niedziela, 31 stycznia 2010

Feliks, albo miastowa fanaberia

No i będę musiał wykopać dół dla kuropatwy. A pewien jestem, że Feliks byłby bardzo smaczny! To co, że padł sam i nie wiemy na co..? Ludzie przez tysiące lat żywili się padliną. Nawet na BBC pokazywali faceta, który do tej pory zbiera padłe zwierzęta z dróg wokół Londynu i tym tylko się żywi…

Ale trudno. Wykopię. Prawdę pisząc, sam się zmartwiłem, jakem go znalazł sztywnego przy samochodzie. Jakoś za łatwo nam przychodzi to przywiązanie. Taka miastowa fanaberia. Albo skutek długotrwałej izolacji. Bo jesteśmy, po ostatnim śniegu, praktycznie odcięci.

Nie mam czasu pisać bloga bo nareszcie – mam do pisania mnóstwo rzeczy za które, mam nadzieję, ktoś mi zapłaci. Przy tym nerwowo przeglądam co chwila („chwila“ w tym przypadku zależy od tego, kiedy uda się nawiązać połączenie…) rachunek, na który ma przyjść jakaś mała zaliczka. Nie stać nas na to, żeby ją nam bank skonfiskował. Tym bardziej, że moje zlecenia będą wymagały podróży do Warszawy.

Śnieg wypełnił po brzegi wąwóz, jakim już po poprzednich opadach była nasza droga. W niektórych miejscach leży metr białego łajna. W stronę torów i stacji kolejowej w Strzyżynie – trochę mniej, ale i tak, jakeśmy wczoraj wsiedli na staruszków sprawdzić, jak to wygląda i trochę ten śnieg, wtedy jeszcze mokry i lepki, rozbić przed zapowiadanym na noc mrozem, żeby się znowu lodowa skorupa nie zrobiła – Gluś zapadał się i kłusować było mu trudno. Dalii to wszystko jedno. Ale ona ma tak szerokie i wielkie kopyta, że nawet na bagnach nie tonie.

Urobiłem się wczoraj jak dziki osioł. Wpadłem mianowicie na pomysł, żeby worek owsa przytargać od byłego sołtysa (około kilometra) na sankach. Były sołtys sanki miał. W sensie – miał je jego wnuczek. Miał i pożyczył. Ale pomysł wcale nie był dobry. Sanki z przywiązanym do nich workiem albo zapadały się w głąb zaspy, a mokry śnieg lepił się do nich tak, że oprócz worka i sanek, ciągnąłem też pół tony śniegu – albo, jak gdzieś było odrobinę twardziej, to się natychmiast przewracały. Zostało mi jeszcze pięć słupów elektrycznych i cała długość naszego ogrodzenia, czyli dobre dwie trzecie drogi, kiedy podjechał traktorem – polem głównie, bo tam śniegu trochę mniej niż na drodze – nasz dobry sąsiad Wojtek. Widział z daleka jak się męczę i chciał pomóc. Prosiłem go, żeby dał spokój – jego traktorek jest malutki, a gdyby utknął gdzieś po drodze, to kto by go wyciągał..? Ale się uparł i udało się. Tym samym udowodnił, że ciągnikiem jednak da się do nas przyjechać, w co wątpiłem. Dziś obiecał podrzucić trochę słomy.

Jak tylko pocieplało, okazało się dowodnie i dowonnie, że dziewuchy pod wiatą na metrowej warstwie gnoju stoją. Wywiozłem w czwartek, w śnieżnej zadymce, która mi non stop dróżkę na pustynię zawiewała 12, a w piątek 16 taczek – i jest trochę lepiej, wczoraj wystarczyło wywieźć bieżący ładunek. Tyle, że w miejsce tego, co się wywiezie, suchą słomą pościelić wypada, a tu ostatnia kostka na dzisiaj mi została.

Po wywożeniu gnoju, targaniu sanek z owsem i krótkiej, ale bardzo przyjemnej jeździe na naszych staruszkach (achałtekinek nam szkoda na taki śnieg; przypomniałem sobie potem, że mamy na strychu jeden komplet ochraniaczy – co prawda, transportowych – ale może da się ruszyć bodaj Melesugun dzięki temu..?), wybrałem się oddać sanki i zrobić jakieś podstawowe zakupy. I właśnie wtedy znalazłem Feliksa. Pełzał bezradnie pod ogrodzeniem pierwszego domu od strony wsi przy naszej dróżce.

Na początek chciałem go wcisnąć Wojtkowi, który mieszka tuż obok, a właśnie udowodnił, że ma złote serce. Ale nie dał sobie wmówić ptoka, o którym jeszcze nie wiedziałem na pewno, że jest smaczny. Co więcej, uświadomił mnie, że we wsi nikt go nie będzie chciał. A ubrana w roboczy kombinezon z logiem mojego byłego pracodawcy (Przebóg! Ducha bym się szybciej spodziewał..!) kobieta – nie wiem: żona, siostra? – jeszcze mi próbowała pszenżyto dla ptoka podarować, z góry zakładając, że miastowi na pewno będą mieli fanaberię go trzymać. No i, kurna chata, nie pomyliła się! Aż wstyd być tak przewidywalnym. Może, jak zaproponuję Lepszej Połowie, że sam go sprawię i pokroję, to jednak odpuści z tym pogrzebem i ugotuje z Feliksa coś smacznego..? Nie… Chyba jednak nie jestem aż tak zdesperowany… Ot, słabość..!

Skoro Wojtek go nie chciał, przez chwilę kontemplowałem możliwość odniesienia ptoka do sklepu. W sumie jednak, Wojtek pewnie miał rację i tam też by go nie chcieli. Zaniosłem więc ptoka, który mnie po drodze przykładnie ofajdał (podobno to na szczęście..?) do naszej chatki. A potem wróciłem, oddałem sanki, zrobiłem zakupy, przytargałem je i padłem jak zmięta onuca. Ciąg dalszy Państwo już znacie.

To jak: kopać dół dla kuropatwy, czy nóż ostrzyć..? No i co z piórami? Kurę się najpierw w gorącej wodzie oparza, a kuropatwę..? Niby syn myśliwego, a nie wiem: kuropatwy bodaj raz jeden Ojciec przyniósł do domu, z kimś się wymieniwszy, bo w moich stronach rodzinnych nie były tak pospolite jak tutaj. No i On nie poczytywał sobie za wielki honor na tak drobną zwierzynę polować. Jako smarkacz w mrocznych latach 80-tych sam łapałem zimą dzikie gołębie. Ale nie pamiętam, co z nimi Matka robiła. Pamiętam, że były smaczne. Feliks też może być bardzo smaczny…

Miałem już przez chwilę nadzieję, że może mi życie tego dylematu oszczędzi, bo jak karmiłem rano konie, znalazłem kartonik, w którym Feliks został złożony na workach z nawozem, leżący na ziemi i pusty. Pomyślałem, że może jaki zwierz go zabrał – i byłem zdziwiony brakiem widocznych śladów w pobliżu. Ale już ładując drewno do rozpalenia naszej kozy, znalazłem Feliksa. Wiatr go zrzucił. Więc nic z tego. Albo kopać, albo nóż ostrzyć…

sobota, 30 stycznia 2010

Ptok

Przybłąkał się.

Ma ktoś pojęcie, kto to jest..? Na razie roboczo nazwaliśmy go Ptokiem. Lepsza Połowa postuluje imię Feliks, ale mam nadzieję, że do rana dojdzie do siebie i powędruje w siną dal.

Upierzenie jakby drapieżne, zakrzywiony dziób niby też. Z drugiej strony, chodzi jak kuropatwa, a kuropatw w pobliżu wiele. Naprawdę, nie mamy pojęcia, co to jest...

Jednak, miejsce domowego zwierzątka jest już z całą pewnością zajęte!



P.S.
Sprawdziłem na Wikipedii. Feliks z całą pewnością jest kuropatwą!


Przechowamy go jakoś do rana (tylko gdzie, żeby się koćkodan do niego nie dobrał? Na strychu są myszy, też drapieżne...) i wypuścimy.

P.S.2
Z Feliksem coś jednak było nie do końca w porządku. Ani jeść, ani pić nie chciał. A potem zsikał się krwią. Ale za to odzyskał wigor i ruszył się spod kozy, więc pozwoliliśmy mu odejść. Na drogę opróżniłem mu pod samochodem woreczek z brudnym owsem, jaki mi został po jakiejś transportowej katastrofie. Może się jednak skusi? A pod samochodem nie powinno śniegiem przysypać. I tak nigdzie stąd nie odjeżdżamy... Koć świętuje!

Jutro spróbuję całą tę historię opowiedzieć porządnie, od początku do końca. Na razie jestem zbyt zmęczony...

P.S.3
Przed chwilą znalazłem Feliksa tuż przy samochodzie. Już sztywnego i zimnego. Niedobrze. A taki był ładny...

czwartek, 28 stycznia 2010

Ballada o utraconej zdolności kredytowej

I po co Milton ukryte żądze,
Purytan łechtał Ewy nagością?
Utratę Raju pojmiesz z łatwością
Gdy sprawa zejdzie na twe pieniądze

Starczy ci z banku telefon krótki,
By całą grozę niewczesnej straty
Pojąć, gdyś ćwierci nie spłacił raty
By cię dopadły piekielne smutki!

Byś stracił humor, chuć i apetyt,
I sen spokojny i dobrą sławę
By ci wspominki zostały łzawe
O czasie lubym, gdy miałeś kredyt..!

środa, 27 stycznia 2010

Bag's End


Wczoraj wieczorem pocieplało. Na tyle, że dało się już - zadzierając nogi na biurko, bo podłoga ciągle miała temperaturę lodowiska - posiedzieć trochę przy końputerze. A dziś rano okazało się, że nic nam w chatce nie zamarzło: ani dopływ do rezerwuaru w toalecie, ani prysznic, ani nawet woda w kociej misce... Może i pralka odmarzła..? Strach sprawdzać póki co. W każdym razie, po doświadczeniach ostatniego tygodnia wiem już jak powinniśmy się byli zagospodarować. Żadnych tam chatek z bali! Żadnych wiat dla koni.

