niedziela, 28 lutego 2010

Lis Przechera powraca…

Opowieść Lepszej Połowy: siedzę przy komputerze, o tak jak teraz. Widzę za oknem jak laskiem, od strony padoku, idzie lis. Podchodzi do linki na pranie, obwąchuje. Podchodzi pod okno, obwąchuje. Jak piesek. Potem odchodzi do lasku, węsząc to tu, to tam. Futerko już zmienił na letnie: spod włosia na nogach i na pysku wychodzi mu czerń, z czarną plamką na końcu ogona i z zakolami nad pyskiem, w stronę uszu. Oczy ma takie jak Buba, białka widać. I chyba samiec, bo jakoś tępawo patrzył…

Tymczasem sobota była upojna. Przywiozłem od Radka, druha mego serdecznego, nie tylko pompę dla naszej hydroforni, ale też sprężarkę dla hydrofora (nie dopasowałem końcówki, a że nie chcę zepsuć, czekam z nabijaniem powietrza do przyjazdu Radka) i rurkę dla podniesienia sterownika. Którą niezwłocznie, acz nie bez trudności, zamontowałem.

Potem już normalnie: sprzątanie pod wiatą, rżnięcie brzózek (i jednej małej sosenki, co by konie świeże gałęzie miały), płukanie filtra paliwa w Wendi który, nie wymieniony, zatkał się – zdaniem telefonicznie konsultowanego majstra. Nie jestem do końca przekonany, że to tylko wina filtra, ale zobaczymy… W każdym razie: skończyłem wszystkie prace tuż przed wieczornym karmieniem koni.

Nie tylko lisek szaleje. Od śpiewu ptaków w naszym lasku ogłuchnąć można, a wczoraj jakieś bardzo dziwne, acz melodyjne, godowe trele było słychać. Pojęcia nie mam, kto to tak śpiewał – ale konie z ciekawością słuchały. Koć był ze mną rano konie karmić, po drzewach biegał, gałązkami szeleścił. Dalia wlkp, już i tak dziwnie wyglądająca, bo cała w słomie, galopem spod wiaty wybiegła sprawdzić, co to za zwierz. Lepsza Połowa, która wczoraj wszystkie cztery pozostałe wylonżowała suponuje, żebym wsiadał. Boję się!


A teraz jadę z sąsiadem moim, Wojtkiem, na giełdę do Słomczyna. Może jakieś grabie w miejsce tych zmęczonych z Praktikera kupię..?

sobota, 27 lutego 2010

Hydrozagadka

Z tym laniem się do hydroforni to jest jednak pewne intelektualne wyzwanie. Rozwiązanie problemu od strony technicznej wydaje się dość proste – starczy zawór ze sterownikiem pompy wyżej podnieść. Niepotrzebną nam do niczego zamrażarkę, którą tam wstawiłem, jak jeszcze trochę poćwiczę przysiady z wiaderkiem na drabinie, może dam radę wrzucić na strych. Albo w ogóle wyrzucić, bo choć nadal jest szczelna (co poznaję po tym, że pływa), to już bałbym się ją włączać. Tak to jest ze sprzętem, którego nikt na Allegro nie chciał kupić, a wyrzucić od razu było mi żal, bo nowy i na gwarancji (zupełnie nie trafiony prezent to był…).

Gdybym się nie był spłukał do szczętu na uruchomienie samochodu, to już bym jechał do Warki po rurkę i sołtysa z narzędziami prosił, żeby to podniesienie zaworka uskutecznić.

Radkowi, druhowi memu serdecznemu piwnicę podobnoż zalewa. Wysłał więc żonę do teściów po elektryczną pompkę i gotów jest się nią (pompką, nie żoną!) podzielić, jak już przyjedzie. Chętnie pomogę w transporcie.

Tymczasem zaś, mogę sobie przysiady dowoli ćwiczyć. Jak na razie z takim głównie skutkiem, że gdyby nawet Lepszej Połowie przyszła do głowy nader nieprawdopodobna fantazja zażądania ode mnie wypełnienia (poza)małżeńskich obowiązków, to bym się z całą pewnością nie wywiązał. I nie wiem, jak mi się uda pod wiatą posprzątać: Sodomia i Gomoria, co te konie przez noc wyprawiały z resztkami siana! Fakt, znowu zaspałem. Nie wiem nawet po czym. Wróciłem z biblioteki jak mogłem najszybciej, poganiany telefonami Lepszej Połowy, która już nie dawała rady z wiaderkiem – wpadając po drodze w sam środek transportowej apokalipsy spowodowanej zalaniem tunelu średnicowego bodajże (coś mnie ta woda prześladuje..?). Nie tak więc szybko jak bym chciał, ale dotarłem do chatki o całkiem przyzwoitej porze, sklep we wsi jeszcze działał, mam dowód: piwo kupiłem! Po drodze uprosiłem zresztą telefonicznie sąsiada, żeby jeszcze raz beczkowozem do sucha wybrał, nie musiałem więc aż tak znowu na złamanie karku gnać. Zjadłem, posiedziałem przy kozie, koniom wody do wanny nalałem i zasnąłem, nie czekając nawet, aż Frodo zaplącze się w sieci tej wielkiej pajęczycy (tak to jest, jak się osobisty egzemplarz „Władcy…“ pożycza do przeczytania własnej siostrze i nigdy już nie dostaje się go z powrotem – nie ma jak sprawdzić szybko imienia, które wyleciało z głowy…: kompozycja tekstu się rwie od takich wstawek, ale co mam zrobić – jestem już w wieku, w którym przystoi lekka przynajmniej skleroza…). Więc nie wiem, dlaczego zaspałem. A tak: koć mnie nie obudził przed 5.00, jak zwykł był to czynić…

W każdym razie, moje zaspanie nie usprawiedliwia rozpirzenia na cztery wiatry pięciu niewinnych kostek siana (po jednej na łeb..?) i zamoczenia ich w kałużach, stojących przed wiatą! I co ja mam z tym teraz zrobić..? Do niczego się już nie nadają. W tym tempie, powinienem na poniedziałek jakiś transport słomy i siana zamawiać. A tu jeszcze cała lodowa skorupa bynajmniej nie zeszła, a za to już na jej powierzchni – bagno się tworzy, które trzeba wywieźć na pustynię.

Koniecznie też muszę bodaj jedną brzózkę zerżnąć i przywieźć, bo tego drewna co zostało, nawet na dzisiaj nie starczy.

Ponieważ nie wiem, od czego zacząć, to narazie odpoczywam po odpompowaniu pompą ręczno – wiaderkowo – taczkową o mocy 1 JM (Jacka Mechanicznego) wody z hydroforni, a zaraz pojedziemy na żywieniowe zakupy do wareckiej Pierdonki.

Odpoczywam i teoretyzuję sobie, skąd się ta woda w hydroforni bierze? Co poniekąd dowodzi, że jeszcze ze mną nie jest tak źle, skoro na teoretyzowanie mam dość sił. Cyt! Nie mówcie tego Lepszej Połowie, bo zaraz coś mi do roboty znajdzie… J

Hydrofornia jest w miejscu, gdzie było mi po prostu najwygodniej wybudować ujęcie wody. Przypadkiem jest to też miejsce, które wskazał zaprzyjaźniony różdżkarz – amator (zastrzeżenie że amator od niego samego pochodzi, poza tym jest inżynierem). Nie brałem, przyznaję, tego wskazania zbyt poważnie – geolog zapewniał, a i z mapy to dowodnie wynika, że woda jest tu dokładnie wszędzie, trzeba tylko odpowiednio głęboko wiercić. Ponieważ będziemy w przyszłości potrzebowali tej wody bardzo dużo: do basenu dla koni, do pieczarek i do podlewania padoków, bo w normalnym roku raczej schną marnie, niż w wodzie gniją – to od razu zakładałem, że wiercę na optymalną pod względem wydajności głębokość i nie oszczędzam na tym. Podobnoż teoretycznie mogę mieć nawet do 20 m3/h, co rzecz jasna przekracza wszelkie dopuszczalne normy dla ujęcia wody „dla potrzeb bytowych“, ale o tym też: cyt!

Hydrofornia jest niemalże w najwyższym punkcie tej działki – ale bynajmniej nie najwyższym w całej okolicy. Najwyżej położony punkt w okolicy jest na naszym Wielkim Padoku po drugiej stronie drogi, jakieś 200 m dalej i 2 – 3 m wyżej, dokładnie pod linią 200 kV, gdzie oczywiście i tak bym niczego nie pobudował. Pasowała mi w tym miejscu, gdzie jest, zupełnie niezależnie od wskazań różdżkarza, bo w ten sposób cała instalacja wodna zaczyna się hydrofornią, potem są wszystkie kolejne jej ujęcia, a na samym dole, więc w miejscu, skąd przesączanie do ujęcia wody jest najmniej prawdopodobne – ujścia, to jest istniejąca już oczyszczalnia ścieków dla przyszłego domu (teraz służąca naszej tymczasowej chatce), istniejące już składowisko nawozu na naszej pustyni, oraz przyszła płyta na obornik i przyszła, druga oczyszczalnia, potrzebna dla stajni z mieszkaniem stajennego, basenem dla koni i hotelem (o którym też, na razie, cyt!).

Podłoga hydroforni, głębokiej na trochę ponad 2 m, jest co najmniej 1,5 m wyżej niż dno przyległego dołu (raczej resztki po dole, bo większość wszak Radek, druh mój serdeczny, turem zasypał). W hydroforni zbiera się woda – a dno dołu, poza tym, że ciągle tam jeszcze trochę śniegu leży, jest całkiem suche.

Za to woda zbiera się też w jednym z mniejszych dołków, bliżej chatki, gdzie jak raz dwa miesiące temu, bo mi tak komunikacyjnie pasowało, zacząłem popiół z kozy wysypywać. Który to dół jest na pewno wyżej niż dno tamtego większego i mniej więcej na tej samej wysokości bezwzględnej, co podłoga w hydroforni.

Coś przeszkadza wodzie spłynąć do większego dołu, który w przeciwnym razie, powinien być wypełniony wodą w takim samym stopniu jak hydrofornia i mniejszy dół, z popiołem.

Jak to jest zbyt skomplikowane, to spróbuję w wolnym czasie zrobić zdjęcia – tylko, że pada, pochmurno i światło bardzo marne.

Jak Państwo myślicie, o co tu chodzi? Duży dół wiadomo, jest po prostu izolowany. Powstał po wybraniu przez ludność miejscową piasku i żwiru i częściowym wypełnieniu go na nowo śmieciami w różnej postaci, na których to śmieciach, warstwami o niewiadomej głębokości układanymi, stopniowo zaczęła się już odtwarzać gleba – bo i zarośnięty jest dość mocno. Znakiem tego, jego ściany i dno muszą być z tego nieprzepuszczalnego iłu, czy gliny, do której się onegdaj dokopałem, dół pod oczyszczalnię ścieków wybierając.

Hydrofornia jest w miejscu, gdzie ludność nie zdążyła jeszcze żwiru i piasku ze wszystkim wybrać – więc, w warstwie przepuszczalnej.

Poza tym, wybierając ziemię pod wszystkie wykopy (elektryczne, wodociągowe, kanalizacyjny), naruszyłem naturalny układ warstw – a, że wszystkie te wykopy się ze sobą łączą i spora ich część jest jednak wyżej niż podłoga hydroforni (w końcu spadki terenu nie są tu zbyt gwałtowne, nawet wiata dla koni ciągle jeszcze jest niewiele, bo niewiele, ale chyba jednak wyżej niż ta podłoga), woda gruntowa ma prawo tymi wykopami do hydroforni wracać i hydrofornię zalewać. Na to rady nie ma. Ziemia w wykopach musi się uleżeć.

