego padoku wymagał będzie na pewno dokończenia. Zarówno w tym sensie, że dobrze by go było zagęścić, dodając przynajmniej drugie tyle roślinek w drugim rzędzie, jak i w tym, że do zasadzenia od podstaw jest cała południowo-zachodnia ściana, wzdłuż naszej piaszczystej drogi. Jeśli ogrodzimy Wielki Padok, po drugiej stronie drogi, a musimy to zrobić zaraz po sianokosach, to przynajmniej jego krótsze ściany, wychodzące na drogi, oraz fragment, gdzie graniczy z przesieką pod linią 200 kV, też warto by w ten sam sposób umocnić. No i mamy jeszcze baaardzo dużo miejsca na różne krzaczory tu i tam. Nie mówiąc o tym, że od samego początku planowaliśmy nasz Lasek Centralny wzbogacać o różne szlachetne drzewa, które same z siebie się tu do tej pory nie zasiały. Lepsza Połowa marzy o lipach i klonach. Mnie się marzą modrzewie, cedry i jesiony. Z trujących cisów raczej zrezygnujemy. Za to oboje mamy słabość do dębów. Jeśli przyjmą się nasadzone wczoraj buki, można by pomyśleć o bukowo – dębowo – kasztanowym zagajniku dla sezonowego wypasu świń. Na miejscu naszej zimowej poręby, jeśli zdołam do jesieni oczyścić teren i powyrywać karpy, można by przed zimą wsadzić miskant na pelety…

Generalnie: mamy więcej ziemi, niż pomysłów na jej wykorzystanie, a pomysłów więcej niż pieniędzy, sił i środków do ich realizacji. Taki to jest rachunek.


Dotarła do nas woń szlamu z oczyszczalni, który kilometr stąd Radek rozsypuje pod kukurydzę. Jakże to nostalgiczne wywołuje wspomnienia! Prawie, jak byśmy wrócili nad Barradę, opiewany w klasycznej poezji arabskiej smrodliwy potok cieknący wątłą strugą pod ulicami Damaszku…

Sjesta

Jeśli ktoś z Państwa przypadkiem potrzebuje ilustracji graficznej do hasła „lenistwo“, to proszę bardzo:

Dobrze wiedzieć, że nie wszystkich nieróbstwo wpędza w jakieś chorobliwe, urojone poczucie winy! Potrafią się nim cieszyć bez skrępowania i bez wyrzutów sumienia…

Jak do tej pory byłem dobry, zgodnie z poranną obietnicą. Zrobiłem porządek w papierach. Wypełniłem PITa, wniosek o dopłaty i odszukałem mój (po)dyplom hodowcy, który trzeba wymienić we Wrocławiu, bo całemu rocznikowi źle wypisali. Tudzież potwierdzenie nadania numeru posesji, które powinienem przy najbliższej okazji zawieźć do Zakładu Energetycznego.

Pojechaliśmy z Lepszą Połową do Białobrzeg, gdzie bardzo uprzejma pani na poczcie przyjęła te trzy przesyłki polecone mimo awarii komputerów. Zatankowaliśmy. Zrobiliśmy w radomskim Carrefour przedweekendowe zakupy.


W ramach dobroci dla koniowatych, po powrocie wyniosłem spod wiaty wannę, którą Lepsza Połowa umyła (pewien galicyjski hrabia notorycznie napełnia ją sianem, a i nasza żelazista woda zostawia ślady na bieli akrylu…). W ramach dobroci dla roślinek uzupełniłem tym, co wywiozłem spod wiaty nawozowe kołderki pod tymi krzaczorami, dla których zabrakło ich wczoraj. Pozostaje jeszcze roślinki podlać. Na razie jest na to za gorąco. No i, szczerze pisząc, trudno wykrzesać z siebie entuzjazm do wielokrotnego dźwigania wiaderek na drugi koniec padoku! Zwłaszcza widząc tak wspaniały przykład wyluzowania jak na załączonym powyżej obrazku…

Poczucie winy a ból pleców


Im większy ból pleców, tym mniejsze poczucie winy. Im bardziej ból pleców znika, tym bardziej poczuciny winy powraca.

Jakie poczucie winy? Że (nadal!) nie pracuję i nie zarabiam. Przechodzi w miarę wykonywania ciężkiej pracy na gospodarstwie. Żeby tak jeszcze ktoś za to płacił…

Przez ostatnie kilka dni byłem nieznośny. Ucierpiała Lepsza Połowa. A wszystko dlatego, że kwiecień się kończy, a pani z pewnej agencji pośrednictwa pracy, z którą zaraz po Świętach odbyłem, jak mi się wydawało, udaną rozmowę kwalifikacyjną, ciągle nie dzwoni.

Na razie po tych wczorajszych roślinkach plecy bolą jak się patrzy. Dzisiaj obiecuję być dobry!

czwartek, 29 kwietnia 2010

Sylwestra

Odkryliśmy jedną z najstaranniej skrywanych tajemnic naszego koćka. Nasza Sylwestra cierpi na... agorafobię! Wyniesiona na rękach na drugi koniec zielonego padoku (sama, na własnych czterech łapkach, zapuszcza się najdalej do wiaty dla koni!), wpada w panikę już w połowie drogi. Wypuszczona na miejscu sadzenia żywopłotu (melduję 328 roślinek - bo prawie wszystkie były z superatą - wsadzonych i nawet podlanych, choć jak to udało się nam zrobić z wiaderkami i 10-litrową konewką, to sam nie wiem...) najpierw bleczy i kręci się w kółko, a potem wraca do domu. Ale jak? Wcale nie najkrótszą możliwą drogą, na przełaj przez trawę, jak normalne, wiejskie koty. Nie! Sylwestra skrada się wzdłuż płotu. Przecina naszą piaszczystą drogę. Kryje się wśród rzadkich sosenek i jarzębin na działce naszego najbliższego sąsiada (jak dziś wyznał: sprzedanej jakiemuś Warszawiakowi!). Biegnąc wzdłuż drogi, dopada co prędzej brzózek, gdzie zwykle kryje się za dnia nasz zajączek i kurczak. Przecina drogę ponownie. Kryjąc się w gąszczu porastającym resztki po naszych dołach dopada wreszcie bezpiecznego schronienia w cieniu Wendi:
Ta mina... bezcenna!

Konie na zielonym padoku. Same się wyrwały już po obiedzie. Dalia wlkp po prostu staranowała ogrodzenie swoim 700-kilowym cielskiem i trzy linki nawet nie zipły, a już ich nie było. W ogóle, ma dziś kobyła taki dzień w życiu żółwia, że musi dać komuś w m...dę! Rano na nią wsiadłem i nawet udało się nam rozluźnić w kłusie na ujeżdżalni (starając się nie deptać ciągle nie przesadzonych poziomek) i tak byliśmy rozluźnieni, że całkiem spokojnie i z życzliwym zainteresowaniem przeszliśmy obok patyka owiniętego czerwoną szmatą, którym nasz najbliższy sąsiad zaznaczył położenie świeżo odnowionego słupka granicznego na tej sprzedanej działce (wypadł na środku wyjeżdżonej drogi, kubek w kubek jak  nasz dwa lata temu!). Potem staranowała ogrodzenie. A jak nie mogliśmy z Lepszą Połową złapać Buby (która uwielbia bawić się z Państwem w gonionego) i wgoniliśmy je z powrotem na padok piaszczysty, to jakoś tak wyszło, że Dalia i Osman Guli (czyli Buba) we dwie wpadły na padoczek przechodni, prowadzący do okręgu. Zamknęliśmy je tam i chcieliśmy złapać, żeby Bubę wylonżować. Niestety: Dalia złamała belkę zamykającą wejście... A potem jeszcze szarżowała na jakieś wozy z drewnem przejeżdżające naszą drogą. Po prostu: strach się bać, co jeszcze kobyle do głowy przyjdzie! Po kolacji wolałem już je wpuścić na padok samemu i nie czekać, aż znowu zlikwidują ogrodzenie... Krzaczorami na razie się nie interesują. Może dlatego, że póki co mało zielone?

Sylwestra, żeby nie było niedomówień: w dalszym ciągu pod samochodem!

Imperializm 1.0.1

czyli naprawdę niewielki patch do wczorajszego wpisu. Napisałem, że nastąpiło „oddzielenie zarządzania od kapitału“. I że to zjawisko, trafnie dostrzeżone przez Wodza Rewolucji, musi zakończyć się upadkiem każdej wielkiej Firmy, którą dotknie.

Nie wyjaśniłem jednak precyzyjnie, dlaczego tak uważam.

Cóż to takiego, owo „oddzielenie“..? Ni mniej ni więcej oznacza to, że istotne dla wartości i przyszłości Firmy decyzje podejmują jej urzędnicy, którzy w razie błędu lub niestaranności nie ryzykują własnym majątkiem – tak, jak to robi właściciel przedsiębiorstwa. Jest to więc oddzielenie władzy od ryzyka.

Tak zupełnie na marginesie, nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego mechanizm, który tu opisuję, nie miałby działać także w odniesieniu do państwa. A to jest poważny argument za dziedziczną monarchią! Nic dziwnego, że taki właśnie ustrój jest w skali historycznej najtrwalszy, najpowszechniejszy i najczęściej spotykany…

Oczywiście, negatywnym skutkom rozproszonego akcjonariatu i fizycznej niemożliwości kontrolowania Wielkiej Firmy przez jedną osobę, czy nawet przez jedną rodzinę, można próbować przeciwdziałać. Większość używanych w tym celu strategii wymyślili już, jak wszystko na tej Ziemi, starożytni Chińczycy. Należy zacząć od precyzyjnego określenia uprawnień i odpowiedzialności urzędników Firmy i ściśle ich z powierzonych zadań rozliczać. To pomysł bodajże premiera Li Si z III w p.n.e.: mam go w drugim rzędzie biblioteczki jak sądzę, nie chce mi się o tak wczesnej porze robić hałasów przestawianiem książek, więc teraz nie sprawdzę. Zresztą, miało być krótko!