Trzeba było zbudować ziemianko - jurtę. Dolna część, dwunastościan o średnicy 12 m i wysokości 2,5 m, z drewnianym stropem wspartym na murłacie i na 7 słupach, częściowo wkopana w ziemię, a w całości obsypana grubą warstwą gruntu. Można by ją zbudować z pustaków, których mamy pod dostatkiem, zabezpieczając je od zewnątrz przed przesiąkaniem jakąś smołą albo innym lepikiem.

W tej dolnej części, doświetlanej od góry przez świetliki, pełniące też funkcję wentylacji (nasz architekt, Adam, zaprojektował nam takie dla hali basenu dla koni), mieszkałyby sobie koniki. Byłoby im ciepło. Nam też byłoby ciepło, bo byśmy mieszkali nad nimi. W lekkim baraczku 6 x 6 m (więc większym niż nasza chatka), ustawionym dokładnie nad ziemianką dla koni, wewnątrz obszernego namiotu, zakotwiczonego na tej samej murłacie, na której opierałby się strop ziemianki, rozpiętego na szkielecie z moich 2,5-calowych rurek stalowych. Namiot mógłby być podwójny, żeby lepiej izolował. Dla lepszej stabilizacji możny by też konstrukcję wzmocnić jakimiś linkami stalowymi zakotwiczonymi w fundamentach ziemianki. Wolną przestrzeń pomiędzy wewnątrzną ścianą namiotu a ściankami naszego baraczku, wypełniając sianem, słomą, drewnem i innymi zapasami (pułk Murkisów musiałby ich przed myszami bronić...) - byłoby ciepluto. Baraczek też byłby od góry doświetlany i wentylowany dużym świetlikiem (3 x 3 m), pod którym stanęłaby wyspa kuchenna dla Lepszej Połowy.

Żeby to zbudować muszę jedynie:
a) Uruchomić koparkę (trzeba rozebrać i przejrzeć tylny most oraz wymienić rozrusznik)
b) Kupić dwukółkę, żeby było czym drewno, ziemię, piasek i inne materiały transportować.
c) Kupić ok. 100 mb kantówki 14 cm. W naszym ulubionym tartaku to by było 1400 zł. Pryszcz. Oraz jakieś 10 do 15 m3 króciaków calowych po 250 zł/m3. Też pryszcz. Tyle, że trochę to by potrwało, bo króciaki są dostępne w miarę, jak się gromadzą i nigdy nie udało mi się wybrać więcej jak 0,7 m3 naraz.
d) Kupić lub wypożyczyć spawarkę do kompletu z już pożyczoną betoniarką (swoją drogą własna betoniarka też się na przyszłość przyda).
e) Kupić trochę zbrojeń na fundamenty dla ziemianki oraz odpowiednią ilość cementu, lepiku lub smoły, nieprzemakalnego płótna na poszycie jurty, linki stalowej oraz 36 m2 podłogówki na wyłożenie podłogi baraczku (ale też mam źródełko bardzo taniej podłogówki).
Całą resztę mamy na miejscu. W sumie to i dół jeszcze jest - bo ten kawałek, którego Radek jeszcze nie zasypał, strategicznie umieszczony tuż obok hydroforni, w sam raz się nada. Wymiar pasuje.

Ziemianka, żeby nam za bardzo w baraczku nie jechało amoniakiem, musi mieć spadek i dreny, odprowadzone do naszej oczyszczalni ścieków. Przy okazji wydrenuje się też wiecznie zalaną hydrofornię.

Wyobrażam to sobie na roboczo tak:
Przekrój (bez centralnego słupa: pytanie, czy nie trzeba by go jednak odlać z betonu, żeby zakotwiczyć do niego linką szczyt konstrukcji namiotu?) Liniami przerywanymi zaznaczone osie świetlików.

 
Rzut stropu ziemianki z zaznaczonymi belkami, świetlikami i miejscem posadowienia baraczku.

To jest oczywiście fantazja. Pozwolenie na budowę mamy czegoś zupełnie innego. Ale, jeśli nie uda mi się odzyskać trwałej równowagi finansowej i zdolności kredytowej, pozwalającej myśleć o kredycie na budowę normalnej stajni...

Poza tym, może się to komuś przyda? Choć wątpię, żeby wielu było takich kretynów jak my, co się na "surowym korzeniu" budują...




wtorek, 26 stycznia 2010

Murkisa pamięci...

Będę musiał wykopać dziś dół i pochować Murkisa.

Jak to się stało..? A któż to wie... Nie było mnie wczoraj przez cały dzień. Rano poszedłem do stacji w Strzyżynie i pojechałem do Warszawy. Siedzieć w bibliotece. Ok. 12.00 zadzwoniła Lepsza Połowa. Murkis leżał i płakał rozgłośnie (a płakać umiał naprawdę głośno!) z tylnymi łapami wykręconymi w dziwny sposób i bezwładnymi pod wiatą, w swoim ulubionym miejscu na zewnątrz tam, gdzie podcień tworzony przez dach wiaty i słońce sprawiły, że można siedzieć na nagrzanej w południe, wolnej od śniegu, suchej trawie. Sfajdał się przy tym czymś czarnym i smolistym. Lepsza Połowa przyniosła go do domu i obmyła. Kot dalej głośno płakał. Poprosiłem dr Batog, żeby zadzwoniła do Lepszej Połowy.

Wyrok Pani Doktor był jednoznaczny: przerwanie kręgosłupa. Rzeczywiście, Lepsza Połowa znalazał na szerokość dłoni nad ogonem Murkisa chrupkie miejsce w jego kręgosłupie. Nic nie można było zrobić, żeby go uratować.

Skrócenie jego cierpień też okazało się niemożliwe. Chyba, żeby rzeczywiście głowę na pieniek i siekierą... Zdobyłem wprawdzie telefon do weterynarza z pobliskiego Grabowa, ale nie chciał przyjeżdżać do kota. Nie mogę mieć o to do niego pretensji. Jest w końcu weterynarzem od krów, kotu by już i tak nie pomógł, a mógł nie zdążyć pomóc jakiej krowie. Pani Doktor radziła Murkisowi wstrzyknąć wódkę, żeby mniej cierpiał - ale akurat "zestaw pierwszej pomocy", złożony z wódki i czekolady, który kupiłem w niedzielę w wioskowym sklepie na mroźną noc, odjechał w siną dal w samochodzie Radkowego brata, który przyciągnął nam przyczepę z ok. 30 kostkami siana. Tak się wtedy chłopakom spieszyło.

Próbowałem znaleźć kogoś, kto by Lepszą Połowę z umierającym Murkisem zawiózł te 5 km do Grabowa. Nikt jednak nie miał odmrożonego samochodu, albo czasu. Murkis skonał więc w bólu po kilku godzinach.

Przepowiadałem mu, że długo nie pożyje. Myślałem jednak, że lis go pożre, albo któryś z burków, jakie się tu czasem pętają, ewentualnie zeżre coś tak już niezdrowego, że nawet jemu zaszkodzi (a żarł wszystko, z olejem do smarowania piły włącznie!). A wygląda na to, że nadepnął na niego któryś z koni - najpewniej Wielki Straszny Zwierz. Niechcący. Bo przecież Murkis z naszymi końmi znał się i mieszkał dłużej niż z nami. Nam dał się oswoić 11 listopada - a pod wiatą nocował co najmniej kilka tygodni wcześniej. Konie go lubiły. Pozwalały mu się do siebie przytulać, gdy układały się do snu pod wiatą.

To był prosty, żywiołowy i żywotny, wiejski kocur. Kiedy chciał jeść - darł się wniebogłosy. Kiedy chciał spać, spał. Kiedy chciał - polował na myszy. Kiedy chciał się ogrzać, szturmował drzwi i okna naszej chatki, albo drzwi na strych. Kiedy chciał latać na boczku - latał. Był zupełnie niewychowany. Wpuszczony do domu, szybko lądował z powrotem za drzwiami. Nie było innego wyjścia - żaden garnek nie był przed nim bezpieczny.

Jeszcze długo będę, otwierając drzwi, odruchowo sprawdzał, czy przypadkim nie próbuje się prześlizgnąć.

Jest nam bardzo smutno. To było pierwsze żywe stworzenie, które nam przybyło do gospodarstwa od sprowadzenie się do Boskiej Woli. Jego śmierć nie jest dobrym znakiem. Poza tym, już bez żadnych zabobonów - pokazuje, jacy jesteśmy teraz bezradni w razie katastrofy...

Dostanie miejsce w naszej alei zasłużonych.


To jego ostatnie zdjęcie. Ze słonecznego piątku.

sobota, 23 stycznia 2010

Przewodnik zimowy po Boskiej Woli




Wczoraj zrobiłem kilka zdjęć które, o dziwo, już po 4 godzinach walki załadowały się do googlów. Więc zamiast posta, będzie zimowy przewodnik.

Co można spotkać przy naszej chatce?
Kocia domowego Sylwestrę, wyrzuconą na dwór przez okrutną Lepszą Połowę w trakcie porannego sprzątania.

Zewnętrznego kocura Murkisa, który nie opuści żadnej okazji, żeby się upomnieć o jaki bakszysz od pana...
Potargane i wielokrotnie reperowane linki, tworzące wejście do  królestwa czterokopytnych.

Zamarznięta na kamień wanna do pojenia koni. Normalnie nie było w niej tyle wody, ale że przy każdym nalewaniu do zamarzniętej, nalewało się trochę więcej niż poziom przerębla, to przez te trzy tygodnie od ostatniego rozmrożenia, tak urosło... Dziś rano stoczyłem epicki bój o rozmrożenie kranu i poległem. Trzeba już nie tylko poić z wiaderek, ale i wodę w tych wiaderkach z domu nosić...




Loża szyderców i mafia geriatryczna w jednej osobie, czyli Gluś, pod nieobecność młodszych, gospodarzy na resztkach sołtysowego siana...

