piątek, 24 grudnia 2010

Raj Utracony


Wojciech Majda podesłał mi ongiś artykuł o pewnym nowym, a dość zagadkowym odkryciu archeologicznym w północno – wschodniej Turcji, w Gobekli. Wiek odkrytych obiektów, ich rodzaj i położenie istotnie sugeruje, że mamy do czynienia z ośrodkiem kultowym pierwszych na świecie rolników. Czy jednak zaczęli uprawiać rolę zanim podjęli się budowy tego kompleksu kultowego (jak można mniemać, był takowym właśnie), czy dopiero po jego wybudowaniu, jak chce autor tekstu – obawiam się, że nie ma na to żadnych konkretnych dowodów. A to, że w niewiele lat udało im się kwitnący bujną roślinnością raj zamienić w jałowe wzgórze na których po dziś dzień wypasa się tylko najbardziej niewybredne kozy – to oczywiście prawda (jakkolwiek ta katastrofa nie mogła dotyczyć zbyt wielkiego obszaru, wszak na tym samym terenie wiele wieków później kwitło też bardzo agresywne imperium Hetytów, a wysoka kultura rolna – coraz to lepiej radząca sobie z problemem erozji – utrzymywała się co najmniej aż do tureckiego podboju tej części Azji Mniejszej: dopiero XIX-wieczne świadectwa przedstawiają całą Anatolię jako smutną półpustynię…).

Przyznaję, że z wielką podejrzliwością odnoszę się do jakichkolwiek doniesień o odkryciu Edenu: niezależnie od tego, czy jest on „bardzo daleko“, czy też „bardzo dawno temu“ lokowany. Wszystkie te opowieści łatwo bowiem sprowadzić do znanego porzekadła „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma“.

Jedną z fundamentalnych zasad nauk historycznych, podstawą tego co nazywa się uczenie „wiedzą pozaźródłową“, jest założenie o niezmiennej w czasie kondycji psychofizycznej (naturze) człowieka – który nigdy nie był ani lepszy, ani gorszy niż człowiek współczesny. To założenie jak do tej pory zawsze sprawdzało się w praktyce. Jeśli posiadane przez nas świadectwa zdawały się nam mówić co innego, to zwykle po pewnym czasie okazywało się, że po prostu zbyt mało wiedzieliśmy.

Doszliśmy chyba z Wojciechem do zgody, że o ile paleolityczni łowcy – zbieracze na pewno zdrowi byli, nie przepracowywali się przy tym i mieli naprawdę wiele czasu na „bycie człowiekiem“ (dokonali też fundamentalnych zupełnie odkryć – fakt, że zajęło im to wiele czasu, ale biorąc pod uwagę ich nikłą liczebność, trudno im było seminaria naukowe organizować! Jednym z tych fundamentalnych odkryć była też… rewolucja neolityczna) – ale ceną za to była totalna zależność od kaprysów przyrody, no i właśnie: drażliwy dość temat ograniczonej bardzo liczebności, którą musieli utrzymywać, bo techniki pozyskiwania żywności którymi dysponowali, nie dawały im szans na wydobycie ze środowiska więcej pokarmu.

Co do rzekomo beztroskich wyspiarzy Pacyfiku, to już za Bronisławem Malinowskim który ich (fakt, że 100 lat temu) na własne oczy oglądał i badał, hipotezę o ich rajskim nieróbstwie odesłaliśmy do raju hipotez nieprawdziwych, czyli do lamusa nauki.

Człowiek taki już jest, że jak go nic nie uciska i nie gnębi, to nieszczęśliwy. Mam to zresztą za najtrwalszy spadek po paleolitycznych (i dawniejszych jeszcze!) przodkach. Ich życie przebiegało od skoku adrenaliny do skoku adrenaliny – z dość długimi okresami relaksacji pomiędzy. Współcześnie udało się nam tę relację odwrócić – ale mechanizm się nie zmienił. Ciągła relaksacja, bez żadnych zagrożeń, wyzwań, emocji – tak samo jest dla nas nudna i zabójcza, jak ciągłe napięcie w korporacyjnym kieracie.