Jest jeszcze jednak i taka możliwość, że może jednak ten różdżkarz miał rację? Nie chodzi o jakieś „żyły wodne“, czy temu podobne byty, których istnienie trudno jest udowodnić. Jednak może być tak, że woda ze sporej części naszego Wielkiego Padoku, nie mogąc spływać w stronę Pilicy inaczej – bo z jednej strony blokuje ją gliną widać lub innym nieprzepuszczalnym materiałem wyłożony dół i ubita droga, a z drugiej – obniżenie terenu, w który w przyszłości powstanie nasz zjazd z drogi – wali wartkim strumieniem właśnie pod hydrofornią.

W takim razie, jak przed chwilą obliczyliśmy z Lepszą Połową, jeśli jest prawdą, że naszych polach leżało tyle wody, ile wypierał pancernik Yamato, zostało mi do wybrania z hydroforni jeszcze jakieś… 7 milionów wiaderek! Fajnie, prawda..?

Jedziemy na zakupy…

piątek, 26 lutego 2010

Zużycie materiału

Wywiozłem rano wodę z hydroforni, jak wszystko inne tutaj, taczką. Przynajmniej nie wleje się tam teraz ta sama z powrotem. Wleje się inna. Po tym, jak koło południa sąsiad wybrał beczkowozem do sucha, powracająca woda sięgnęła sterownika około pierwszej w nocy. Wiem, bo Lepsza Połowa się obudziła i mnie też jakoś nie mogło się zasnąć. Teraz do sucha oczywiście nie wybrałem – ale że w nocy był dość silny przygruntowy przymrozek, to może będzie wolniej przybierać i na kilka godzin starczy.

Mieliśmy wczoraj gościa. Na szczęście, dziewczyna trochę się spóźniła, to rzutem na taśmę zdołałem wywieźć ostatnią taczkę odkutego przez Lepszą Połowę „kozią nogą“ (bo nic cięższego akurat nie mamy, trzeba się będzie na przyszłość w łom zaopatrzyć…) lodu sprzed wiaty. Co zresztą bynajmniej nie znaczy, że lodu już tam nie ma. Lepsza Połowa odkuła jakieś pół metra, od strony wiaty patrząc, na szerokość mniej więcej połowy całego frontu. Poza porąbaniem drewna, wysprzątaniem pod wiatą i wywiezieniem tego lodu, nie zdążyłem jednak zrobić dokładnie nic więcej, w tym np. zjeść coś, umyć się czy przebrać. Ładnieśmy pewnie wonieli i wyglądali.

Generalnie, to stwierdzam po sobie daleko idące zużycie materiału. Jak cholera bolą mnie mięśnie ud – każdy krok to tortura, a już klęknąć czy schylić się: nie do pomyślenia! Zwierzyłem się potem Lepszej Połowie, że gdybym, wzorem podobno wśród wykładowców akademickich popularnym, oprócz żądzy wiedzy, miał jeszcze jakieś inne żądze u naszego, skądinąd przesympatycznego gościa zaspokajać – to bym już przy tej czynności na pewno ducha wyzionął…


Tymczasem Lepsza Połowa, która zwykle narzeka, że strasznie naszych gości molestuję, zbyt wiele wiedzy naraz próbując im przekazać, sama rzuciła się wczoraj na studentkę jak pantera, trzy wykłady naraz dla jednoosobowego audytorium prowadząc. Powinienem ją chyba (Lepszą Połową ma się rozumieć), co prędzej do miasta wyprawić, żeby się trochę między ludźmi obyła i wygadała. Zamiast tego sam zabieram d..ę w troki i jadę do biblioteki. Przymrozek wprawdzie kusi dostępem do drewna na porębie, którego zbyt wiele nam przy chatce nie zostało – ale zwalczę tę pokusę bohatersko. Przy rżnięciu brzózek też trzeba się schylać…

czwartek, 25 lutego 2010

Susza Ostateczna

Zalało, to musi suszyć. Takie jest prawo natury. Hydroforni też dotyczy. Zalało ją tak, że woda aż do sterownika pompy sięgnęła – no i budzi mnie o wpół do piątej Lepsza Połowa z hibową wieścią: pompa nie działa! Spaliła się od tego załączania o pięć litrów..? E, nie: przecież nie w nocy!

Poczłapałem do hydroforni pewien już prawie, że wiem o co chodzi. Faktycznie. Wody po kolana. Wziałem wiaderko i zaczłem wylewać. Stoję na drabinie. Schylam się. Napełniam wiaderko. Prostuję. Wylewam za burtę. I tak przez pół godziny. Nagle słyszę: coś ciurka. Jakby strumyczek. Patrzę: w miejscu, gdzie rura w ścianę wchodzi, gejzer bucha. Wszystko, co wylałem górą, właśnie wraca dołem.

Na powierzchni ziemi przed hydrofornią dziurka się zrobiła, jak po krecie i wir i woda tym wirem z hałasem do hydroforni wraca. Ładnie!

Już myślałem, że póki sołtys z motopompą nie przyjedzie, wody nie będzie. Ale nie. Udało się załączyć. Pewnie, że nie na długo – woda, wiadomo od Archimedesa, będzie się lała, aż się poziom wyrówna. Nie zaleje hydroforni po dach tylko dlatego, że wcześniej zacznie spływać wierzchem w stronę niżej położonej naszej chatki i lasku (gdzie jest sam dół działki), a potem – przez padok do wsi. I w ten sposób w miejscu naszej hydroforni trysną źródła Nowej Amazonki. Albo Nilu. A my już na zawsze zostaniemy bez wody. Bo jak Nil – to przecież i pustynia, prawda? Prawo natury…

Trzeba będzie ten sterownik podnieść wyżej i tyle. I tak cud Boski, że dopiero teraz zalewa.

Poza tym, to ze zmęczenia i irytacji kręci mi się w głowie. Irytacji wielokierunkowej i wielostopniowej. Już chyba przechodzącej w rezygnację, zresztą – choć się przedtem, zupełnie niesprawiedliwie, Lepszej Połowie za niewinność oberwało.

Nasze księżniczki, oprócz wyrafinowanej urody, posiadają równie wyrafinowany smak. Owies na słodko wywołał u nich równie wielki entuzjazm jak ryż na słodko serwowany w barze mlecznym z dżemem jabłkowym i śmietaną u pewnego znajomego Japończyka. Czyli zgoła żaden!

Kolacja przedwczoraj, kiedy podaliśmy go po raz pierwszy, ciągnęła się przez to pół godziny, bo przecież każda musiała sprawdzić, czy przypadkiem u koleżanki nie jest lepsze, a już w ogóle to najbardziej zjadliwe było to coś po rozsypaniu na ziemi.

A wczoraj rano obudziło mnie dojmujące poczucie, że coś jest nie w porządku… Co? Jasno było… Jasny gwint! Zaspałem. Prawie całą godzinę. No i w efekcie pierwszy raz w tym roku konie dostały śniadanie przy świetle dziennym. Nim pojechaliśmy na targ zdążyłem pobawić się Wendi – stwierdzając najpierw, że istotnie, leje się po wężu wychodzącym z pompki wspomagania, a potem – że utknąłem w śniegu przed chatką, a dla wyjechania potrzebne były długie, intensywne i bolesne ćwiczenia przód – tył, oraz łopata – ziemia – powietrze tylko dlatego, że zapomniałem załączyć napęd na przód… A przejechałem naszą drogę, która od pewnego już czasu jest dość wyboistym i zdradliwym dnem rwącego strumienia (to ten przyszły Nil…). Widać można! Powiem panu Heniowi, listonoszowi, żeby się gonił, jak będzie chciał, co by do niego wyjeżdżać. Ja mogłem, to i on da radę!

Zdążyłem też te poranne ćwiczenia rakietowo – gimnastyczne i panienek naszych humory Państwu opisać. Tylko, że mi tego opublikować nie dało. Połączenie nawet było, ale tak niestabilne, że się menu panelu „Nowy post“ nie umiało do końca załadować.

W Warce dopytałem się, gdzie w Grójcu zakuwają przewody hydrauliczne. Trochę było przy tym komplikacji, bo pan, który zakuwa, sam przewodów nie zdejmuje ani nie zakłada (proszę, jaka wąska specjalizacja! A podobno mało jesteśmy urynkowieni…) i skierował mnie do warsztatu po drugiej stronie Grójca (ale wreszcie zacząłem się trochę orientować w topografii tego miasteczka dzięki tej wycieczce! Bo kiedyś na rynku z przyczepą zabłądziłem…). Ale dało się. Zakute, zdane, zapomniane. Bo wszystkiego 80 zeta, łącznie z robocizną (z czego robocizna 50: następnym razem sam wyjmę i stopem pojadę…). Cztery razy mniej niż bym za sam tylko wąż zapłacił, gdybym go chciał wymieniać. Ponieważ na tym przewodzie jest jeszcze jedno potencjalnie słabe miejsce (bo w ogóle długi jest i skomplikowany…), które pewnie też wcześniej czy później puści – to myślę, że jeszcze mi przyjdzie do Grójca w tej sprawie pojechać, tfu, tfu, tfu!

W tym czasie, gdy ja się bawiłem w mechanika (chłopak, który węża zdejmował i zakładał, pierwszy raz grzebał w Patrolu, trzeba było mu pomóc), Lepsza Połowa szalała z miotłograbiami. Które, nota bene, też już zaczęły się męczyć materiałowo – mnie się w rękach trzonek, z rurki stalowej złożony, tam i z powrotem wyginał potem… Pozgrabiała mierzwę z placu przed wiatą oraz to wszystko, co z taczki przez dwa miesiące uroniłem wzdłuż drogi. Wyszło tego 12 nawrotów taczki na same tylko kupki, które pozgrabiała i – nie mogąc taczki w mokrym śniegu poradzić - zostawiła. A jeszcze trochę trzeba było, chociażby symbolicznie, spod wiaty wybrać. Skończyłem zwozić i wybierać akurat na kolację. Która znowu się ciągnęła, a wybredne panienki po raz kolejny wysypywały ziarno na ziemię i zamieniały się wiaderkami. Nie powinienem może się przyznawać, ale również i one zaczęły mnie irytować. A już ten obrzydliwy zwyczaj, żeby kostki siana, do których mają teraz swobodny dostęp, bo barykada ze słomy, z braku wystarczającej ilości słomy, padła ostatecznie właśnie wczoraj, wynosić na mokre..! Za konie oberwało się Lepszej Połowie…

Za oknem mokro i ponuro. Od wczoraj siąpi jakiś drobny i rzadki kapuśniaczek. Nie chce mi się nawet powieką ruszyć. A tu tyle rzeczy do zrobienia! Sołtysa trzeba nakłonić, żeby z motopompą jednak do nas zajechał. Na dłużej tego starczy niż wylewania wiaderkiem – zwłaszcza kiedy, wiaderkiem wylane, od razu wlewa się z powrotem. Słomy trzeba od Radka przywieźć. Takoż od Radka sprężarkę pożyczyć i hydrofor naprężyć. Już nowa warstwa mierzwy wyszła, trzeba pozbierać. Lepsza Połowa wysunęła rewolucyjny projekt, żeby lód skuć i razm z mierzwą wyrzucić. Fakt, pomysł dobry, ale jak to zrobić..? Resztę drewna, które jeszcze w poniedziałek przywiozłem, trzeba porąbać. Kiedy uda się przez tę breję dobrnąć do poręby i przywieźć następną partię – Bóg raczy wiedzieć. Zleceniodawca się (słusznie) zaczyna niecierpliwić – trzeba w bibliotece posiedzieć i to co najmniej przez kilka dni. Ale jak to wszystko zostawić, jak tu cały czas klęska żywiołowa..?

wtorek, 23 lutego 2010

Żegnajcie, kochane pieniążki..!