Wielki Straszny Zwierz, czyli Dalia wlkp. Proszę się nie sugerować obwisłych brzuchem. Nie jest źrebna. Po prostu lubi dobrze zjeść...

Reszta stada z Maleństwem w trakcie porannej gimnastyki




Porannej gimnastyki Maleństwa ciąg dalszy


Przyczepa i ostatnie ślady po mojej heroicznej próbie wyciągnięcia jej ze śniegu (w stronę całkowicie przeciwną niż to sugeruje jej aktualne położenie!). Oraz odśnieżony (nocą) dach wiaty.



Widok ogólny naszej chatki z trupem koparki na pierwszym planie. Czy jest na sali ktoś, kto wie, jak rozmontować tylny most w Białoruśce..?

Nasza pustynia i druga już warstwa nawozu na niej. Kawał drogi z taczką!

piątek, 22 stycznia 2010

Oda do kalesonów

Sławiono wąsy i tabakiery
Lecz dla mnie, zimą – gdy mam być szczery
Jeden jest tylko, co godzien sławy
Temat dla ody, nie dla zabawy
Bo przyzna każdy, że w tym klimacie
Nic bliższe ciała, niż ciepłe gacie!

Zamarzamy

Samochód, niestety, do najbliższej odwilży, czyli wygląda na to, że do wiosny, raczej już nie pojedzie. Wymontuję dziś akumulator. Dlaczego? Wczoraj rano miał więcej niż ¼ baku paliwa, a zamarzł. Do wsi, 800 metrów, jechałem dwie godziny, wracałem godzinę. Z czego przez godzinę piłowałem silnik, żeby rozmarzł, stojąc mniej więcej w połowie drogi, gdzie utknąłem, a przez pozostałe dwie, przekopywałem się łopatą przez zaspy. Nie ma sensu powtarzać tego doświadczenia: rozrusznik i tak jest święty, że to do tej pory wytrzymał! Zresztą, na pewno zamarzł ponownie i będzie teraz zamarzał już zawsze…

Odmroziłem sobie tę część ciała, która jest potrzebna, żeby wsiąść w kulbakę. Nie wiem jak, ale odmroziłem. To nie jest takie śmieszne! Wczoraj wsiadłem na Zwierza i za karę, za nocne wycieczki, zmusiłem ją przejść po dziewiczym śniegu i lodzie na nasz Dziki Zachód (odyńca ani śladu, za to wiele śladów zajęcy i chyba nasz zaprzyjaźniony jeleń się też objawił – chyba że komuś krowa uciekła, bo parzystokopytne tych rozmiarów zostawiają podobne ślady – a Radkowej kukurydzy pilnował dorodny lis). Nie wiem kto bardziej cierpiał. Na krześle i owszem, mogę siedzieć. Najchętniej zaś, leżałbym w ciepłym łóżku i nosa spod kołdry nie wystawiał.

Nie mamy wprawdzie aż takiego hardkoru jak zaprzyjaźniona Indianka (ludzie, pomóżcie kobiecie w potrzebie!): nasza koza działa dobrze, a oprócz tego dogrzewamy się nocą koćwektorem (wyłączę go za jakąś godzinę, jak już koza się prawidłowo rozbucha), a w części łazienkowej naszej chatki nons stop działa garażowy grzejniczek mojego Ojca. Rachunek za prąd będzie zabójczy. Pocieszam się, że póki co inkasent nie ma szans do nas dojechać – zresztą i poprzednio nie trafił, choć nic mu w tym nie przeszkadzało i sam musiałem licznik odczytywać. Teraz wszystko zależy, co będzie pierwsze: rachunek za prąd, czy dopłaty. Wczoraj jednak, zmachany do nieprzytomności wycieczką do wsi (piechotą byłoby o wiele szybciej i prościej: ale za to przywiozłem, rzutem na taśmę, dwa worki owsa – na najgorsze, zapowiadane na najbliższy tydzień mrozy, nasze konie są więc bezpieczne) i niewyspany, po prostu umierałem z zimna. Gdyby nie Lepsza Połowa, która poczuła się rześko wieczorem i paliła w kozie prawie do północy, pewnie by nam tu już wszystko zamarzło.

O 4.18 obudziło mnie skrobanie w drewno – koć chciał jeść, to dałem. Zaraz potem jednak, za oknem naszej chatki przemaszerowało sobie całe czterokopytne towarzystwo, z ociągającym się Glusiem na końcu. To już wstałem, zagoniłem je łatwo z powrotem. Dalia, którą poprzedniej nocy wygnałem za karę na padok sama, czując się winna, od razu poszła się schować za padokową brzózkę. Napoiłem ją jako ostatnią. Muszę coś zrobić, żeby nie kojarzyły pojenia z ucieczką, bo będą uciekać co pięć minut. Nie mają, niestety, odruchu picia na zapas. Do tej pory zawsze miały nieograniczony dostęp do wody. A teraz wanna zamarzła już całkiem i nie ma innego wyjścia jak poić je z wiaderka.

Swoją drogą, widok Dalii wlkp pełnej poczucia winy, przepraszającej, pokornej – wart był uwiecznienia! Do tej pory, nawet podczas zabaw na okręgu (dlaczego ja tu nie zbudowałem okręgu póki było można..? Ach tak, nie mogliśmy ustalić gdzie i jak to zrobić…), które wymagają od konia zagrania roli podporządkowanej – i tak robiła mi miny za plecami i puszczała perskie oko do widza. 


Generalnie, towarzystwo czterokopytne, mimo mrozu, ma się świetnie! Pewnie lepiej, niż gdyby panowały 30-stopniowe upały. Kowal jest nam potrzebny od zaraz – ale nie ma wyjścia, musi to poczekać, aż zarobię jakieś pieniądze. Dzięki pośrednictwu Radka znalazłem we wsi gospodarza z sianem i słomą na sprzedaż. Ustaliliśmy wczoraj ceny. Oraz to, że mi ten towar sam przywiezie. Dziś jeszcze będę dzwonił do niego w sprawie terminu. W sumie dobrze by to było już jutro przerzucić, bo po sołtysowym sianie zostaje powoli tak samo mgliste wspomnienie jak po słomie byłego sołtysa. Pięć par nieustannie pracujących szczęk robi swoje… Kurcze, ja tu mam krowy jakieś, albo inne przeżuwacze, czy pustynne konie, do skąpego jadła przystosowane..?

Na najbliższe trzy – cztery noce, kiedy zapowiadają nam tu 20-stopniowe mrozy, rozpiszemy z Lepszą Połową dyżury przy kozie. Bo sam koćwektor za słaby jest. No i podpałki zostało na jeden raz tylko. Takoż i drewna trzeba jeszcze narżnąć. Wczoraj tylko porąbaliśmy (większość: Lepsza Połowa) to, co poprzedniego dnia narżnąłem. Co najmniej jeszcze jeden taki ładunek trzeba do niedzieli przerobić. Dobrze, że choć zapas żarcia mamy – bo jeść się chce nieustannie w tych warunkach.

Bredzę w gorączce, albo zamiast porządnie pisać, jakieś luźne myśli tu na ekran przelewam. Kończę więc, co by wstydu oszczędzić. I dziękuję Wam, Drodzy Czytelnicy, raz jeszcze za sms-y. Skończyliśmy na górze czwartej strony rankingu.

czwartek, 21 stycznia 2010

Alleluja i do przodu!

- jak mawia pewien bardzo nie lubiany w mediach ksiądz. J A co, nielubianych księży to już cytować nie wolno? Tym bardziej, że cytat jak najbardziej na miejscu. Bo chciałbym w ten sposób, w pierwszych słowach mego listu (jak to się ongiś pisało), wszystkim Państwu serdecznie podziękować! Jesteście Wielcy! Ogromni!

Zwłaszcza Pani Doktor, której akcji sms-owej chyba zawdzięczam, że dzięki głosom jej licznych przyjaciół wylądowaliśmy na 4 godziny przed zakończeniem głosowania, na stronie 4 rankingu. Mimo, że niewiele tu zdjęć (sumituję się i przepraszam: piszę, kiedy jest jeszcze ciemno, jedną ręką rozpalając jednocześnie naszą kozę, to trudno z aparatem po krzakach latać, a w ciągu dnia, jakoś ostatnio cały czas byliśmy zajęci… Rozumiecie Państwo, na wsi to tak, jak w polityce: bezpieczeństwo energetyczne przede wszystkim! Trzeba rżnąć, póki sił staje…), piszę prawdopodobnie zbyt rozwlekle i to na temat, który wedle statystyki, powinien interesować 0,3% Polaków (szczegóły będą w lutowym numerze „KT“, jak sądzę!).

Pomyślcie Państwo: może macie jeszcze jakichś znajomych, krewnych, przyjaciół, albo chociaż zapomniane w szufladzie biurka, nie używane od dawna telefony, z których da się wysłać jeszcze ten jeden głos poparcia? Bo target, czyli strona 3 rankingu, jest już tuż, tuż! O jeden, może dwa sms-y przed nami! A zgodnie z surowymi regułami tego konkursu, da się wysłać tylko jeden głos z jednego numeru telefonu…

Mam nadzieję, że Państwo z nami zostaniecie. Będziecie tu zaglądać co jakiś czas. Obiecuję spróbować pisać krócej, dowcipniej i częściej przeplatać tekst zdjęciami. Słowo!

Bo już od 4 lutego, następne głosowanie… Jak wiadomo, każdy prawdziwy Anglik na bezludnej wyspie buduje trzy szałasy: w jednym mieszka, w drugim jest klub, do którego chodzi, a w trzecim – klub, do którego nie chodzi. Ktoś z Państwa zgłosił nas do konkurencyjnego konkursu na Blogera Roku 2009, potwierdziłem to zgłoszenie i właśnie dostałem wiadomość, że zostało przyjęte. Szczegóły podam we właściwym czasie.