Wiele innych zwierząt zachowuje się tak samo. Na przykład – wszystkie drapieżniki. Ale jak się głębiej zastanowić, to chyba nie tylko! Skoro konie się nudzą, a są typowymi roślinożercami których podstawową i najważniejszą strategią przetrwania jest szybka ucieczka (dlatego okazały się tak przydatne dla człowieka), to można sądzić że i sarna, jeśli ma żarcia po kokardki i nic, ale to nic jej nie płoszy, zacznie się w końcu nudzić jak mops na kanapie i z tych nudów coś głupiego wcześniej czy później zrobi!

W „Głosie Pana“ Stanisława Lema, główny bohater i narrator powieści, matematyk, przeprowadza dowód twierdzenia, że w przypadku dostatecznie złożonych „automatów skończonych sterowanych algedonicznie“, nieuchronny jest pewien odchył w kierunku jednego z biegunów sterowania u dość znacznego procentu populacji takich istot. Dowód jest chyba fikcyjny, zresztą gdyby nawet istniał, przecież go nie zrozumiem, ale Mistrz moim zdaniem ewidentnie wyraził w ten sposób jedną ze swoich istotnych, prawdziwych intuicji co do natury człowieka. Jest to zresztą intuicja gorzka, wręcz mizantropiczna i żadnej „wiedzy radosnej“ doszukać się w niej nie sposób.

Rozpatrzmy to twierdzenie w detalach. Człowiek, a z nim i wszystkie inne istoty żywe, to „automaty skończone“. Co to znaczy? To znaczy np. i tyle, że popularne, ludowe wyobrażenia o „życiu po życiu“, wedle których „po tamtej stronie“ jest mniej więcej tak samo jak tutaj, tylko lepiej, wspanialej i nic nie boli – nie są funta kłaków warte i nie ma wielkiego sensu się nimi zajmować. Istota skończona nie może bowiem mieć nieskończonej pamięci. Gdyby więc kazać jej żyć nieskończenie długo, byłaby to tortura niewyobrażalnie wręcz okrutna – taki byt nie miałby żadnej tożsamości, osobowości, struktury mentalnej – wszystko to rozpadłoby się w czasie, który wobec nieskończoności jest jedynie nikłą drobiną, pozostawiając całkowicie przypadkowe zgliszcza i chaos który już sam w sobie, nawet bez ogni piekielnych, byłby męką, jaką tylko pacjenci najpilniej strzeżonych zamkniętych oddziałów psychiatrycznych mogliby nam opisać, gdyby któryś był do tego zdolny.

Oczywiście teologowie znaleźli wyjście z tej przykrej sytuacji. Św. Augustyn na przykład, określa stan rajski greckim słówkiem απατια: jest to zachwycenie otrzymaną Rewelacją tak głębokie, że już nie pozostawia miejsca na żadne zmysłowe czy umysłowe wrażenia (abstrahując już od faktu, że wieczność teologów to bezczas, który wyklucza jakąkolwiek zmianę, a nie czas, tyle że rozciągnięty poza wszelkie wyobrażenie…). To bardzo piękne, ale co to ma wspólnego ze mną jedzącym i pijącym, a od czasu do czasu – excuse le mot – pierdzącym w stołek..? Jak by kto tych dziwnych znaczków nie rozumiał, to termin ten w transkrypcji na polski brzmi: apatia. Gdyby tego uczono na katechezie w szkołach podstawowych, to obawiam się, że postrzeganie religii jako paliatywu na wszelkie bóle, niedogodności i usterki życia doczesnego, tudzież jako rodzaju prewencyjnej policji, powstrzymującej maluczkich od gwałtów i rabunków – musiałoby się zmienić, no bo kto się powstrzyma od przyjemności zgwałcenia czy obrabowania w tej intencji, żeby po śmierci popaść w stan może i też przyjemnej, ale zawsze – apatii..? Czyli właśnie: takiego bytowania, gdzie już ani skoków adrenaliny, ani okresów relaksacji pomiędzy nimi nie ma…

