środa, 31 marca 2010

Krótka relacja

Na szybko, bo robota goni: Margire na Służewcu była już dwa razy kłusowana w karuzeli. Zdaniem trenera, słabiutka jest. Nic dziwnego: w końcu nie trenowała. W sobotę planuje ją jeszcze raz odrobaczyć. To pewnie przez tę chudość, skądinąd o wiele zdrowszą od otłuszczenia jej starszych ciotek. Nie oponuję. Odrobaczenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Jutro ma mieć założone siodło. Będziemy się dowiadywać, bo następny raz odwiedzę ją pewnie dopiero po Świętach.

W najnowszym numerze tygodnika "Najwyższy Czas!", jak to zwykle w numerach świątecznych, o podwójnej objętości bywa, znalazło się miejsce i dla mnie. Tym razem poszedł niedawno tu publikowany z (całkowicie nieudanym) zamiarem wywołania jakiejś kontrowersji tekścik pod kiepskim tytułem "Bezsens poszukiwania sensu". Już po fakcie wymyśliłem lepszy, ale było za późno, żeby zmieniać: tutaj już wisiało, a wysyłając poprawkę do "NCz!", tylko bym chaos wprowadził. Ta redakcja, jak to już kiedyś pisałem, jest dla mnie kompletnie "czarną skrzynką". Posłałem im  przez ostatnie trzy miesiące całą kupę tekstów, które mnie się wydawały lepsze - a poszedł "Bezsens..." i wcześniej o Wojtku... No cóż, i tak się cieszę. Mam też pomysł na następny, z którego coś i tutaj się znajdzie. To jednak stanowczo wymaga, żebym co prędzej zajął się robotą. Do zobaczenia, zatem.

wtorek, 30 marca 2010

Komórkowo

Przepraszam za jakość, ale jakoś tak się dziś pofarciło, że same takie sceny widziałem, że było mi żal po aparat do chatki biec, cykałem więc komórką.

Staruszek Gluś, oczywiście zdechł:

Co prawda, na tle wybitnego ożywienia, jakie panowało w stadzie dziś w godzinach porannych:


w tym także w kręgach arystokratycznych:


śmierć Glusia ani nie była wyjątkowa, ani nieodwracalna... Przydrychł dziadunio i tyle! Poza tym, czuje się wyśmienicie. Nawet apetyt mu wrócił. I zgryźliwość...




Koćkodana dręczyło pragnienie...


oraz niepohamowana ciekawość świata!



w tym także najmroczniejszych jego zakamarków...



Na koniec, wyłącznie z lenistwa w tej samej co powyżej konwencji i technice: źródła naszego Nowego Nilu. Jak co kilka dni, wodę z hydroforni wylać trzeba.

A teraz idę wydać naszemu leniwemu stadu kolację. Dobranoc Państwu!


poniedziałek, 29 marca 2010

Gluś, mamy nadzieję, będzie żył...

Posiedzenie w bibliotece przerwał mi telefon Lepszej Połowy: Gluś, nasz senior (dobrze ponad 20-letni, czyli na ludzkie: 70-paro-letni staruszek), krwawi z nosa! Umówiłem doktora z pobliskiego Grabowa i wróciłem co prędzej do domu. Doktor przyjechał, przywożąc przy tym znajomą z dawna dr Smelczyńską. Całe więc konsylium nad Glusiem obradowało. Wychodzi, że będzie żył. Chyba, że umrze! Na razie, dostał dożylnie witaminę C. Będziemy go obserwować. Opuchlizny, bolesności, ani gorączki nie ma. Raczej przeciwnie: temperaturę ciała, jako dobrze się konserwujący staruszek, ma nawet trochę za niską. Trzymajcie, proszę, za dziadka kciuki! Zaraz idę go obejrzeć przed snem...

Przepraszam alpaki

Doczytałem u Mariana hr Czapskiego: istotnie, trzymano w dawnej Polszcze „pstrokate“ konie gwoli ostentacji i parady. Czy to były taranty i deresze (o których w innych źródłach jest dość sporo), czy też takie srokacze, na jakich Indianie zwykli jeździć: rzecz jest nie do ustalenia. Przynajmniej koń Karola ks. Radziwiłła „Panie Kochanku“, który cesarza Józefa II zachwycił, srokaczem nie był: był to siwek z dużymi białymi skarpetkami i licznymi „pomarańczowymi“ przebarwieniami sierści, które jednak ani nie są odmianami, ani srokacizny nie stanowią. Zupełnie inne geny za coś takiego odpowiadają. Poza tym, tyle się o zabobonach i gusłach naczytałem, że po szczegóły pewnie do „Końskiego Targu“ odeślę, bo jak wrócę do domu, zaraz do pisania artykułu zasiądę…

W każdym razie, alpaki niniejszym uroczyście przepraszam i odszczekuję. Hau, hau! Pokój..?

Po drodze wpadłem na Służewiec. Maleństwo akurat chodziło w karuzeli. Jeszcze jej nie dosiadano. Mówią mi za to, że bardzo grzeczna. Ja myślę!

Muszę jeszcze do majstra z naszą Wendi wpaść i zakupy zrobić, więc pogrążam się w lekturze…

niedziela, 28 marca 2010

Gotowe na seks

Nasze achałtekińskie księżniczki są zdrowe, płodne i gotowe na seks. Melesugun była wczoraj w pełnej rui, Osman Guli ruję zaczynała. Jak stwierdził sympatyczny pan doktor Witkowski, który specjalnie w tym celu do nas z Warszawy przyjechał. Jedziemy zatem do Germesa za 18 dni.


A pana doktora spróbujemy tu razem z Radkiem gdzieś po sąsiedzku osiedlić. Przyda się wszystkim. Ale na razie o tym sza…

sobota, 27 marca 2010

Jak to z wyzyskiem pańszczyźnianym było..?

Specjalnie dla pana Wojciecha odgrzebałem tekst, który w końcu grudnia był publikowany w tygodniku „Najwyższy Czas!“ (pod tytułem „Podróże kształcą“), a którego spora część właśnie rzekomemu wyzyskowi pańszczyźnianego chłopstwa była poświęcona i po zmianach i uzupełnieniach, tutaj daję:

Jakieś półtora roku temu, latem, jechaliśmy razem po nawozy na moje ugory – klucząc możliwie jak najdzikszymi objazdami bo laweta, którą pożyczyłem za wstawiennictwem Radka, druha mego serdecznego, w pewnych punktach nie do końca zgodna była z prawem okupującej nas III RP, by nie rzec wręcz, że była całkiem lewa (co nie miało najmniejszego wpływu na jakość jazdy, nota bene!). W pewnym momencie wjechaliśmy najpierw w liściasty zagajnik, a zaraz potem po obu stronach wyboistej drogi pokazały się zmurszałe szczątki drewnianych ogrodzeń, za którymi panoszyły się bagienne zarośla. – O! Tu też mają wspólnotowe pastwisko – pokazał Radek.

Co to jest „wspólnotowe pastwisko“? Otóż istniało takie coś w średniowieczu, kiedy wraz z kolonizacją na prawie niemieckim (nie zawsze bynajmniej równoznaczną z osiedlaniem prawdziwych Niemców), rozpowszechniła się trójpolówka. W tym systemie uprawy ziemi jej własność była płynna – każdemu gospodarzowi przysługowało prawo do zbiorów z określonej powierzchni działek, ale działki te co roku zmieniały położenie. W pierwszym roku cała gromada (wieś) uprawiała na pęku takich działek zboża jare, w drugim ozimie, a w trzecim cały pęk ugorował i był wykorzystywany jako wspólnotowe pastwisko gdzie, pod opieką wspólnotowego pastucha karmiły się i rozmnażały wszystkie należące do członków gromady zwierzęta. Każda gromada miała zatem co najmniej trzy wielkie pola (stąd „trójpolówka“!), podzielone wewnątrz na tyle pasemek, ilu w gromadzie było gospodarzy: staropolską miarą powierzchni ziemi była włóka, czyli taka powierzchnia jaką jest w stanie para wołów w ciągu dnia zabronować (nie zaorać! Ponieważ orze się o wiele wolniej niż bronuje, włóka jest miarą większą niż niemiecka morga, czyli właśnie efekt urobku wołów orzących, przelicza się włókę na ok. 30 morg lub 17 - 18 ha); zwykle przypadało po jednej włóce na dym, czyli na chłopską rodzinę – więc przy danej długości pola, łatwo było i bez geodety ustalić, ile nawrotów wolno każdemu na tym polu własnymi wołami wykonać licząc od skraju, lub od miejsca, gdzie skończył poprzednik. Do tej pory takie wąskie, długie działki dominują w krajobrazie wszystkich niemal ziem dawnego zaboru rosyjskiego tyle, że obecnie są różnokolorowe, bo gospodarze, każdy na własną rękę, uprawiają na nich różne kultury – wtedy trudno je było wyodrębnić z otoczenia optycznie, ponieważ cała wieś uprawiała na wielu takich pasemkach tę samą kulturę; wątpliwe nawet, by dzieliły je od siebie jakieś wyraźne miedze wbrew znanej z Sienkiewicza opowieści Rzędziana o gruszce… Jeśli przy wsi istniał folwark, jego pola tak samo były rozkawałkowane na części – nie sposób było ich dostrzec wśród chłopskich poletek, z którymi się przeplatały. Było to istotne ułatwienie dla odrabiających pańszczyznę chłopów, bo mogli to po prostu robić tuż obok własnego pola zamiast wędrować niewiadomo dokąd. Prawo zwyczajowe precyzyjnie określało jakie działki uprawia się w pierwszej kolejności, jakie w drugiej itd.