Trochę się nie wyspałem. O 0.19 czujna jak zawsze Lepsza Połowa trąciła mnie w bok mówiąc: konie! Istotnie, za oknem widać było na tle bezchmurnego, nocnego nieba profil o taki mniej więcej:


 (zdjęcie dzienne i stare, ale kto by dał radę łapać konie i je fotografować, jeszcze po ciemku, jednocześnie..?)

Dziewczyny właśnie WRACAŁY. Rozumiem, ze z jakiejś balangi na wiosce..? Nie było trudno je zagonić do ogrodzenia, bo same tam zmierzały. Trochę czasu zmarnowałem na rozmrożenie im kranu, bo wiadomo, po imprezie suszy.

No niestety, seniorka, Dalia wlkp pozazdrościła młódkom i chwilę po tym, jak się znowu położyłem w wygrzanej przez Lepszą Połowę i kocia naszego domowego pościeli, z wielkim tętentem i hukiem rozerwała ogrodzenie i poooszła w długą! Wracając za resztą stada, któremu naprawdę już się nie chciało więcej biegać po nocy, rozerwała ogrodzenie w innym miejscu. To miałem co łatać. Tak to jest, jak człeka niewczesna litość weźmie dla biednego zwierzątka i nie wiądzie na niego, choć mu to solennie obiecał, tylko dlatego, że grzbiet śniegiem zmoczony…

Zimno. Wendi nam wczoraj rano znowu zamarzła. To znaczy – zamarzło w niej paliwo. Ledwo, ledwo doczołgaliśmy się, najpewniej wielką krzywdę całemu układowi paliwowemu robiąc, na jedynce, a jak się troszkę odmroziło, gdy się silnik nagrzał, to na dwójce, do najbliższej stacji paliw w Wyborowie. Czarno widzę najbliższy weekend, kiedy to -19º dla Radomia i okolic zapowiadają!

Naprawdę, to zaczyna już być nużące! Jeszcze tydzień, dwa takiej aury, a zaczniemy, wzorem naszych przyjaciół i w sumie niedalekich sąsiadów, którzy od nas Dara wlkp, syna Dalii, kupili, myśleć jak tu Boską Wolę sprzedać i pod cieplejsze niebo się przenieść…

środa, 20 stycznia 2010

Cud nasz codzienny…

Nie macie Państwo pojęcia, jak ja się cieszę, kiedy wyjdę o tej 5.15 – 5.30, zapalę światło pod wiatą i widzę, że wszystkie konie są i że mają się dobrze! Jak na razie ten cud codzienny zdarza się co rano – najwyżej okazuje się, że Maleństwo albo Osman Guli błąka się za płotem. Ostatnio zresztą – tylko w najbliższym otoczeniu wiaty, bo po skorupie lodowej chodzić im jednak niewygodnie. Kiedy je wszystkie widzę w dobrym zdrowiu rano, wiem już, że będą z nami tego dnia i że jest to kolejny dzień szczęśliwy. Niezależnie od tego, co jeszcze się zdarzy… Niezależnie od tego, ile nam takich dni zostało!

No i patrzcie Państwo, zebrało mi się z samego rana na liryczny nastrój – a gdzie dowcip w tym wszystkim? No właśnie: wczoraj rano dolna linka zamykająca wejście była przerwana, wszystkie konie grzecznie w środku (abstrahując od faktu, że po zniszczeniu w niedzielę pierwszej linii naszej barykady ze słomy, broniącej im dostępu do siana, właśnie nadkruszyły linię drugą; dziś w nocy i ta padła, obżarte są więc do nieprzytomności – słoma byłego sołtysa była po prostu zbyt słabo sprasowana…). Ale potem jadąc do sklepu znalazłem końskie bobki już między zabudowaniami, we wsi – a Lepszej Połowie wydawało się, że słyszy przez sen tętent kopyt, który najpierw się oddala, a potem powraca. Nocne życie, o którym nic nie wiemy?

Dziś obie linki mocno były poluzowane – wisiały zupełnie nie napięte. Wszystkie konie grzecznie w środku. Ciekawe tylko, gdzie znajdę ślady ich bytności..?

W każdym razie teraz są i mają się dobrze. Wczoraj wylonżowałem tylko Osman Guli i Maleństwo (Lepsza Połowa nie czuła się dobrze, mam nadzieję, że dziś będzie już lepiej po użyciu wszystkich medykamentów, jakie nam tu jeszcze zostały, a sam byłem zajęty rżnięciem…), któremu zmiana kierunku przychodzi coraz łatwiej i z coraz mniejszym stresem. Musieliśmy latem popełnić jakiś błąd przy pierwszych próbach, że się potem tak zaparła. Dziś, jeśli tylko uda mi się osuszyć jej pokryty śniegiem grzbiet, chciałbym jednak po południu wsiąść na Strasznego Zwierza. Tak dla poprawy pracy jej przeciążonych nadmiarem siana jelit!

Przeglądając blogi innych przesiedleńców z miasta na wieś, miałem okazję do refleksji: co my tu właściwie robimy i dokąd zmierzamy? Cóż, nie uciekliśmy z miasta na wieś. Ucieka się przed czymś. Uciekiniera najczęściej w dodatku coś goni. Tymczasem to my raczej gonimy. Za szczęściem rzecz jasna, bo niby za czym? Amerykanie to mają nawet w konstytucji wpisane, zaraz na samym wstępie, to niby dlaczego my mielibyśmy być gorsi? A czy może być większe szczęście niż piątka takich czworonogich urwisów? Gluś, który tak się niecierpliwi, czekając aż woda popłynie z rozmrażanego kranu, że zaczyna przy nim pyskim majstrować – jak by mu pozwolić, to by całe to ustrojstwo w końcu rozebrał. Mój Wielki Straszny Zwierz, ideał końskiej urody dla całej wsi i okolic, bo wielka, gruba i bardzo się błyszczy – sybarytka stajenna i leń, o której przystosowanie do surowych warunków zimy bez stajni bałem się najbardziej, a która ma się tu najlepiej ze wszystkich i kwitnie wprost fenomenalnie. Oraz Trzy Gracje, absolutnie wyjątkowe i niepowtarzalne, a każda inna i każda doskonała na swój sposób…

Zaraz się obsmarkam..! Kończę, bo w takim nastroju niczego sensownego i tak nie napiszę. Powinienem, zgodnie z obietnicą napisać o podróżach do gwiazd – co by poszerzyć target tego bloga i jeszcze parę sms-ów zarobić (awansowaliśmy na 7. stronę rankingu, bardzo dziękuję i proszę o więcej! Głosowanie trwa jeszcze do jutra! Do finałowej dziesiątki pewnie nie wejdziemy – ale gdyby tak zakończyć wyścig, ambitnie powiem: na stronie trzeciej… Na trzecią stronę rankingu, to już wielu internautów zagląda! O wielu więcej, niż na siódmą… A do tego starczy jeszcze jeden czy dwa sms-y. Twój może..?). Albo opisać moje z Wielkim Strasznym Zwierzem krwawe z wisielcami, krowami, drutem kolczastym i podróżami pieszo przez ćwierć Polski przygody, żeby przykuć Państwa do foteli i biurek i nie pozwolić wstać od końputerów, nim przeczytacie… Ale się rozkleiłem i nic z tego nie będzie. Trudno. Mazgaj ze mnie, znakiem tego… Albo i mnie jakie choróbsko bierze i stąd ten dziwny nastrój…

wtorek, 19 stycznia 2010

K.L.O.N.

Google Analytics, obok wielu innych ciekawych funkcji, które dopiero poznaję w miarę wolnego czasu (zainstalowałem sobie tę usługę wszystkiego dwa tygodnie temu), podaje też, skąd Państwo P.T. Czytelnicy wchodzicie na tę stronę. Taki Big Brother.

Okazuje się, że 75% wejść następuje za pośrednictwem linków zamieszczonych na innych stronach. Przoduje w tym rankingu blog Indianki. Indiankę i wszystkich Państwa niniejszym serdecznie pozdrawiam. Na weselu trzeba by w tym momencie wstać i wypić – ale to już może każdy indywidualnie, póki się kiedyś w realu nie spotkamy, co by te wszystkie toasty nadrobić J. Zaraz potem, z bardzo podobną zresztą liczbą wejść, sytuuje się sam blogger.com, czyli portal, który prowadzenie tego bloga umożliwia, moja strona domowa, na portalu Apple, oraz oba wcielenia re-volty, czyli re-volta.pl i voltopiry.pl. Wstajemy i pijemy!

Potem długo, długo nic i zaczynają się różne ciekawe stronki, które właśnie dzięki Google Analytics odkrywam. Na przykład, odkryłem wczoraj w ten sposób TransBlog. W pierwszej chwili, przyznaję, byłem zachwycony: dawno nie czytałem tak rozsądnych i wyważonych opinii o przesiedleniu się z miasta na wieś, pisanych tak ładnym, naturalnym, a zdradzającym wielkie wyrobienie stylem. No i ta kresowa melancholia… Z góry się cieszyłem na długą lekturę wieczorem, kiedy codziennie mam problem jak tu dotrwać przynajmniej do tej 21.00, a jeszcze lepiej do 22.00 i nie paść: a dotrwać muszę, co by pójść ten ostatni raz do koni, wody im nalać, kran uprzednio rozmroziwszy (wczoraj w strachu byłem, bo mi rano trzy razy korki wywalił i długo się rozmrażał – ale potem było już OK), siana dać i sprawdzić, czy ogrodzenie całe. Przyznaję Państwu, że jak wczesnym rankiem energia mnie rozpiera i pomysłami tryskam mimo, że ciemno za oknem i zimno, tak wieczorem, w podobnych przecież warunkach zewnętrznych, oczy mi się same zamykają i gdybym mógł, to bym nawet wieczornych wiadomości w pudle nie czekał. Chyba, że się coś niezwykłego dzieje – ale co się może dziać niezwykłego, kiedyśmy zasypani i zamrożeni jak, nie przymierzając, konflikty narodowościowe w ZSRR..?