Można próbować motywować materialnie pracowników do dbania o dobro Firmy wypłacając im część wynagrodzenia nie w gotówce, a w udziałach. Swoją drogą, Kompania Wschodnioindyjska, o której była wczoraj mowa, też już tak robiła – i nic jej to nie pomogło! Moim zdaniem astronomiczne wypłaty dla różnych tłustych kotów (nie przymawiając naszej Sylwestrze, bynajmniej nie chudzinie, która jednakowoż żadnych wypłat nie pobiera – a szkoda!) stąd się m.in. biorą, że ludzie ci znaczną część swojego zaopatrzenia emerytalnego dostają w opcjach lub w akcjach firmy, której służą – a to jest ryzyko, prawie tak duże jak przedwczesna śmierć na tropikalną biegunkę w Indiach. Za ryzyko zaś się płaci…

Nawet optymalne stosowanie wszystkich tego rodzaju strategii nie jest w stanie przedłużyć istnienia Wielkiej Firmy na wieczność. Co również, swoją drogą, dostrzegli już i starożytni Chińczycy, o których zmyślności w tym zakresie chyba któryś kolejny wpis popełnię. Wielka Firma utrwalając swoją monopolistyczną lub oligopolistyczną pozycję, sama podcina gałęzie swego bytu – tym sprawniej, im sprawniej jej idzie monopolizacja lub oligopolizacja!

Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że tłusty i syty kot kiepsko łapie myszy. Większość Wielkich Firm upada wraz z produktem, który dał im wielkość: ponieważ przesypiają innowacje, które czynią ten produkt przestarzałym i zwykle nie potrafią się dostosować do zmian na rynku tak szybko, jak mniejsi lub początkujący przedsiębiorcy. Gdzież są dzisiaj niegdysiejsi potentaci bawełny i kolei żelaznych? W najlepszym razie ich potomkowie kontentują się łapczywie pożeranymi przez inflację dochodami z jakichś kapitałowych trustów, o ile ich dziadowie byli na tyle przewidujący, żeby im coś takiego zapewnić…

Po drugie dlatego, że działalność Wielkiej Firmy, korumpującej dla swoich interesów świat polityki, jest filarem oligarchizacji naszego post-industrialnego świata. W końcu, jak żeśmy to sobie już wczoraj powiedzieli, bez państwa, wielkich firm by nie było: to ono albo wprost daje im potrzebne dla wzrostu i utuczenia monopole, albo tak konstruuje różne pozornie niewinne przepisy, aby ten sam efekt dookólną metodą osiągnąć.

Oligarchizacja zaś polega na spowolnieniu tempa awansu społecznego, spowolnieniu krążenia elit – na tym właśnie, o co się przed kilkoma tygodniami z J-23 spieraliśmy: już nie trzeba być sprytnym i odważnym, żeby zajść wysoko. Wystarczy się dobrze urodzić, skończyć odpowiednią szkołę i mieć właściwych przyjaciół.

Tymczasem jaka miała być rzekomo największa zaleta „oddzielenia kapitału od zarządzania“? No jaka? Pisał o tym, Drodzy Czytelnicy Wódz Rewolucji, a jakże! Otóż taką właśnie zaletą miało być to, że zarządzaniem produkcją zajmują się fachowcy, a nie jacyś „przypadkowi“ właściciele. To właśnie, a nie co innego, było mu światłem nadziei na ostateczne zwycięstwo komunizmu: bo skoro tak wielkim majątkiem tak skutecznie zarządzają inżynierowie i księgowi wcale z żadnymi kapitalistami nie spokrewnieni i nic kapitalistycznego w swojej naturze i działalności nie przejawiający – to po co w ogóle ci kapitaliści? Damy radę bez nich! Otóż: właśnie jakoś się to nie udało i nie udaje…

Swoją drogą pomysł na rekrutację personelu do zarządzania drogą egzaminów, naturalnie uczciwych i obiektywnych to – wszyscy wiedzą: starożytni Chińczycy! Konkretnie: dynastia Tang w VII w. n.e. Kompania Wschodnioindyjska też rekrutowała personel w ten sposób – i było to pionierskie przedsięwzięcie w Europie! Kandydaci na tak dobrze płatne (choć ryzykowne!) posady w Indiach musieli ułożyć na zadany temat wiersz po grecku. To może się teraz wydawać trochę zabawne, ale ja w tym akurat niczego zabawnego nie widzę: wiecie Państwo, ile lat trzeba się męczyć, żeby umieć wiersz na zadany temat, jeszcze z sensem, do rymu i w języku obcym, w dodatku martwym, ułożyć? Ktoś, kto to potrafi, na pewno umie też solidnie pracować, jest człowiekiem zdyscyplinowanym i odpowiedzialnym, a i w głowie musi mieć więcej niż dwie śrubki na krzyż. Stąd też, administracja Kompanii w Indiach była naprawdę wzorowa. Żaden kraj tak doskonałej civil service nigdy nie miał i pewnie już mieć nie będzie. Czy coś to jednak, w ostatecznym rachunku, pomogło..?


Kończę. Nasz chudy zajączek przyszedł pod okno. Tylko patrzeć, jak rozwinie transparent i zacznie protestacyjną głodówkę. A i końmi trzeba się zająć: przerwały nam w nocy ogrodzenie i uciekły na Wielki Padok. Dziś wieczorem wypuścimy je więc pewnie na trawę. Trzeba przejrzeć ogrodzenia. Trochę je pomęczyć. No i może wreszcie te krzaki przyjdą, bo ile można czekać..? Tarnina, wysłana pocztą, obawiam się, wcześniej jak w poniedziałek nie dojdzie…

środa, 28 kwietnia 2010

Wielkie imperia – wielkie firmy – wielkie bankructwa

31 grudnia 1600 roku królowa Elżbieta I podpisała przywilej „dla Jerzego, księcia Cumberlandu i 215 Rycerzy, Starszych i Mieszczan“, gwarantujący im na 15 lat monopol na handel pomiędzy wszystkimi portami królestwa Anglii, Walii i Szkocji, a wszelkimi portami, ziemiami, wyspami i kontynentami położonymi na wschód od Przylądka Dobrej Nadziei i na zachód od Cieśniny Magellana. Był to początek najpotężniejszej spółki akcyjnej w dotychczasowych dziejach naszej cywilizacji: Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Firmy, która w  niespełna 160 lat po wspomnianym wyżej akcie stała się suwerennym władcą całego subkontynentu indyjskiego: dzisiejszych Indii, Pakistanu i Bangladeszu razem wziętych. Zapewne można by jakoś przeliczać kapitał akcyjny HEIC (Honorable East India Company), używając standardu złota czy jakiegoś innego uniwersalnego wskaźnika i w ten sposób ustalić, czy była bogatsza, czy biedniejsza od Microsoftu lub WalMarta: nie ma to jednak, moim zdaniem, wielkiego sensu. Microsoft nigdy nie sprawował absolutnej władzy nad 100 milionami ludzi, prawda..?

Władza Kompanii nad Indiami zakończyła się w 1858 roku, kiedy to Parlament, w obliczu tzw. „Wielkiego Buntu“ Hindusów, znacjonalizował jej posiadłości kolonialne, a sama firma przestała istnieć 1 stycznia 1874. Zanim to się stało, Kompania zapisała jedną z najbardziej fascynujących i najbardziej brutalnych kart w historii światowego handlu, dyplomacji i podboju. Przez pierwsze stulecie swojego istnienia wielokrotnie musiała odpierać ataki rodzimej konkurencji: raportowała zwykle tak bajeczne zyski, że niejednemu spośród przedsiębiorczych angielskich żeglarzy marzyło się zająć jej miejsce. Kompania ratowała się zwykle albo wykupując konkurentów, albo też – uzyskując od Parlamentu kolejne przywileje gwarantujące jej wyłączność w handlu w zamian za pożyczki dla wiecznie deficytowego budżetu Monarchii w złocie lub w prochu strzelniczym (to ostatnie: np. w trakcie wojny siedmioletniej z Francuzami, która dała Kompanii jej indyjskie imperium).

Przez ostatnie 100 lat istnienia Kompania, coraz bogatsza w ziemie, forty i przywileje, coraz częściej musiała prosić Parlament o pożyczki na sfinansowanie kolejnych wojen lub po prostu – pokrycie długów wynikłych z nieudanych operacji handlowych. Nacjonalizacja jej posiadłości, a potem rozwiązanie, było już prostą konsekwencją faktu, że nie była w stanie zarobić nawet na bieżące utrzymanie swoich biur i faktorii.

Dlaczego tak się działo? Czy jest to dowód na wyższość zarządzania państwowego nad prywatnym?

Bynajmniej. Rządy nad Indiami były tak samo deficytowe dla Korony Brytyjskiej, jak i dla Kompanii. Po prostu rząd nie musi przedstawiać co roku rachunku zysków i strat i sprawozdania z przepływu środków pieniężnych. Tym samym „straty“ na zarządzaniu Indiami, polegające po prostu na tym, że suma wpływów podatkowych z subkontynentu nigdy, do samego końca brytyjskich rządów w 1948 roku, nie pokryła kosztów utrzymania miejscowej brytyjskiej administracji, mogły się z budżetu na budżet prześlizgiwać niezauważone. A jeśli nawet ktoś z galerii poselskiej w Izbie Gmin czynił z tego faktu wyrzuty rządowi, łatwo go było zmusić do milczenia hasłami patriotyzmu i sloganem o „perle w koronie“ Brytyjskiego Imperium. Przedsiębiorstwo prywatne, jakim koniec końców była HEIC, nie miało takich możliwości i dlatego musiało paść.

Co jednak było powodem, dla którego tak zyskowne z początku przedsięwzięcie skończyło się tak smutno..? Najprostszym wytłumaczeniem jest… sukces! HEIC wiodło się zbyt dobrze. Jej wojska, początkowo służące tylko do zapewnienia bezpieczeństwa handlu i obrony przed Francuzami, zajmowały jedną indyjską prowincję po drugiej – napotykając tak słaby opór (co zrozumiałe, biorąc pod uwagę dramatyczną różnicę w technice wojennej!), że nie sposób było ich zatrzymać. Niezależnie od tego, czy kolejny podbój miał ekonomiczny sens, czy go nie miał. A z każdym nowym podbojem potrzeba było więcej wojsk, więcej administracji, więcej fortów.