Pojęcie „automatu skończonego“ zakłada także ograniczoną wiedzę o skutkach podejmowanego działania, a więc i możliwość błędu. Błąd, zepsucie, pomyłka, a też i z takich powodów wynikła zbrodnia – to nie są rzeczy, które nam Szatan do ucha podszeptuje. My się z taką właśnie potencją rodzimy i całe życie ją właśnie realizujemy. Co więcej: nie ma tu nadziei na jakąkolwiek zmianę w przyszłości. Istota skończona tak bowiem, jak nie może posiadać nieskończonej pamięci, nie może też posiadać nieskończonej wiedzy. Cała nasza nadzieja w tym, że i Wszechświat jest skończony! Co, swoją drogą, ma dość zaskakujące konsekwencje jeśli chodzi np. o dokładność, stabilność rządzących nim praw – ale o tym może innym razem. W każdym razie wraz z przyrostem wiedzy wcale nam nie rośnie odporność na błędy – niestety. A to dlatego, że skutki naszego działania coraz to bardziej są dalekosiężne i coraz poważniejszymi konsekwencjami obarczone. Pomyłka paleolitycznego łowcy – zbieracza mogła co najwyżej kosztować jego życie i/lub życie tych ludzi, którzy byli od niego bezpośrednio zależni – np. małych dzieci, niezdolnych jeszcze do samodzielnego zdobywania pożywienia. Jakie ma konsekwencje pomyłka popełniona w sterowni elektrowni atomowej, to po Czarnobylu tłumaczyć nie trzeba.

Wreszcie owo „sterowanie algedoniczne“. Ki Diabeł? Jest to sterowanie oparte na użyciu przeciwstawnych bodźców. Jak „kara i nagroda“, „przyjemność i ból“. Nie sposób zaprzeczyć, że nasza ciała są tak właśnie sterowane. Nagrodą za dostarczenie ciału pożywienia jest przyjemność jedzenia i bycia najedzonym. Głód boli, dostarczając dodatkowej motywacji, by ten ból co prędzej usunąć. Wiemy jak trudno jest zmusić do jedzenia osoby które popadły w niewrażliwość na bodźce zmysłowe, czyli właśnie w apatię – nie czują bólu wywołanego głodem, ani smaku zjadanych potraw, nie mają więc motywacji, aby jeść. Bez „sterowania algedonicznego“ nie przetrwałyby żadne, dostatecznie złożone by wyrwać się z nakazów instynktu istoty żywe – a, jak już wiemy, potrafią to także i zwierzęta, choć zapewne nie wszystkie. Jako żywo – nie wiem, czy mrówki lub pszczoły są sterowane algedonicznie, ale wydaje mi się, że nie: mrówki lub pszczoły niczego się nie uczą, tylko rodzą się od razu z całą potrzebną im do przetrwania wiedzą, możliwe zatem, że odczuwanie przez nie bólu i przyjemności nie jest dla ich przeżycia konieczne, bo całkowicie podlegają swoim wrodzonym instynktom, które już im ani umrzeć z głodu, ani wyginąć z braku potomstwa nie dadzą. „Sterowanie algedoniczne“ to zatem pewien bezpiecznik, jaki natura wstawiła tym bardziej złożonym, bardziej skomplikowanym istotom żywym, żeby je przed ich własną beztroską obronić.

Intuicja Stanisława Lema jest taka, że w populacji istot tak właśnie sterowanych (czyli jak ludzie i jak bardziej skomplikowane zwierzęta) pewien, dość znaczny ich procent, wykazywać musi (musi, bo takie jest prawo natury – nieuchronna konsekwencja rozkładu normalnego zresztą…) skłonność albo do sadyzmu, albo do masochizmu. Skłonność ta ma zresztą różne stopnie nasilenia. Ekstrema są, jak to przy rozkładzie normalnym, nieliczne – ale też i jednostki „naprawdę dobrze zrównoważone“, tj. takie, które w żaden sposób i pod żadnym pozorem nie czują ani krzty satysfakcji z własnego lub z cudzego cierpienia, czyli mieszczą się na samym wierzchołku krzywej Gaussa, do szczególnie licznych nie należy. Większość posiada jedną lub drugą skłonność, ale w niewielkim stopniu nasilenia (tj. mieszczą się w pobliżu środka krzywej, po obu stronach osi przeprowadzonej przez jej wierzchołek).