Trochę się jednak rozczarowałem. Od dawna mamy już dobrą przyjaciółkę, ongiś jeszcze na starej volcie poznaną, która uprawia różne gatunki wiedzy tajemnej i magii. Nie przeszkadza nam to bardzo ją cenić i w końskich sprawach zwłaszcza, rady u niej szukać, bo ma wiele innych zalet – choć oboje z Lepszą Połową zgodni jesteśmy co do tego, że cała ta ezoteryka jest w najlepszym razie nieszkodliwym wariactwem. W najlepszym razie! Bo patrząc na sprawę obiektywnie to wiara w to, że jakieś martwe kamienie pędzące przez kosmiczną próżnię miliardy kilometrów od nas, czy ogromne kule rozżarzonej plazmy, których światło potrzebuje setek, tysięcy, a nawet milionów lat, żeby do nas dotrzeć (i z których walna część w chwili, gdy piszę te słowa, zgoła już wcale nie istnieje, a tylko nasi odlegli potomkowie, jeśli doczekamy się takich, za miliard lat się o tym dopiero dowiedzą!), a więc planety i gwiazdy, mają wpływ na nasz charakter, temperament czy losy – źle jakoś o zdrowych zmysłach wierzącego świadczy… Już pomijając wszystko inne, to gwiazdy które, z Ziemi widziane, tworzą konstelacje przez starożytnych Sumerów (albo i wcześniej, przez pierwszych, neolitycznych rolników…) wyróżnione jako znaki zodiaku, tak naprawdę nie mają ze sobą nic wspólnego i dzielą je setki lat świetlnych próżni, a ich układ całkiem jest przypadkowy i widzianych z planety obiegającej inne słońce, nie da się rozpoznać…

Wiara w horoskopy i wróżki nie dziwi u prostego ludu. Tak zawsze było i zawsze będzie. Prosty lud jednak nie bloguje, a już na pewno nie robi tego tak ładnie. Skąd więc to dziwactwo – bo, z całym szacunkiem, tak muszę to nazwać?

Winna jest chyba współczesna nauka. A raczej jej parodia, z którą najłatwiej jest wejść w kontakt i natychmiast się sparzyć. Nauka podczas II wojny światowej została na całym niemal świecie upaństwowiona – i teraz ponosimy tego konsekwencje. Większość „pracowników naukowych“, to durnie i darmozjady: o czym zresztą wyczerpująco pisze JKM, nie ma co tego powtarzać. Dla człowieka myślącego, który nie miał szczęścia zetknąć się z nauką prawdziwą, która dzisiaj z pompatycznym i śmiesznym w swojej próżnej dumie XIX-wiecznym pozytywizmem niewiele ma już wspólnego, ezoteryka może być intelektualnie pociągająca. Tym bardziej, że zagłębienie się w teorię chaosu wymaga jednak matematyki, której od dawna już w szkołach średnich nie uczą. Tarot czy I-qing (który zresztą bardzo szanuję: promotor mego niedoszłego doktoratu twierdził, że właściwie stosowana, wróżba z Księgi Przemian jest rodzajem autohipnozy, pozwalającej na uruchomienie nie używanych zwykle przez nasz racjonalny mózg pokładów intuicji i pamięci), takiej matematyki nie wymaga, a oferuje bogatszy i prawdziwszy obraz świata, niż brednie powtarzane na większości katedr przez idiotów lub leni z profesorskimi tytułami.

Tymczasem wygląda na to, Proszę Państwa, że wspólnym wysiłkiem potrafimy coś zdziałać! Otworzył mi się właśnie ranking – i, uwaga, uwaga! Jesteśmy na 9 stronie, na samej jej górze. To może jeszcze po sms-iku? A00113 na numer 7144. Żeby w południe, kiedy się będzie ranking resetował, było już na stronie 8? Tylko 1,22 zł. W tym grosik na żołnierzy – jak śpiewa Kazik… - i grosik dla księdza, w parafii nędza…

O gwiazdach jeszcze będzie – obiecuję. Od dawna mam ochotę spisać myśli oderwane, jakie przychodzą mi do głowy podczas mojej ulubionej każdego dnia czynności, jaką jest sprzątanie gnoju. Serio, serio! Lubię to robić, bo nie trzeba się cały czas schylać, jak przy rąbaniu drewna, a mile ciepło się robi od machania widłami i pchania taczki. Przy tym można sobie dowoli porozmyślać. O rzeczach najzupełniej abstrakcyjnych. Ostatnio mnie wzięło właśnie na podróże do gwiazd. Tyle, że jak już skończę, a potem jeszcze trochę narżnę, albo co innego zrobię, to jest już wieczór i oczy się same zamykają… Dzisiaj będę się musiał poważnie zająć rżnięciem (łańcuchy naostrzone, zapas oleju do smarowania uzupełniony, tylko brać i rżnąć!), co by zapas drewna porządnie przed ciągle się odsuwającymi (wedle prognozy pogody) większymi mrozami uzupełnić. Co zresztą, jak czytam, wydaje się dość powszechną czynnością u blogujących przesiedleńców.

Razem, zdaje się, tworzymy niezły Klub Ludzi Odrobinę Nietypowych. Czyli K.L.O.N. Wypiłbym za to, a choćby i naleweczki („trzy dziewiątki“ to nic przy prawdziwym, litewskim samogonie! Piłem raz taki w Wilnie, od sąsiada rodziców Lepszej Połowy otrzymany, ech..!).

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Święta wojna

Bój był zażarty. Na śmierć i życie. Przy tym, co warto podkreślić na użytek przyszłych kronikarzy: nie był to bój bezsensowny. Jak I wojna światowa, która wybuchała przypadkiem. Czy II wojna światowa, która nie wybuchła przypadkiem, tylko została celowo wywołana, i do dziś trwają spory, czy przez tych, którzy ją formalnie wywoływali, czy zgoła przez kogoś innego. Ale i tak, w dłuższej perspektywie czasowej, wygrał na niej tylko Hollywood, którego jednak, jak na razie, o jej wywołanie się nie podejrzewa…

Tak, to była wojna o coś! Po pierwsze, o męski honor. Który samiec jest ważniejszy? Który zajmuje pierwsze miejsce u boku damy? Komu wolno obsikiwać wszystkie kąty? Po drugie: o boczek!

Lepsza Połowa otworzyła lodówkę. Nigdy, ale to nigdy nie należy tego robić, kiedy kot zewnętrzny Murkis jest wewnątrz chatki! Sama się nad biednym, małym Murkiskiem zlitowała, że mu tak zimno i wpuściła do środka (już nie będę wypominał, kto szaro-białego kotka, żyjącego sobie wcześniej szczęśliwie i beztrosko pod naszą wiatą dla koni, gdzie spał na sianie i myszy łapał, koniecznie musiał oswoić i biegał za nim z miseczką mleczka…). A potem taka wtopa! Na koniec, oczywiście, to Lepsza Połowa wyszła z tego starcia zwycięsko – ale też jest Lepszą Połową, więc nie ma w tym nic dziwnego, prawda..?

Lepsza Połowa otworzyła lodówkę. Potem ją zamknęła. A ja słyszę z kąta stłumione warczenie. Murkis dusi kawał boczku, który ledwo dzień wcześniej z takim trudem z Warki przywiozłem – kawał prawie tak duży jak on sam, w dodatku w folii, niby próżniowo pakowany, skąd więc na nim miły kociemu sercu zapach..? Dusi Murkis ten kawał boczku, drapie go wszystkimi dwudziestoma pazurami naraz, jeździ na nim po podłodze, turlają się razem z boczkiem jak jeden wielki kłąb, tylko Murkisowy ogon z tego wystaje…

To był bój wstępny. Widać jednak było od razu, że boczek długo oporu stawiać nie będzie. Ruszyłem więc na ratunek! Jedną ręką porwałem Murkisa za kark, drugą chwyciłem za boczek. I tu – niespodzianka! Nie dało się ich rozdzielić. Normalnie ciągnąłem ze wszystkich sił, a trochę krzepy się przez te miesiące rżnięcia, rąbania i innych pożytecznych dla ciała ćwiczeń już nabrało – i nic! Nie puszcza! Co gorzej, jak któraś z Murkisowych łap od boczku się oderwie, to natychmiast wbija się pazurami we mnie – całe dłonie mam teraz w sznytach jak rasowy recydywista.

Puściła w końcu folia. Boczek piękną parabolą poleciał za otwarte (w celu wyrzucenia Murkisa!) drzwi naszej chatki. Razem z Murkisem, który tym samym stał się Pierwszym Kotem Latającym Na Boczku w historii kockości.*

Przyznam, że w tym momencie zrezygnowałem. Z boczku. I z honoru. Zostałem sprowadzony do roli wycofanego samca. Samca beta. Podległego dzielnemu, mądremu, przedsiębiorczemu Murkisowi, który niniejszym awansował na gospodarza naszego obejścia. Czy mogę otworzyć lodówkę, o Murkisie..?

Nie, nie – aż tak źle się to nie skończyło. Dzięki interwencji Lepszej Połowy, która do tej pory przypatrywała się naszym zmaganiom, zachowując stoicki spokój i szwajcarską neutralność. Ubrała buty. Chyba moje? Po czym zza drzwi dobiegł rozpaczliwy śpiew żałobny Murkisa. A po chwili wróciła Lepsza Połowa z boczkiem. Nawet nie chcę wiedzieć, co ona mu zrobiła! Nie chcę, bo wiecie, ta samcza solidarność… Nie ma czegoś takiego, ale i tak mnie boli, jak pomyślę!

Boczek został uratowany. Murkis i tak się opchał do nieprzytomności, bo Lepsza Połowa odkroiła mu to, co już i tak nadgryzł lub naddrapał. Było tego i tak tyle, że chyba się najadł do syta. Lepiej niż dwoma kartoflami, które porwał – wystawione do ostudzenia na zewnątrz (były potrzebne Lepszej Połowie jako składnik zapiekanki z kaszanką) – i zeżarł w całości dzień wcześniej. Co nie przeszkadzało mu dobijać się do naszej chatki przez resztę dnia.