Urzędnicy Kompanii bogacili się wraz z każdym podbojem. Rosła liczba stanowisk do obsadzenia (jak w każdej administracji). Bardzo dobrze płatnych stanowisk: tylko 10% brytyjskich urzędników dożywało końca swojej kadencji w Indiach (z powodu chorób tropikalnych i pijaństwa) i płaca musiała tak wielkie ryzyko śmierci na posterunku uwzględniać. Przy tym – urzędnicy, oficerowie i kapitanowie statków Kompanii mogli na jej jednostkach pływających przewozić pewną część ładunku na własny rachunek. Działało to mniej więcej tak, jak działki przyzagrodowe u radzieckich kołchoźników: choćby i kołchozowe pola nieobsiane zostały, 50% całej żywności nadającej się do bezpośredniej konsumpcji w Związku Radzieckim produkowane było na tych kilkuarowych działeczkach. Również w brytyjskim handlu z Indiami, znacznie większe sumy przechodziły z rąk do rąk dzięki tym kilku procentom tonażu w rękach urzędników i kapitanów, niż dzięki całej reszcie, z której mieli czerpać zyski udziałowcy Kompanii. Nastąpiło „oddzielenia zarządzania od kapitału“ – które Lenin uważał za charakterystyczny objaw „najwyższego stopnia rozwoju kapitalizmu“, czyli imperializmu. W tym akurat przypadku, jest to bardzo trafne określenie!

Gdyby nie pożyczki od Parlamentu i kolejne, monopolistyczne przywileje, gwarantowane jej ustawami, Kompania padłaby co najmniej 100 lat wcześniej, niż to się faktycznie stało. Bez wsparcia Parlamentu i Korony nie mogła istnieć tak długo. Mało tego: nigdy by nie powstała, gdyby nie ten pierwszy przywilej Elżbiety I, dający jej udziałowcom monopol na handel z 2/3 świata…

Losy HEIC są egzemplifikacją reguły ogólnej. Ani Microsoft, ani WalMart, ani Morgan, Lheman Brothers, Goldman Sachs, Monsanto, czy KGHM, czy jakakolwiek inna z wielkich Firm współczesnego świata prawie na pewno nie dorówna długowiecznością tej pierwszej, archetypicznej Kompanii. Wielkie Firmy są skazane na wielkie upadki! Właśnie dlatego, że zachodzi w nich to przez Lenina opisane „oddzielenie“: skoro interes pracowników (niezależnie od tego, czy są to członkowie zarządu, czy po prostu urzędnicy) może istnieć i prosperować w takiej organizacji zupełnie niezależnie od interesu jej udziałowców, to jest ona wewnętrznie rozdwojona i słaba niezależnie od tego, jakie przywileje zapewnią jej sprzedajni politycy i wiecznie deficytowe budżety…

Gdyby zabrakło sprzedajnych polityków i deficytowych budżetów (ale to przecież niemożliwe…), większość z tych Firm nawet nie zdołałaby powstać. Jednak żaden stopień przemocy i korupcji nie zapewni im wiecznego trwania. To niemożliwe. Ludzkie dzieła z natury skrojone są na ludzką, a nie na boską miarę – i nie trwają dłużej niż mgnienie oka, jeśli patrzeć na nie z punktu widzenia Wszechmocnego! Przedłużanie istnienia Firmy oszustwem i gwałtem może być skuteczne na skalę jednego, dwóch, góra trzech pokoleń – ale dłużej już „rolować“ deficytów wynikłych z braku efektywności się po prostu nie da. W każdym razie, nikomu się to do tej pory nie udało.


Rzecz jasna, powyższe rozumowanie dotyczy też i tworów ludzkich na nagiej przemocy opartych, czyli Wielkich Imperiów. O tym może jednak, w szczegółach – innym razem…

wtorek, 27 kwietnia 2010

Bohaterki

Zapytałem przed chwilą krasawice na padoku, czy czują się jak bohaterki pracy socjalistycznej..? Odpowiedziało mi pełne konsternacji milczenie. Dopiero kiedy się odwróciłem do swoich zajęć, z piersi Melesugun wyrwało się głębokie westchnienie. Dziewczyny, choć od pokoleń w Sowieckim Sojuzie chowane dobrze wiedzą, że szlachetny koń tak pasuje do socjalizmu, jak kwiatek do kożucha. I że miałyby o wiele więcej krewnych i przyjaciół własnej rasy, gdyby nie miniony ustrój powszechnej szczęśliwości…

Dalii wlkp, która ma mazurskie pochodzenie, jest więc właściwie wychowanką pruskich junkrów, nawet i pytać o takie rzeczy nie wypada! Podobnie jak małopolskiego Glusia, po którym od razu widać, że hrabia. Oczywiście: galicyjski!

Tym niemniej, całe stado pracowało po stachanowsku. Przekraczając wszystkie normy. Dzięki czemu do „uzbrojenia“ we wsad nawozowy zostało mi góra 50 dołków: a myślałem, że i trzech dni zbierania pozostałości z padoku nie starczy! Fakt faktem: ostatnie dołki są trochę… płytkie..? Dobrze mi się kopało tylko te pierwsze 120, póki był piasek i górka. Niżej, gdzie zaczęła się glina i kamienie, tempo mi spadło tak drastycznie, że dopiero dziś koło południa skończyłem. Ale jest: wykopane. Tylko czekać aż kurier krzaczory przywiezie…



Wybaczcie Państwo, ale nic poważnego dzisiaj nie napiszę. Upiłem się. Po raz pierwszy od..? Hmm..? Zjazdu szkolnego w Neustadt? To będzie dobrze ponad rok. Ale co zrobić? Tak mnie plecy bolą po tych 320 dołkach, że musiałem się znieczulić. Miałem po tym wszystkim jeszcze dość sił, żeby na lonżowniku poganiać Osman Guli i Dalię (Melesugun poganiała Lepsza Połowa, skądinąd chora: zaraził mnie w niedzielę przeziębiony Radek, kopiąc dołki wyzdrowiałem, ale za to przeniosło się dalej…). No i żeby inkryminowany wsad nawozowy zebrać i dołki weń uzbroić. Więcej dzisiaj, wybaczcie Państwo, nie zdziałam… Ciekaw jestem, co będzie jutro? A tu kowal umówiony, no i pewnie właśnie jutro krzaczory przyjadą…

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Głosować..? Czy nie głosować?

Znowu zaczyna się ta sama co kilka lat szopka. Teatrzyk kukiełkowy: o tyle nietypowy, że marionetki poruszane na scenie przez niewidzialnych aktorów próbują jednocześnie manipulować publicznością. I zwykle im się udaje! O tyle przynajmniej, że jednak spora część narodu idzie do urn i wybiera. Zwykle „mniejsze zło“…

Dla tych z Państwa, którzy już trochę mojego bloga czytają nie będzie zaskoczeniem, że mam wobec tej zabawy sporo zastrzeżeń. Jeśli jednak nawet ktoś zajrzy tu po raz pierwszy, być może przypadkiem trafię w jego własne wątpliwości..?

Wątpliwość pierwsza i najbardziej fundamentalna budziła niepokój już u tych wszystkich ubranych w pończochy, kuse portki z aksamitu, kamizelki i peruki (czy kiedykolwiek w dziejach ubierano mężczyzn w równie niewygodny strój..? Jaki to miało wpływ na jasność umysłu i zdrowy rozsądek? Z tego punktu widzenia nawet przepocony garnitur to przecież szczyt komfortu! A co dopiero: wygodny, praktyczny, przewiewny – kontusz..? Nic dziwnego, że zanim się u nas te nowinki przyjęły, najpierw narodowy strój musiał zostać odmieniony…) ojców – założycieli współczesnej demokracji. I nie mam bynajmniej na myśli ojców – założycieli Stanów Zjednoczonych, bo niezależnie od takich czy innych afiliacji (do masonerii chociażby…), chyba kierował nimi przede wszystkim prosty pragmatyzm. Myślę tu przede wszystkim o Janie Jakubie i innych lekkoduchach filozofujących pod opiekuńczym skrzydłem najbardziej absolutnej monarchii Europy. „Naród“ składa się z jednostek, z których każda ma jakieś swoje interesy, przekonania, wartości. Podejmuje decyzje – czyli przejawia volontée particulière. Ale przecież jest oczywiste, że żaden akt głosowania nie redukuje tych wszystkich volontée particulière do jakiejś jednej volontée generale, która może nie być zgodna z wolą jakiegokolwiek z członków tej społeczności, a zwykle jest niezgodna z wolą co najmniej znacznej mniejszości!

Wiele atramentu wylano na ten temat – ale satysfakcjonującego rozwiązania tej zagadki tak naprawdę nie udało się odkryć. Dlatego współcześnie ideolodzy demokracji już nie twierdzą, że głosowanie odzwierciedla jakąś mityczną „wolę Narodu“, ani nawet, że stanowi manifestację jego interesów. Większość uważa, że jest to po prostu pewna procedura osiągania decyzji: takiej, czy innej, ale o jej zgodności z interesem „ogółu“ nie ma jak sądzić, ponieważ „ogół“ nie ma ust i o tym, jak swój interes postrzega, opowiedzieć nie jest w stanie.

Jako procedura głosowanie nie jest oczywiście aktem sakralnym – stąd mniemam, że nie grzeszę, o zasadności w nim udziału dywagując, cokolwiek o tym powiedzą biskupi naszego Kościoła.

Podstawowa użyteczność głosowania jako procedury jest mniej więcej taka sama jak inicjacji przy przyjmowaniu do mafii: taka inicjacja polega zazwyczaj na popełnieniu przez nowo przyjmowanego jakiegoś przestępstwa o którym szef wie. Wiedza ta zapewnia szefowi lojalność nowego „żołnierza“. Podobnie w demokracji: głosowałeś, znaczy że popierasz, więc teraz siedź cicho i rób, co ci się każe! Nic dziwnego, że „klasa polityczna“ przed każdymi wyborami tak drży o frekwencję. Im większa frekwencja, tym pewniej się czuje w siodle i mniej się spodziewa trosk zakłócających jej skądinąd przyjemne i próżniacze życie. Proszę przy tym zauważyć, że jeśli pamiętamy że marionetki, które wołają ze sceny, żądając od nas poparcia, mają poprzyczepiane do rąk, nóg i głów nitki, służące ukrytym za sceną aktorom do poruszania tymi członkami, a jest to oczywisty skądinąd wniosek, na który jużeśmy poprzednio się zgodzili, to nie ma absolutnie żadnego znaczenia, na którą z kukiełek oddamy głos!

W związku z tym wszelkie argumenty typu „mniejszego zła“: głosuj na mnie, bo jak nie, to do władzy dojdą tamci, a wtedy będzie straaasznie… – są funta kłaków warte.

Podobnie jak zgrabny skądinąd aforyzm, że „nieobecni nie mają racji“. W czym niby nieobecni?