Pojechałem, zobaczyłem, przepuściłem... Tyle w temacie dzisiejszej wycieczki do stolycy. Zapłata za remont samochodu plus odnowienie obowiązkowego OC (taki haracz na rzecz pewnych cwanych facetów, jaki nasze gosudarstwo i prawie wszystkie inne na świecie, jakiś czas temu ustanowiło...) pochłonęły 3/4 wszystkiego, co jeszcze miałem - a pozostałej 1/4 to już nie widziałem sensu oszczędzać. Mamy więc nowe miotłograbie, w miejsce tych, co im się materiał zmęczył, zapas żarcia dla kota, nowy psikacz kiblowy, czytadło pociągowo - bezsennowe w postaci "Dżumy w Breslau" (a tak, nie czytaliśmy jeszcze - strasznie jesteśmy zapóźnieni, jeśli idzie o modne nowości czytadłowo - pociągowo - bezsennowe, a to przez tę manię kolekcjonowania "Litwy i Napoleona...", czy temu podobnych dzieł, w sam raz nadających się do szybkiego samosądu nad nieostrożnym włamywaczem...), preparat rzekomo poprawiający odporność dla czterokopytnych (złożony głównie z cukru i wyciągu z dziewanny... Dziewanna..? Dziewanna...? Jak to gdzie - pod wiatą, pełna wody...) oraz baterię butelek, łącznie z butyliszczem River Queen wielkości co najmniej Queen Mary... A niech tam! Jak mnie to zainspiruje do jednego chociaż tekstu, za który ktokolwiek zechce mi zapłacić, inwestycja się zwróci z nawiązką!

Oczywiście, naprawa naszej Wendi się nie powiodła. To jest - powiodła się tylko częściowo. Jak przytuptałem do warsztatu, Majster właśnie obwoził nią swoich przyjaciół. Widać był pewien, że wszystko działa jak należy! Majster jest pasjonatem: ale też jego pasja nie ustrzegła go przed fundamentalnym błędem. Kupił w końcu nowego Patrola. Każdy wie, że 19-letni Patrol, jak mój, jest o wiele lepszy od fabrycznie nowego: już choćby dlatego, że ma normalną, mechaniczną pompę wtryskową, którą da się, w razie potrzeby, gumą do żucia zacerować i też chwilę podziała - a nie sterowany komputerowo mechanizm bezpośredniego wtrysku który, jeśli siądzie, albo, co właśnie Majstrowi się przydarzyło, jest po prostu źle zestrojony - to już tego żadna ludzka, ani Boska siła nie naprawi... W efekcie moja maszyna śmiga i szybciej i zrywniej od jego, i nawet mniej ropy żłopie, choć w to mi żaden nawiedzony "ekolog" pewnie na słowo nie uwierzy...

Więc Majster, rozkoszując się jazdą naszą Wendi, dał dowód, że o jej całkowitym wyleczeniu jest przekonany. Niestety. Kilka godzin i 40 km później (tyle mi zajęło miotanie się po mieście: zupełnie odwykłem do "warszawskiego" stylu jazdy, bez użycia kierunkowskazu, za to z jawnym nadużywaniem telepatii, w której, wstyd przyznać, zupełnie nie celuję...), wspomaganie kierownicy odmówiło posłuszeństwa. Majster wymienił pompkę - a teraz leje się bodaj z przewodu. Który już sam sobie wymienię. Jak się zrobi widno i jak kupię nowy.  Mam nadzieję, że będą mieli w Warce..?

Do biblioteki nawet nie zajrzałem. Ale też, nim się uporałem z koniecznymi sprawunkami, było już popołudnie. Pojadę jeszcze raz w tym tygodniu, jak Bóg da - pociągiem i tylko do biblioteki, a nie gdzie indziej...

Za to Lepsza Połowa borykała się sama z gospodarstwem. A właśnie zaczął się na powrót sezon ucieczek. Najpierw wylazła przez ogrodzenie na drogę Margire - a jak tą Lepsza Połowa już złapała i lonżowała chwilę, co by jej głowę, zbyt widać rozpaloną, nieco ochłodzić - wylazła też Osman Guli. Wylazła. Zobaczyła co się dzieje z młodszą koleżanką i... sama wróciła pod wiatę! Nie ma to jak terror! :-)))

poniedziałek, 22 lutego 2010

Dżygit, czyli (na razie) koniec hrabiny


Jeden z tych dżygitów ewentualnie mógłby wyglądać jak na zdjęciu. Panie proszone są o wyrażenie opinii: czy dostatecznie ognisty i czarnobrewy dla naszej wydelikaconej, rudowłosej hrabiny..?

Maseczki z poziomek dobry pomysł, sam bym na to nie wpadł. Więcej takich! Może kąpiel w kumysie..? To wprawdzie głównie lekarstwo na kaca, ale Tołstoj bodaj na skołatane nerwy zażywał, a skoro Kleopatra w oślim mleku się kąpała..?

Natomiast sprawa nie jest ani łatwa, ani mała. Jeśli powieść ma być realistyczna, to nie można z P.T. Czytelników robić idiotów i trzeba trzymać się faktów, na ile to tylko możliwe. Faktów, czyli: topografii, języka, realiów i smaczków miejsca i czasu. W Piatigorsku byłem - wiem, jak wyglądał tor wyścigowy nim go Francuzi całkiem przebudowali, ale jak wyglądało miasto, którego przy tym nie zdążyłem zwiedzieć, końmi zajęty - w roku 1912? Hrabina mogła po nim jeździć tramwajem, bo dwie linie w 1904 roku otwarto. Zresztą, do tej pory są to jedyne (poza Kaliningradem, czyli Królewcem) w całej Federacji Rosyjskiej linie o rozstawie szyn 1 m, co umożliwia używanie "jewropejskiego" taboru.

Już wystarczy, że przez chwilę bałem się, że generałów Kuropatkinów pomyliłem. Aleksego Mikołajewicza z jakimś "P.A. Kuropatkinem". Ale nie. To na stronie Jejska jest błąd! Wszystko trzeba sprawdzać. Ale koncepcję już mam. Będzie krew, pot i wszystkie inne płyny fizjologiczne, jakie tylko chcecie, Natomiast, chyba nie tutaj. Szkoda miejsca. Ogłaszam zatem wszem i wobec, że temat hrabiny na tym blogu niniejszym się zakończył. Gdzie i kiedy pojawi się ponownie - dam znać, jak coś na początek napiszę.

Dzień był dzisiaj piękny. Że w nocy i rano jeszcze był mrozek (ale nowy kabelek grzewczy na kranie pod wiatą działa jak złoto, w dwie minuty kran przy śniadaniu odmroziło!), to najpierw skorzystałem z ponownie zamarzniętej dróżki i przytargałem kilka taczek drewna. A potem bardzo porządnie wysprzątałem pod wiatą. Lepsza Połowa twierdzi, że celebruję to sprzątanie. Pewnie ma rację. Jak zawsze zresztą. Ale lubię to robić i tyle. Jutro nie zdołam, bo muszę rano po samochód do Warszawy jechać. Teraz jeszcze tylko za chwilkę sprawdzę, jak tam czterokopytne i - spać. Dobrej nocy życzę Państwu!

niedziela, 21 lutego 2010

Lód

Przed wiatą dla koni ciągle leży około dziesięciocentymetrowa skorupa ubitego kopytami lodu, zmieszanego z resztkami gówna, siana i słomy – wszystkiego, co się zebrało przez dwa miesiące, w trakcie których śniegu tylko dopadywało, nie pozwalając wysprzątać tego miejsca do gruntu. Codziennie wierzchnia warstwa lodu odmarza, pozostawiając na powierzchni mierzwę z końskiego nawozu, siana, słomy, resztek gałęzi, które konie przez te dwa miesiące zjadły i wszelkiego innego brudu. Codziennie tą wierzchnią warstwę staram się zbierać. Jeśli nie będę tego robił, osiądzie w końcu na powierzchni ziemi, tworząc nieprzepuszczalną dla wody, gnijącą powłokę.

Już raz tak było. W październiku. Po kilku dniach zalegania śniegu, który spadł 14 października została nam na długo pamiątka w postaci bagna przed wiatą. Nie chcę nawet myśleć, co się stanie, jeśli teraz zaniedbam zbieranie tej mierzwy!

Nie jest to takie łatwe. Wczoraj rozpadły się ostatecznie stalowe miotło – grabie z Praktikera, które już wcześniej dwa razy z elementów pierwotnych składałem. Trzeci raz złożyć się już nie dały. Zmęczenie materiału. Rację miał mój przyjaciel Janek, gdy mówił, że w Europie porządnego hardware’u nie sprzedają! Szkoda, żeśmy jego pomysłu, na otwarcie w Warszawie sklepu z amerykańskim sprzętem typu siekiery, łopaty, szpadle, grabie – w końcu, z braku pieniędzy, nie zrealizowali. Przynajmniej może jakie porządne grabie by mi potem zostały. Albo taczka, która by się po dwóch miesiącach nie rozpadła.

Dziś, w każdym razie, posprzątaliśmy wspólnymi siłami dość porządnie. Co było o tyle łatwiejsze, że chłodniej niż wczoraj i lód wolniej się rozpuszczał. Choć nasza droga do wsi na odcinku, na którym idzie wzdłuż naszego ogrodzenia, jest już wolna od śniegu i lodu. Za to cała ta rozpuszczona woda spłynęła niżej, bliżej wsi – i przejść do wsi bardzo trudno, polami przez ciągle głęboki śnieg trzeba kluczyć.

Nadeszła pora by zdecydować ostatecznie, jaka będzie konwencja gatunkowa naszej wspólnej opowieści o hrabinie i jej wierzchowcach (tudzież dżygitach, hrabim, generale Kuropatkinie i pewnie jeszcze kilku innych postaciach…)? Wygląda na to, że siłą rzeczy najbliżej jest nam do realistycznej powieści w XIX-wiecznym stylu tak, jak tu już nas na samym wstępie zaszufladkowano – ale taka etykietka przecież nie wyczerpuje całości problemu! Czy ma to być romans, powieść szpiegowsko – detektywistyczna, historyczna, czy może realizm odrobinę magiczny..?

Jak na razie zmierza to, w sposób trochę niekontrolowany, w stronę historii alternatywnej. Co by było, gdyby achałtekińce miały swoją lady Westwood, której w rzeczywistości nie miały?

Manipulacje historią muszą mieć jakiś sens. Obawiam się, że jedna taka hrabina, nawet nieprzytomnie w tych koniach zakochana i nawet importująca je setkami na Zachód, póki jeszcze było można – niewiele by zmieniła.