Bardzo dziękuję za wyrazy sympatii pod postem „Na Zachodzie bez zmian“. Dzięki Waszym głosom (jak mniemam), ten blog awansował na 11 stronę w rankingu. Ciągle jednak z jedną złotą kuleczką obok – czyli nadal od 1 do 5 głosów. Ponieważ zagłosowała też na mnie Lepsza Połowa (ale nie z litości, bo jeszcze przed wojną o boczek…), to znaczy, że co najwyżej 3 inne osoby wysłały smsy. A nieubłagane Google Analytics pokazuje, że najmniejsza liczba „original user“, wchodzących na ten blog, to 12 w poprzednią sobotę. Na ogół codziennie jest 15 do 20 nowych Czytelników. W poniedziałki około 30. Nawet Google AdSens raportuje, że już dzięki Wam i tym reklamkom pod tytułem bloga, całe 28 centów zarobiłem! Naprawdę, nie wiem co ja zrobię z taką fortuną..? To co, może jednak smsik..? A00113 na 7144. Za całe 1,22 zł, z czego 22 grosze na wojnę w Afganistanie i zwalnianych stoczniowców..? I meksykańska fala! I hop siup!

„Odśnieżona“ droga w roli toru wyścigowego sprawdza się znakomicie. Zaspałem dzisiaj, po wczorajszych ekscesach wierzchowych i konie dostały śniadanie godzinę później. Widno już, muszę lecieć do roboty, więc kończę.

kockość* - termin Lepszej Połowy (kiedyś ułożę Wam cały słowniczek!), utworzony analogicznie do „ludzkości“; oznacza tak, jak w przypadku tego drugiego słowa, zarówno istotę bycia kotem i charakterystyczne dla kota jako takiego własności emocjonalne, intelektualne i moralne (tzn. ich całkowity brak…), jak i ogół bytów kocich aktualnie i potencjalnie istniejących…

niedziela, 17 stycznia 2010

Osobliwości

Ewenementem nieomal nie mieszczącym się w mojej wyobraźni był wczorajszy przejazd naszą polną dróżką… pługa śnieżnego! Pług był podczepiony do dość niedużego traktorka, więc pracowało mu się ciężko i powoli, ale wykonał swoje dzieło z wielką wytrwałością. Mamy teraz świetny tor zimowy do jazdy konnej. Konie zresztą niemal natychmiast go wypróbowały, bo znowu zerwały linki zamykające wejście do ich królestwa i koleiną po traktorze dobiegły w piątkę do drogi, a potem do wsi. Mało brakowały, a by do byłego sołtysa na podwórko wbiegły – tam się koleina kończy.

Oczywiście, Dalia wlkp, jako z natury ostrożna przywódczyni stada, na takie ekscesy jak zwiedzanie cudzego obejścia, towarzystwu nie pozwoliła. Zgarnęliśmy je łatwo. Były na tyle uprzejme, że tym razem zwiały w ciągu dnia, na jakieś pół godziny przed zachodem słońca. Skończyło się zatem na lekkiej przebieżce przed obiadem (naszym, bo one zjadły dużo wcześniej).

Na te linki niewiele można poradzić. Póki wyjście jest przy wiacie. Po prostu mają zwyczaj – zwłaszcza Dalia – wyglądać zza wiaty w stronę naszej chatki, skąd zwykle przychodzi owsik i rozrywka i przy tej okazji napierają na linki które, jak by nie były zawiązane, wcześniej czy później poluźniają się lub pękają. Gdyby tak choć jeszcze dwa lub trzy słupki z docelowego ogrodzenia dało się wmurować…

Dlaczego wynikiem ciężkiej i wytrwałej pracy pługa śnieżnego jest zimowy tor do jazdy konnej? Bo, oczywiście, nie wybrał śniegu do gruntu. Tylko go wyrównał. Więc, zamiast bardzo już ubitych kolein, na których nawet ważąca 2,5 tony Wendi się nie zapadała i przeoranego już wiele razy jej wałem, dość luźnego śniegu z kawałami lodu pośrodku, teraz jest równa, gładka powierzchnia średnio ubitego śniegu, w którym ciężki Nissan Patrol zapada się jak w bagnie. Wiem, bo udało się w końcu Wendi odmrozić i cztery razy na naszej dróżce zdołałem się już wczoraj zakopać. Dopóki znowu się nie ubije kolein, jazda jest gorsza niż po polu…

Wendi udało się odmrozić dopiero po południu, bo oczywiście Radka brat Wojtek nie wciągnął jej na noc do garażu. Musieliśmy to zrobić z Radkiem i jego matką rano, kiedy do nich przyszedłem (osobliwie sympatyczne było zaangażowanie całej ich rodziny, w końcu swoją robotą też przygniecionej, w to nieszczęsne rozmrażanie…). Radka brat zmajstrował w garażu kozę własnej roboty – tak na oko ze dwa razy większą od naszej. Jej, jak to się łatwo rozpala i ile ciepła daje! W cztery godziny cały lód z samochodu zszedł, silnik ruszył ładnie i bez żadnego przerywania. A uszczelka, którą dzień wcześniej znalazłem, nie była od mojego filtra paliwa. Ktoś inny ją zgubił w tym miejscu.

W międzyczasie żona Radka zawiozła mnie na zakupy do Warki, mamy więc zapasy i trochę czasu przeżyjemy. Jedynie zapas drewna przez zamarznięty samochód, który mi wiele czasu w ciągu ostatnich trzech dni pożarł, skurczył się znowu, zamiast przyrosnąć. Trzeba będzie jeszcze jutro rano do Warki pojechać, łańcuchy do piły naostrzyć, olej do smarowania i olej do paliwa kupić. O ile Wendi znowu nie zamarznie? Paliwa ma więcej w baku niż miała, ale przecież, że nie do pełna… Na wszelki wypadek postawiłem ją odwrotnie niż zwykle, prawym bokiem, gdzie bak ma i wszystkie paliwowe przewody, od zawietrznej.

Wieczorem była u nas jakaś kanonada. I to jest osobliwość prawie na miarę pługa śnieżnego. Bo co to mogło być? Nie polowanie przecież – pojedynczy myśliwy by tyle huku nie zrobił, zresztą osobliwe było w tym i to, że wybuchy powtarzały się z dużą regularnością, jeden po drugim – a o polowaniach zbiorowych po ciemku nigdy nie słyszałem. Dla paintballowców, którzy mają tu swój tor przeszkód (ale po drugiej stronie, bo od torów te huki dochodziły, nie od wsi!), chyba było za zimno, prawda? A nawet przez chwilę coś jakby błyski na horyzoncie było widać. Może ktoś po prostu odkrył zapas nie odpalonych petard po sylwestrze..? Na szczęście, konie olały tę osobliwość.

A dzisiaj nie pozostaje nam nic innego, jak z naszego zimowego toru do jazdy skorzystać i pogalopować tam i z powrotem… I tak 10 razy, to może któraś się choć z lekka zarumieni!

sobota, 16 stycznia 2010

Na Zachodzie bez zmian…

Zauważyliści Państwo pewnie, że często pożyczam tytuły? To przemyślana strategia jest! Jak pokazuje Google Analytics już po dwa razy ktoś kliknął na tego bloga szukając wyrażeń „biegi przełajowe“ i „niż genueński“, a raz nawet: „drętwienie kikuta palca dłoni“, choć to mam za końputerową fantazję, bo jako żywo w takiej dosłownie kolejności nigdy tych słów tu nie zestawiłem!

Jak do tej pory wiem na pewno, że mam co najmniej jednego Czytelnika który kuma, o co tu chodzi i czytając historyjki, które zapodaję, zaśmiewa się do łez. Bo przecież po to piszę, żebyście się Państwo pośmiali, a nie dlatego, że nakarmiłem już jakiś czas temu konie, koza właśnie się rozpala, a że z natury jestem stworzeniem o aktywności porannej i rozpiera mnie o tej porze dnia energia i fantazja, to nie mając aż do świtu nic konkretnego do roboty, mam to za lepsze zajęcie niż układanie nierealnych chwilowo planów na przyszłość (żeby była jakaś przyszłość, musimy niestety, najpierw dojść do ładu z naszą teraźniejszością! Teraźniejszość zaś jest taka, że w lodówce zostało pół puszki „Przysmaku śniadaniowego“ z lokalnego sklepiku, który nawet Sylwestra je z obrzydzeniem i tylko, kiedy jest już wściekle głodna…). Po prostu lubię Państwa bawić.

Mój Czytelnik który kuma, o co tu chodzi, czyli pani dr Batog, radziła mi wczoraj sms-em, żebym napisał powieść dla dzieci z punktu widzenia naszego kota, albo któregoś z koni. Akurat sekundę wcześniej skończyłem bardzo nieprzyjemną rozmowę z panią z firmy windykacyjnej pracującej dla mBanku (bo przecież już całe 9 dni spóźniam się z POŁOWĄ raty kredytu! Bank może od tego w każdej chwili zbankrutować! Ludzie, wycofujcie stamtąd swoje wkłady, bo przeze mnie przepadną..!). Co, jak można się domyśleć, nie nastrajało mnie przesadnie twórczo. Tym niemniej pomysł sam w sobie nie jest zły, jak w ogóle większość pomysłów Pani Doktor, która jest tu naszym dobrym duchem opiekuńczym od samego początku w Boskiej Woli osiedlenia.

Tyle tylko, że wymaga najpierw odrobiny marketingu. Obawiam się, że jeśli tego bloga nie przeczyta jakiś wydawca – a przynajmniej sekretarka wydawcy, przyjaciel wydawcy, kochanka wydawcy, w ostateczności: dziecko wydawcy! – to mogę konspekty powieści, opowiadań czy książek o konisiach słać sobie do wydawnictw następne 40 lat i jeśli raz jeden doczekam się uprzejmej odpowiedzi, żebym czekał na odpowiedź, to taki będzie cały mój w tym dziele sukces.