Głosowanie większością głosów jest zjawiskiem stosunkowo nowym w historii naszej cywilizacji. Owszem, bywały i wcześniej różne ciała zbiorowe podejmujące wspólne decyzje: od zgromadzeń ludowych w miastach greckich, komicjów w Rzymie, przez wiece północnych barbarzyńców, sejmiki i sejmy, aż po szacowane konklawe kardynałów Świętego Kościoła Rzymskiego. Jeśli jednak przypatrzeć się tym ciałom, to większość z nich decyzję podejmowała przez aklamację. Nawet, jeśli czasem była to aklamacja jedynie formalna (a bywała i wymuszona… bodaj Juliusz Cezar, lepszy generał niż polityk, zwykł mawiać, że kto wygra bitwę na Forum, ten wygra i głosowanie..!): oznaczała tylko tyle, że nie przekonana mniejszość nie będzie się tak podjętej decyzji sprzeciwiać zbrojnie. Co było nie bez znaczenia, jeśli się pamięta, że Germanie i Słowianie na swoje wiece przychodzili w pełnym uzbrojeniu (a już przynajmniej z jakimiś kijami w rękach…), a szlachta na sejmikach nie odpinała szabel od pasów mimo, że zwykle odbywały się w jakimś kościele…

Z tego punktu widzenia szacowna instytucja liberum veto, tak straszną gębą opatrzona przez naszych własnych oświeceniowych lekkoduchów i całą, za nimi idącą historiografię, jawi się jako całkowicie naturalna i oczywista.

Zgoda powszechna, czy też aklamacja to ma do siebie, że żadnych mistycznych bytów dla swojego uzasadnienia nie potrzebuje. Zgodzili się – i dobrze. Nie zgodzili się – znaczy, trzeba o tym dalej rozmawiać. Ta sama zasada rządzi wszak i stosunkami cywilnymi: żeby zawrzeć dowolną umowę, potrzebna jest zgodna wola wszystkich przystępujących do niej stron. Co takiego odmiennego jest w stosunkach publicznych, że miałaby nimi rządzić jakaś inna zasada: „prawo większości“, czy też „prawo silniejszego“?

Że co, że brak czasu, a może i ochoty, aby tych, co się nie zgadzają, przekonywać? Bo do tego cała sprawa się przecież sprowadza. Że takie przekonywanie, aż się jednomyślność osiągnie zbyt jest czasochłonne i sprawności mechanizmu państwowego przeszkadza.

Temu nie można ze wszystkim zaprzeczyć. Istotnie, państwo działa sprawniej i szybciej, jeśli nie trzeba przekonywać mniejszości, tylko można ją wziąć za twarz. W ogóle, właściwie po co przekonywać kogokolwiek – skoro można po prostu wziąć za twarz..? Pewnie, że najlepiej jest tak wziąć za twarz, aby za twarz brany w ogóle się nie zorientował, że go coś unosi i do muru przyciska i jeszcze sam w zakładaniu pożądnego Nelsona pomagał: to właśnie jest istota współczesnej kryptokracji, razem z periodycznie w niej odgrywanymi teatrzykami kukiełkowymi pt. „idziemy głosować panowie, panie!“




W takim razie jednak wszelkie ironiczne uśmieszki i pełne poczucia wyższości potępienie rządów „silnej ręki“ – od Ludwika XIV po generała Pinocheta – typowe dla współczesnych demokratów, jest co najmniej nie na miejscu. Nie ma żadnej istotnej różnicy pomiędzy jednym, a drugim reżimem: w obu przypadkach nie idzie o żadne tam wartości moralne, tylko o sprawność działania państwa. Ludwik XIV był przynajmniej szczery…

Kic... kic... kic...

Do śniadania wykopałem 120 dołków. Zostało jeszcze 200. W okolicy 98-ego dołka przykicało do mnie zwierzątko:
Nie, nie. To nie kangur. Ani żaden inny torbacz. To nasz przydomowy zajączek. Pasł się na padoku, co jakiś czas na mnie spoglądał stając słupka, aż wreszcie przykicał prawie do nogi. Już myślałem że wściekły i będzie gryzł. Ale nie. Po prostu przyszedł powiedzieć, żeby Lepsza Połowa posadziła sałatę. Bo chudy!

niedziela, 25 kwietnia 2010

Osman Guli

Maszyna do torturowania koni działa! I nie tylko na Wielkiego Strasznego Zwierza. Już od wczoraj wzięliśmy się też za świeżo przywiezione z seks-wycieczki krasawice. Wczoraj poszło tak dobrze, że dziś Lepsza Połowa postanowiła uwiecznić moje wysiłki z Bubą. Jak to zwykle bywa, poszło gorzej niż bez aparatu...

Najpierw konia trzeba złapać i zaprowadzić na miejsce kaźni:

Potem poganiać tam i siam:






A jak już się pogania, to można próbować "polityki miłości". W tym celu udający poprzednio tygrysowęża pan przyjmuje postawę pokorną i wycofaną, a koń się temu przygląda:


Niestety, co zadziałało wczoraj, wcale nie chciało działać dzisiaj. Trawa, której trochę rośnie na okręgu okazała się dużo ciekawsza niż jakiś tam tygrysowąż. Wielkie mi rzeczy! Tygrysowąż? Niech się sam tygrysi...


Znudzona Lepsza Połowa w daremnym oczekiwaniu na jakąś akcję zajęła się fotografowaniem Dalii wlkp. Co jest o tyle trudne, że Wielki Straszny Zwierz ma niejaką fobię na punkcie aparatów fotograficznych i przy nadmiernym zbliżeniu do takiego sprzętu okopuje się

albo próbuje schować się za Glusia:


Koniec końców, pan musiał zrezygnować z daremnego oczekiwania na dobrowolne połączenie i zadziałać:


Jak ktoś niedawno zauważył, "mądry koń, to mądry koń". Buba, koniec końców, nie miała nic przeciwko temu, żeby się z panem pobawić, skoro mu tak na tym zależało. Ale i tak najfajniejsze ze wszystkiego było zakończenie całej tej imprezy:









320 dołków

Ponure lata osiemdziesiąte, których zapewne większość z Państwa, P.T. Czytelników tego bloga pamiętać, ze względu na wiek młodzieńczy nie może, dlatego m.in. były ponure, że cechowała je męcząca monotonnia. Na przykład każdego prawie wieczoru dziennik telewizyjny (był tylko jeden! To, co prawda, akurat niewielka różnica, bo i teraz we wszystkich jest mniej więcej to samo… Cóż: Partia może się zmieniać, ale przecież rewolucyjnej czujności nie traci i kontroli nad mediami nie odda!) zaczynał się od relacji z wojny w Libanie, bardzo dla nas wtedy egzotycznej – oraz obowiązkowo zawierał wzmiankę o protestach studentów, intelektualistów, robotników (niepotrzebne skreślić) niemieckich przeciw amerykańskim planom rozmieszczenia rakiet średniego zasięgu w Europie. Czy może krótkiego zasięgu? Nie pamiętam. Nie jest to istotne.

Jednocześnie te same ponure lata osiemdziesiąte dla bardzo wielu naszych rodaków były okresem nieustannej, nerwowej nieco, ale też i pełnej emocji krzątaniny. Kto mógł, bo miał paszport (a więc już z definicji należał do uprzywilejowanej mniejszości…), ruszał przynajmniej raz do roku już to starym, od wieków wypróbowanym szlakiem nad Bosfor, już to do o wiele bliższego Berlina Zachodniego, czy promem do Szwecji. W tych krainach dobrobytu i obfitości zamieniał dolary (posiadane oczywiście „nielegalnie“, bo uważcie Państwo, cały ten czas, aż do roku 1988 bodaj, obowiązywał dekret prezydenta RP z 2 września 1939 roku, o ile mnie pamięć nie myli, osobom prywatnym walorów dewizowych na czas wojny posiadać zabraniający…) i złoto na kożuchy, komputery, czy czego tam rodzimy, socjalistyczny przemysł wyprodukować nie był w stanie.

Kto nie mógł, bo do uprzywilejowanej mniejszości nie należał, przewoził ze wsi do miast „blondynki“ – też nielegalnie, bo wszak rynek mięsa surowo był reglamentowany. Albo chociaż wymieniał zakładowy przydział na wczasy pod gruszą na metr węgla na zimę od emerytowanego górnika… Jednym słowem: aktualny i popularny był polski przebój XX stulecia: „Kto handluje, ten żyje..!“

Cały ten przydługi może wstęp jest po to, abyście Państwo zrozumieli popularny wówczas dowcip apokaliptyczny: „Świat się kończy: Niemiec walczy o pokój, Żyd wojuje, Polak handluje…“

Oficjalna propaganda starała się rodakom ten handel obrzydzić, a skoro było to oczywiście niemożliwe, to przynajmniej: obrzydzić rodaków, handlem się zajmujących. Stąd pogardliwa konotacja wyrazu „handlarz“. Że niby musi to być osobnik zepsuty, podstępny i patrzący tylko, jak tu oszukać.

Doświadczenie potoczne temu stereotypowi przeczy. W ogromnej większości przypadków sprzedawca, czy to detaliczny, czy hurtowy, gotów jest ze skóry wyjść, żeby klienta zadowolić – dlatego, że chce mu nie jeden raz, a stale różne potrzebne dobra sprzedawać, ciężko na swoją zasłużoną marżę przy tym pracując. Pisałem tu już o panu z targowiska w Warce, od którego całą jesień kupowaliśmy warzywka. Czekamy teraz z niecierpliwością aż wróci na swoje stałe miejsce: bo na razie go nie ma, widać cały zapas, który miał, sprzedał. U innych warzywka bywają gorsze – na to trudno poradzić, nie każdy ma talent, miłość i pracowitość, żeby mu równie smaczna marchewka czy buraczki wyrosły. O tym jednak, żeby ktoś zepsute sprzedawał, czy na wadze oszukiwał – mowy być nie może. Tak się do tego przyzwyczailiśmy, że od dawna już nie sprawdzamy.

No i mam za swoje. Zapłaciłem wczoraj za pęczek 10 antonówek. 10 dołków wykopałem. Końskim nawozem je napełniłem. I co..? Idzie Lepsza Połowa z tymi antonówkami z pęczku odwiniętymi i woła z daleka. W pierwszej chwili pomyślałem, że dostaliśmy tych antonówek 11 i muszę jeszcze jeden dołek wykopać. Naprawdę. Wcale by mnie to nie zdziwiło. Zdziwiony jestem, że było ich tylko 8… Przecież ja tego człowieka co tydzień na targowisku widuję! Pretensji mieć oczywiście nie będę: nie udowodnię mu, że sam dwóch z pęczka nie wyrzuciłem, nie ma podstaw do kłótni. Ale niezależnie od tego, czy mnie oszukał, czy przez nieuwagę podał pęczek wcześniej napoczęty – nigdy już nic u niego nie kupię. Z ostrożności. I kto tu więcej stracił?