Oczywiście, nie wszędzie ziemia nadawała się do wszechstronnego wykorzystania. Część gruntów była tak trudno dostępna lub tak słaba, że musiały je porastać lasy – całej gromadzie i dworowi służące jako zapas opału i budulca, dla dworu miejsce polowań, dla wsi – kłusownictwa, przy czym dąbrowy i lasy bukowe dostarczały także pokarmu dla świń, a sosnowe – paliwa dla smolarzy i hut. Inne z kolei grunty były na tyle podmokłe, że nawet po ich odwodnieniu i tak mogła je porastać tylko trawa – i te były wspólnotowymi pastwiskami niejako w permanencji.

Jeśli dodać, że wedle prawa polskiego chłop wprawdzie nie mógł opuścić ziemi nie zostawiając panu uprawionego i obsianego pola oraz kompletnej „załogi“, czyli sprzężaju, chaty i kompletu niezbędnych narzędzi – ale za to, jeśli mu się chata spaliła, koń czy krowa padła a pług połamał, to pan musiał mu nową chatę postawić, konia, krowę czy pług kupić – zaczynamy rozumieć jak skomplikowany był to system wzajemnych zależności. Oraz dlaczego liberalna idea absolutnej, bezwzględnej i indywidualnej własności była swego czasu rewolucyjna, a wśród konserwatystów budziła wręcz zgorszenie, jako burząca ustalony porządek społeczny i sposób życia!

Do Polski ta idea dotarła wraz z kodeksem Napoleona, obowiązującym w części zaboru rosyjskiego tworzącej tzw. „Królestwo Kongresowe“, a więc na większości tego, co w obecnych granicach Polski z zaboru rosyjskiego pozostało. Jednak ostateczne rozwikłanie tego kompleksu wzajemnych świadczeń i zależności przyniosły dopiero reformy uwłaszczeniowe – najpóźniej przeprowadzone w zaborze rosyjskim właśnie. Jako że działo się to podczas drugiego z najgłupszych powstań (zaraz po powstaniu warszawskim), styczniowego, carat zrobił tę reformę pospiesznie i możliwie jak najprościej. Z takim skutkiem, że nie doszło do komasacji gruntów i stąd ciągle widzimy w krajobrazie te wąskie, niewygodne w obróbce paseczki – i nie zlikwidowano części serwitutów, jak właśnie owe wspólnotowe pastwiska.

Ponieważ sam pochodzę z najbardziej uporządkowanego zaboru, istnienie takiego przeżytku feudalizmu w XXI wieku niepomiernie mnie zaskoczyło! Dla Radka, druha mego serdecznego, jest to zadra w sercu i drzazga pod paznokciem. Graniczy bowiem z 20 hektarami takiego wspólnotowego pastwiska, które znakomicie by się nadało dla jego krów: cóż z tego, skoro wspólnota nie zgadza mu się tego pola wydzierżawić (nie mówiąc już o sprzedaży!). Dość już ma ziemi – mówią mu – i nie będzie się na wspólnotowym tuczył! Pole więc, jak chyba wszystkie inne wspólnotowe pastwiska jakie tu i ówdzie jeszcze pozostały, z wolna ale nieustannie, powraca do stanu, z którego wyrwała je pracowita dłoń kmiecia w czasach ostatnich Jagiellonów: zamienia się w bagno…

Na tym kończył się tekst z „NCz!“, ale dla Państwa, korzystając z okazji, że pochmurno i zaraz będzie padać, więc na konia pewnie nie wsiądę dzisiaj, dodaję jeszcze trochę obszerniejsze wyjaśnienie:

Bardzo pouczające w kwestii rzekomego wyzysku chłopstwa przez szlachtę są archiwalne dane statystyczne. W dawnej Rzeczypospolitej dość regularnie odbywano tzw. „lustracje“ dóbr królewskich, zarządzanych przez starostów – była to podstawa do obliczania zobowiązań finansowych tychże wobec monarchy i wobec państwa (Królestwo Polskie – bo rzecz się jeszcze przed Unią Lubelską stała – było pierwszym bodaj europejskim krajem, gdzie skarb państwa oddzielił się od prywatnych finansów króla: co prawda, nie bez związku z aferą podskarbiego Szydłowieckiego, ulubieńca Zygmunta Starego, który dla odmiany rozróżnienia między państwową, a własną kiesą był zapomniał…). Dla celów podatkowych, ponieważ obowiązywał podatek podymny, naliczany w proporcji do ilości zagród chłopskich, o wiele mniej dokładne dane istnieją także dla dóbr prywatnych. Historycy wykorzystują te materiały dość powszechnie do szacowania strat, jakie Rzeczpospolita ponosiła w wyniku najazdów i wojen. Muszę rzecz sprawdzić, czytałem o tym bardzo niedawno, tylko nie pamiętam gdzie. W każdym razie, na terenie jednego z województw bodaj po „Potopie“ liczono w stosunku do stanu wyjściowego 6% dymów w dobrach państwowych, 10% w dobrach duchownych i 18% w prywatnych. Jeśli te liczby nie są do końca precyzyjne, to w każdym razie proporcja między nimi była taka właśnie, bo na to specjalnie zwróciłem uwagę i zapamiętałem. Dane te pochodziły, oczywiście, ze spisu przeprowadzonego w dwa czy trzy lata po zakończeniu działań wojennych, konsumują więc już efekt pierwszej fali powojennej odbudowy.

Co z nich wynika zatem? Nie sądzę, aby rabując, gwałcąc, mordując i paląc, Szwedzi zwracali uwagę na to, czy rabują, gwałcą, mordują i palą poddanych króla, biskupa czy prywatnego szlachcica. Najprawdpodobniej cały teren został zniszczony do gołej ziemi. Coś jak Warszawa po tym najgłupszym polskim powstaniu. Tyle tylko, że chłopskie zagrody w dobrach prywatnych były odbudowywane trzy razy szybciej niż w dobrach państwowych – a w dobrach duchownych, prawie dwa razy szybciej, niż w dobrach państwowych.

Można zakładać, że w przypadku królewszczyzn, chłopi, którzy cieszyli się tam względnie największą swobodą, byli też po prostu zdani sami na siebie. Odbudowali więc tyle zagród, ile byli w stanie to zrobić własnym wysiłkiem. Duchowni, dbając o swoje beneficja bardziej widać niż starostowie o królewskie majątki, okazali swoim poddanym pomoc, która podwoiła efekty ich pracy. Natomiast właściciele dóbr dziedzicznych wygrzebali ostatnie grosze i pomagali swoim włościanom tak efektywnie, że rezultat ich wysiłku został potrojony.

Działali zapewne podobnie, jak to opisuje prof. Stanisław Herbst w swojej „Wojnie inflanckiej 1600 – 1602“, Zabrze 2006, str. 191 – 192: „Gdzie było można, nowi właściciele natychmiast obejmowali dobra i rozpoczynali ich odbudowę gospodarczą. Za przykład niech służy Berzone skonfiskowane Janowi Tyzenhauzowi a nadane J. K. Chodkiewiczowi. Nowy pan przysłał tu wiosną 1602 r. rządcę i księdza. Rządca odbudowywał zamek i prosił pana o przysłanie 20 – 30 koni, aby rozdać je chłopom, o przypędzenie bydła i o przysłanie solonego mięsa do rozdawania.“

Reasumując, stosunki pomiędzy wsią a dworem opierały się na wzajemnych korzyściach, a nie na jakimś mitycznym „wyzysku“! Oczywiście że szlachta, kiedy już się jej udało zmonopolizować władzę publiczną, czyniła z tego monopolu taki użytek, jaki zwykle monopolista czyni. Na przykład, pozbawiła chłopów prawa apelacji od własnych sądów patrymonialnych do sądów królewskich. A także ograniczyła, jak tylko mogła, możliwość porzucania przez chłopów ziemi. Z tym, że interes własny nie pozwalał im „przycisnąć śruby“ ponad miarę: przecież, gdyby tych chłopów rzeczywiście „do gołego“ ostrzygli, to po pierwsze, kto by pracował na pańskim i daniny znosił, a po drugie – prawo prawem, ale przy braku efektywnej policji i nielicznym, zajętym ciągle na dalekich pograniczach wojsku, takie „przyciśnięcie śruby“ ponad miarę mogłoby się groźnym buntem skończyć. Do takiego buntu na ziemiach polskich i litewskich nigdy nie doszło: znamy tylko marginalny incydent Kostki Napierskiego na Podhalu oraz wojny kozackie, które jednak miały o wiele bardziej złożone przyczyny (jeśli jest taka wola Czytelników, mogę i o tym kiedyś napisać). Już sam ten fakt dowodzi, że wieś była na ogół zadowolona. Istnienie licznych, a ciągle ponawianych ustaw przeciw zbytkowi wśród chłopstwa (zakaz noszenia przez chłopów złotych łańcuchów, zakaz uprawiania przez chłopów gier hazardowych, itp. – samo ponawianie takich zakazów jawnie wskazuje, że musiały być nieskuteczne…) dowodzi, że w normalnych warunkach system ten stwarzał możliwość osiągnięcia przez wieś niejakiej zamożności. W razie klęski zaś, stwarzał chłopstwu poczucie bezpieczeństwa – bo dwór, jak by co, pomoże…

W istocie konflikt między dworem a wsią, jaki się w wieku XIX koniec końców (już pod obcą władzą i pod jej coraz to większą presją) zawiązał, był konfliktem wzajemnych pretensji. Dworu o to, że chłopi coraz więcej wsparcia potrzebują, coraz mniej wzajem świadcząc, a chłopów o to, że panowie, korzystając z nowych możliwości prawnych, jakie im kodeks Napoleona stworzył, rugują ich masowo z pól, do tej pory dziedzicznych i, zastępując trójpolówkę płodozmianem, który już tak skomplikowanego systemu władania ziemią nie wymagał, całe wsie często likwidują, żeby folwarcznym polom i pastwiskom miejsce zrobić. Prawdę pisząc, to dwór był tu stroną, trochę tak po marksistowsku, postępową, a chłopi – konserwatywną. Dwór bowiem, nowe metody gospodarowania wprowadzał (nie będąc przy tym od tego, żeby dalej z „darmowej“ robocizny korzystać, rzecz jasna!), a chłopi próbowali bronić swojej ziemi i swojego, przez wieki trwałego, poczucia bezpieczeństwa.