Konie achałtekińskie z całą pewnością nie są ani o gram gorsze od arabów. Nie są też żadną „środkowoazjatycką odmianą araba“. To całkowicie niezależna, samodzielna i bardzo starożytna (w każdym razie, posiadającą o wiele dłuższą pisaną historię niż konie arabskie) rasa gorącokrwistych koni orientalnych. Oczywiście, że każdy miłośnik tych koni chciałby, żeby zajmowały teraz w końskim świecie taką pozycję, jaką mają araby. Czyli – drugiej po koniach pełnej krwi angielskiej rasy uważanej powszechnie za ideał i wzorzec i używanej do uszlachetniania i tworzenia innych ras.

Przodkowie koni achałtekińskich byli bardzo blisko tej pozycji. Gdyby Imperium Ottomańskie  jeszcze z pół wieku utrzymało się jako groźna potęga…

Tak się nie stało. Poza Turkami konie z Azji Środkowej interesowały tylko Rosjan. I nikogo więcej. W 1912 roku, pięć lat po radykalnej zmianie sojuszy i rosyjsko – brytyjskiej entencie, Turkmenia była wewnętrzną sprawą Rosji i nikt palcem by nie ruszył, żeby tam w ogóle pojechać. Bo i po co? Albo to gdzie indziej nie można się piasku i kobylego mleka nałykać..? Zresztą i wcześniej, gdy jeszcze trwała rywalizacja mocarstw o Turkiestan, Brytyjczycy od początku Turkmenię sobie odpuszczali – jest zbyt izolowana i leży zbyt daleko od morza (Kaspijskiego przecież nie można liczyć…), żeby dało się tam tanim kosztem jakąś przykrość Rosjanom zrobić.

Tymczasem Bliski Wschód co najmniej od wyprawy Napoleona do Egiptu nieustannie przyciągał uwagę Zachodu. Szczególnie Brytyjczyków. Nie tylko z uwagi na bezpieczeństwo najkrótszej drogi do Indii. Wszak – jak ktoś mądry kiedyś zauważył – podstawą religijnego wychowania w anglikańskich szkołach był Stary Testament. A to czyniło z Palestyny i okolic środek świata nawet w czasach, gdy realnie ta jałowa, kamienista ziemia nie była warta złamanego funta – tj., zanim Francuzi, na złość Anglikom, przekopali Kanał i zanim się okazało, że kawałek dalej spod piasku tryska ropa, która jest jednak czymś więcej, niż tylko geologiczną ciekawostką…

Konie arabskie po prostu nie mogły nie zrobić światowej kariery. Europejczycy już w XVIII wieku przebierali się za Beduinów, studiowali Koran i uczyli się arabskiego. Za Turków się nie przebierali, tureckiego się nie uczyli, a turecka poezja do tej pory jest ezoteryczną dziedziną, znaną łącznie nie więcej niż dziesięciu specjalistom na świecie. O koniach tureckich, jak niedawno sprawdziłem, nie ma ani jednej publikacji w języku innym, niż turecki! Tym mniej kogokolwiek interesowała mityczna prakolebka wszystkich Turków – Turkmenia. Kiedy lady Westwood, nie mając na to najmniejszego cienia dowodu, orzekła autorytatywnie, że konie, na których jeździli Turcy – a które, importowane na Wyspy, posłużyły wszak do wyhodowania koni pełnej krwi angielskiej – to wszystko były „araby najwyższej klasy“, nikt nawet nie pomyślał, aby to gołosłowne stwierdzenie weryfikować.

Oczywiście że utuczeni petrodolarami szejkowie nie mają żadnego interesu, żeby ten stan rzeczy zmieniać. Posiadanie rzekomo najstarszej i najszlachetniejszej rasy koni na świecie nobilituje przecież tak niedawno pogardzany nawet przez innych Arabów, nędzny, koczowniczy żywot ich dziadów i pradziadów. Tak samo nie mają w tym interesu hodowcy koni arabskich, co przecież jasne.

Historia mogła się potoczyć odmiennie, gdyby nie było rewolucji i bolszewizmu w Rosji. Generał Kuropatkin dożyłby swoich dni w rodzinnym majątku Szeszurino pod Pskowem, nie napastowany przez żadnych „bandytów“. Konie, które promował, znajdowałyby nabywców wśród rosyjskich arystokratów – oraz, oczywiście także wśród rosyjskich szejków naftowych (diamentowych, węglowych, stalowych, tekstylnych i innych…), którzy w ten sposób próbowaliby się do arystokracji zbliżyć. Ta moda ogarnęłaby z czasem także inne kraje na świecie. Koni achałtekińskich byłoby dzisiaj nie 5 czy 6, a 100, może 200 tysięcy – i nie pochodziłyby od całkowicie przypadkowych 468 klaczy i 287 ogierów, jakie udało się zrabować bolszewikom nim większość bogatych Turkmenów uciekła (przecież, że nie na piechotę…) przez góry do Iranu i Afganistanu – tylko od najlepszych koni, wybranych z licznej i różnorodnej populacji.

Obawiam się jednak, że wąskie, gładkie, arystokratyczne rączki naszej hrabiny to za mało, aby przestawić zwrotnice Dziejów i zatrzymać Demona Rewolucji! Dukaj, do którego się tu nieprzypadkowo w tytule odwołuję, żeby tego Demona bodajże spowolnić, skuł go z innego wymiaru przybyłem Lodem. A i to na długo nie wystarczyło…

Jeśli więc nasza hrabina ma być tekińską lady Westwood – to jej misja, zgodnie z historyczną prawdą, skazana jest na niepowodzenie. Dlatego właśnie, w żadnym razie NIE MOŻE kupić Melekusza, a tym mniej – wywieźć go zagranicę, nim bolszewicy staną u bram aszchabadzkoj słucznoj koniuszni!

Co do anatomii i fizjonomii naszej bohaterki, nie czuję się tak kompetentny jak w kwestiach natury ogólnej. Propozycja, aby była kopią Awdotji Jakowlewny wydaje mi się kłócić trochę z jej rolą niedoszłej tekińskiej lady Westwood. Żeby próbować taką rolę odgrywać, raczej nie powinna być Rosjanką.

Prawdę pisząc, od samego niemal początku, a już na pewno od czasu drinków z palemką i malowania paznokci, najbliższy mi jest taki wizerunek hrabiny:
 Tyle, że ma go przez 24 godziny na dobę i nie zamierza zmieniać!

sobota, 20 lutego 2010

Z hrabiną w pustyni i puszczy…

W takim razie mamy już jasność co do miejsca i czasu akcji. Jest lato 1912 roku. Na piatigorskim torze wyścigowym odbywa się wszechrosyjska wystawa rolnicza. Jedną z jej głównych atrakcji jest prezentacja i wyścigi bardzo rzadkich i kosztownych, złotych koni z Obwodu Zakaspijskiego – ulubionej rasy wpływowego generała Aleksego Mikołajewicza Kuropatkina, nieszczęsnego wodza naczelnego w przegranej przez Rosję wojnie z Japonią, a w tym momencie – członka świty carskiej i wielkiego propagatora tekińskich koni, dla których ufundował stado ogierów pod Aszchabadem.

Generał, jak widać na załączonym zdjęciu, mężczyzna postawny i budzący respekt, a przy tym niezmiernie szarmancki i błyskotliwy (był w końcu prymusem Akademii Sztabu Generalnego, a że w polu to już mu gorzej szło…), doskonały jeździec – budził w towarzystwie mieszaninę fascynacji i odrazy. Fascynacji i odrazy wynikającej z rozmiarów klęski, do której się przyczynił, a której mimo to nie wystarczyło, aby pozbawić go wpływu na cara… Czy zresztą wpływu na cara, którego już za kilka lat potrafił będzie owinąć sobie wokół palca taki prymityw jak Rasputin, cokolwiek mogło pozbawić..?

Hrabina przyjechała na wystawę ze swoim mężem, reprezentującym w Rosji francuskich producentów maszyn rolniczych. Przyjechała także dlatego, że położony na Przedkaukaziu Piatigorsk i pobliskie Mineralne Wody przeżywają w związku z wystawą najlepszy sezon towarzyski w swojej historii. Cała śmietanka rosyjskiej arystokracji, car z dworem, korpus dyplomatyczny: wszyscy rozłożyli się w tych dwóch miastach – kurortach, ciesząc się świeżym, górskim powietrzem, niebem wysokim i błękitnym jak sklepienie gotyckiej katedry, widokami oraz, ma się rozumieć własnym, jakże uroczym towarzystwem.

Rautom, przyjęciom, kawalkadom, piknikom, wycieczkom, balom – nie było końca. A wszystko kolorowe, tonące w nieznanym już dzisiaj przepychu wyszukanych kreacji pań, różnokolorowych mundurów panów, egzotycznych Kozaków wszystkich trzynastu wojsk kozackich Wszechrosji, Turkmenów, Gruzinów, Tatarów, Kałmuków, Baszkirów i stu innych nacji, z których wiele już za dziesięć lat przestanie istnieć w ogniu wojny domowej i komunistycznego terroru. Na balach prym wiodą adepci carskiego Korpusu Paziów – najbardziej elitarnej i wymagającej szkoły dla dobrze urodzonej młodzieży na świecie. Na kawalkadach prześcigają się w dżygitówce absolwenci Oficerskiej Szkoły Jazdy w Petersburgu, słynnej na cały świat z tego, że jej instruktorzy potrafili konie nauczyć galopowania do tyłu, z prawdziwymi dżygitami z Kaukazu i Azji Środkowej. Nic dziwnego, że hrabina wstaje dopiero o jedenastej. Choć, moim zdaniem, poranki w Piatigorsku są co najmniej równie piękne jak wieczory!

Mamy tu cały blichtr i piękno świata, który dziś możemy oglądać tylko na wyblakłych pocztówkach. Świata, który jeszcze tańczy i pręży muskuły, ale którego dni i godziny są już policzony. Który mógł w swoim czasie wzbudzać zawiść lub nawet nienawiść u wielu – ale jakiekolwiek by nie były jego grzechy, na pewno nie zasłużył na tak straszny koniec, na takie męki, w jakich przyjdzie mu za kilka lat zaledwie ginąć…

Jakie konie prezentowano na wystawie, dokładnie nie wiadomo. Jest jednak niemal pewne, że był tam trzyletni wówczas, złocisto – bułany Melekusz – ostatni syn legendarnego Bojnou, nigdy nie pobity na torze i już w dwa lata później zakupiony przez generała Kuropatkina dla jego stada ogierów. Ten sam Melekusz w 1923 roku będzie reprezentował rasę na pierwszej już komunistycznej wystawie rolniczej w Moskwie – i tam zafascynuje się nim też hrabia i też francuski, tyle że z rodziny od ponad dwóch stuleci w Rosji osiadłej, Włodzimierz Piotrowicz Szamborant, najwybitniejszy hodowca koni achałtekińskich XX wieku. Ojciec Włodzimierza Szamboranta, oficer remontowy carskiej kawalerii, mógł być w Piatigorsku 10 lat wcześniej. Być może nawet z żoną i rocznym wtedy synem?

Może, jak hrabia z hrabią, byli spokrewnieni z mężem naszej hrabiny? Może więc się poznali? Może pojawił się tu jakiś dyskretny wątek sympatii, z której potem i młody Włodzimierz, rzecz jasna kryjąc się możliwie jak najstaranniej, bo gdyby się to wydało, pewien byłby śmierci, mógł skorzystać w razie potrzeby? Już za kilka lat ambasada francuska będzie proponować generałowi Kuropatkinowi bezpieczny azyl – ten jednak nie skorzysta i pozosanie aż do końca w swoim majątku, ucząc w wiejskiej szkole chłopskie dzieci, nim go bliżej nieokreśleni „bandyci“ w 1925 roku nie zabiją. Może i za tym gestem stać będzie wciąż jeszcze czynny i pomny nawiązanej w Piatigorsku przyjaźni mąż naszej hrabiny?