Na 8.00, żeby przed Mszą zdążyć, jestem umówiony u Radka, druha mego serdecznego, z jego bratem, na poszukiwanie řezački. Też dziwna historia: była już jedna, bardzo podobno dobra, w Czechach za pośrednictwem pewnego handlarza zadatkowana. Po czym handlarz zadzwonił, że Czesi się z transakcji wycofują. Miała być w zamian inna, już gorsza, ale i ta się rozwiała jak mgła poranna. Podobno zadatek pocztą do Radkowego brata wraca. Hmm… Może ten handlarz doszedł do wniosku, że drugi raz w życiu tego samego klienta i tak nie spotka i że w związku z tym moralność nie obowiązuje? Ale i to jest nielogiczne: nawet przecież w takim wypadku, na dobrej opinii zależeć mu powinno przede wszystkim. Nie na řezačkach przecież na chleb zarabia, tylko na dobrej opinii, bez której ani sprzedawać, ani kupować nikt u niego nie będzie…

Spróbuję coś do tych przygotowanych dołków wsadzić. Bodaj dębczaki z wysypiska śmieci przesadzę. Nie może się tak nawóz marnować!


Od jutra zaś, kopię dołki pod żywopłot. 320 dołków. Na początek. Drugie tyle trzeba będzie dosadzić, bo to na razie tylko pierwszy rząd, a i tak prawie dwa razy rzadszy, niż to jest zalecane. Pójdzie na to 100 karagan, 100 rokitników, po 50 buków i grabów (w dołku, gdzie lepsza ziemia i grząsko bywa) i 20 tarnin. Tarnina droga była, dlatego tak mało. Zastanawiam się, czy aby na drugi rząd nie dać po prostu brzózek. I to jeszcze w technologii, którą mi w swoim ogrodzie Ania zademonstrowała: tyczki na pomidory, z wierzbowych gałązek zrobione, przyjęły się i puściły pędy. Więc, może by te brzózki po prostu wtykać w ziemię, żadnych już dla nich dołków nie kopiąc..? Paliki osikowe, których używałem do wytyczenia sobie ogrodzeń piaszczystego padoku (Radek się śmieje, że i tak mi krzywo wyszło, po pijanemu musiałem te słupki betonem zalewać…), już się zielenią…

piątek, 23 kwietnia 2010

Do moich dobrych sąsiadów!

Jest mi bardzo przykro, że dowiadujecie się Państwo w taki sposób. To jest od razu z komentarzem naświetlającym całą rzecz w bardzo negatywny sposób. Prawdę pisząc, kilka razy już chciałem pochwalić się Wam tym blogiem, albo i którymś z artykułów w „NCz!“. Nie zrobiłem tego, bo wydało mi się to dziecinne: jakby ktoś na ławce wydrapał nożem „AA + AB = WMWŁ“, a potem ciągnął za sobą całą klasę, żeby się tym pochwalić.

Bo i chwalić się nie ma czym. Że umiem pisać? Umiem. Dwadzieścia lat się uczyłem, gdybym nie umiał, to by już ponadprzeciętnej tępoty dowodziło. W tej chwili o wiele bardziej wolałbym umieć zamontować rozrusznik w koparce tak, żeby się od razu nie spalił i podnieść czwarty 60-kilowy worek ziarna bez zadyszki (to i tak postęp, pół roku temu i za pierwszy bym się nie brał…).

W środę, podczas mojej nieobecności, na moją skrzynkę pocztową przyszedł mail, który tu zamieszczam, zachowując pisownię oryginału:

Szanowny Panie!

Pański tekst: „ Jak Wojtek kupował traktor…’ dowodzi, bez wątpienia, jak niski jest poziom Pana kultury osobistej. Nie dość, ze przeprowadza się Pan z tą swoja pseudohodowlą do obcej wsi to jeszcze naśmiewa się Pan z jej mieszkańców. A może zarabia Pan w ten sposób na życie szkalując i oczerniając ludzi, a do tego jeszcze się Pan tym chwali! Chamstwo w najbardziej paskudnym wydaniu. Nie do Pana należy ocena czyjegoś sposobu mówienia i bycia, a tym bardziej wykształcenia czy wyboru drogi życiowej. Jest Pan pozbawiony elokwencji i taktu. Pańska kultura sięga poziomu kanalizacji miejskiej i proszę nie udawać wielce wykształconego i obytego człowieka, bo do takiej osoby to jeszcze daleka droga. Proszę się nie martwic o gospodarstwo tego Pana, bo jego właścicielem z pewnością Pan nie zostanie. Kwestia samochodu to również nie Pana sprawa, bo Pana, niestety, najciekawszym okazem, jak na takiego wybitnego, bogatego i inteligentnego hodowcę, też nie jest. Zresztą, jaki pan taki kram. Bardzo łatwo jest naśmiewać się z kogoś, szczególnie, jeśli ta osoba komuś zaufała.
Jak podłym i pozbawionym skrupułów trzeba być człowiekiem, aby postąpić w ten sposób. Takie osoby jak Pan trzeba omijać z daleka i tak jak z g….., uważać, aby w nie przypadkiem nie wdepnąć, bo będzie smród na całą wieś.
Gratuluję poczucia humoru i zapewniam Pana, że to był żart w najgorszym wydaniu.
To, co zostało napisane proszę potraktować jako komentarz do swojego nader elokwentnego artykułu i zamieścić w tym wielce poczytnym piśmie zakupionym w jednym z marketów. Zobaczymy, czy będzie miał Pan na tyle odwagi? Skoro szkaluje Pan innych to proszę to zrobić, w przeciwnym razie uznam to jako zwykłe tchórzostwo. Jak mi się wydaje, to takie uczucie jest Panu bardzo bliskie Z pewnością Pan Wojtek, który stał się obiektem Pana drwiny ma więcej honoru niż Pan. Jest to pracowity i uczciwy człowiek, który ciężko pracuje na to co ma. Nie do Pana, na szczęście, należy ocena jego stanu posiadania. Do Pana po nic ręki nie wyciągał, a jeśli nie odpowiadała Panu znajomość z tym człowiekiem to trzeba było mu powiedzieć, że inteligent i hodowca wysokiej rangi nie ma ochoty zadawać się i mieć cokolwiek wspólnego z osobą dysfunkcyjną i bez polotu, jak ów Pan. Jednakże do tego trzeba mieć odwagę cywilną, a nie postępować w sposób bezczelny i obłudny. Pańskie zachowanie wobec osób, o których Pan pisał, jest nie do przyjęcia. A tak swoją drogą to jak taki Pan obieżyświat to, czemu Pan wylądował w Boskiej Woli? Cieszy mnie również fakt, iż nie jest Pan osobą aspołeczną, jak inni, których Pan ocenia. Jakże mało musi mieć Pan do powiedzenia skoro zajmuje się Pan ukazywaniem wad innych ludzi i robi Pan to w tak ordynarny sposób. Najgorsze szuje mają wyższe morale od Pana.
Takie rzeczy nie powinny przejść bez echa, dlatego też proponuję przeprosić osoby, które Pan obraził, sposób może wybrać Pan sam, w przeciwnym razie spotkamy się w sądzie, zarówno Pan, jak i gazeta, która to zamieściła. Tekstu z blogu również proponuję się pozbyć, bo, na co komu taki dowód, a chwalić się naprawdę nie ma, czym. Jest, bowiem karygodne swe prześmiewcze przekonania upubliczniać naruszając przy tym dobro i godność osobistą innych osób. Jednakże proszę to zrobić w taki sposób, aby wiadomość ta stała się powszechną, tak jak powszechnym stał się powyższy artykuł.
Ach, i proszę podpowiedzieć, gdzie R. Kubica udziela lekcji to wyślemy bohatera artykułu na jazdy doszkalające, aby nie męczyły Pan bóle głowy, bo rzeczywiście utrudniają życie.


Życząc udanych zakupów i równie udanych artykułów

Pana czytelniczka

Nie znając całej tej treści, bo mi to Lepsza Połowa dopiero następnego dnia przeczytała, razem z dalszym ciągiem, a wiedząc tylko mniej więcej o co chodzi, przesłałem jej sms-em odpowiedź, którą w moim imieniu wysłała:

Droga Pani,
jeśli nawet piszę o moim dobrym sąsiedzie Wojtku z ironią, to każdy nieuprzedzony czytelnik przyzna, że jest to ciepła i serdeczna ironia. Siebię traktuję w inkryminowanym tekście surowiej. Lubię Wojtka i innych moich sąsiadów, rozsądnych i zdrowomyślących ludzi, których stawiam za wzór szerszemu ogółowi czytelników. Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na tak gwałtowne potępienie. Przy tym, dobrze Pani wie, że żadne dobra osobiste któregokolwiek z bohaterów moich publikacji ani przez chwilę nie były narażone. Nie podaję ani ich nazwisk, ani wizerunków. Nie mogę zatem potraktować Pani groźby poważnie, bo nie ma ona żadnego oparcia w prawie prasowym. Podzielam przy tym Pani troskę o Wojtka: to człowiek niewinny jak dziecko i trzeba o niego się troszczyć. Z pewnością go jednak mój opis nie krzywdzi.
Z poważaniem.
Jacek Kobus

Kilka godzin później przyszła odpowiedź:

Szanowny Panie,
albo Pan jest bezczelny albo zepsuty do szpiku kości. Jeśli w ten sposób wyraża Pan sympatię do kogoś to nie chciałabym miec w Panu przyjaciela. To nie była życzliwa ironia, ale paskudny paszkwil. Ja Panu nie groziłam- po prostu życzliwie ostrzegałam, a co Pan z tym zrobi to już Pana problem. Proszę Pana każdy z pańskich bohaterów jest tak wnikliwie opisany, że tylko głuchy, ślepy i idiota by się nie zorientował. Życzliwą ironię proszę zachować dla siebie i pochwalić sięz jaką życzliwością traktował Pan swoje konie zimą, skoro ma Pan tyle odwagi, aby szkalować innych. A o Pana Wojtka ma się kto troszczyć i obejdzie się bez pańskiej troski. Czy poinformował Pan swoich bohaterów o tym, iż zostaną głównymi postaciami Pańskich "artykułów"? Proszę mi nie mydlić oczu prawem prasowym bo wykorzystał Pan zaufanie innych osób bez ich wiedzy. Jak słusznie Pan zauważył mieszka Pan w małym środowisku i ma Pan tego świadomość, że dobre imię Pana Wojtka zostało wystawione na szwank.Jak nie ma Pan o czym pisać, a chce się Pan wykazać to proszę sobie znaleźć inne ofiary, albo pisać o sobie, swojej hodowli, o cotygodniowych zakupach lub zwyczajnie o pogodzie. Pan ma chyba z lekka wypaczony pogląd na życie, skoro chwali się Pan takimi paszkwilami, a to, co Pan zrobił uważa za jak najbardziej słuszne.Nie wiem czy nie jest krzywdzącym nazywanie kogoś "ciotą", osobą dysfunkcyjną i upublicznianie czyjegoś wykształcenia i poglądów. To zwyczajnie nie jest pańska sprawa.Każdy dobrze wychowany człowiek z pewnością by tak nie postąpił. Jednakże, jak widać, Pan do takich osób się nie zalicza. Traktowanie kogoś jak nieszkodliwego wariata nie jest OK. Przynajmniej nie do Pana winna należeć ocena.Jeśli jest Pan taki uczciwy i dobroduszny to czemu się Pan nie pochwalił Panu wojtkowi tymże sławetnym artykułem- chyba, że miał to Pan zrobić przy wielkanocnym śniadaniu, na które go Pan zaprosił. Szczyt chamstwa po prostu to jest! Być może zabrakło Panu materiałów na artykuł i Pan Wojtek miał ich dostarczyć. Proszę Pana pańska twórczość, niestety, nie została doceniona, z tego co mi wiadomo, to wręcz odwrotnie wywołała oburzenie i krytykę, bo nawet ludzie nie będący globtroterami i wysoce wykształconymi odróznią chamstwo od życzliwej ironii. Bo to jest tak; " jeśli wejdziesz między wrony to i kraczesz tak, jak one". Jeśli nikt inny nie wyraża sprzeciwu co do Pańskiej twórczości to niech Pan sobie pisze co się Panu podoba tylko prozzę nie zapominać o dobrym tonie, jaki powinien obowiązywać. Proszę również pamiętać o tym, że należy poinformować osoby zainteresowane,iż będą bohaterami Pana szeroko pojętej twórczości. Ja nie jestem uprzedzona, tylko w przeciwieństwie do Pana mniej więcej dobrze wychowana i mająca na uwadze dobro innych. Proponuję zająć się swoimi sprawami, a nie interesować się sprawami swoich sąsiadów, gdyż im takie życzliwe sąsiedztwo jest zupełnie zbyteczne.
Proszę również bardziej wnikliwie sprawdzać informacje, gdyz nie wszystkie zamieszczone fakty były zgodne z prawdą, a to już jest przekłamanie i za to się odpowiada, co z kolei dowodzi, iż ja naprawdę Panu nie grożę. Proszę się zająć tym, czym Pan się powinien zajmować i poszukać innych źródeł utrzymania, które nie będą sprzyjać szkalowaniu innych.
Osobą Pana Wojtka proszę się nie interesować, nie przeprowadzać na jego temat wywiadów środowiskowych oraz nie czynić go bohaterm swojej twórczości bez jego wiedzy i zgody. w przeciwnym razie zapewniam Pana iż spotkamy się na drodze sądowej.

Z poważaniem

"wielbicielka pańskiej twórczości"

Jak już kiedyś pisałem, trudno mi z góry powiedzieć, o czym jest ten blog. To po prostu mój pamiętnik i piszę o wszystkim, co mnie poruszy. Niektóre z wpisów dotykają spraw na tyle ważnych lub ogólniejszej natury, że wysyłam je do znajomych redakcji. Z całą pewnością jednak, mój blog nie jest kroniką towarzyską naszej wsi.


Aby każdy mógł sobie sam wyrobić własne zdanie na ten temat, podaję poniżej spis wszystkich postów które dotyczyły głównie spraw wsi, a nie innych, też tutaj (i częściej o wiele!) poruszanych, w kolejności od najnowszych, do najstarszych. Żeby otworzyć każdy wpis, wystarczy najechać na niego myszką i kliknąć:
- "Pożar"
Jest to niewielka część mojej w tym blogu twórczości. W żadnym razie nie można wymienionych w tych tekstach osób zidentyfikować, w każdym razie nie dla celów urzędowych takich jak kontrola skarbowa czy weterynaryjna - a jeśli opisałem ich tak wiernie, że ci, co ich i tak znają, łatwo mogą ich rozpoznać, to chyba tylko znaczy, że dobrze piszę..? Nie można mieć pretensji do lustra, że wiernie odbija...

Każdemu mogę spojrzeć prosto w oczy. Przy tym ja się pod moimi tekstami zawsze podpisywałem imieniem i nazwiskiem, a gdzie mieszkam - każdy wie. Ten blog zawsze był na pierwszej stronie wyników wyszukiwania hasła "Boska Wola" w Googlach.

Nie śmiej się dziadku…

… z cudzego wypadku! Ledwom zdążył wspomnieć pecha, który na każdym kroku prześladuje druha mego serdecznego Radka, a już trafiła mi się seria, przy której cały „radkizm“ blednie i odchodzi w niepamięć. Dość powiedzieć, że na koniec przyjechałem do domu z kobyłami (mniej więcej całymi: tyle, że Osman Guli trochę jest napoczęta zębem koleżanki…) 30 godzin później niż planowałem, ciągle jeszcze lekko sam kulawy…

Co się stało? Chyba jeszcze nie po siłach mi to w szczegółach opowiadać, bo spałem ledwo kilka godzin i jestem lekko nieprzytomny. Inwentaryzując tylko straty: na pierwszej górce za Kłodzkiem skończyło mi się sprzęgło. Nawet nie śmierdziało. Po prostu przy próbie zmiany biegu pyknęło i już sprzęgła nie było. Zapewne świętą rację ma Majster z Warszawy, którego oczywiście natychmiast skonsultowałem telefonicznie: spaliłem sobie to sprzęgło dawno temu, ciągnąc za Wendi naszą chatkę na lawecie, wyciągając wszystkich tych nieszczęśników, którym zdarzyło się na naszej piaszczystej drodze utknąć i na koniec – kopiąc się godzinami w śniegu na 800-metrowej drodze do wsi, co mi się tej zimy kilka razy trafiło. Tyle, że Majster przesłodki: jestem prawie pewien, że prosiłem go przy ostatniej wizycie o sprawdzenie sprzęgła. Miało być „jeszcze ok“. Nie znam się na tym. Może nie da się przewidzieć, kiedy takie spalone sprzęgło ostatecznie padnie: to czemu mnie wtedy uspokajał? I dlaczego teraz jeszcze miał pretensje, że naprawiam na miejscu (dodzwoniłem się też, za którymś kolejnym razem, bo nie mam tego numeru zapisanego w telefonie, jest tak łatwy, że go pamiętam; kiedy nie jestem zdenerwowany, jak się okazuje – do Henia, mojego mistrza jeśli idzie o wożenie zwierząt, oczywiście miał znajomego z okolic Kłodzka i oczywiście ten znajomy był właśnie u niego na podwórku i mógł mnie od razu pokierować do najlepszego warsztatu od takich samochodów w okolicy…), zamiast holować się 500 km do Warszawy..?

Pomoc drogową udało mi się znaleźć przy pomocy policjanta spod numeru 112, który tym razem, prawidłowo, połączył mnie z komendą w Ząbkowicach Śląskich, a nie w Sokołowie Podlaskim. Już trzeci holownik do którego dzwoniłem odebrał telefon i przyjechał, ładując Wendi na pakę, a przyczepę z dziewczynkami podłączając na swój hak. Trochę było wysoko. No i kierowca, choć pełen dobrej woli i naprawdę przytomny i odważny człowiek (rozładowaliśmy potem we dwóch dziewczynki, normalnie potrzeba do tego trzech osób, jeśli konie niespokojne a ludzie niewprawni), to jednak wozić koni nie umie. Z wielką ulgą rozładowałem je zatem po kilku kilometrach, w Ząbkowicach, zostawiając tam też i przyczepę. W międzyczasie na moją prośbę Lepsza Połowa zamieściła już apel o pomoc na Re-volcie: nic to, oczywiście, nie dało, a jeszcze „zaliczyłem“ zaocznie pierwsze na tym forum ostrzeżenie od moderatorów, bo im się wydało, że prośbę o samochód w miejsce zepsutego lub transport, powinienem był umieścić w wątku „Ogłoszenia“, jakby o sprzedaż czapraczka chodziło. Zaraz o tym podyskutujemy. Na szczęście, już nasza przyjaciółka spod Legnicy, do której też dzwoniłem pamiętała, że w Ząbkowicach jest znamienity klub woltyżerski – a kierowca holownika, choć nie kojarzył tego z woltyżerką (pewnie nawet nie wie, co to jest, ale jakie to ma w końcu znaczenie, prawda..?), trafił bezbłędnie na miejsce.

Mając byt dziewczynek chwilowo zapewniony, dowiozłem, nie bez zrozumiałych w takiej sytuacji wahań, zepsutą Wendi koniec końców do tego polecanego mi wcześniej warsztatu w pobliskim Dzierżoniowie.

Wyskakując z wysoko nad ziemią zawieszonej kabiny holownika zdołałem podbić sobie prawą stopę, stąd ciągle jeszcze trochę utykam.