O tym, do czego prowadził obowiązek dbania przez panów o chłopską „załogę“, pisałem już w „Końskim Targu“ w obszernym, kilkuczęściowym artykule „Konie carów“, który bodaj jesienią szedł w kolejnych numerach.

Teraz spotykam się z tymi samymi lamentami w XIX-wiecznej literaturze kościelnej. Istniał wtedy ruch „towarzystw wstrzemięźliwości“, obliczony na powstrzymanie powszechnego wśród chłopstwa pijaństwa. Jaka była główna korzyść, której się spodziewano..? Ano: zmniejszenie zapotrzebowani wsi na coraz to nowe konie, bydło, pługi, chaty, ziarno – niszczone i marnowane po pijanemu, lub oddawane karczmarzowi za wódkę… Cytuję anonimowego szlachcica z nowogródzkiego, który się dla „Kuriera Wileńskiego“ wypowiedział: „Przez lat piętnaście miałem zręczność przekonać się, że jedni i drudzy, to jest żydzi i chrześcijanie szynkarze i arendarze nie wiele różnią się od siebie. Każdego z nich chęć zysku pobudza do szynkowania na zastawy, na zboże przyniesione i w przyszłości sprzedawane, a nadto pobudzo do wlewania gorzałki na gołą wiarę nie opartą na żadnej hypotece. Rezltat był jeden: lud zawsze pijany; pod wiosny i intromittujący się do swego świrna, do stodół i do obór, z głębokim przekonaniem, że obowiązkiem jest dworu opatrywać jego potrzeby. Po zamknięciu szynków w dwóch siołach zamożność podniosła się widzialnie – a ustała potrzeba supplementowania zbożem, karmem i sprzężajem – we wsi trzeciej, gdzie aręda propinacyjna została do czasu, pijaństwo raz przy żydzie, potem przy nie żydzie, szło po dawnemu i po dawnemu nie ustawała bieda.“ Ortografia oryginalna, ale chyba da się zrozumieć, prawda?

Reasumując: można z całą pewnością mówić o pewnych nadużyciach ze strony szlachty wobec chłopstwa (akurat nie na Ukrainie co prawda, ale o tym kiedy indziej…). Nie można mówić w żadnym razie o „wyzysku“. Nie widzę podstaw do takiego twierdzenia. Układ między dworem a wsią był oparty na wzajemnych zobowiązaniach i korzyściach i obu stronom – do czasu – te korzyści przynosił. Dopiero rozerwanie więzów tradycji i wprowadzenie z zewnątrz pojęcia bezwzględnej, indywidualnej własności ziemi wraz z kodeksem Napoleona oraz upowszechnienie się, trochę później, płodozmianu (oraz lepszych maszyn i lepszego sprzężaju, nie wymagającego tak licznej siły roboczej, w „Kongresówce“ także, angielskim wzorem, upowszechnienie się hodowli owiec, wypasanych na ziemiach wsiom odebranych) doprowadziło do konfliktu interesów pomiędzy dworem a wsią. Konflikt ten został spetryfikowany przez władze carskie, które tak załatwiły kwestię uwłaszczenia, że się na dużej części ziem polskich pojawiło przeludnienie na wsi i bieda wśród chłopów, którzy pożądliwie na pańskie grunta patrzeć poczęli. Historycy piszący na przełomie XIX i XX wieku, na których pracach do tej pory opierają się podręczniki szkolne, całą przeszłość przez pryzmat właściwych tylko ich czasom sporów postrzegali – no i stąd mamy ten mit „wyzysku“, z którym nikomu dzisiaj walczyć się już nie chce, prawda..?



To tyle o panach i chłopach.

piątek, 26 marca 2010

Lasek Centralny: przedwiośnie

x
Wiosna, proszę Państwa, pełną gębą:
Jakoś tak wielkanocnie się robi, prawda..?


Między tymi dwiema brzózkami w środku ujęcia, pochowaliśmy Murkisa. Widać zresztą piasek. Myślimy, czy mu czegoś na grobie nie posadzić. Może derenia..?

Lasek Centralny podzielony jest przesieką, prowadzącą do przyszłego miejsca budowy naszej stajni na dwa zagajniki: Północny i Południowy. Południowy jest o wiele mniejszy i prawie mieści się na jednym ujęciu.

W miejscu tego, mam nadzieję chwilowego oczka wodnego (nie jestem entuzjastą stojącej słodkiej wody! Co jest konsekwencją mojego braku entuzjazmu wobec komarów...), latem rosły podgrzybki z rodzaju, który miejscowi nazywają "czerwonakiem", bardzo smaczne. Od czasu do czasu można też było znaleźć prawdziwka.
A to jest negatyw mojego widoku z okna. W tej chwili jest ciemno, zaraz pójdę nalać wody i dać ostatniego przed nocą siana koniom, ale kiedy jest widno, widzę nad końputerem właśnie ten kawałek Zagajnika Północnego, tuż przy przesiece. Po prawej rozciągają się ulubione latem jeżyny naszego Koćka. Jeszcze trochę, a będzie mogła w ich gąszczu na całe dnie przepadać.
Bazie, zdaniem Lepszej Połowy bardziej nawet romantyczne, można podziwiać także w pozostałościach po naszych dołach. Aktualnie zalanych pośniegową wodą. Również w tym przypadku, mam nadzieję, że nie na długo - normalnie, doły te były całkiem suche!

Widok resztek po dołach, w tej chwili prawie bezpośrednio graniczących z piaszczystym padokiem bardziej ogólny.
Oraz od strony drogi.

I widok na naszą, jak to się tutaj mówi, tymczasową "placówk" z miejsca, gdzie wjazd do nas łączy się z drogą. Na dalszym planie widoczny cały Zagajnik Północny Lasku Centralnego.
Tutaj, pod brzózką przyległą do hydroforni latem regularnie rosły pradziwki. Tylko nigdy nie upilnowaliśmy i zawsze były już robaczywe...





Kilka uwag o wychowaniu

Obok narzekań na karlenie rodzaju ludzkiego (słynny kaznodzieja z połowy XIX w., ks. Hieronim Kajsiewicz skarżył się, że postów i pokuty cielesnej zadawać już, na skutek ogólnego osłabienia i wydelikacenia nie można, a co gorsza, nawet zwykłych postów, kalendarzem kościelnym przepisanych, mało kto dotrzymać potrafi i cała prawie „klasa wyższa“ dyspensami żyje…), równie wieczne, nieodmienne, niezmienne i tak stare jak ludzka pamięć, są narzekania na zepsucie młodzieży.

Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, żeby starsze pokolenie wyrażało się o młodszym inaczej niż źle, albo nawet gorzej!

Co jest szczególnie wkurzające dzisiaj, kiedy oczywistym jest, że wychowankowie socjalistycznych szkół i uczelni, z głowami zaśmieconymi jak nie marksizmem – leninizmem, to serwilistycznym karierowiczostwem w służbie Władzy albo bezpłodnym (szczerze to sobie powiedzmy: bo chociaż tym mniej bystrym może się wciąż wydawać, że komuna od skoku przez płot upadła, to dowodów na to brak, wiele jest zaś mocnych przesłanek, że było zgoła inaczej…) buntem – żadnego nie mają prawa krytykować młodszych.

Co do mnie, to wobec współczesnej młodzieży licealnej, jestem pełen kompleksów: nie tylko przerastają mnie średnio o głowę wzrostem (a 20 lat temu to ja byłem „wysoki“!), ale i możliwości zdobycia wiedzy mają więcej, niż mnie mógł uniwersytet zaoferować. I nie wynika to wyłącznie z dostępności netu. Gorset edukacji państwowej został poluzowany – w Polsce jest chyba pod tym względem lepiej niż w tradycyjnie zamordystycznych Niemczech z ich terrorem Jugendamtów, co to w każdej chwili mogą każdemu dzieci odebrać, jak im się podoba. Na fali wyżu demograficznego i rosnącego popytu na wykształcenie (co z tego, że często jest to popyt na „papierek“, a nie na wiedzę..? Inaczej być nie może, ale i wydawanie papierków popyt tworzy…) powstał potężny sektor prywatnych szkół, bardzo rozmaitych i niemalże wszystkie możliwe modele kształcenia i wychowania oferujących. Wobec wychowanków szkół klasztornych mam też kompleksy moralno – estetyczne: mimo tylu lat w siodle nie umiem się tak prosto trzymać jak oni (prawdę pisząc, trzymam się nader nieporządnie i garbato…), a już o kręgosłupie moralnym, wolałbym się publicznie nie wypowiadać…

Tak więc oświadczam wszem i wobec: jest dobrze! Młodzież dzisiejsza jest silniejsza, zdrowsza, bardziej moralna i lepiej wykształcona niż my i niż nasi rodzice i dziadowie. Tylko tak dalej: jeszcze zlikwidować kuratoria wraz z Ministerstwem Edukacji (jeśli kogoś nie przekonuje liberalna teoria, to może przekonają go fakty..?), pozostałe szkoły sprywatyzować ewentualnie (ewentualnie!) wprowadzając bon edukacyjny. Sprawa wychowania przestanie mieć wówczas wymiar publiczny. Będzie to sprawa prywatna i indydwidualna. Tak, jak to było dawno, dawno temu… Przed Marcinem Lutrem – mniej więcej.