Tymczasem, w konkursie na Blog Roku 2009 dostałem od 1 do 5 głosów i zajmuję miejsce na 15. stronie w rankingu kategorii „Ja i moje życie“ – czyli około 150-tego. Nieźle, jak na 1300 blogów zgłoszonych w tej kategorii (to co, właściciele pozostałych 1150 nawet sami na siebie nie zagłosowali..? Co ja, bez wstydu przyznaję, natychmiast uczyniłem!). Jednak, biorąc pod uwagę, że Google Analytics podaje mi raporty, z których wynika, że tygodniowo wchodzi tu ok. 100 P.T. Czytelników – jednak trochę mało!

Ludzie, zróbmy trochę ruchu w tym interesie! Wiem, że piszę rozwlekle. Trzeba mieć czas, żeby to czytać. Trzeba lubić. Ale też nikt Was nie zmusza, żebyście tu klikali. Znaczy, że lubicie, tak? To polećcie mnie znajomym. Zamieście linki na swoich stronach i blogach. Wspomnijcie na forach publicznych, linka dając. No i wysyłajcie te sms-y o treści A00113 na numer 7144. Kosztuje to 1,22 zł, z czego wiem na pewno, że 22 grosze dostanie Rudowłosy, a co się stanie z pozostałą złotówką, nie śmiem nawet przypuszczać: konkurenci podają, że pójdzie to na turnusy zimowe dla biednej młodzieży, ale po pierwsze – na pewno nie całość, bo przecież organizacja takiego konkursu kosztuje, a niby dlaczego organizatorzy mieliby to robić za friko? A po drugie, jakoś nigdzie na głównej stronie konkursu się tej informacji nie dopatrzyłem… No, ale chyba 1,22 zł za chwilę śmiechu to nie jest drogo..?

Wracając do śmiechu: wczorajszy Czyn przez duże „Cz“ (a nawet „Czy“!) skończył się jak zwykle. To znaczy, zbiorowym wysiłkiem i mądrością narodu (skumplowałem się z dwoma sąsiadami, obsadzającymi na spółkę oba rogi naszej dróżki w miejscu, gdzie dochodzi ona do wioskowego asfaltu, tj. z Frankiem, który raz już mi pocztę przyniósł, bo ją u niego listonosz zostawił i z Wojtkiem, który ciągał mnie poprzednio traktorem, a wczoraj usłużył wrzątkiem do rozmrażania rurek i zaoferował tonę owsa o 5 zł na metrze taniej niż były sołtys…) zamontowaliśmy z powrotem całe ustrojstwo tam, gdzie jego miejsce, rozmroziliśmy co się dało tak, że paliwko z pompy wreszcie pociekło (bo nie chciało z początku), odpaliliśmy i… Najpierw maszyna elegancko weszła na obroty, pochodziła trochę nawet i bez gazu, ruszyłem z miejsca i zdechło! Zdechło i już żadne tego dnia wysiłki nic nie dały: zdychało za każdym razem po minucie – dwóch. Dobrze, że akumulator mam dobry, to zniósł moje uparte eksperymenty, aż przyjechał druh mój serdeczny Radek ciągnikiem i zaholował mnie do siebie na podwórko. Miałem nadzieję, że może po drodze się przepali i jechałem na „piątce“, a nie na luzie – ale d..pa, na podwórku u Radka było to samo. Jego brat – mechanik, Wojtek, obiecał na noc wstawić Wendi do ciepłego garażu, żeby się w całości rozmroziła.

I teraz dowcip. Wracając od Radka, druha mego serdecznego, znalazłem na naszej dróżce gumowe kółko. Może to nie jest uszczelka z mojego filtra paliwa. A może jest? Bo jeśli jest, to w tym, że samochód gasł po minucie, góra dwóch, nie ma nic dziwnego… W końcu, jak mu się w filtrze paliwa powietrze do ropy mieszało, to jak miał nie gasnąć..? Prosiłem Radka przez telefon, żeby odkręcił ten filtr i sprawdził, czy jest w nim uszczelka. W końcu biegałem z filtrem w ręku kilka razy między samochodem a naszą chatką, uszczelka miała pełne prawo na drodze wypaść… Nie sprawdził chyba, a ja nie naciskałem, bo raz że noc w garażu Wendi na pewno nie zaszkodzi, dwa, że i tak już było za późno, żeby robić cokolwiek, trzy, że ten gumowy krążek jest już z lekka przydeptany i wątpię, aby mógł spełnić swoją rolę, jeśli nawet rzeczywiście jest uszczelką z mojego filtra paliwa; a cztery, że Radek ma teraz własne kłopoty, o wiele gorsze od moich. Dach na oborze mu się zawalił. Nie! Bez tragedii! Żadnej krowie nic się nie stało! Ale jak przyjdzie odwilż, jak to wszystko krowom na łby spłynie… Ma ktoś gdzie przygarnąć 20 mlecznych krów na wiosnę..? No i siano, na strychu nad oborą składowane, szlag mu pewnie trafi…

Radek szczęściem w nieszczęściu w nowym roku odnowił ubezpieczenie obory, które mu jakiś czas temu wygasło. Ale zanim wydobędzie odszkodowanie i coś z tym dachem zrobi…

Na koniec zaś, optymistycznie. Nawet hurraoptymistycznie! Dokonaliśmy z Maleństwem psychologicznego przełomu. Maleństwo, które po matce odziedziczyło charakter – słodki, ale upierdliwy do bólu – na lonży chodziło zawsze tylko w jedną stronę. Konkretnie to w prawo (choć nie jestem do końca pewien, czy wcześniej przypadkiem nie chodziła tylko w lewo…). W drugą stronę bunt był, stawanie dęba, skoki, ucieczki – pełen repertuar… Jakoś nie mogliśmy sobie z tym poradzić. Raz, że bardzo kochamy nasze Maleństwo, także przez wzgląd na jej tragicznie zmarłą matkę, która była naszym najbardziej ukochanym koniem – i trudno nam było jej po prostu przylać. Jakoś się ręka z batem nie mogła podnieść. Dwa – że czekaliśmy, aż zbudujemy lonżownik, choćby tymczasowy, gdzie rozwiązanie tego problemu byłoby dość proste.


A wczoraj – udało się! Chodzi dziecko na obie strony elegancko. Jak mi się tego psychologicznego przełomu udało dokonać..? No batem oczywiście – a czym innym? Nie, to nie było PO rozmowie z panią z firmy windykacyjnej. Nie wiedziałem jeszcze, że taka do mnie wieczorem zadzwoni. Zresztą, nigdy nie rozładowujemy stresów na koniach. Jak jest bardzo źle, to ich w ogóle nie dotykamy – a za to rżniemy, albo rąbiemy drewno, czy w ogóle: wyżywamy się na materii już nie ożywionej, a nie na naszych ukochanych podopiecznych. Po prostu miałem wczoraj taki dzień (w życiu żółwia), kiedy ręka z batem sama się podnosi. Pomogło i to, że poza kręgiem wyrąbanym przez Lepszą Połowę w lodzie, Maleństwu było bardzo niewygodnie się poruszać, więc sytuacja była prawie jak na zamkniętym lonżowniku – nie miała dokąd uciec. Oraz to, że poprzednio przez kilka dni, kiedy ja byłem zajęty rżnięciem, Lepsza Połowa regularnie prowadzała Maleństwo, stopniowo ją przyzwyczajając, że człek z obu stron konia zarówno chodzić może…

piątek, 15 stycznia 2010

Działa, choć nie powinno

W naszym improwizowanym gospodarstwie wiele rzeczy działa, choć nie powinno. Na przykład rozmrażanie kranu pod wiatą dla koni. Nie powinno działać. Założyłem je za późno. Kabel grzewczy (30 W/m, taki do terrarium, w silikonowej osłonie) oplotłem na zewnątrz ocieplającej pianki, którą na 1,5 m rury stalowej 2“ założył wcześniej montujący kran sołtys. Samego metalu rury, kabel dotyka tylko w bezpośredniej bliskości kranu. To wszystko jest oczywiście owinięte wełną mineralną (żeby się nie rozsypywała, związaną sizalem i bodaj jakimś plastikowym workiem). Kran jest wewnątrz skrzynki, w narożniku wiaty, pomiędzy jej podwójnymi ścianami z desek. Na zewnątrz wystaje tylko ch..ik, o którym już kiedyś pisałem. Żeby kran włączyć, trzeba otworzyć specjalną klapkę, którą tam zmontowałem – inna sprawa, że w tej chwili klapka się nie domyka, bo wewnątrz jest zbyt dużo lodu.

Takie coś nie ma prawa działać! Co więcej: to się powinno było dawno temu sfajczyć. Tymczasem działa. Co najwyżej bezpiecznik na wiacie wywala (konie mają też zasilanie 400 V, na wypadek, gdyby któryś potrzebował elektrowstrząsów – to i bezpiecznik był potrzebny: tak to jest, jak się Ojca – elektryka zostawi na budowie i jedzie do miasta na zakupy… ale ta „siła“ się tam faktycznie przydała: nie musiałem z deskami daleko biegać, tylko przy wiacie ustawiałem piłę). Bo oczywiście ta silikonowa osłona już co najmniej w kilku miejscach wzięła i z kabelka zeszła. Gdzie widziałem, tam zaizolowałem, ale rozbieranie tej całej radosnej twórczości na czynniki pierwsze odkładam do wiosny (wiosna, wiosna, ach to ty..!).

Kran przecieka. O dziwo, tylko gdy jest uczciwy minus! Jak tydzień temu trochę pocieplało i rozmroziłem to „do gruntu“, zapomniawszy pewnego dnia wyłączyć kabelek podczas wybierania nawozu spod wiaty, więc półtorej godziny grzał tak, że cały lód ze środka wytopiło i nawet klapka się zamykała – najmniejszych śladów przecieku nie było widać. A specjalnie wybierałem w tej okolicy słomę do gołej ziemi, żeby zobaczyć, czy gdzieś strumień nie płynie. Tymczasem teraz, od jakichś dwóch dni, wokół kranu, a w tej chwili to już i na zewnątrz wiaty, narastają lodowe stalaktyty, ze wszystkich szpar pomiędzy deskami wychodzące. Znakiem tego, przecieka, a co przecieknie – zamarza. Przecieka – ale się rozmraża. Czasem dłużej, czasem krócej. Zależy jak duży minus i ile czasu upłynęło od poprzedniego rozmrażania. Normalnie. I działa. Wodę konie mają!