Łatwo się teraz mówi, że panowie z warsztatu U.S. Almar na Nowowiejskiej 52c (obiecałem reklamować, to reklamuję!), prawdziwi fachowcy, poradzili sobie gracko i już następnego dnia o 15.00 odpaliłem silnik. W praktyce takie łatwe to nie było: panowie, jako fachowcy z prawdziwego zdarzenia, do samego końca nie składali żadnych obietnic i o tym, że samochód jednak będzie tego dnia na chodzie dowiedziałem się ostatecznie trzy godziny wcześniej, kiedy skrzynia biegów była już zdjęta i przejrzana w celu wykluczenia innych powodów usterki, a nowe sprzęgło sprowadzone w miejsce starego dopasowane tak, że było wiadomo na pewno, że jest właściwe. To z pewnością słuszna praktyka, ale kilka tygodni życia mnie te nerwy pewnie kosztowały…

Miejsce przypadkowego w sumie postoju dziewczynek, musiało nam zatem dostarczyć noclegu: za co jestem głęboko wdzięczny. Nie tylko mnie, ale i krasawicom, było bardzo przyjemnie (biorąc pod uwagę okoliczności, im pewnie przyjemniej niż mnie, bo się nie denerwowały, co dalej): a już naprawdę przyjemnie zrobiło się następnego dnia rano, kiedy p. Adam Susłowski wsiadł po kolei na obie. Im było przyjemnie pod takim jeźdźcem chwilkę się odprężyć, a mnie było przyjemnie popatrzeć i kilka komplementów usłyszeć. Żałuję, że nie miałem aparatu. Widok dziewczynek swobodnie i pewnie chodzących na ogłowiu bezwędzidłowym bez żadnych w tym kierunku uprzednich ćwiczeń i prób, byłby dla co poniektórych malkontentów prawdziwym szokiem! Szczególnie, że Osman Guli przecież nie tyle była zajeżdżona, co ledwo że przyzwyczajona do jeźdźca na grzbiecie… Przyjemnie było mi także spędzić poprzedni wieczór na końskich pogaduszkach – mimo, że p. Adam po całym dniu pracy bardzo był zmęczony, a jego małżonka, p. Agnieszka, zajęta ich maleńkim potomkiem. Greckie specjały domowej roboty od siostry pp. Susłowskich za Grekiem zamężnej: prawdziwy wiejski ser feta, pomarańcze z ogródka i tego dziwnego owoca w syropie, będę wspominał długo. Kwestie greckiego bailoutu, tyle emocji wywołujące wśród śledzonych bloggerów, nabierają wraz z każdym kęsem takiego owoca zupełnie innego wymiaru. Może by się tak przenieść pod cieplejsze niebo..?


Jak zwykle bez Lepszej Połowy na stanowisku pilota pogubiłem się wracając. Droga z Nysy do Kłodzka, którą wiozłem dziewczynki w tamtą stronę, jest w remoncie. Nie chciałem tak wracać. Na pusto, bez przyczepy, przejechałem po prostu przez Wrocław. Jednak z końmi stać na światłach i w korku – żadna przyjemność. Skręciłem więc przed Wrocławiem na autostradę. I pewnie powinienem tą autostradą jechać do samego Opola, tam wjeżdżając na starą, dobrze znaną trasę przez Częstochowę. Że jednak były znaki wskazujące objazd Wrocławia dla ciężarówek jadących na Warszawę, skręciłem wcześniej, za nimi: był to błąd. Drogi w tak kiepskim stanie, że dało się jechać góra 40 km/h (zresztą przy ciut wyższej prędkości stare sprzęgło, które mi panowie z warsztatu włożyli pod siedzenie pasażera wpadało w jakiś jękliwy rezonans, zupełnie nie do wytrzymania! A nie miałem sumienia do rowu przy drodze wyciepać, więc jeszcze jeden kawałek złomu do domu przywiozłem…): korek się za mną robił potężny, co 40 minut musiałem stawać żeby dziewczynkom siatkę sianem napełnić, nie wyglądało na to, że daleko w ten sposób dojedziemy. Widząc więc gdzieś drogowskaz na Kluczbork, a mając w pamięci, że o takiej trasie rozmawiałem z Radka bratem, który chciał się ze mną do Czech po řezačkę (czyli sieczkarnię do kukurydzy) wybrać – tyle, żeśmy przed moim wyjazdem żadnej nie znaleźli, to miał chłop szczęście i nie pojechał, bo by się setnie wynudził – skręciłem. Co było kolejnym błędem, bo droga była niewiele lepsza aż do wjazdu na gierkówkę w Radomsku. Na tym tle nasza droga nr 48 z Tomaszowa do Białobrzeg, choć wąska i kręta i często na nią narzekam, jawi się niemal jak autostrada! Dojechałem przed 2.00 w nocy, formalnie podtrzymując sobie powieki palcami, bo same się zamykały. A to wcale nie jest zmartwień i kłopotów koniec…

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Radkizm w polu i w oborze

Wyjeżdżaliśmy właśnie spod chińskiego supermarketu pod Radomiem, wioząc kilka kupionych wcześniej drzewek ze szkółki w Bielisze (drogo!), spożywkę z Carrefoura i skarpetki z tegoż chińskiego supermarketu (skądinąd opustoszałego – a widok Chinki w średnim wieku z potomkiem, której jedynym zajęciem jest obserwowanie, czy kasjerka prawidłowo nabija na kasę: bezcenny!), kiedy ozwała się moja komórka. Dzwonił Radek. A jak Radek wiadomo: przygody muszą być! Na tym polega radkizm stosowany w polu i w oborze, że bez przygód nie sposób…

Radek uciekł, tj. przepraszam – wypisał się ze szpitala zaraz po świętach. Zupełnie go pod tym względem rozumiem: wokół tego szpitala tyle jest zakładów pogrzebowych jak dzisiaj zaobserwowałem, że strach tam zasnąć. Przynajmniej: bez rachunku sumienia i dobrej spowiedzi… Oczywiście zaraz pierwszego dnia musiał obciążyć swoją nie zagojoną nogę i ratowałem go potem wieczorem altacetem. Od tej pory normalnie pracuje w polu, tyle że nie ze wszystkim potrafi sobie poradzić. Dzwonił, bo siał kukurydzę tuż obok naszej posiadłości i nie udawało mu się podnieść worka z ziarnem, żeby go wsypać do siewnika.

Cóż: dojechaliśmy do domu, przebrałem się, nakarmiłem staruszków i ruszyłem pomóc druhowi memu serdecznemu. Jako że worki miały być po drugiej stronie jego polu, nad kanałkiem, to wziąłem samochód i zabrałem też butelki na piwo, które w naszym sklepiku jest tańsze niż w supermarkecie.

Przyjechałem na miejsce, znajdując tam Radkowego potomka Krzysia dzielnie pilnującego worków. Już jednak fakt, że Radek zamiast jechać swoim Najpotężniejszym Casem z doczepionym siewnikiem i agregatem uprawowym, który mu ongiś kupiłem w zamian za zaoranie i zasianie naszego Wielkiego Padoku normalnie po polu, goni za mną po polnej drodze, napełnił mnie niejasnym podejrzeniem, że może Lepsza Połowa żegnając mnie słowami „tylko nie siedź długo“ – jakbym nie jechał po prostu po piwo do sklepu, po drodze trzy worki przyjacielowi do siewnika wsypując – może jednak wiedziała, co mówi…

Cóż: wał agregatu zwisał smętnie na jednym tylko zaczepie. Drugi się urwał. Trzeba było zjeżdżać z pola do domu, przyspawać zaczep. Przy okazji wyszło na jaw, że Radkowi wcale nie chodziło o te trzy worki, tylko o to, żebym zaczepił za Wendi przyczepę i przywiózł mu kolejnych 15.

Co było zrobić? Nim Radek Najpotężniejszym Casem dojechał na swoje podwórze, kupiłem piwo i dogoniłem go akurat w bramie. Wybrałem z dwukółki stojącej w oborze kiszonkę dla krów. Podczepiłem dwukółkę i podjechałem pod stodołę. Najpierw razem z Radkiem i z jego żoną zdjęliśmy wał z pozostałego zaczepu. Potem związaliśmy i załadowaliśmy na przyczepkę worki w czasie, kiedy Radek spawał uszkodzenie. Na koniec pomogliśmy mu założyć wał do agregatu z powrotem.

Zdążyłem już odczepić dwukółkę przy Radkowym polu i właśnie dojeżdżałem do naszej posiadłości, gdy znowu zadzwonił: przywiozłem mu wprawdzie wiaderko, żeby sobie mógł sam ziarno do siewnika ładować, ale pytał się, gdzie stoję, to może na początek razem kilka worków wsypiemy? Że jednak byłem już daleko i właśnie nadchodziła burza, koniec końców zrezygnował z moich usług.

Fajny chłop z Radka. Naprawdę. Coś jest jednak takiego, że jak wyjedzie w pole, to musi mu się wał od agregatu urwać, własny ciągnik go przejedzie, albo ciągnikiem z kosiarką do rowu wpadnie, jak jest zima i śnieg, to z całej wsi tylko jemu jednemu dach obory musi się zawalić… Taki radkizm w polu i w oborze!


Skończyło padać, idziemy sadzić drzewka. Muszę dziś wcześnie pójść spać: Petra sms-owała, że Melesugun zaczęła się wreszcie grzać. Jutro skoro świt wyjeżdżam więc do Czech. Dobrze by jeszcze było jakiś hotel załatwić, ale w najgorszym razie, będę improwizował na miejscu. W środę przywożę więc krasawice, przestanie tu być tak smutno!

niedziela, 18 kwietnia 2010

Niebezpieczeństwa bezpieczeństwa

Pan Janusz Korwin – Mikke zwykł pisać w swoich artykułach, że ludziom współcześnie wmawia się przesadną potrzebę bezpieczeństwa: od czego głupieją i dają sobie narzucić każdą, najgłupszą bodaj regulację, której jedynym skutkiem jest tylko ograniczenie wolności i powstanie kolejnego, ogrodzonego i zaopatrzonego w stosowne dla każdego gatunku zwierzyny pułapki łowiska, na których tuczą się biurwokraci i ich przyjaciele.

Co do skutków, nie zamierzam polemizować. Jako były dziennikarz „Super Expressu“, a potem pracownik MSWiA, co nieco sam mógłbym o tym opowiedzieć. Właściwie, nawet to już zrobiłem, także na łamach „Najwyższego Czasu!“.

Nie jestem jednak wcale pewien, co do tego wmawiania.

Wcale nie jest tak prosto wmówić ludziom potrzebę, której w ogóle nie posiadają. Albo w drastyczny sposób zmienić hierarchię ludzkich potrzeb. Owszem, marketingowcy potrafią sprzedać niemal wszystko: ale to tylko dzięki temu, że potrzeby ludzkie są niczym nieograniczone, a sposoby ich zaspokajania niemożliwe do ogarnięcia żadnym umysłem, ludzkim czy maszynowym. Jak już coś się absolutnie do niczego nie nadaje, można to „sprzedać“ jako oznakę prestiżu – i też kupców znajdzie, tym łatwiej, im będzie droższe.

Łatwość z jaką dziennikarzom i politykom udaje się „sprzedawać“ ludziom rozliczne, najbardziej nawet absurdalne i w nich samych godzące pomysły pod pretekstem zaspokajania potrzeby bezpieczeństwa sama z siebie dowodzi, że jest to potrzeba realna i dojmująca.