Sprawa wychowania stała się sprawą publiczną na skutek kontrowersji religijnych właśnie. Ponieważ było wówczas ambicją rządzących w większości krajów Europy rządzić poddanymi nie tylko za życia, ale i po śmierci, dla zbawienia ich dusz (i dla zapewnienia niezbędnego konformizmu i posłuszeństwa wobec władzy!), konieczne było ich zaprawianie w religii, którą panujący wyznawał i w posłuszeństwie temuż panującemu jak najwcześniej, od maleńkości. Dotyczyło to szczególnie księstw protestanckich, gdzie zniesiono zakony i wobec ich braku tym frontem wojny ideologicznej musiało się zająć państwo na własną rękę. Kraje katolickie mogły sobie pozwolić na nieco bardziej zrelaksowane podejście do problemu: jezuici, dominikanie, pijarzy, augustianie i jeszcze wiele innych zgromadzeń, robiło to za nie, całkiem przy tym za darmo, tj. bez angażowania (już wtedy napiętych i wykazujących chroniczne deficyty) budżetów. Przy tym rozmaite zakony podchodziły do tego zadania na różne sposoby, co pozwoliło w krótkim czasie wypróbować wiele strategii. Zwycięska okazała się ta oferowana przez jezuitów. Też zresztą bynajmniej nie oryginalna, gdyż w oczywisty sposób czerpiąca z sekciarskich praktyk takich np. arian, na które miała być – i była – odpowiedzią.

Na czym ten model polegał? Same znajome rzeczy: uczniowie podzieleni na klasy według wieku. Stopnie, klasówki i egzaminy: czyli nagrody i kary. Promocje z klasy niższej do klasy wyższej. Zarzucano co prawda jezuitom, że nagród stosują o wiele więcej niż kar, pobłażliwie podchodzą do uczniów i promują nawet tych najsłabszych – ale ten zarzut, aktualny być może na tle protestanckiego rygoryzmu dawnych wieków, obecnie nie brzmi już tak poważnie. Przy tym curriculum szkół jezuickich było zdecydowanie humanistyczne, a właściwie to filologiczno - filozoficzne. Że jednak o kształcenie dobrych dusz tam szło, a nie dobrych inżynierów – trudno z tego faktu czynić zarzut.

Tak na marginesie: jeśli idzie o historię, na której trochę się znam, to pomijając nawet ideologiczne wypaczenia, w moich szkolnych czasach przecież jeszcze całkiem oczywiste, uczniowie szkół podstawowych zapoznawali się wtedy z materiałem, który od ustaleń najnowszych dzieliło co najmniej stulecie. W szkole średniej ten dystans malał do lat 50, na studiach, póki kto sam nie zaczął robić doktoratu, być może zaczynał się zbliżać do jakich 20 lat. W fizyce, jak sądzę, jest podobnie. Można by próbować obliczać, jaki jest minimalny czas potrzebny do tego, aby jakieś odkrycie trafiło z literatury naukowej do szkolnego podręcznika. Sama bezwładność funkcjonowania edukacyjnej biurokracji wskazuje, że nie może to się dziać szybko! Skoro tak, to czy jest sens obarczania uczniów wiedzą, która w dużym stopniu jest fałszywa? Oczywiście, nikomu nie zaszkodzi, że się nauczy fizyki klasycznej, newtonowskiej – bo ta współczesna, kwantowa, potrzebna będzie na co dzień może 0,1% ludności – a promil ten składa się z samych geniuszy, którzy i tak nauczą się tego sami z siebie, bez pomocy, a nawet i wbrew szkole. Jednak uczenie historii w oparciu o badania z początków XX wieku jest potencjalnie groźne. Groźne, gdyż ta „historia“ jest silnie zideologizowana. Do dziś uczniowie wkuwają więc, jak sądzę, o wyzysku chłopa pańszczyźnianego (jak to z tym wyzyskiem naprawdę było, to temat na osobny wpis!), czy o szkodliwości liberum veto… Już wolałbym, jakby wkuwali na pamięć Homera, albo i Mickiewicza: przynajmniej im z tego przyjdzie jakaś estetyczna korzyść i ćwiczenie pamięci! Ale cóż: problem ten istnieje tylko tak długo, póki istnieje edukacyjna biurokracja, jako się rzekło, najzupełniej zbędna.

Wracając do naszych baranów, czyli do jezuitów. Powodem, dla którego podjąłem dziś tak odległy od koni temat jest oczywiście wczorajsza lektura, której się w bibliotece oddawałem. Wychowania właśnie tycząca. Pewien zacny ksiądz pisał był w połowie XIX wieku, że jezuickie kolegia z tradycji średniowiecznej wyrastały i oddawały prawdziwie katolickiego ducha, podczas gdy szkoła protestancka, a zwłaszcza niemiecka, tym się od jezuickiej różniąca, że właśnie o wiele bardziej rygorystyczna w karaniu uczniów i mniej skłonna ich nagradzać, a przy tym – jak większość szkół nam dzisiaj współczesnych – „swobodna“, tj. nie wymagająca, aby uczniowie mieszkali w szkolnym internacie, tylko pozwalająca im dochodzić z domów, z gruntu jest tej tradycji przeciwna.

Jest to nieprawda. Jezuickie kolegium, protestanckie szkoły z połowy wieku XIX i szkoła współczesna, czy to państwowa, czy prywatna, więcej mają cech wspólnych, niż dzieli je różnic. Przede wszystkim, są to lepsze lub gorsze, bardziej lub mniej dbałe o powierzony jej „materiał“ i bardziej lub mniej efektywne, ale jednak: fabryki do uczenia. Właśnie przez ten podział na klasy według wieku, przez system nagród i kar (kompletnie oderwany, nota bene, od rzeczywistego życia poza murami szkoły! Nic dziwnego, że prof. Florian Znaniecki wyróżnił w swojej antropologii odrębną kategorię „ludzie dobrze wychowanych“ – co już tyle czasu w szkołach spędzili, że się do normalnego życia przystosować nie potrafią…), przez posiadanie określonego curriculum, którego opanowanie przez ucznia przesądza o edukacyjnym sukcesie…

Wcześniej, nim edukacja stała się sprawą publiczną, była też o wiele mniej powszechna (nie było tu żadnego ideologicznego frontu, a jeśli toczono zażarte nawet spory, to w gronie specjalistów – bez praktycznych konsekwencji dla Ludu Bożego…) i takich „fabryk“ po prostu nie potrzebowała. Szkoły przy katedrach biskupich, co większych kościołach parafialnych i niektórych dworach książęcych działały po dawnemu, jak manufaktura, a nie jak fabryka: był nauczyciel – jeden lub kilku – i byli uczniowie, którzy się wokół tego nauczyciela gromadzili, czy to słuchając jego wykładów, czy to z nim dyskutując. Nauka najbardziej elementarna, tj. czytania i pisania, czy początków łaciny, odbywała się najczęściej indywidualnie, jak nie w domu, to u księdza proboszcza na plebanii. Nie było podziału na klasy według wieku – choć była specjalizacja wśród nauczycieli i była określony tradycją i logiką kolejność zdobywania poszczególnych umiejętności. Akademie średniowieczne były albo korporacjami studentów (jak w Padwie czy w Bolonii), albo korporacjami profesorów (jak w Paryżu, czy w Krakowie), podległymi władzy miejscowego biskupa i działającymi podobnie, jak cech rzemieślniczy. Podobnie też jak w każdym innym cechu uczeń aby stać się czeladnikiem (czyli bakałarzem, to teraz „licencjat“), a potem z czeladnika wyzwolić się na samodzielnego mistrza (stąd „magister“!), musiał swoich umiejętności dowieść publicznie, składając przed szerokim gronem słuchaczy przepisany regułą cechu egzamin – najczęściej w formie uwieńczonej powodzeniem obrony wcześniej ogłoszonej tezy przed zarzutami ze strony uczestników takiego sympozjonu.

Nie można w ten sposób zlikwidować analfabetyzmu. Ani przysposobić na mięso armatnie setek tysięcy rekrutów, jak to zrobili pruscy „nauczyciele spod Sadowy“. System jest na to zbyt mało wydajny. Być może jednak powróci? A razem z nim powróci też wolność? Przynajmniej – wolność od ideologicznego terroru?

Dlaczego tak sądzę? Żyjemy w kulturze obrazkowej. Znakomita większość doskonale by sobie poradziła bez umiejętności pisania i czytania. Widzę to choćby po tym blogu: wpisy złożone głównie z samych tylko zdjęć, mają średnio dwa razy więcej czytelników, spędzających na ich kontemplacji dwa razy więcej czasu, niż takie dywagacje jak to tutaj. Przy tym, nadmiar edukacji prostym umysłom raczej szkodzi niż pomaga. Co by się stało z moim dobrym sąsiadem Wojtkiem, gdyby go w szkole podstawowej jakiś logopeda dorwał, poprawnej wymowy nauczył i do ukończenia liceum, zamiast zawodówki budowlanej zmusił? Czy dalej byłby rozsądnym i dobrym człowiekiem, który polega na sobie i na sąsiadach? Może by go w końcu przekonali do wiary w ZUS czy KRUS i zamiast kupować sobie dobry ciągnik jako zabezpieczenie emerytalne, zostałby, nie daj Panie Boże, działaczem związkowym i palił opony przed Sejmem, żądając podwyżki emerytur..? Jeśli Państwa liberalne idee nie przekonują, to co powiecie na fakty..?


Przez te wszystkie ostatnie prace tydzień nie miałem czasu Zwierzem się zajmować i teraz, z duszą na ramieniu, idę ją siodłać. Państwa z tym pytaniem zostawiając…

czwartek, 25 marca 2010

Dojechaliśmy

...z duszą na ramieniu i gulem w gardle co prawda - transportowanie konia, który często tego nie doświadcza, a jeszcze młodego i bardzo kochanego, w dodatku w pojedynkę, bo Lepsza Połowa na gospodarstwie została, to zawsze są duże emocje; ale bez żadnych przygód i nawet na czas dojechaliśmy z Maleństwem do stajni pp. Kozłowskich na Służewcu. Relacje dalsze o jej postępach w nauce: w przyszłym tygodniu.

Na razie tym tylko zwróciła na siebie uwagę, że bardzo chuda i że żółta...

To powiedziawszy znikam, bo znowu, aby robić notatki, muszę się od Netu odłączyć. Jak to było z łaciatymi końmi nie zdążę dzisiaj sprawdzić. Mało czasu zostało, najpierw obowiązki, potem przyjemności. Do widzenia Państwu!