Tyle tła historycznego. Teraz fabuła. Czy hrabina może ulec fascynacji niezwykłymi końmi i nadszarpnąć majątek męża z tego powodu? Może. Jednak nie przesadzajmy. Melekusza przecież nie kupiła! Dlaczego? Jakaś intryga się tu zawiązuje. Jak Państwo myślą – dlaczego hrabina nie kupiła Melekusza? Co się takiego stało pomiędzy hrabiną, hrabią i generałem Kuropatkinem, że to generał zdobył tego ogiera – i to dopiero w dwa lata później? I że mimo to, najwyraźniej pozostali przyjaciółmi?

Dalej: trzeba dbać o psychologiczną wiarygodność postaci. Czy hrabina może się aż tak zapomnieć w swojej fascynacji, że przestanie malować paznokcie i dbać o cerę? Że przestanie flirtować, kupować nowe stroje i błyszczeć w towarzystwie? Jak myślicie?

Finansowe kłopoty hrabiego. Być może jakaś, wymuszona nagle oprotestowanym wekslem „pożyczka“ z firmowej kasy? Groźba dymisji, może nawet uwięzienia. W ostatniej chwili małżonków ratuje tajemniczy wybawiciel. Jednak, taka pomoc też ma swoją cenę. Jaką?

Czy wśród maszyn rolniczych, jakie sprzedaje hrabia, nie ma też przypadkiem – bardzo wówczas popularnej maszyny kaliber 75 mm?


Dylematów jest więcej. Może Państwu się jeszcze jakieś nasuną? Kończę, bo skończyła się u nas dzisiaj Era Koła: dróżki, w śniegu wytyczone się pozapadały i taczką nie sposób przejechać, nosiłem więc drewno z poręby w worku. Po pół worka, bo jak chciałem ładować więcej, to nie dawałem rady, a worek dziwnie trzeszczał. Jestem z siebie dumny. Nosząc to drewno zachowałem się jak człowiek cywilizowany. Dziki człowiek nie nosiłby drewna z poręby, tylko porżnął na szczapy lasek przy domu. Że jednak przeznaczyliśmy go na park, rżnąć go nie wypada… W każdym razie, trochę jestem zmęczony. Dobrej nocy Państwu!

Hrabina we mgle

Za oknem mgła. Wieczorem zaczął padać deszcz. Pewnie nie padał przez całą noc, bo konie już suche. Śnieg też bynajmniej do końca nie spłynął. Pancernik Yamato kulawo, bo kulawo, z wielkim przechyłem, ale trzyma się jeszcze na powierzchni. Czyżby to miał być cały ten katalizm na dzisiaj w prognozie pogody zapowiadany?

Zdążyliśmy dać koniom czosnku, nim je deszcz zmoczył. Zwykłego, nie spreparowanego, więc jego ostry zapach wszystkie, poza Glusiem (od razu widać, że facet!) odrzucał i kolacji nie dojadły. Nie aż tak co prawda, jak za pierwszym razem, na jesieni, kiedy Osman Guli chodziła od wiaderka do wiaderka i od koleżanki do koleżanki i wszystkim oddechy wąchała, przezbawanie się przy tym marszcząc! Absolutnie nie wierzę, że pokasływanie Melesugun może wynikać z nadmiaru pyłu. Siano trzymane praktycznie pod gołym niebem (tj. pod dachem, ale przecież że bez ściany), przestaje pylić w ciągu najdalej 24 godzin od złożenia na kupę. Że zaś ostatnia kupa z suchej stodoły przyjechała do nas ponad tydzień temu, o pyleniu mowy być nie może. Zresztą, kobyła pokasłuje nie tylko pod wiatą, a nawet nie głównie pod wiatą. Najbardziej pokasłuje, jak się rozgrzewa, np. kuper do słoneczka wystawiając, albo ganiając Glusia.

Prawdę pisząc, nic wczoraj nie robiłem. Z wielkim bólem i trudem posprzątałem pod wiatą. To wszystko. Że jednak nie można żyć w takim marazmie zbyt długo, wróćmy może do naszych baranów, czyli do hrabiny. Co wiemy o hrabinie?

Już z samego tytułu wynika, że jest mężatką albo wdową. Jeśli rozwódką, to co najmniej po księciu. Myślę, że taką komplikację możemy sobie odpuścić. Zresztą, tak czy inaczej, skoro mamy hrabinę, pojawia się od razu druga konieczna postać – jej mąż, hrabia. Żywy lub umarły. Obecny i kochający lub zaginiony w dżungli Borneo albo na mongolskim stepie, dokąd hrabina, jako kobieta dzielna i przytomna, będzie musiała się mu na ratunek udać. Albo też – tyran domowy, biedną hrabinę trzymający w złotej klatce? Która opcja najbardziej się Państwu podoba..? Może jakaś zupełnie inna jeszcze..?

Dalej: hrabina z całą pewnością jest bardzo piękna. Inaczej, po co miałaby się konserwować, śpiąc do jedenastej? Opcję, że jest po prostu grubą i leniwą babą, której nie chce się z wyra zwlec, ze wstrętem odrzucam! Skoro zaś hrabina jest bardzo piękna, to już sam ten fakt wymusza cały szereg fabularnych komplikacji. Niezależnie bowiem od męża, hrabina z pewnością wzbudza dzikie żądze – albo wręcz przeciwnie: romantyczne, choć namiętne uczucie – w wielu innych mężczyznach. Mogą ją nieśmiało wielbić, przesyłając anonimowo kwiaty i wiersze, a mogą też nastawać na jej małżeńską cnotę brutalnie i obcesowo – na przykład wykorzystując jej trudną sytuację z zaginięcia męża na mongolskim stepie wynikłą… Hrabina może ulec brutalnemu gwałtowi i zemścić się później, a może też zakochać się w swym wielbicielu, który jej rycersko w niebezpiecznej wyprawie będzie towarzyszył i własną piersią przed niebezpieczeństwem osłaniał tak, że popadnie, biedna, w dylemat moralno – erotyczny pomiędzy uczuciem do męża (być może też ojca ich dzieci? Nie wiemy nic o hrabiny potomstwie!), a fascynacją dzielnym wybawcą. Może zresztą żadnego dylematu nie będzie? Może to małżeństwo z wyższych sfer było tylko konwenansem i hrabina, zwłaszcza z dala od cywilizacji i plotkarskich serwisów internetowych (Ups! Nie ustaliliśmy, w jakim czasie dzieje się nasza opowieść! Czy są już plotkarskie serwisy internetowe, czy tylko pospolity magiel..?), będzie mogła ulec wreszcie własnym namiętnościom bez wstydu i żalu..?

Pomysł z witaniem się po przedbudzeniu z ulubionym wierzchowcem jest trochę w guście Kaliguli. Myślę, że czytelnikom bardziej by się spodobała nieco mniej niekonwencjonalna osobowość w roli głównej bohaterki. Owszem konie, jak to hrabina, mieć powinna. Co powiecie na ulubionego irlandzkiego huntera do polowania par force na lisa? Do tego czwórka siwków do powozu. Kłusaki orłowskie, podczas wyprawy przez Rosję do Mongolii nabyte, byłyby w sam raz. Poza tym hrabina, jako kobieta piękna, dzielna i przytomna, może mieć też jeszcze i jakie inne hobby: np może się diabelnie dobrze fechtować szpadą? Strzelać z łuku? Albo znać 17 języków? Wróć! 17 języków (czy już 19..? Straciłem rachubę…) zna Lepsza Połowa, a lepiej nie mieszać fikcji z rzeczywistością… Generalnie, hrabina powinna lubić drinki z palemką i malować paznokcie. Czyli to, co w mniemaniu czytelniczego pospólstwa, wyższe sfery lubią najbardziej.


W sumie zatem, co nieco już o hrabinie wiemy. Co więc zrobi po przebudzeniu – zakładając, że do jedenastej mgła się podniesie, a padać już więcej nie będzie? Sobota jest, weekend, Państwo się nudzą, ja muszę się zmobilizować, choróbsko zwalczyć i na konia wsiąść, albo przynajmniej, jeśli faktycznie padać nie będzie, trochę drew narżnąć – bo dzwonił wczoraj majster, że samochód już w poniedziałek może być do odbioru, a jak pojadę do Warszawy, to przecież rżnąć nie będzie kiedy. Nie mówiąc o tym, że tak naprawdę, to powinienem w bibliotece siedzieć, a nie tutaj…

piątek, 19 lutego 2010

Co z tą hrabiną..?

Nie wiem co z hrabiną. Pewnie jeszcze śpi. Długi sen dobrze robi na cerę. Ale nie ma jej czego zazdrościć – jeśli nawet faktycznie, śpi. Generałowa Zajączkowa, żeby cerę i młody wygląd zachować, cały rok spała przy otwartym oknie, pod cienką kołdrą i z wiadrem lodu pod łóżkiem. Nawet jej się udało. Jeszcze jako 70-letni staruszka, dalej robiła wrażenie na młodych kadetach! Choć, może to było już wrażenie z gatunku tych bardziej pozagrobowych..? W każdym razie: uroda wymaga ofiar. Jak nie lodu pod łóżkiem, to siódmych potów na sali gimnastycznej i mąk przy operacjach…

Też sobie dziś pospałem. Do 5.18. Kiedy to obudziła mnie w końcu Lepsza Połowa, wcześniej porannymi szaleństwami naszego kocia obudzona. Mimo to, konie dostały owies o zwykłej porze tak, jakbym wstał o 5.00! Jak to możliwe? Ano – kran pod wiatą odmarzł! Nie, nie – nie sam z siebie, tak dobrze jeszcze nie ma, choć temperatura przez całą noc była dodatnia. Co poznałem po tym, że woda w wannie dla koni nawet się lodem nie pokryła. A przed chwilą zjechał z dachu z wielkim hukiem kawał lodu, kocia strasząc. Kran odmarzł, bo nowy kabelek grzewczy założyłem odwrotnie niż pierwotny. Pstryczek – elektryczek, który go włącza, też był odwrotnie. Czego jakoś nie zauważyłem. Oczywiście, że z pstryczkiem w pozycji „wyłączone“, to ja sobie mogłem ten kran do kwietnia rozmrażać i skutek byłby stale tak samo marny. Że nie szło, to w końcu, jakiś tydzień temu, całe to ustrojstwo „wyłączyłem“. Czyli – włączyłem właśnie. Wczoraj, sprzątając pod wiatą, zajrzałem tam z głupia frant. Topi się wszystko – pomyślałem – to może i lód w kranie się stopił? A tam: para buch, woda w ruch! Na szczęście, nic się nie stało. Konie zadowolone. Wiaderek targać z domu nie trzeba. Co my z tym wolnym czasem teraz zrobimy? Lepsza Połowa proponuje: napiszmy książkę! O hrabinie, rzecz jasna – tylko co ona zrobi, jak już wstanie?