Większy problem niż kran stanowi wanna. Ustawiliśmy ją na nabitych w ziemię kołkach, pod spodem jest trochę powietrza – no i zamarza ze wszystkich stron, od spodu też. W tej chwili pojemność efektywna wanny, to takie małe jeziorko w wielkim lodowym kuble. Tyle co na dwa końskie pyski naraz włożone.

Fakt, że same są sobie winne: bo nigdy więcej niż dwa naraz z tej wanny nie piły, choć spokojnie zmieściłaby się przy niej cała piątka. Ale hierarchia i towarzyskie upodobania rządzą! Więc Dalia może pić z Glusiem, ale z nikim innym. Margire, czyli nasze Maleństwo (na Trzech Króli skończyła trzy lata… ale najmłodsza i najmniejsza jest w dalszym ciągu, więc póki się nic nowego nie urodzi, Maleństwem pozostanie!), może pić z Osman Guli, albo ewentualnie z Glusiem – ale nie z Dalią, ani z Melesugun. Ta ostatnia, jeśli pija wodę, to tylko sama. Więc na więcej niż dwa końskie pyski naraz nie miały jak nachuchać. No i teraz wody mają niewiele w tej wannie. Często trzeba nalewać. Co zapewne pomaga utrzymać nasz kran w formie, bo jakby go na dłużej zostawić, to już by tak zamarzł, że nie wiadomo, czy ten źle założony kabelek by sobie z tym poradził… Ale na noc jest to pewien problem: rano są już wszystkie bardzo spragnione, a rozmrożenie tego musi trochę potrwać!

Nie powinien działać komin od kozy, który sami zbudowaliśmy. Też: za późno! Bo dopiero podczas pierwszej tej zimy śnieżycy, 14 października. Lepsza Połowa murowała, odwołując się do wiedzy na temat wytwarzania tortów przy pomocy rozsmarowywanej na cieście masy. Nawet wyszło w miarę prosto. Przejście przez dach było trudne – a jego zalepienie potem, to już była masakra po prostu! Nie mówiąc o tym, że komin stoi po prostu na podłodze. Gdyby budować go od razu, przy osadzaniu chatki na jej obecnym miejscu, można go było oprzeć na ziemi i zrobić o wiele porządniej…

Nad kalenicę (chyba trochę mniej niż te zalecane 60 cm) udało się nam wyjść dopiero miesiąc później – i tylko samą, gołą rurą, bo żeby ułożyć choć jeszcze jeden bloczek (zamiast z cegieł, zbudowaliśmy ten komin z gotowych bloczków betonowych, takich do wentylacji), potrzebny byłby chyba sprzęt alpinistyczny, albo helikopter: dach naszej chatki dość jest spadzisty. A na dach wiaty po północnej stronie chatki, gdzie i komin wystaje (nie na osi symetrii budynku, jak pewnie było oryginalnie, bo nam centralna lokalizacja naszej kozy do reszty wystroju wnętrza nie pasowała), wejść praktycznie nie sposób. Ojciec pokrył ją eurofalą: kilka kropel wody i jedzie się po tym lepiej niż po lodowisku! Dobrze, że eurofali zabrakło i nad drewnem ułożyłem zwykły daszek z desek i papy, to chociaż jedną ręką da się do komina sięgnąć.

W każdym razie: to nie powinno działać. Pierwszy wiatr powinien nam tę rurę, nad kalenicę wystającą, zabrać i gdzieś na pola zanieść. A tymczasem raz tylko rura się trochę po wichurze przekrzywiła – i łatwo umieściłem ją z powrotem na miejscu. Bloczki do wentylacji, użyte zamiast cegieł pękają – ale komin się trzyma. I działa. Nawet bardzo dobrze. Cug w naszej kozie rewelacja. Odkąd zaś przegrodziłem (niestety, dopiero tuż przed wyjściem nad dach: w rezultacie na strychu też grzeje i jest tam momentami cieplej niż na dole…) wolną przestrzeń wewnątrz komina stalową płytką jaką udało mi się uzyskać rozcinając jedną z rur kupionych na dopełnienie wymaganej wysokości komina – grzeje też bardzo sympatycznie. Pewnie, że to nie jest rozwiązania na lata – ale do wiosny..?

Po co ja o tym wszystkim opowiadam? No cóż: po prostu podnoszę samego siebie na duchu. Przed nieuniknioną próbą sił. Starciem z Naturą Rzeczy (a rzeczy, jak twierdzi Lepsza Połowa, mnie nie lubią! Bo o nie, podobnoż – i pewnie to jest prawda – nie dbam jak należy… W ogóle, bałaganiarz ze mnie i leń. Jedną z rzeczy, które działają, choć nie powinny, jest też ten blog: raz, że przy naszym łączu ze światem, zamieszczenie każdego posta to cud, a dwa – że nigdy wcześniej sam z siebie nie robiłem czegoś tak długo i systematycznie; zawsze mnie wcześniej raczej niż później leń ogarniał…). Przed Czynem, przez duże „Cz“. Czyli: przed próbą ponownego zamontowania w naszej biednej, zamarzniętej Wendi odmrożonego chyba przez noc filtra paliwa i ręcznej pompki. Bądźcie ze mną! Może, wspólnym siłami się uda..?

czwartek, 14 stycznia 2010

Zimy nie ma!

Nie ma i już! To wcale nieprawda, że spadło pół metra śniegu i nie mogę własną przyczepą z własnego podwórka wyjechać. Wcale nie jest zimno! Nie zamarzł mi filtr paliwa razem z ręczną pompką tegoż paliwa w samochodzie. Nie musiałem iść na piechotę, a potem jechać okazją 9 km do Stromca na pocztę, pobrać przekaz (dziękuję! Nie piszę komu, więc nie musisz się czerwienić…). Ani wracać takoż okazją z 20-litrowym kanistrem ropy. W lnianych, letnich spodniach, bo cała reszta, brudna po tylu dniach nieustannego rżnięcia, trafiła do prania (na zakupach przecież nie zmarzniemy…). Nie rozkręcałem na środku drogi filtru paliwa w samochodzie (pierwszy raz w życiu). Nie rozmrażałem tegoż filtru wrzątkiem z czajnika. Nie biegałem (ciągle w lnianych spodniach) tam i z powrotem do samochodu, bo tuż przed pierwszą próbą montażu ze środka wypadł kawał lodu i mogły tam być kolejne.

Nie rozkalibrowałem pożyczonym od sąsiada śrubokrętem zakrętki odpowietrznika w ręcznej pompce paliwa, ani nie ukręciłem, kilka razy zakręcając i odkręcając filtr, kabelka od czujnika poziomu wody. Wcale, ale to wcale nie chciało mi się płakać, kiedy po czterech z górą godzinach nadludzkich wysiłków woli jedyną rzeczą, jaka pozostała, było odciągnąć samochód na pobocze. Czemu malutki traktorek uczynnego sąsiada z wielkim trudem podołał. I nie musiałem iść na piechotę do sklepu i z powrotem, a potem – ogrzawszy się i zjadłwszy co nieco, jeszcze raz do samochodu, z własnymi tym razem narzędziami, żeby odkręcić filtr razem z pompką i położyć go przy kozie do rozmrożenia… To wszystko nieprawda!

Co zatem jest prawdą..? No cóż, mamy postmodernizm – każdemu wolno w taką prawdę wierzyć, jaka mu się podoba! Mnie się w tym momencie najbardziej podoba globalne ocieplenie. Temperatura na całej planecie wyższa średnio o 4º. Czyli, zamiast -10, mamy teraz góra -6! Od razu lżej się oddycha! -6 to przecież nic takiego. I już za kilka dnia, góra za dwa tygodnie, będziemy nawet na plusie. Tylko patrzeć, jak winorośl oplecie południową ścianę naszej chatki, a sezon pastwiskowy dłuższy o dwa miesiące pozwoli nam drastycznie zredukować nakłady na zkup siana… Czyż to nie piękne..? Że co, że jakieś Malediwy zatoną? Who cares..? I tak leciało się tam tak długo, że można było po drodze zapomnieć po co…

Zatopienie Malediwów zmniejszy (nieznacznie, ale zawsze to jakaś ulga) ból głowy młodym parom, planującym podróż poślubną. Jedna opcja mniej do przemyślenia i wykłócenia.

A Holendrzy, ze swoją maniakalną pracowitością, na pewno zdążą podwższyć tamy! Jałowcówki więc nie zabraknie, mimo przyboru wód oceanicznych. Nie ma się czego bać. Stanowczo: globalne ocieplenie ma same zalety!

Wiara w globalne ocieplenie przynosi przy tym, jak powszechnie wiadomo, niemałe profity tu i teraz – zupełnie niezależnie od tego, czy i kto jeszcze podziela tę wiarę, poza zainteresowanymi rządami i grupami interesów, które na „walce“ z tym zjawiskiem zbijają kabzę… Więc, skoro można poprawiać sobie globalnym ociepleniem samopoczucie finansowe i, co za tym idzie, także potencję (bo jak wiadomo, gdzie kasa, tam i seks!), to co złego w tym, że ja użyję tej wiary jako plastra na cholernie piekące w tej chwili, odmrożone uda i mój źle zrośnięty, środkowy palec u lewej dłoni? Nie ma zimy. Nie było. I nie będzie!

A! Zapomniałbym: nie jest też wcale prawdą, jak twierdzi Lepsza Połowa, że tekst powyżej jest płaczliwy. Przecież piszę jasno, że wcale, ale to wcale płakać mi się nie chciało. Tak, czy nie? Piszę, nie można zaprzeczyć... Więc niby dlaczego płaczliwy? Też coś... :-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...