Kot śpi…

a myszy harcują! Mysia rodzina na strychu naszej chatki chyba właśnie podejmuje wysiłki w celu powiększenia swojej liczebności. Nie, żebym zazdrościł – seks jest stanowczo przereklamowany. Jednak, mogłyby to robić, skoro już koniecznie muszą, trochę dyskretniej. Tymczasem chatka się trzęsie, ze stropu sypie się na nas kurz (i jakieś larwy, które widać na strychu zimowały), a piski zadowolonej mysicy mogłyby z powodzeniem posłużyć do udźwiękowienia niemieckiego pornosa…

W dodatku, w przewidywaniu liczniejszej rodziny, powiększają sobie chyba metraż, bo i odgłosy różnych mysich prac budowlanych – jak to stukanie, przegryzanie i szuranie ciężkimi sprzętami, które przestawiają – też regularnie słychać.

Wiem, wiem, kota ze wsi powinniśmy przygarnąć, to im ruski miesiąc pokaże. Od śmierci Murkisa stanowisko kota łownego wakuje. Ale biała kotka, która już i jesienią na naszych padokach polowała, coraz bliżej chatki podchodzi. Jest nadzieja.


Chyba, że to nie myszy, tylko duchy tych wszystkich cnót poległych w naszej chatce, gdy jeszcze naszą chatką nie była, tylko stała sobie bezpańsko i bez dozoru, dla wszystkich chętnych dostępna..?

środa, 24 marca 2010

Nowy padok

Nareszcie konie zostały odseparowane od trawy (już nawiezionej) i bytują na piaszczystym padoku:









co oczywiście było znakomitą okazją do rozprostowania kopyt:
























Oczywiście, szalała także nasza stateczna matrona, Dalia, jak widać było powyżej. Tutaj, na zakończenie, jedyne statyczne zdjęcie, jakie udało się jej zrobić:


Padok jest "piaszczysty" o tyle, że nie wykonano na nim żadnych agrotechnicznych zabiegów, ani nie wysiano trawy. To, co tam rośnie, konie mają prawo zniszczyć jak chcą - poza dębczakiem Lepszej Połowy, który został otoczony specjalnym ogrodzeniem. Oczywiście, Maleństwo natychmiast wlazło tam do środka. Zostawiliśmy ją, aż sama wylazła. Jak dobrze pójdzie, jutro jedzie na Służewiec.

I tylko z wybieraniem nawozu spod wiaty dalej idzie mi kiepsko. Parobek by się przydał! Bo jednak, jako ten słaby mieszczuch, nie daję rady...

wtorek, 23 marca 2010

Gdyby głupota dodawała skrzydeł…

to bym dziś przynajmniej polatywał na wysokości kalenicy naszej chatki!

Skąd taka samokrytyka? Ano, przestraszyłem się, że jak spróbuję zawrócić z przyczepką przed wiatą, to skręciwszy koła, natychmiast utknę.

To pojechałem kawałek dalej, tam zawróciłem, na suchym i wracając… utknąłem oczywiście! Na prostej...

Musiał przyjechać Radek z Potężnym Zetorem, żeby mnie z tego bagna wyciągnąć. Próby podkopywania kół i podsypywania piasku nic nie dały.

Co gorsza, po tym jak wywiozłem zaledwie dwie przyczepy nawozu (to nie więcej niż jedna piąta całości; idzie jak po grudzie: nawóz od grudnia do dna nie wybierany, ubity jest i twardy jak beton, z wielkim trudem daje się widłami zbierać…), zrobiły się podobne koleiny też i na wyjeździe z naszego (przyszłego) piaszczystego padoku, pośrodku którego stoi wiata.

Jutro najpierw wyciągnę stamtąd, póki jeszcze można, przyczepę do przewozu koni. Potem się zobaczy. Konie od trawy odgrodzić w każdym razie jutro rano trzeba. A kiedy ten nawóz spod wiaty wybierzemy – to już, jak Bóg da…

Przynajmniej przywieźliśmy dziś z Kazanowa (to najbliższy kooperant Grene, gdzie takie rzeczy są najtańsze; a Kazanów to ten, skąd familia Kazanowskich..? Śladu po dworze bodaj nie wypatrzyłem po drodze...) taśmę do wygrodzenia tego padoku, na pewno zatem uda się nam to rano zrobić.


Przywiozłem też katar. Pewnie z Carrefour w Radomiu, gdzie po drodze zrobiliśmy zakupy. Normalnie, nie mogę oddychać! Towarzystwo ludzi, jednakowoż szkodzi… 

Ta jedyna pociecha, że Lepsza Połowa w przebłysku kobiecej intuicji kazała nabyć tygodnik "Najwyższy Czas!" I co? Ano poszedł tekścik i tu zamieszczony: "Jak Wojtek traktor kupował..." Przynajmniej za te zakupy w Carrefour niniejszym się zapłaciło.

Jak to z łaciatymi końmi w dawnej Polszcze było..?

Jak to już wielokrotnie na łamach „KT“ pisałem, staropolska hodowla koni jest mitem. Mitem podwójnym: bo raz, że od śmierci prof. Pruskiego nie ma już nikogo, kto by o niej coś wiedział naprawdę, a wszystkim się wydaje, że wiedzą doskonale wszystko. Na przykład, że Polacy „od zawsze“ hodowali araby. Albo, że „koń polski“ (zwierzę takie nigdy nie istniało!) to był prawie że Pegaz, bo jak sam skrzydeł nie miał, to już razem ze swoim jeźdźcem – na pewno. Od czego i przez morze się „dla ojczyzny ratowania“ wracali i różnych innych cudów razem dokonywali.

Cudów jak cudów. Moim zdaniem Kircholm, to był mord masowy, a nie bitwa: Karol Sudermański z biedy, pieniędzy na zaciąg zawodowych żołnierzy nie mając, wysłał na rzeź prostych, szwedzkich chłopów, którzy piki i muszkiety pierwszy raz do ręki dostali na tydzień przed lądowaniem w Inflantach. No, może na dwa tygodnie. A potem jeszcze, z głupoty (jak wszyscy Wazowie, był to człowiek ograniczony, ale uparty i nie liczący się z konsekwencjami), widząc, że Litwinów Chodkiewicza mało, posłał tych chłopów do ataku piechotą na husarię… Nic dziwnego, że chyba aż do wybuchu I wojny światowej ustanowiony wtedy rekord w tempie zabijania nie został pobity. Chodkiewiczowych, choć to sami weterani byli, musiały potem długo zakwasy w ramionach dręczyć. A rekord proporcji strat zwycięzcy do strat pokonanego, to chyba dopiero podczas wojny irackiej Busha seniora..? Bo Bush junior i Obama to już raczej tak bardziej konwencjonalnie – proporcja zaczyna się wyrównywać…

W każdym razie oprócz takich i podobnych „cudów“, zdarzały się też i wielce kompromitujące wpadki – jak choćby Piławice, gdzie się armia (zawodowa jak najbardziej, żadne tam pospolite ruszenie!) właściwie bez wystrzału rozeszła, czy Warszawa, gdzie ta Pegazów podobno dosiadająca „niezrównana“ jazda wprost odmówiła pójścia do prawie już zwycięskiej szarży (bo się jedyny pułk litewski, który był bodaj na tyle pijany – rzecz się akurat po obiedzie działa – że jednak pogalopował do przodu, właśnie przez szwedzką gwardię przegryzał, na wyciągnięcie kopii od samego Karola Gustawa, tego z „Potopu“ znanego…).

Innymi słowy: było całkiem normalnie, to znaczy raz na wozie, raz pod wozem – i żadne Pegazy jako hipoteza tłumacząca rzekome cuda nie są tu nam potrzebne, bo cudów do wytłumaczenia brak. Cuda z wozu, koniom lżej – można by sparafrazować znane powiedzonko.

Hodowla staropolska mitem stoi także z drugiego powodu: jak o tym m.in. w marcowym numerze „KT“ pisałem, było to przedsięwzięcie oparte tyleż na doświadczeniu oraz metodzie prób i błędów, co na przesądach i zabobonach.

Przede wszystkim, było to przedsięwzięcie nieudane. Nieudane dlatego właśnie, że jego rezultatem żaden „koń polski“ jako własna, rodzima rasa wierzchowa, bynajmniej nie powstał. Oczywiście powstaje pytanie: czy ktokolwiek stawiał sobie taki właśnie cel, czyli wyhodowanie rodzimej rasy koni? Nie, nikt sobie takiego celu nie stawiał. Choćby dlatego, że samo pojęcie „rasy“ pojawiło się w obiegu we Francji w końcu wieku XVII, a do Polski dotarło nie wcześniej niż 150 lat później – słownik Lindego go jeszcze nie zna, pojawia się dopiero w tzw. „słowniku wileńskim“ z 1861 roku.

Jednak różne rasy koni powstawały także w miejscu i czasie, gdzie nikt pojęcia „rasa“ bynajmniej nie znał – co więcej: działo się to zanim, na podstawie największego w dziejach Zachodu eksperymentu hodowlanego, jakim było utworzenie rasy koni pełnej krwi angielskiej, powstała nowoczesna teoria zootechniczna, potem na inne gatunki zwierząt przeniesiona.