Tylko koć niezadowolony, bo przywykła z tych końskich wiaderek, w domu stojących, wodę pić. Z własnej miski jej nie smakuje. Prawie całą zimę piła ze szklanki, w której Lepsza Połowa trzymała na stole gałązkę jałowca. Teraz jednak szklankę z jałowcem zastąpił wazon z gałązkami brzozy (wczoraj już cztery listki się rozwinęły!). Do wazonu kot nie sięga, bo szyjkę ma wąską. A z wiaderek spokojnie można było pić.

Koć poszalał i teraz wlazł mi na kolana i mruczy. W ogóle, strasznie się ostatnio zrobiła przylepna. Jak nie ona. Nawet łasi mi się do nóg! Zwłaszcza, jak chce, żeby jej miskę (którą Lepsza Połowa co rano, przy sprzątaniu, na dwór wystawia) do chatki przynieść i napełnić. Wcześnie łasiła się tylko do rzeczy martwych. Na przykład do naszej kozy. Nie powiem, to bardzo miłe jak się łasi i jak na kolana włazie. Że jednak kłaczy strasznie, jak to przy wiosennej zmianie futra (po Dalii, już i Gluś – jeśli o koniach mowa – zaczął futro zmieniać!), no i że trudno do kozy z kotem na kolanach podkładać, to zaraz ją będę musiał do łóżka odłożyć.

Odłożyłem. I podłożyłem. Lepsza Połowa na ochotnika zgodziła się dzisiaj ponownie spróbować dojechać do Warki. Trzeba. Oba łańcuchy tępe. Mam oczywiście pilnik, ale to na długo nie pomaga. Dopiero profesjonalna szlifierka może je naostrzyć. Takoż olej do smarowania się skończył. Oraz podpałka do kozy. Kupiłem w Carrefour ichniejszą – ale rozpala jeszcze gorzej niż Radkowe trociny. Które przynajmniej widowiskowo w kozie wybuchają, podczas gdy podpałka z Carrefour daje tylko trochę dymu.

Koć ułożył się już na łóżku, a ja nie mogę dłużej odwlekać tego przykrego momentu. Muszę to w końcu napisać. Dupa wołowa ze mnie, nie jeździec! Ale przynajmniej konie mam spokojne. Zwłaszcza te najbardziej gorącokrwiste. Baaardzo spokojne!

Wsiadłem ci ja wczoraj, po długiej, śniegiem, mrozami i innymi przeciwnościami spowodowanej, zbyt długiej, przerwie, na Osman Guli. Póki nas Lepsza Połowa na lonży wodziła, wszystko było prawie że idealnie. Koń ruszał. Koń się zatrzymywał. Koń zmieniał kierunek. A ja się utwierdzałem w złudzeniu, że nim kieruję. Złudzenie to zostało wystawione na próbę, kiedy koń policzył sobie, ile już zrobił kółek w stępie i doszedł do wniosku, że z tym dziwnym ciężarem na grzbiecie, czy bez niego – ale jest już koniec jazdy i trzeba pod wiatę wracać. Jakoś jednak udało mi się ją przekonać, że nie. Taki się pewny siebie zrobiłem, że aż pozwoliłem Lepszej Połowie spuścić nas z tej linki. I co się stało? Pogalopowałem z dzikiem wrzaskiem pod wiatę? Spadłem w topniejący śnieg i nogami się nakryłem? Nie! Koń stanął jak wmurowany. I stał. A ja go kopałem. Masowałem łydkami. Bujałem się w siodle. Jak ostatni kretyn. Albo początkujący, którego na najbardziej złośliwą i leniwą chabetę w całej szkółce wsadzono. Oczywiście, w tej sytuacji trzeba było zacząć od uwrażliwiania na łydkę przy pomocy tłumacza uniwersalnego. Dwa lata temu, kiedyśmy Dara wlkp ujeżdżać zaczynali, specjalnie w tym celu kupiliśmy długi, ujeżdżeniowy tłumacz uniwersalny. Ale pomyślałby kto, żeby wsiadając na gorącokrwistego konia, na demona pustyni, podobnoż zjadającego jeźdźców na śniadanie dzikimi wybrykami: przynajmniej jednego dziennie – pomyślałby kto, że wsiadając na takiego konia, bat trzeba ze sobą zabrać, bo się inaczej z miejsca nie ruszy..? No i zsiadłem w niesławie i poszedłem do chatki, kozę zgasłą reanimować, paskudnym łyskaczem „Lord Perkins“ robaka zalewać, niewdzięczny tekst w niezbędne przecinki wyposażać (czy teraz już w szkołach interpunkcji w ogóle nie uczą..?), o hrabinie dumać…

Niewdzięczny tekst w każdym razie skończyłem. Że następne nie mają konkretnych terminów oddania do użytku, to czuję się wolny i swobodny i mogę się budowaniu rozwlekłych, XIX-wiecznych opisów poświęcić, a co! Tylko co z tą hrabiną..?


Umówmy się, że mamy czas do jedenastej, żeby wymyślić, co hrabina po przebudzeniu będzi robić, dobrze? Czekam na propozycje. A na razie się zrelaksuję i wygrzeję przy kozie, bo coś mnie na przeziębienie bierze. Zresztą nie tylko mnie: Melesugun przez tydzień pokasływała. Dostała flegaminę i witaminy C rozpuszczonej do wiaderka. I jest już lepiej. Zresztą, na ile można to było wymacać pod zimowym futrem, węzły chłonne miała nie powiększone, z nosa nic jej nie leciało, więc to nie mogło być nic poważnego. Od wczoraj kaszle już rzadziej. Za to Dalia zaczęła. Pewnie tak każdy musi to przesilenie wiosenne przejść. Lepsza Połowa spróbuje kupić im granulowany czosnek, jak już będzie w Warce. My zaś, skupmy się na hrabinie…

czwartek, 18 lutego 2010

Dzień Kota

Istotę, pogrążoną w rozkosznej drzemce u boku śpiącego niewolnika, obudziło radosne przeczucie, przenikające wszystkie komórki jej gibkiego ciała. Jak zwykle, nie dała po sobie poznać przebudzenia i chwilę jeszcze pozostała bez ruchu, śledząc wszystkimi zmysłami otoczenie i jednocześnie przeszukując bogate zasoby pamięci pokoleń, zmagazynowane w jej trzewiach. Istota znała wiele podobnych, równie poruszających przeczuć, które przez tysiąclecia wprawiały w ruch jej przodków: zapach zbliżającej się ofiary; jej strach i słodką esencję życia tryskającą spod kłów wprost w spragnioną gardziel; oszołomienie tych wiosennych dni, gdy w hipnotycznym świetle księżyca przodkowie Istoty zatracali się w pospiesznej, drapieżnej miłości; syty spokój ciepłego zapiecka; radosny dźwięk otwieranej lodówki. Tym razem jednak, nie mogło być wątpliwości. Właśnie nadszedł Dzień Kota!

Obudzony niewolnik jak zwykle guzdrał się ślamazarnie nim złożył jej codzienną ofiarę. Został za to natychmiast ukarany. To jednak nie przypomniało mu wystarczająco jasno o jego obowiązkach. Dopiero wieczorem, gdy Istota straciła już nadzieję na swój świąteczny łup, objuczeni licznymi, rozkosznie szeleszczącymi i drącymi się pod pazurami torbami niewolnicy dali Istocie należną jej, świąteczną satysfakcję. Długa chwila oczekiwania podczas której niewolnicy rozpakowywali, jedną po drugiej torby, podczas gdy Istota z rosnącym podnieceniem krążyła między nimi, od czasu do czasu od niechcenia trącając którąś ze swoich zabawek, tylko przydała jej apetytu. Wreszcie, jest! Ostry zapach wołowiny wypełnił Istotę i wprawił ją w amok który trwał nieprzerwanie, póki nie pochłonęła w całości daru: saszetki whiskas supreme…

Tak by to mogło wyglądać oczami naszego kocia. Czekała tak długo, bo zerwało trakcję między Strzyżyną a Warką i Lepszej Połowie nie udało się pojechać rano na zakupy. Na szczęście, sołtys jechał popołudniu do Radomia więc, zaopatrzony w listę niezbędnych zakupów pojechałem z nim do Carrefour. Lista była długa ale, jeśli nie liczyć kiszonej kapusty, która przeciekała i w związku z tym mam teraz wafelki orzechowe o smaku kiszonej kapusty, wafelki kakaowe o zapachu kiszonej kapusty i skarpetki przesiąknięte kiszoną kapustą, a już wczoraj pożarłem postne ciasteczko, czyli bajaderkę w sosie z kiszonej kapusty – to wszystko udało mi się kupić mniej więcej tak, jak to sobie Lepsza Połowa życzyła. Nawet znalazłem, zgodnie z instrukcją, właściwy płyn do mycia naczyń oraz, pomimo braku instrukcji, właściwy dezodorant. Nie wiem jak to zrobiłem, widok takiej ilości kolorowych opakowań wywołuje u mnie natychmiastowy atak migreny – ale, jak się jest macho, to się takie rzeczy potrafi i już!

Kupiłem też przy okazji „NCz!“. Znowu nic mojego nie poszło. Widać, trzeba poczekać do podwójnego numeru – najbliższy chyba na Wielkanoc, tak? A wydawało mi się, że posłałem im teksty o wiele lepsze od tych, które puścili w numerach świąteczno – noworocznych. Czyżbym na tym odludziu tracił instynkt? I tu na blogu nikt niczego nie komentuje. Nikt się nie zgadza, ani nie nie zgadza. Według Google Analytics czytelnictwo spada. Średni czas spędzany przez Państwa na blogu to już zaledwie 32 sekundy. Co raczej nie wystarcza do przeczytania postu. Konkurs, w którym bierzemy udział, nie pozwala na bieżące śledzenie wyników głosowania, ale nie zdziwię się, jeśli się okaże, że mało tych głosów. Co się dzieje..?

Przy okazji umawiania się na wycieczkę i samej wycieczki, wymieniłem z sołtysem poglądy na temat naszego hydroforu oraz oddałem mu kasę za siano. Z hydroforu uszło powietrze. Trzeba uzupełnić. Niestety, pomysł sołtysa, żeby po prostu odłączyć pompę i spuścić wodę, a samo naleci, się nie sprawdził. Niby jak zresztą? Hydrofor jest wprawdzie wyżej niż nasza chatka, ale nie aż tak, żeby dało się wodę do cna z rur spuścić, więc i powietrze do środka w ten sposób się na pewno nie dostanie. Na szczycie hydrofora jest zaworek, przez który można powietrze doń  napompować – tylko trzeba mieć z czego. Podobno jednak dziś ma do nas dotrzeć, tydzień temu wysłana przez gminę równiarka, to nam drogę odśnieży i być może da się wtedy coś, co by ten hydrofor napompowało sprowadzić…

Za to zapoksiliniłem do końca cieknący zawór w domu, skoro i tak przez pewien czas woda była zakręcona. Czy coś to da w dłuższej perspektywie – wątpię! Ale, chwilowo cieknie jeszcze mniej niż ciekło, a już ciekło niewiele.

Do Warki tak, czy inaczej pojechać będzie trzeba, jak nie dziś, to jutro. Pożyczony olej do smarowania łańcucha piły już się kończy, a i same łańcuchy (do jutra, to już pewnie oba – byłem mądry i kupiłem ongiś zapasowy), trzeba będzie profesjonalnie naostrzyć. Ważne, żeby przed zapowiadanym na sobotę kataklizmem opadowo – powodziowym zgromadzić drewna jak najwięcej, bo potem będzie mokre.