Patrząc na człowieka w ten sposób nie widzę jak można by go sobie wyobrazić jako mieszkańca raju. Choćby miał to być skromny nawet i prowizoryczny raj na Ziemi? Zupełnie niezależnie od tego, czy umieszczamy ten raj na wyspach pacyficznych, czy w naszej własnej, odległej przeszłości…

Patrząc na człowieka w ten sposób mogę się jedynie lękać Pana. Bo jeśli jest – to o wiele łatwiej jest mu człowieka dręczyć niż zbawić. Zbawienie bowiem wcale nie polega na tym, żeby nas wyzwolić od czegoś, co do nas przyszło z zewnątrz (niezależnie od tego, czy tym czymś jest Szatan, czy – wojownicy na pięknych achałach, którzy zniewolili rzekomych prostodusznych neolitycznych oraczy i wprowadzili w ten sposób naszą niesprawiedliwą, maskulinistyczną, szowinistyczną cywilizację…), tylko właśnie – od tego, co stanowi najgłębszą, najbardziej fundamentalną podstawę naszej własnej istoty. Od nas samych nas zbawić trzeba. Jak to zrobić? To jest właśnie Tajemnica. Której ani nie podejmuję się zrozumieć!

Mało świąteczne te wywody. Ale obiecuję – jak tylko obrobię się ze świątecznymi porządkami, mam w zanadrzu niespodziankę o wiele lżejszego kalibru. Na razie zaś – życzę wszystkim Państwu Wesołych Świąt!

12 komentarzy:

  1. Ojojoj! Ja nie lubię, jak wkłada mi się usta/pióro/klawiaturę nadinterpretację moich słów. Moje przeciwstawienie kultury neolitycznej (wyłożyłam to dziś w komentarzu do poprzedniego posta) do kultury brązu nazwałam li i jedynie "kultem siły". Gdyby napisał to mężczyzna, nie odebrałbyś tego jako szowinistyczne, maskulinistyczne, czy niesprawiedliwe. Przecież nie wymyśliłam tego sobie sama, nie spreparowałam dowodów archeologicznych, nie piszę herezji, a mówię rzeczy które przez ogromną większość badaczy (męskich, jeśli już musimy to podkreślać) są uznawane za pewnik. Oczywiście, do czasu znalezienia nowych dowodów, np świadczących o agresywnych ludach neolitycznych gnębiących paleolitycznych i mezolitycznych łowców oraz dających łupnia "brązowym" wojownikom-koczownikom, kradnącym ich konie, rabującycm i palącym ich namioty.
    W obliczu znalezisk trzeba się raczej kierować obiektywizmem i zdrowym rozsądkiem, a nie walką płci, czy swoimi pobożnymi życzeniami.

    Z przymrużeniem oka (delikatnie mówiąc) traktuję wszelkie poszukiwania tajemniczego Edenu (cóż, nie możemy się, jak widać wyrwać z okowów biblijnego myślenia), natomiast z ogromną ciekawością oczekuję dowodów na odnalezienie centrum naszej cywilizacji, lub ogniwa łączącego wszystkie "nowoczesne" cywilizacje. Gobekli Tepe jest znakomitym kandydatem. To absolutnie rewolucyjne znalezisko, ale niestety, jeszcze zbyt mało poznane, aby wyciągać daleko posunięte tezy, iż stanowi poszukiwaną kolebkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najogólniej rzecz biorąc nie ma sporu między nami. Jeśli coś nas różni, to raczej odcień, nastawienie emocjonalne niż stosunek do faktów. Swoją drogą, ciekawe znaleziska odkryto niedawno pod dnem Zatoki Perskiej. Myślę, że niejedno może nas jeszcze zaskoczyć na dnie Morza Czarnego. 10 tysięcy lat temu było tam tylko słodkowodne jezioro, o wiele mniejsze od obecnego morza, otoczone żyzną równiną...