Żeby własną rasę koni stworzyć nawet pojęcia o tym nie mając, potrzeba kilku rzeczy:
a)     względnej izolacji terytorialnej, w miarę możliwości wzmocnionej ksenofobią i przekonaniem o własnej, absolutnej wyższości, rozciągającej się także na stada i inny dobytek – Sarmaci odpadają w przedbiegach, bo nie tylko Rzeczpospolita wielkim gościńcem, czy jak twierdzi Clausewitz, „karczmą przydrożną“ była, ale i o jakiejkolwiek ksenofobii, wbrew obiegowym opiniom (ach, znowu te mity!), mówić trudno: starczy sobie u Rzewuskiego, w „Pamiątkach Soplicy“ o panu Sawie poczytać… - za to jednego i drugiego, tj. i izolacji terytorialnej i poczucia misji danej od Boga mieli pod dostatkiem Beduini na Półwyspie Arabskim, Turkmeni w oazach Achał i Merw, Berberowie na Saharze, a koniec końców – także Anglicy na tych swoich Wyspach, co to mgła od nich zacofany Kontynent, na którym jeździ się po niewłaściwej stronie drogi, odcina…
b)    czasu i konsekwencji: im więcej konsekwencji, tym mniej czasu; Anglikom, którzy byli bardzo konsekwentni, starczyło 200 lat; o wiele mniej jednak konsekwentnym Beduinom czy Berberom – sporo więcej; Sarmaci w sumie nie mieli ani czasu, ani konsekwencji…
c)     jakiegoś, powszechnie akceptowanego przez większość hodowców, systemu oceniania dzielności koni: u Anglików były to wyścigi (i dlatego udało im się tak szybko, że swoich „ocen“ dokonywali w oparciu o jedno, w dodatku bardzo proste, kryterium), u Turków rozmaite, często i regularnie odbywane agony konne (o których będzie jeszcze w „KT“, gdy pójdzie mój tekst „Po konie i kaftany Sarmatów nad Bosfor wyprawy…“, skądind zapewne jeszcze tego lata dostępny także w wersji książkowej), podobnie u Beduinów – a u Sarmatów..? Owszem, młodzież popisywała się przy okazji różnych kawalkad jeździecką sprawnością, a i rączością koni – ale to było całkowicie improwizowane, doraźne i niczemu, poza zabawą nie służące! Na żaden system złożyć się nie mogło…
d)    świadomego dążenia do wyhodowania możliwie jak najlepszych koni poprzez krycie najlepszych klaczy najlepszymi ogierami. Niby wszyscy to wiedzą – ale czy stosują..? Jak pisze Czapski, szlachcic polski wstydził się swoim ogierem „kupczyć“ i jeśli nawet udzielał go sąsiadowi, to za darmo – i bardzo rzadko. To niby jak w takich warunkach miała jakaś „narodowa“ hodowla powstać?

Nic więc dziwnego, że aż do końca istnienia Rzeczypospolitej najlepsze konie importowano. Głównie z Turcji – jak zaświadcza Beauplan, husaria jeździła na najlepszych koniach wyhodowanej w tureckiej Karamanii, prowincji w zachodniej Anatolii, zamieszkałej głównie przez Turkmenów… To tak a propos „egzotyczności“ koni achałtekińskich w Polsce!

[Tu przerwał mi pisanie tętent kopyt za ścianą. Buba i Maleństwo wyszły sobie na poranny spacer. Ponieważ Melesugun nie mogła, a bardzo chciała, to dały razem – jedna wewnątrz, dwie na zewnątrz ogrodzenia – piękny popis bryków, zwrotów na zadzie, skoków przez gałęzie, sliding stopów, wykopów i wymachów… Jaka szkoda, że Państwo tego nie widzieli!]

O tym, że najlepsze konie importowano przesądzał także po Arystotelesie odziedziczony przesąd, że klimat kształtuje konstytucję cielesną ludzi i zwierząt. Ponieważ na wojnę potrzebne były konie gorącej krwi i suchej, pozbawionej nadmiaru tłuszczu i „flegmy“ budowy – szukano ich w cieplejszym i suchszym od naszego klimacie. Skądinąd całkiem słusznie, choć może nie z powodów, które się Stagirycie roiły…

No dobrze, ale jak to w końcu z tymi łaciatymi końmi w dawnej Polszcze było? Używano takich, czy nie? Wyśmiewano jako pańską zachciankę, czy zazdroszczono..?

Nie ma prostej odpowiedzi na te pytania. Przede wszystkim przez wzgląd na wielką posuchę w źródłach. O koniach, jeśli gdzieś są w ogóle wzmianki, to tak skąpe i małomówne, że aż żal ściska. Jak to słusznie podsumował ks. Chmielowski: „koń, jaki jest, każdy widzi“! Po co było pisać o rzeczach wszystkim wiadomych, prawda?

Wiadomo, że maść konia miała dla Sarmatów znaczenie. Przede wszystkim, naturalnie, w odniesieniu do koni paradnych – zarówno karecianych, jak i wierzchowych, w tym tzw. „luzaków“, tj. koni które zwykle w orszaku pańskim luzem prowadzono gwoli większej ostentacji.

Na pogrzebie królewskim prowadzono karego konia. Konie tej maści zdaje się, traktowane były jako zły omen i stąd niechętnie w innym celu niż pogrzebowa parada używane. Księcia Józefa Poniatowskiego Szumka miał był być rzekomo kary i podobno szemrania w wojsku to wywoływało, że nieszczęście musi przynieść. Skądinąd nie ma zgody w źródłach, czy w Elsterze utonął książę Pepi spadając z Szumki, czy raczej z jakiegoś anonimowego, żołnierskiego konia, na którego wsiadł, gdy mu własnego ubito.

Bardzo chętnie używano koni tarantowatych. Takich jak Tarantul na zdjęciu, które już zresztą bodaj dwa razy w różnych gazetach było publikowane – bo przyznać trzeba, że konik ładny.

Sarmaci lubili także konie malowane. Zarówno w przenośni – tj. posiadające ciekawe wizualnie, czasem bardzo duże, białe odmiany na nogach i głowie (gdzieś u Czapskiego czytałem o koniu pewnego polskiego „panka“, który w Wiedniu furorę zrobił, mając na nogach bardzo duże odmiany, a przy tym wiele cnót i umiejętności, czym samego cesarza zachwycił – dokładnie to sprawdzę przy najbliższej wizycie w Bibliotece Narodowej). Jak i dosłownie, ponieważ panowie polscy, konie swoje zwyczajnie farbą malowali! W ten sposób uzyskiwali niespotykane w naturze barwy, a i wstydliwy fakt, że drugiej, trzeciej, czy czwartej szóstki do karety nie mieli, mogli w ten sposób ukryć…

O srokaczach jednak, jak się te wszystkie lata przez różną literaturę z epoki przekopuję, tak nie pamiętam, żebym kiedykolwiek bodaj jedną wzmiankę spotkał. Ale obiecuję jeszcze raz sprawdzić!

Porównanie srokatego konia do krowy nie może być bardzo starej daty. Ostatecznie, rodzime polskie bydło to krowy czerwone, prawda? Czarno – białe są holenderki, których wcześniej jak w połowie XIX wieku chyba do nas nie sprowadzano, a i to początkowo raczej na małą skalę. Faktem jest, że się z takim, dla srokaczy nader obraźliwym porównaniem kilka razy w różnych i wzajem od siebie niezależnych źródłach spotkałem. Faktem jest, że ani Turcy, ani Arabowie u swoich koni odmian poza głową i nogami (za wyjątkiem tzw. „kciuka Mahometa“, czyli małej, białej plamki na szyi lub na łopatce) nie tolerowali.


Rasy polskich koni, jakie się w drugiej połowie XIX wieku ukształtowały – tj. konie małopolskie, poznańskie i śląskie (a także najbliższe chyba hodowli staropolskiej, choć same nie polskie, konie trakeńskie) oryginalnie z całą pewnością żadnych srokaczy nie miały. Dopiero w XX wieku dolew różnych importów sprawił, że się takowe spotyka – a, choć maść jest akurat najostatniejszą z rzeczy, na jakie konia oceniając, trzeba zwracać uwagę, to mnie srokaty koń wpisany do wielkopolskiej księgi razi estetycznie i z całą pewnością, gdybym kiedykolwiek miał moją starą i kulawę Dalię kryć, to na pewno nie srokatym ogierem! Choćby i czempionem świata był…

poniedziałek, 22 marca 2010

47 z 47

Wszystkie słupki na ogrodzenie piaszczystego padoku wmurowane. Konie odrobaczone. Jutro kupujemy taśmę (poprzeczki będę dospawywał do słupków w miarę wolnego czasu). Oraz nowe robocze ubrania, bo się nam ostatnie łachy dzisiaj zdarły. Po czym zaczynamy wybierać całość ściółki spod wiaty. W środę rano konie przechodzą na piaszczysty padok. W południe przyjadą nawozy do rozsiania na umęczoną nadto już długim deptaniem trawę.

Zakładam, że azotu i fosforu pozostało w glebie dość po tym, jak przez pół roku konie te 4 ha nawoziły. Ale pH w dalszym ciągu za niskie. Dlatego mocznika, który mi agrotechnik poradził, sypnę na początek symbolicznie. Jakby się okazało, że trawa nie ma siły rosnąć, zawsze można potem poprawić. Za to WapMagu rozrzucę ze szczerego serca…

Jeszcze tylko dać im kolację i podjechać do Wojtka (który już wreszcie zadatkował za ciągnik – ten, co go w niedzielę oglądaliśmy, bo lepszego i tańszego, który mu na Allegro znalazłem, nie obejrzał dzisiaj, jak go samego wysłałem. Nie wiem dlaczego, dowiem się, jak z nim twarzą w twarz stanę, przez telefon trudno zrozumieć…) po owies.

niedziela, 21 marca 2010

Dobrobyt

Ludzkość nie ma gorszego wroga niż nadmiar dóbr i komfortu który sama sobie wytwarza. Nic dziwnego, że jak tylko zapanuje względny bodaj i nawet tylko nielicznych dotyczący dobrobyt, od razu też pojawiają się od jakich 5 – 6 tysięcy lat niezmienne narzekania na rozwiązłość, upadek obyczajów, krzepy, zdrowia i publicznego morale. Takie narzekania w formie i treści nieomal identyczne znajdujemy i na sumeryjskich papirusach, i na ścianach piramid, i u moralistów (oraz lekarzy!) greckich i rzymskich i na współczesnych blogach wieszczących rychły upadek cywilizacji, a takoż obwiniających ją o wszelkie choroby i patologie, podobno skutkiem zatrutej współczesnej żywności będące.