Generalnie, metoda z rżnięciem drewna codziennie i wożeniem go taczką, jest jednak do bani: przybywa tego pociętego drewna mimo, że pracujemy na cztery ręce (tj. ja jako ten macho rżnę i z taczką zapycham, a Lepsza Połowa jako ta macheta, rąbie i układa), bardzo powoli. Nie ma mowy, żebym w tym tygodniu pojechał gdzieś dalej niż do Warki – zapasu, jaki mamy w tej chwili, starczy góra do niedzieli. Trzeba narżnąć więcej. I liczyć, że po sobotnim katakliźmie opadowo – powodziowym śnieg stopnieje, a majster naprawi nam Wendi tak, że będzie można przywieźć większą ilość drewna przyczepą. No i, że będzie można krócej palić w naszej kozie, to zużycie spadnie. Wątpię jednak, żeby było to możliwe szybciej niż za jakieś dwa – trzy tygodnie. Trochę zatem trzeba się jeszcze pomęczyć, a i praca w bibliotece będzie postępowała powoli.


Skończyłem za to wczoraj pracę nad jednym z niewdzięcznych tekstów. Dziś pora się brać za kolejny. A potem za jeszcze jeden. Też idzie to wolniej niż myślałem. Ale wieczorami, po wywożeniu nawozu na pustynię (przynajmiej to robię z satysfakcją! Nawożenie naszej pustyni to na razie jedyna forma inwestycji w tę nieruchomość, na jaką mnie stać. Ale czuję się prawie tak, jakbym kolejne działki kupował… A propos kupowania działek: zadzwonił wieczorem, gdy już się rozkoszowałem postną bajaderką w sosie z kiszonej kapusty i paskudnym, tanim łyskaczem „Lord Perkins“ – brr… - dawno nie słyszany Radek z wieścią, że nasz koński sąsiad z Grabowa, p. Tarczyński, ostro licytując, za duże pieniędze wiele działek od ANR w mojej okolicy kupił. Wszystko to takie same nieużytki jak moje – akurat żadna bezpośrednio do nas nie przylegała, więc mnie to przesadnie nie podnieca, mam co rżnąć bliżej – Radek jest jednak ciekaw, po co mu to i czy by czego nie wydzierżawił..?) i przywożeniu narżniętego drewna, zbyt jestem padły, żeby myśleć. Kończę więc, co by pracę nad tym kolejnym niewdzięcznym tekstem, który jutro oddać powinienem, co rychlej zacząć. Trzymajcie się, ludziska, w sobotę płyniemy!

poniedziałek, 15 lutego 2010

Bul, bul...

taki mniej więcej odgłos mógłbym wydawać, gdyby otaczająca nas ze wszystkich stron woda nie była w stanie stałym, tylko (poniekąd jej przyrodzonym!), stanie ciekłym. Zasypało nas kompletnie! W złą godzinę wczoraj mi przyszło do głowy to porównanie z pancernikiem Yamato. Drań, poczuł się samotny i postanowił na nasze pola zaprosić też swojego brata bliźniaka, Musashi!

(Tak na marginesie: nazwy obu pancerników pochodzą od historycznych prowincji Japonii. To na tyle oczywiste dla każdego, kto ciut liznął języka i historii, że w ogóle żadne inne skojarzenia nie przychodzą do głowy. Tymczasem oddałem ci ja ongiś redakcji "Mówią Wieki", która się potem na mnie - ale nie z tego powodu akurat - śmiertelnie obraziła i już więcej nie chce mnie znać, artykuł o Miyamoto Musashi. Którego nazwisko - pseudonim właściwie - też od nazwy tej prowincji pochodzi. I redaktor naczelny pyta się mnie, dlaczego nie dopisałem, że Japończycy na cześć tej postaci pancernik nazwali! Tak, jakby niszczyciel "Warszawa" nosił tę śmieszną nazwę na cześć jakiegoś pana Warszawskiego... Ale redakcja wiedziała lepiej i koniec końców miniaturowe, bo miniaturowe, ale zdjęcie tego nieszczęsnego pancernika też do artykułu wsadzili!)

Aż do południa siedziałem nad kolejnym niewdzięcznym tekstem. Z finałem bardzo dramatycznym, bo końputer się na koniec zawiesił i byłem w strachu, czy mi efekt pracy w postaci ogromnej bardzo tabeli zdołał się zachować, czy nie - ale zdołał, straty nie były wielkie.

Siedziałem z przerwą na wizytę w naszym wioskowym sklepie tym bardziej, że Lepsza Połowa słabowała przez cały dzień i jakoś nie mogłem jej zostawić. W końcu jednak, trzeba było ruszyć cztery litery i zacząć coś robić. Szczególnie, że koło południa właśnie, przestało nareszcie sypać.

Jak przestało sypać, tak złapałem fazę na odśnieżanie i odśnieżyłem nie tylko wszystkie dróżki wokół chatki i od chatki do wiatki, a także od wiatki do chatki i od chatki na pustynię - ale też dach wiaty na tyłach chatki i dach wiaty dla koni. Pierwej uwieczniając fantazyjny nawis śnieżny, jaki się nad jej południową ścianą utworzył:


W trakcie odśnieżania zastał mnie sąsiad Wojtek razem z zięciem byłego sołtysa, którzy przywieźli owies. Obiad dla koni spóźnił się przez to o godzinę. Jakiś nieprzytomny byłem, bo przecież spokojnie mogłem konie napoić i nakarmić i dopiero potem z chłopami do herbatki z prądem siadać. No, ale mleko się rozlało, nie ma co narzekać, czterokopytnym w końcu nic się nie stało. Lepsza Połowa dalej czuła się kiepsko. Siłą rzeczy zatem, wizyta była jednak krótka dość. Podobno Wojtek mówił, że chce ode mnie hektar ziemi pod owies wydzierżawić, a ja się byłem już na to zgodziłem. Trudno powiedzieć. Wojtek mówi tak niewyraźnie, że równie dobrze mógł się o godzinę pytać - spróbuję jednakowoż rzecz wyjaśnić, bo pamiętam, że jak był u nas pierwszy raz, miesiąc temu, to też mi się wydawało, że o czymś takim mówi.

Dopiero potem zabrałem się za sprzątanie pod wiatą. No i na rżnięcie czasu przed zmrokiem już zabrakło. Jakoś wolę widzieć, co rżnę. Zboczenie takie.

Skądinąd, wiele bym nie narżnął, bo olej do smarowania łańcucha piły prawie się już skończył. Trzeba do Warki. Albo pożyczyć od kogo ze wsi i w środę z Wojtkiem do Białobrzeg na targ pojechać. Co chyba byłoby najlepszym pomysłem! 

W każdym razie, póki nie narżnę uczciwego zapasu, na kilka dni przynajmniej, nie ma mowy, żebym się z Boskiej Woli ruszył. Wykończyła nas ta śnieżyca paliwowo, nie ma co zaprzeczać.

Za to wczoraj, w sam środek wichury i śniegopadu odwiedziły nas dwie dzielne dziewczyny z wielkimi aparatami fotograficznymi. Poganialiśmy trochę zwierzynę i efektem jest seria zdjęć autorstwa pani Jessiki Boroń, które dziś dostałem:
Osman Guli


Dalia wlkp z ciotkami


Taż w kłusie z Margire i Osman Guli. Może ktoś by chciał takiego konia do ujeżdżenia, a..?

Nie dam!

Bubulencja. Czyli Osman Guli

I jeszcze raz Dalia. Bo dziewczyny przyjechały achałtekinki fotografować. Jasne więc, że to zazdrosna wielkopolanka musiała akurat pokazywać się najlepiej! Poza tym, ona lubi się bawić w gonienie po padoku...

niedziela, 14 lutego 2010

Wyższy poziom szaleństwa.

Nie pisałem kilka dni nie tylko dlatego, że nie miałem czasu, choć nie miałem czasu, to prawda. Nie pisałem przede wszystkim dlatego, że rzeczywistość po raz kolejny przekroczyła granice wyobraźni. Wobec tego, co się tu teraz dzieje, czuję się po prostu pisarsko bezradny!

Najpierw aura. Oczywiście: to tylko złudzenie. Nie ma żadnego śniegu. Zima nie istnieje. Tylko, k..wa, obliczyłem, że na naszych polach leży więcej zamarzniętej wody, niż jej wypierał pancernik Yamato w czasach swej największej świetności! Możecie to sobie Państwo wyobrazić..? Proszę bardzo, takie coś półmetrową, średnio, warstwą się w Boskiej Woli rozłożyło:
 (konstrukcja która, przy całej swej inżynieryjnej doskonałości i typowo japońskim, bezkompromisowym zaangażowaniu, była jedynie przejawem czystego, niczym nie skrępowanego szaleństwa – jak cała ta nasza zima, ch.. jej w rzyć! – bo niczemu już, nawet tak oburzającemu lekkoduchów szerzeniu śmierci i zniszczenia, służyć nie mogła, jako od kolebki anachroniczna…)

I ciągle sypie! Z przerwami co prawda, dzięki czemu wczoraj uzupełniłem trochę zapas drewna, bo się już niebezpiecznie skurczył:

A przedwczoraj mieliśmy czas na inne szaleństwa, o których za chwilę. Dziś w nocy w każdym razie już dosypało hojnie, a końca tej zabawy w sypanego bynajmniej nie widać. Nie bez związku ze zniesmaczeniem tym, co się w aurze dzieje w tej chwili, jest i fakt, że właśnie teraz, kiedy wydawało się, że największe mrozy już przeminęły, zaczęła nam zamarzać hydrofornia. Od kilku dni co najmniej, ciśnienie wody było niestabilne. Jakby się pompa co chwila włączała. Lepsza Połowa, której zaczęło to szkodzić na pralkę, zmusiła mnie wczoraj w końcu przebrnąć przez dziewiczy, ludzką ani maszynową stopą od początku nie tykany śnieg, odśnieżyć te pół metra z dachu hydroforni i wleźć do środka. Hydrofornia kilka dni temu, jeszcze PRZED ostatnimi dośnieżeniami, kiedy Lepsza Połowa robiła to zjdęcie, była trochę w głębi, na lewo za koparką. Widoczna jako niewielkie wybrzuszenie na niepokalanej powierzchni śniegu:

Oczywiście: 200-watowa żarówka, która środek hydroforni ogrzewała, wzięła i się przepaliła, nie wiadomo nawet kiedy. Pewnie zaczął potem zamarzać hydrofor. Że jednak ciśnienie na manometrze jest dokładnie takie, jakie było, a wnętrze hydroforni wygląda lepiej, niż kiedy ją przed Nowym Rokim po raz ostatni oglądałem, bo nawet sucho jest, a wcześniej ciągle stała woda, lód tylko na stropie, podłoże miękkie, nie zamarznięte – to można było jedynie wymienić żarówkę. Na 150-watową, bo większej w rezerwie nie mieliśmy. Mam nadzieję, że w kilka dni odmarznie. Na pewno nie szybciej, bo raz, że żarówka nie ognisko, nie grzeje tak szybko, a dwa – że hydrofor jest tak okutany wełną mineralną, że nim ciepło się do środka przegryzie, minąć będzie musiało tyle samo czasu, ile go mróz potrzebował, by zrobić to samo…

Szaleją zwierzaki. Wszystkie! Dotkliwie poszkodowało na umyśle (o ile można o czymś takim mówić w ogóle, bo jak się wygrzewa mózgoczaszkę pod kozą, to pewnie i płyn mózgowo – rdzeniowy może wyparować, o przysmażeniu móżdżku, jeśli takowy kiedyś tam był, nie wspominając…) naszego kocia. Musiałem jej zabawki, od przeprowadzki z Warszawy kurzące się na strychu, znieść na dół i teraz co najmniej dwa razy dziennie, rano i wieczorem, gania z napuszonym ogonem po całej chatce piłkę, albo wymusza, żeby się z nią plastikową myszką bawić! Dałbym zdjęcie, ale przy naszym poziomie umiejętności, sfotografowanie tak szybko poruszającego się obiektu jest niewykonalne. Nie tylko szybko, ale i głośno. Bo przecież tym lepsza zabawa, im się więcej sprzętów zwali, albo choćby potrąci i im więcej się hałasu narobi!