Co poniekąd dobrze rokuje Panu Wojciechowi, który swoje usługi marketinguje m.in. jako sposób na zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego i energetycznego dla rodziny. Wprawdzie wedle recepty Pana Wojciecha trzeba sobie to bezpieczeństwo zapewnić samemu, w dodatku pracą rąk własnych – a tymczasem dla znakomitej większości ludzi naturalnym jest, że bezpieczeństwo zapewniają im inni: państwo, media, w najgorszym razie: rodzina i sąsiedzi.

I jest to zachowanie w najwyższym stopniu tradycyjne i naturalne! „Wzajemne korzyści“ dworu i wsi, o których pisałem rozprawiając się z mitem „wyzysku pańszczyźnianego“ polegały właśnie na tym, że dwór gwarantował mieszkańcom wsi bezpieczeństwo. Zarówno osobiste – bo jako poddani konkretnego pana mogli od niego oczekiwać opieki i pomocy, w szczególności w stosunku do innych panów, którym przyszedłby kaprys ich, przejazdem bawiąc, gnębić; jak i ekonomiczne w postaci wspierania ziarnem siewnym, bydłem, sprzężajem, narzędziami, itd., itp. – o czym już wtedy obszernie napisałem.

Mieszkańcy wsi pańszczyźnianej zmienili miejsce zamieszkania, można by wręcz zaryzykować tezę, że trudniej teraz ich znaleźć na wsi, niż w mieście, ale czy przez to zmieniły się ich nawyki i sposób myślenia? Jest to postawa nie tylko tradycyjna, ale też ze wszech miar rozsądna: poświęcamy coś, co i tak nie jest nam do niczego potrzebne, a nawet, przez konieczność dokonywania wyborów, może nas przerażać (wolność - pamiętacie Państwo Ślimaka?), w zamian za konkretne i namacalne korzyści. Że lepiej działała i więcej konkretów dawała w systemie pańszczyźnianym, niż w systemie kryptokratycznym, to inna sprawa. Tak to już jest, że stosunki o charakterze osobistym i bezpośrednim łatwiej jest utrzymać na pewnym, dla obu stron akceptowalnym poziomie przemocy, niż stosunki bezosobowe i formalne. Serio piszę: koniec końców panowie się na kamieniu nie rodzili, tylko najczęściej we dworze, gdzie ich chłopska mamka karmiła i do snu układała, a póki, po ukończeniu 6 roku życia, ojciec nie zabierał się za wychowanie potomka, zwykle albo w jakiejś szkole, albo przy dworze magnackim go umieszczając, chłopskie dzieci były dla przyszłego pana towarzyszami zabaw. Jeśli zaciągał się szlachcic do wojska obyczajem staropolskim wystawiając poczet zbrojny, to mu za pocztowych chłopaki z jego wsi służyli, więc razem z nimi bił się, głodował i nieraz wzajem sobie życie ratowali. Dwór staropolski to zresztą powiększona i wzbogacona chata – a większość szlachty, o czym sama nie chciała pamiętać i stąd mit o Sarmatach i ich rzekomym Lachów podboju wymyśliła, to potomkowie wójtów – zasadźców, którzy w XIII i XIV w kolonizacji „na prawie niemieckim“ przewodzili, w zamian zwykle większe pola, staw rybny, karczmę czy łaźnię we wsi trzymając. Obawiam się, że współczesną elitę okupującej nas władzy, zarówno jawną jak i ukrytą, o wiele luźniejsze więzy z ludem, który eksploatuje łączą…

Nawet kiedyś na ćwiczenia z utopizmu u prof. Wnuka – Lipińskiego przygotowałem wizję utopii neofeudalizmu; skądinąd jednym z felietonów JKM z dawnych bardzo czasów inspirowaną.

Neofeudalizm, tak swoją drogą, mógł być ustrojem realnie istniejącym, a nie utopijnym i pojawiały się już pierwsze jego objawy. Kodeks Napoleona, który dał chłopom, przynajmniej w Kongresówce, wolność osobistą, zarazem pozbawiając ich tytułu prawnego do ziemi, którą od wieków uprawiali, ten potencjalny ustrój przekreślił.

Objawy pierwocin neofeudalizmu pojawiły się w różnych krajach, na różnych kontynentach nawet i w różnym czasie. Panowie polscy, wzorem Stanisława Augusta i podskarbiego litewskiego Antoniego Tyzenhausa, poczęli w swoich majątkach obok folwarków manufaktury zakładać, swoich chłopów w nich zatrudniając. W Rosji w XIX w., przed zniesieniem zależności osobistej chłopów od panów (tam Kodeksu Napoleona nie było i stało się to razem z uwłaszczeniem, w Rosji zresztą - niepełnym, bo wcale indywidualnej własności ziemi dla chłopów nie oznaczała - dopiero w 1861 roku), pojawiła się praktyka wynajmowania chłopów miejskim fabrykantom. W Chinach kontrakty o pracę z zagranicznymi kapitalistami zawierali wyspecjalizowani pośrednicy, sami z kolei rekrutując ekipy do swoich brygad na podstawie umów z głowami klanów z głębi lądu. Zdaje się, że ten zwyczaj tak do końca jeszcze nie zanikł mimo dziejowych burz? W Afryce Południowej wreszcie, w podobnej roli wystąpili wodzowie plemienni: bardzo to wzmocniło ich podkopaną poprzednio władzę i prosperują teraz lepiej, niż kiedykolwiek!

Jak więc widać schemat wymiany: praca (i wolność) za bezpieczeństwo mógł, teoretycznie przynajmniej, funkcjonować i bez trójpolówki, wsi pańszczyźnianej i wspólnotowego pastwiska

Co zaś było przyczyną „rozkładu“ (jak to sztampowo ujmują podręczniki szkolne) pańszczyźnianego modelu gospodarki? Chciwość. Porzucając trójpolówkę na rzecz hodowli owiec i płodozmianu, właściciele ziemscy mogli z tej samej powierzchni uzyskać o wiele większe dochody. Musieli tylko pozbyć się współposiadających tę ziemię chłopów. Co umożliwiał im Kodeks Napoleona, wedle którego byli po prostu właścicielami tej ziemi: Napoleon i jego kodeks w konsekwencji też, nic o dziedzicznych prawach do ziemi (i do bezpieczeństwa!) chłopów nie wiedział i za współwłaścicieli ziemi, którą do tej pory razem, pospołu, dla siebie i dla pana obrabiali, nie uważał.

Co by się działo, gdyby Kodeksu Napoleona nie było, a car Aleksander II nie miał ambicji używania przydomka „Wyzwoliciela“? Cóż: w Rosji pewnie, po dawnemu, bieda z nędzą i „Martwe dusze“. Tamtejsze poddaństwo chłopów wywodziło się z poddaństwa osobistego, chłopi byli, formalnie przynajmniej, czymś w rodzaju inwentarza ruchomego. Na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej mogłyby się zaś dziać rzeczy ciekawe.

Chciwość oczywiście dalej by działała. Panom zależałoby na przekształceniu chłopskich zagonów w pastwiska dla owiec i większe, konieczne dla nowej metody uprawy roli, folwarczne pola. Gniewałoby, że ich lepszy i droższy, bo oparty na koniach, a nie na wołach sprzężaj, po dawnemu marnowany jest przez chłopów, którzy go słabo karmią i nadmiernie obciążają pracą. Nie mogliby jednak po prostu wygonić chłopów ze wsi, czy zabrać im ziemi. Tutaj sytuacja obu stron była pod względem prawnym prawie że symetryczna. Chłop nie mógł opuścić wsi, jeśli nie spełnił ściśle określonych warunków, a póki w niej żył i gospodarował, musiał z tego tytułu ponosić określone świadczenia na rzecz pana. Pan nie mógł odebrać chłopu ziemi, ani odmówić mu wsparcia, jeśli ten wypełniał nałożone na niego świadczenia. Pat.

Konieczne byłoby jakieś porozumienie stron. Część chłopów, ci bardziej przedsiębiorczy i mniej zorientowani na bezpieczeństwo, wybrałaby pewnie niepewną wolność: przyjęliby albo ziemię, albo pieniądze za wypisanie się z tej współzależności i zaczęli gospodarować na własny rachunek. Najtępszych panowie by zwyczajnie zrobili na szaro i wygonili na cztery wiatry. Większość, ani nazbyt przedsiębiorczych, ani szczególnie tępych, nie chciałaby ani z ziemi, ani z bezpieczeństwa rezygnować. Musiałaby dla nich jakaś oferta powstać. Na przykład: lżejsza i czystsza praca w mieście z gwarancją emerytury w rodzinnej wsi, opieką w razie wypadku lub choroby i negocjowanymi przez pana z fabrykantem (a więc tak, jak to robią współczesne sieci dyskontowe, korzystające z przewagi, jaką im daje ich ogromna siła nabywcza) stawkami płac? Związki zawodowe i partie socjalistyczne mogłyby okazać się niepotrzebne! Kto wie: może i nasza kryptokratyczna demokracja nie miałaby potrzeby się rodzić, jeszcze w takich spazmach i bólach..?



Tak się jednak nie stało i w tej chwili ta naturalna, po pańszczyźnianych przodkach odziedziczona potrzeba bezpieczeństwa za wszelką cenę (obecnie częstsza niż na wsi w mieście, gdzie przecież nie „gospodarscy synowie“, tylko ci, co sobie na roli najgorzej radzili, trafili!), wobec której milknie wszelka argumentacja i której kwestionowanie godzi w najgłębsze, najbardziej atawistyczne odruchy większości osób w pojedynkę może nawet i ludzkich tworzących te tłumy całkiem bezmózgie, które w tej chwili oglądają się na ekranach telewizorów, sycąc się i nasładzając swoją stadnością i tłumnością, zatruła i zatruwać będzie całe nasze życie tak osobiste, jak i publiczne. To tej potrzebie zawdzięczamy tyranię leśników, inspektorów weterynaryjnych, policmajstrów, urzędów skarbowych i celnych i setek innych. A już prawdziwie pańszczyźnianym odruchem jest, że ci sami ludzie, którzy ze snu w środku nocy wyrwani, bez chwili wahania popierać będą obowiązek rejestracji psów wszystkich ras, certyfikatów energetycznych dla wszystkich składzików na drewno i szop na słomę czy chemicznej kastracji dla każdego, kto dotknie dziecko inaczej niż ręką ubraną w laboratoryjne rękawice – sami bynajmniej nie mają najmniejszego zamiaru wszystkich tych bzdurnych regulacji, które popierają, przestrzegać i na potęgę kradną państwowe drewno, leją do baku olej opałowy i piją przemycany spirytus…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...