Sądzę, że po rewolucji neolitycznej wśród pierwszych rolników – budowniczych megalitów rozsianych od Atlantyku po Pacyfik, też już takie narzekania istnieć musiały i po to właśnie, a nie po co innego różne tam Stonehenge wzniesiono i menhiry dźwigano. Tylko jeszcze nie potrafimy tych jeremiad właściwie odczytać!

Co takiego może tę alergiczną na dobrobyt reakcję wywoływać?

Prawdę pisząc, nie wiem. Daleki jestem od popperowskiej wizji Platona narzekającego na ateńską demokrację dlatego, że sam akurat przypadkiem z królewskiego rodu pochodził. Platon lepsze po temu i całkowicie w sferze myśli mieszczące się powody miał. A nawet jak nie miał, to tak pięknie pisał, że wytykanie mu motywów po prostu nie uchodzi!

Trwałość kontestacji zmusza jednak do zastanowienia. Może się zastanowimy wspólnie..? Innymi słowy, zapraszam Państwa do dyskusji.

Zanim ktokolwiek się pierwszy wypowie, pozwolicie Państwo, że prawem gospodarza (i to ho, ho! Z samej „Marszałkowskiej“..! Po prawdzie, to rzeczywiście przez wiele lat tuż obok tej tak nieszczęśliwie przez wojnę i odbudowę potraktowanej ulicy mieszkałem…) po swojemu olewacko wykpię Państwa zdrowotne wobec „sztucznej“ żywności fobie. Macie alergie, dręczą Was nowotwory, zawały i inne temu podobne „choroby cywilizacyjne“? Cieszcie się! Cieszcie się, albowiem to tylko znaczy, że w warunkach innych niż bezprecedensowy w swojej skali i powszechności dobrobyt współczesny, Was by już dawno w ogóle nie było! Nieprawdą jest bowiem, że 50 czy 100 lat temu nie było alergii, nowotworów, zawałów i innych „chorób cywilizacyjnych“. Były. Tyle, że większość potencjalnych pacjentów umierała w niemowlęctwie – tylko dlatego, że były od swoich silniejszych i na takie choroby wieku dojrzałego nie narażonych rówieśników słabsze. Już nie mówiąc o tym, że alergii nikt wtedy zdiagnozować i tak nie umiał.

50 czy 100 lat temu przeżywali i dożywali wieku, w którym uchodzi zabierać głos na zgromadzeniu tylko tacy jak ja – co się ich żadna choroba nie ima i nawet 20 lat do niczego niepotrzebnej nauki w różnych kolejnych szkołach (bo nie do wywożenia gnoju przecież, co jest w tej chwili moim głównym zajęciem..?), a potem kolejne 10 lat siedzącego trybu życia przed końputerem nie jest w stanie przyprawić ich o konieczność noszenia okularów czy dbania o poziom cholesterolu…

To, że jest nas teraz tak wielu i że, mówiąc językiem biologii, który faktycznie trochę tu może brzmi nie na miejscu, ale Państwu powinien dać do myślenia, tak mała jest presja środowiska na gatunek ludzki, że możemy sobie wszelkie, najbardziej nawet ekstrawaganckie i egzotyczne choroby prawie bezkarnie hodować – to zasługa tego m.in., że nikt już od przynajmniej tych 50 lat głodu nie cierpi. Żywności jest tyle, ile tylko kto chce. Jakiej kto chce. Ostatnio także – tej „naturalnej“, czy tam „ekologicznej“. Fakt, jest droga – w porównaniu do „zwykłej“. Ale czy może być inaczej? To przecież tylko odzwierciedla naturalną różnicę w kosztach uzyskania. Jeśli ktoś zatem taką preferuje, istotnie taniej jest mu własną wytworzyć, niż na rynku kupować. Tylko, na miłość Boską, co to ma wspólnego ze zdrowiem..?



Januszowi Korwin – Mikke zdarzyło się kiedyś, obok wielu innych gorszących pasusów popełnić i taki że zapytał, czy w łagrach ktoś na raka umierał? Oczywiście – nikt. Wysnuł stąd nieuprawniony zupełnie wniosek, że widać w tak esktremalnej sytuacji organizm jakoś te niepokorne komórki, co się bez ładu i składu dzielą, spalić potrafi. W rzeczywistości, jak sądzę, kandydaci na pacjentów onkologii umierali w łagrach dużo wcześniej, nim się ich potencjalna ku tej chorobie skłonność miała szansę objawić – i dlatego właśnie, żadnych jej przypadków tam nie stwierdzono. Nie żywność zatem powinniście Państwo o swoje dolegliwości obwiniać, tylko własne geny, które w razie głodu i tak zostałyby przez Naturę brzydko bardzo mówiąc, w pierwszej kolejności wybrakowane…

sobota, 20 marca 2010

Wielki Karczunek

Puszcza Stromiecka, która gdzieś w naszych okolicach łagodnie i niezauważalnie przechodziła w ciągle istniejącą Puszczę Kozienicką, była jednym z wielu lesistych obszarów pogranicznych – w tym przypadku, broniących dostępu z Mazowsza, które się na Pilicy zaczynało, z pogranicznymi kasztelaniami w Warce i w Rawie, wgłąb Małopolski, dla której niżej położony, prawy brzeg rzeki nie był wystarczającą ochroną i dlatego swoje posterunki krakowski (a potem sandomierski) książę trzymał w odległości dnia drogi na południe. Już nad Radomką. W ten sposób takiemu np. Konradowi Mazowieckiemu, który się wielokrotnie o tron krakowski zbrojnie starał, trudniej było, przez gęsty, pierwotny bór się przedzierając, małopolską obronę zaskoczyć.

Mój przyjaciel Darek, który jest historykiem wojskowości wieku XVII, miałby wiele do opowiedzenia na temat trwałości takiego sposobu myślenia o obronie granic i jego konsekwencjach, dość czasem zaskakujących, dla tych nawet, co go sami zastosowali…

Parafię w Stromcu erygowano w 1241 roku. Nie sądzę co prawda, aby można to było zrobić specjalnie dla uciekinierów ze zniszczonego przez Tatarów Sandomierza. Za mało byłoby na to czasu. Więc osiedle ludzkie musiało tu istnieć już i wcześniej, a nie zostało przez nich dopiero w tej odludnej i przez to od mongolskich najeźdźców bezpiecznej okolicy założone. Na pewno jednak zniszczenie centrum księstwa, a przy tym stopniowe wygasanie konfliktu z Mazowszem (z którym już od tej pory nigdy żadnej wojny nie było, aż je, po wygaśnięciu tamtejszej gałęzi Piastów, Zygmunt August pokojowo do Korony przyłączył) zachęcało do osiedlania się na bezpiecznym, a przy tym oferującym wiele pustej ziemi pograniczu.

Puszcza musiała tu być istotnie dostojna – nazwy wsi o tym świadczą: Grabów, Dąbrówki; tylko jedna Brzozówka jakoś biednie przy tych szlachetniejszych gatunkach brzmi. Pod siekierami pracowitych drwali padła ostatecznie dopiero, gdy zniknęła granica, której ochronie niegdyś służyła – za czasów zygmuntowskich. Nazwa jednej z większych wsi w pobliżu, Augustów, dobitnie o tym świadczy. Choć, swoją drogą, jeszcze i nasz ostatni król, pożal się Boże, z łaski carycy Katarzyny Stanisław August, miał tu co zasiedlać, bo o drugim Augustowie, spod Radomia to akurat wiem na pewno, że mu dopiero Poniatowski imię dał

Po co o tym wszystkim opowiadam? Pierwotna puszcza nie powróciła. Było na to zbyt mało czasu, a i warunki były skrajnie niekorzystne. Nim bowiem spora część ziemi w mojej okolicy, zarówno państwowej, jak i prywatnej, została porzucona, jej właściciele zrobili wszystko, żeby ją zniszczyć, dokumentnie wyjaławiając glebę. Potem cały ten obszar wzdłuż carskiej jeszcze linii kolejowej Warszawa – Radom stopniowo popadał w zapomnienie. Miejscowi w wielu miejscach wykopali rozległe systemy dołów, z których wybierali piasek i żwir. Kawałek dalej jest miejsce zwane „cegielnią“, gdzie wybierano glinę. W to miejsce i tu i tam wrzucano potem śmieci, czasem je zasypując ziemią, częściej nie. Koniec końców, porosły to smutne chaszcze, z karłowatych sosenek i brzózek złożone. Poszycie tworzyły głównie mchy i porosty, trochę kupkówki owczej, gdzieniegdzie wręcz jakieś skrzypy, bo nawet perz rosnąć nie chciał, pojawił się w większej ilości dopiero po zaoraniu i nawiezieniu!

Nadchodzi zmiana. Nie chwaląc się, byłem pierwszy, który tu po pioniersku Wielki Karczunek na powrót rozpoczął i miejsce 500 lat temu po raz pierwszy do uprawy roli przysposobione, przywrócił cywilizacji. Wczoraj, podczas porannego spaceru dostrzegłem z wysokości kulbaki naśladowców: na jednym z poletek wcale niedaleko naszych padoków, tylko bliżej wsi, ktoś powyrywał ciągnikiem część sosenek. Znaczy się, będzie to pod uprawę brał!