Z końmi nie lepiej. Wszystkim kobyłom chce się do ogiera. Tłuką się między sobą. Rozwalają co chwila naszą barykadę ze słomy mimo, że przecież regularnie daję im siano. Dalia wlkp na każdym, kto do nich wchodzi, próbuje wymusić masaż szyi. Osman Guli tak sią rozleniwiła, że nawet do defekacji nie chce się jej wstać:

A jak już wstanie, to przeciąga się jak koń rysunkowy:

Czyżby jednak miało się ku wiośnie..? Miejmy nadzieję…

Szczytem szaleństwo było jednak to, cośmy z Lepszą Połową zrobili onegdaj w piątek. Cały poranek ciężko pracowałem nad bardzo niewdzięcznym tekstem. Zeżarłem prawie wszystkie zapasy drobnych zakąsek, jakieśmy sobie z Tesco w Kozienicach przywieźli: ptasie mleczko, krakersy, czy co tam tylko było. Została już tylko żelazna racja orzechowych wafelków, ale boję się je otwierać, bo pracy nad tym niedzwięcznym tekstem bynajmniej nie koniec, o innych niewdzięcznych tekstach, nad którymi teraz pracować muszę, nie wspominając – a kiedy się dokądkolwiek na zakupy wybierzemy, trudno powiedzieć, majster, któremu we wtorek odstawiłem do Warszawy naszą Wendi, na razie milczy i znaku życia nie daje.

Wypiłem też do reszty podły łyskacz z Tesco, którego i tak zresztą na prawie cały tydzień mi było starczyło. Podziwiam więc własną wstrzemięźliwość, jeśli o to chodzi.

Jak skończyłem około południa okazało się, że od kilku godzin nie pada i koniom zdążyły wyschnąć grzbiety. Lepsza Połowa wsiadła sama na swoją wystałą i szalejącą Melesugun, a mnie wsadziła na wystałą i szalejącą Dalię. I pojechaliśmy! Najpierw za tory kolejowe.

Od razu wywiązał się między nami spór, którego do tej pory nie udało się nam rozstrzygnąć ani załagodzić. Lepsza Połowa twierdzi bowiem, że moja Dalia, która przez tory przejść się wahała i bardzo musiałem ją zmuszać, żeby to w końcu za idącą przodem smarkulą zrobiła, a i dalej przez cały czas już to wyrywała się (w stronę domu), już to denerwowała byle pieskiem, drzewkiem czy domkiem – jest po prostu tchórzem. Ja zaś twierdzę, że to koń niebywale odważny. Tyle, że swojej odwagi nie ujawnia pochopnie i z byle powodu, zachowując jej zasób na sytuacje naprawdę dramatyczne. Jak przejście przez ruchliwą stację kolejową. Albo przejściem podziemnym pod drogą szybkiego ruchu, kiedy cały strop nieustannie drga i faluje od jeżdżących górą samochodów. Czy znalezienie względnie jeszcze świeżego wisielca w lasku za stajnią i tegoż obwąchanie (to nieprawda, że konie boją się zwłok!). Albo zaplątanie się w drut kolczasty otaczający wygon dla krów, kiedy pan musi swojego konia, uprzednio z tymże drutem w obfity ogon wplątanym skaczącego przez płoty i zganiającego uciekające w panice przed gwałtownie kurczącą się przestrzenią życiową krowy w jeden, czarno – biały kłąb zatrzymać, a potem z drutu wyplątać i jeszcze zmyć się niezauważalnie, póki się właściciel tych krów nie odnajdzie…

A tory kolejowe? Znaki przy tych torach? Nieznana dróżka w lesie, którą się nigdy wcześniej nie szło? Zabudowania wsi? Pieski? To nie są zjawiska, które mogą konia życie kosztować. Można zatem na ich widok spokojnie popanikować, poprychać, potrząść się całym ciałem. Może nawet ponieść pana w siną dal. Zwłaszcza, jak się jest wystanym, wypoczętym i pełnym sił, a w głowie szumi zbliżająca się wiosna i chętka na… sami wiecie na co! A że przy gabarycie 650 kg co najmniej (utyło się przez zimę, oj utyło! Proporcjonalnie do tego, ile pan schudł…), można przy okazji ludzi, zwierzęta i rzeczy uszkodzić..? Tym gorzej dla nich!

W każdym razie przeszliśmy te nieszczęsne tory. Przepchnęliśmy się fajną, ongiś piaszczystą, dziś śnieżystą drogą kawał za torami. Poprychaliśmy i popanikowaliśmy sobie na zdrowie. Zawróciliśmy. Trochę inaczej idąc, bo nie skręcając od razu w las do przejazdu kolejowego, tylko idąc kawałek dalej, gdzie też jest przejście i skąd lepiej widać, czy pociąg jedzie – ale za to trzeba się przez głęboki śnieg potem do torów przebijać, czego Lepsza Połowa na swoim chudzielcu zrobić nie zdołała i musiała zawracać. Spotkaliśmy po drodze samochód i oba konie na dwie strony drogi się rozeszły tak, że kierowca nie wiedział, co ma zrobić – co Lepszą Połowę prawie tak, jak ten głęboki śnieg zdenerwowało. Przeszliśmy tory z powrotem i długo na Lepszą Połowę, dookoła idącą czekaliśmy. Węsząc przy okazji ledwo ze śniegu wystający znak i trzęsąc się na całym ciele. Pokłusowaliśmy potem przodem, choć bardzo się nam chciało galopem od tych strasznych torów oddalić i pan ledwo konia przytrzymał. Poszliśmy w cholerę w las, żeby Lepszej Połowie w rozkłusowaniu jej konia po dróżce nie przeszkadzać. Spotkaliśmy potem Lepszą Połowę na dróżce stępa od wsi wracającą na mokrym całkiem koniu. To trzeba było konia rozstępować. Więc zawróciliśmy jeszcze raz, stępem tym razem, do wsi. Że Lepsza Połowa pochwaliła się, że zawracała na asfalcie, tośmy między budynki weszli. W pierwszej kolejności Wojtkowego Pikusia do budy zaganiając, bo nam pod nogi wylazł z ujadaczką na cały regulator otwartą.

Wyszliśmy na ten asfalt we wsi, śniegiem świeżym dobrze pokryty, więc nawet nie śliski (normalnie pokryty jest lodem). Jak już wyszliśmy, tośmy poszli kawałek za Lepszą Połową. Potem drugi. Potem wieś ze wszystkimi pieskami i grubymi panami w kufajkach, walonkach i czapkach uszankach się skończyła. To poszliśmy jeszcze kawałek. Przez mostek na bystro płynącym rowku odwadniającym przechodząc (a całą jesień się męczyłem, jak tu przejście przez ten rowek znaleźć! Jest bród, ale jakem go znalazł, był za głęboki nawet na wielkogabarytową Dalię… Tymczasem, za rowem ciągną się piękne, równe i chyba nie ogrodzone łąki, po których można by poszaleć, dalej da się dojechać do Bożego, z naszym – brzydkim jak noc – kościołem parafialnym, a za Bożem, które chyba da się polami ominąć, są nasi najbliżsi końscy sąsiedzi, z którymi się do tej pory nie poznaliśmy i których tylko z Radka opowieści znamy – i koniecznie chciałbym do nich wierzchem pojechać z wizytą…). Jak już przeszliśmy ten mostek, to zaraz kawałek dalej był zakręt do wsi Radka, druha mego serdecznego. Tośmy w ten zakręt, obok figurki świętej, przydrożnej, zakręcili. Jakeśmy zakręcili, tak trudno było nie pójść dalej. No i doszliśmy do Radkowego domu. Co dawno nam zresztą proponował, odkąd z różnych przyczyn nie poruszamy się samochodem.

Że jednak chatka została otwarta. Że koza pewnie już zgasła a koćwektora nie włączyliśmy, na chwilkę tylko wsiadając (Lepsza Połowa twierdzi teraz, że od początku dłuższą jazdę planowała! Podobno nawet mi ten plan zakomunikowała… No cóż: komunikat nie dotarł. Nie pierwszy taki i nie ostatni…). Że pora karmienia koni pewnie już minęła. Czy na pewno, to nie wiedziałem, bo przecież na jazdę pod domem komórki do kieszeni nie wkładałem, a zegarka od lat już nie noszę. Że wreszcie w obejściu nikogo nie było widać, a wchodzić na podwórko, pełne rozmaitych gratów, sprzętów, samochodów i piesków – za nic nie chciałem. Tośmy zawrócili. Tym razem ze mną na Dalii wlkp, rwącej do przodu takim stępem, że achałtekinka kilometr dalej się wlokła (ach! Raz jeden takim stępem wyciągniętym po czworoboku przejechać! I to jest możliwe! Przecież, jeśli sama z siebie tak stęp wyciąga, znaczy że może. Tylko jak ją do tego w innych zupełnie okolicznościach nakłonić, a..?) na czele. I trochę inną trasą, bo już nie wracaliśmy do wylotu naszej własnej dróżki, tylko w pierwszą, na której lodowa skorupa była traktorem naruszona skręcając i resztę wsi już od strony pól mijając.

Tym sposobem byliśmy u Radka – a mimo to, choć mnie w tenże sam piątek o pomoc w znalezieniu i uruchomieniu swojej skrzynki pocztowej prosił, do tej pory tej prośbie nie zdołałem zadośćuczynić. Bo po takiej jeździe jeszcze zdołałem pod wiatą posprzątać i do sklepu pójść, ale już do niczego więcej nie byłem zdolny. A wczoraj to drewno, wiata… W efekcie zamiast wykorzystać neostradę Radka, jak planowałem i ilustracje do „KT“ od niego wysłać, męczę się trzecią dobę w domu, jedno zdjęcie kilka godzin wysyłając. Też rozsądek, prawda?


Na dzisiaj zapowiadali się nam goście. Wątpię, czy przyjadą w taką pogodę. A jeśli nawet przyjadą, to jeszcze bardziej wątpię, czy uda im się jakiekolwiek zdjęcia w tym ciągle padającym śniegu zrobić. Tym niemniej, trzeba w miarę wcześnie za sprzątanie pod wiatą się zabrać (no… dużo tego sprzątania to nie będzie: cały nawóz, jakie konie poza zadaszeniem od wczoraj zrobiły, bardzo elegancko śnieg przykrył – przydałby się jakiś „wykrywacz gówna“, na wzór tych słuchawek, z którymi pewien kretyn na radomskich numerach non stop po okolicznych polach krąży, rolników kopaniem jam w zasiewach denerwując!). A tu limit przesyłu danych kilka dni temu się skończył – stąd i z tym przesyłaniem zdjęć problemy i kiedy ja to zdołam opublikować: nie wiem…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...