Podobno też i graniczącą z nami działkę nr 462, w dwóch trzecich zarosłą brzózkami, w jednej trzeciej ciągle jeszcze uprawianą, ale przez starszego już człowieka, jak mnie Radek zapewniał, bez następcy – ktoś miał był kupić i coś z nią robić zamierza. Tu akurat wywiad muszę co prędzej przeprowadzić, bo rzecz mnie bardzo dotyczy: człowiek ten już dwa razy zaorał mi słupki graniczne, nawet od tego końca, którego skądinąd nie uprawia (przeorał wzdłuż drogi, żeby mu przez działkę nie jeździli i przy okazji mój słupek gdzieś zniknął), a poza tym, odkąd mam ziemię, odczuwam atawistyczny, chłopski pęd na posiadanie jej jak najwięcej i sam bym tę działkę chętnie skonsumował… Zresztą, jeśli ten człowiek sprzedał ją komuś innemu mnie, sąsiadowi najpierw nie oferując, to mam go za bezecnego! Tak się po prostu nie robi! A działka jest nie budowlana – pod linią 200 kV, a za to bez możliwości doprowadzenia „normalnego“ prądu, chyba że przez moje lub przez sąsiada Kucharskiego (który nam właśnie o tym wszystkim kilka dni temu opowiadał) działki, dość wąska, dłuższym bokiem do naszego Wielkiego Padoku przyległa, Doskonale by się nadawała na jego powiększenie. Zaraz będę o tym z Radkiem plotkował…

piątek, 19 marca 2010

Il Gattopardo

Pamiętacie Państwo film Viscontiego? To zresztą ekranizacja książki Józefa Marii Fabrycja Zbawiciela Stefana Wiktora Tomasza księcia di Lampedusa (on rzeczywiście nosił te wszystkie imiona! Pospolicie używając pierwszego i ostatniego). Jest tam scena plebiscytu nad przyłączeniem Sycylii do Królestwa Piemontu, które wkrótce stanie się zjednoczonym Królestwem Włoch. W filmie samo głosowanie pokazano odrobinę nieprecyzyjnie. Potem jednak sługa głównego bohatera, księcia Saliny wylicza, ile głosów powinno paść przeciw Sabaudczykom – a w ogłoszonych wynikach nie znajduje ani jednego…

Akurat przeczytałem sobie wczoraj z pierwszej ręki, jak to wyglądało naprawdę. Na stole przed komisją stała urna. Po jednej stronie urny leżały karteczki z napisem „Si“. Po drugiej – z napisem „No“. Każdy podchodził po kolei, stawał twarzą w twarz z komisją, z przyjezdnych Piemontczyków złożoną, po czym sięgał albo do jednej, albo do drugiej kupki i wrzucał kartkę do urny. Jak się pomylił i wrzucił tę niewłaściwą, to zaraz za progiem czekał piemoncki żandarm, który już wiedział, co ma z takim niekumatym wyborcą zrobić.


Opis ten zaczerpnąłem co prawda ze źródła bardzo piemonckiej agresji nieprzychylnego, ale przecież jeśli nawet nie wszędzie było to aż tak w każdym, najdrobniejszym szczególe, to duch czasu i miejsca najwyraźniej tak się wtedy przejawiał. Oto prawdziwe narodziny zjednoczonej Italii, a razem i demokracji współczesnej i idei rządów ludu.

czwartek, 18 marca 2010

Smakosz

Lis Przechera właśnie spaceruje sobie przed oknem, a nasze koćko dokładnie jak wczoraj wlazło mi na kolana i zleźć nie ma zamiaru. A mogłem spróbować zdjęcie zrobić… Lepsza Połowa raportuje spod okna, że usiadł na pastwisku i jaja sobie myje. Znakiem tego, miała rację, po głupawym wyrazie oczu sądząc, że to samiec.

Zawiozłem wczoraj Lepszą Połowę do hurtowni mięs i wędlin „Smakosz“ w Białobrzegach. Jest to dokładne przeciwieństwo ekologicznej krucjaty, która się nam tu przez łamy bloga niedawno przetoczyła. Na metce kiełbasy „piwnej“, której kawałek właśnie spróbowałem (da się zjeść!), jest osiem różnych „E“. No i co z tego? Hurtownię pokazał mi ongiś druh mój serdeczny Radek. Tutaj i w wareckiej „Biedronce“ cała okolica się zaopatruje. Te pięć świnek na mięso dla rodziny, które niedawno do Radkowego teścia zawiozłem, to już przejaw pewnego luksusu. Z czasem może i my do tego dojdziemy, aczkolwiek pomysł, żeby mi tu się jeszcze jakiś drób pętał, o kozach, świniach, krowach, czy innej zwierzynie nie wspominając – mam za szalony: już nasze czterokopytne półdiablęta weneckie dostatecznie uwagi wymagają, żeby sobie co więcej dobrowolnie na głowę brać, kiedy jest „Smakosz“ pod ręką. Skoro konie ze stacji kolejowej w środku nocy ongiś zbierałem, to skąd bym zbierał kozę..? Z pociągu..? No i kto miałby się tym wszystkim zajmować?

Byłoby to najzupełniej nieekonomiczne. Pisząc jeden artykuł (o ile ktoś się zdecyduje mi za niego zapłacić, ale to osobna historia…), co zajmuje mi dwie – trzy godziny (fakt, że czasem trzeba przedtem w bibliotece posiedzieć, w sieci pogrzebać, albo i po lesie poganiać, no ale to przecież sama radość!), zarabiam na wędliny ze „Smakosza“ na cały miesiąc. Tymczasem inwentarzem trzeba się zajmować codziennie – z dokładnie takim samym skutkiem ostatecznym. Na razie nas zatem na taką rozrzutność nie stać.

Jeszcze zanim się tu przeprowadziliśmy, ale była już zasiana i wschodząca trawa, Lepsza Połowa miała ambicję założyć ogródek warzywno – kwiatowy. Ponieważ był fragment pola, gdzie Radek z rozpędu zaorał i nawiózł, ale gdzie trawy na razie sadzić nie było sensu, to tamże kilka torebek nasion pracowicie, jedno po drugim, zasadziła. I co..? I nic: śladu nie ma. Mrówki zeżarły, albo co…

Wrócimy jeszcze do tego pomysłu i to bardzo szybko. Zdaje się, że na sadzenie drzewek owocowych właśnie teraz będzie najlepszy czas, czy tak..? Pytam się i proszę o radę. O jabłkach niedawno rozmawiałem z osobą bardzo kompetentną, która mi sadzenie sadu stanowczo odradziła: szykuje się poważny kryzys nadprodukcji, jabłka będą w tym roku bardzo tanie. Już mi zresztą wczoraj Wojtek torbę przywiózł: sadownicy darmo rozdają, on też dostał więcej, niż był w stanie spożyć, to się podzielił. Koniom smakowały. Mnie też. Ale też, po prawdzie, nigdy nie myślałem o sadzie. Miejsca – pomiędzy ujeżdżalnią a przyszłym padokiem dla ogiera, gdzie na razie, na „pustyni“, składujemy nawóz – jest na kilkadziesiąt drzewek. Chciałbym zasadzić różne głównie, nie ukrywam, w celach fermentacyjno – destylacyjnych . Różne w sensie, żeby jabłoni było kilka odmian, w różnych porach roku owocujących, ale i żeby jakieś gruszki, wisienki, czy co tam urośnie, było… No właśnie: z czego najlepiej się fermentuje, a żeby niekłopotliwe w utrzymaniu było?

Ekspozycja terenu docelowo będzie południowa. Od wschodu miejsce to chroni południowy zagajnik naszego Lasku Centralnego, od zachodu kępa karłowatej sosny, którą przy drodze zostawiłem, a od północy będzie w przyszłości niski wał ziemny, którym chcę ujeżdżalnię otoczyć. Oczywiście, jak już zbuduję dla niej drenaż i podłoże jakieś dobre do jazdy: nie w tym roku raczej.

Wyobrażam to sobie w ten sposób, że wykopię szpadlem dość głębokie doły, na spód wrzucę naturalnego nawozu końskiego i gliny, na to wsadzę sadzonkę i już. Przed zajączkiem trzeba będzie pilnować. Nasz „domowy“ zajączek tłuściutki, okrąglutki i bardzo niemrawy. Podejrzewamy, że się z Przecherą kumplują po cichu, w karty rżną i resztki pozostałe w wyrzuconych przez okoliczną ludność butelkach wspólnie spijają. Bo gdyby go Przechera gonił, to przecież taki tłusty nie miałby szans się uchować… Ale zawsze jakieś chudsze i żwawsze zające mogą się z dalszej okolicy wprosić, pilnować trzeba będzie. Choć niedaleko, bo przy drodze do wsi prowadzącej, ktoś niewielki sadzik właśnie założył i poza tym, że prowadzącą przezeń poboczną dróżkę, gdzie raz mi się zdarzyło głębokie koleiny naszą Wendi wyryć, drutem kolczastym zagrodził, to nie widzę, żeby jakoś szczególnie o to dbał.

To poproszę o rady sadowniczo – fermentacyjne w takim razie. Tę o soku brzozowym zanotowałem. A na razie jadę do stolycy. Głównie siedzieć w bibliotece, ale że i gumiaki muszę sobie nowe kupić, a najlepsze i najtańsze w Decathlonie mają, gdzie może i nowy bat do lonżowania uda się zdobyć (tak zupełnie na marginesie: dlaczego w Polsce w ogóle nie można kupić bata do lonżowania z prawdziwego zdarzenia..? Wszędzie,  ale to wszędzie sprzedają wyłącznie baty do bryczki. Bat do lonżowania powinien mieć tyle samo, co lonża, czyli 9 m długości, łącznie ze styliskiem… I co? I nic: nigdy takiego nie widziałem, chyba że w cyrku. To gdzie się zaopatrują cyrkowcy..?) – to wyjątkowo pojadę samochodem.

A nawet już dojechałem. Co poniektóre sprawunki i sprawy po drodze załatwiając. Bo tekstu powyższego, który pisać skończyłem ok. 6.30, nie udało mi się zamieścić, jak dopiero w bibliotece. Też z przygodami: tutejszy serwer, mam wrażenie, wszystkie czynne w gmachu i podłączone do wi-fi Maci uważa za jeden i nie daje mi Worda wystartować twierdząc, że już u niejakiej Ewy B. jedna kopia chodzi... Będę się musiał do pracy z siecią rozłączyć. Tak więc żegnam się z Państwem co najmniej do wieczora.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...