    OdpowiedzUsuń
  3. Zmiany klimatu bowiem nie są "ludzkim wynalazkiem", ale towarzyszą człowiekowi od jego początków, jako naturalne zjawiska. Ja z pasją przyglądam się temu, czego jeszcze dowiemy się o sobie i wszechświecie.
    A propos człowieczeństwa- wreszcie są dowody na to, że nasi przodkowie krzyżowali się z neandertalczykami i wydawali na świat płodne potomstwo. Szok dla niektórych. Wszyscy Europejczycy mają w sobie od 3-7 proc genów neandertalskich. Czy to nie jest pasjonujące? Jedyną wolną odmianą, bez udziału neandertalczyka, są czarni Afrykanie. Co za cios dla rasistów :-) Czy nie trzeba będzie przedefiniować istoty człowieczeństwa?

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tego wynika tylko tyle, że z neandertalczyka (rzekomo łagodnego olbrzyma z bardzo wielkim mózgiem), było takie samo bydlę jak z homo sapiens sapiens...

    A swoją drogą: Wesołego Po-Świętach! Bo widzę, że już po kolacji i prezentach..?

    OdpowiedzUsuń
  5. Eee... mnie wynika, że to ten podwójny sapiens bzyknął neandertalczyka i to niejednokrotnie, acz skutecznie, ale jeszcze spróbuję to genetycznie rozebrać, kto- kogo, jak i dlaczego :-)
    A co, już moda się zmieniła i neandertalczyk z agresywnego dzikusa, stał się łagodnym olbrzymem? :-) Kurczę, nie nadążam :-) Prawda jak zwykle leży po środku.

    A dziękuję, dziękuję, u nas kolacja z pierwszą gwiazdką, więc uporaliśmy się wcześnie. Ale idę dalej świętować, tym razem na całego, Chłop właśnie Żubra otwiera :-)
    Pozdrowienia i miłego dalszego świętowania :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Prawdę pisząc: zaraz idziemy spać. Jak się wstało o 4.50 (bo dwie najmądrzejsze wyrwały się demolować worek z owsem...), to jakoś tak powieki robią się ciężkie o tej porze...

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak, trochę złego do szczęścia człowiek potrzebuje. A jak ma za długo dobrze to się do tego dobrego przyzwyczaja i tego nie ceni.

    Pochwalę się, że dokonałem niezależnie odkrycia tego zjawiska kilkanaście lat temu:

    Jako, że wstawałem zawsze dość wcześnie miałem zalecenie robić mamie kawę (a co, trzeba sobie dzieci ustawiać! :) gdy pewnego razu zapomniałem zrobić, to poczułem na sobie gniew mamy, no bo jak to, przecież mam "obowiązek" robić mamie kawę. Na następny dzień gdy mamie zrobiłem kawę mama była bardzo wdzięczna (wcześniej oczywiście mi dziękowała, ale to było dziękowanie jak za podanie komuś soli do posolenia kanapki). Potem robiłem to celowo regularnie - przy pewnym poziomie regularności mama przestała być nawet zła w dniu w którym nie było...

    Po-Świąteczne pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wojtku, to się nazywa pozytywne kształtowanie zachowań. Mama zachowuje się, jak Ty tego chcesz i jest w dodatku bardzo zadowolona. Wykorzystuję te metody przy szkoleniu moich psiaków. A po przeczytaniu książki behawiorystki Karen Prior- "Najpierw wytresuj kurczaka", co tu dużo mówić, eksperymentuję na ludziach z najbliższego otoczenia :-) Polecam, to działa, wszyscy-włącznie ze mną- są zadowoleni :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Możliwe, że to celowe zachowanie mamy - taka finta w fincie. Jeśli tak jest w istocie to nie mam nic przeciwko.

    Podobnie jakby u mnie w domu rządziła kobieta to nie miałbym nic przeciwko temu, jakby robiła to w sposób na tyle sprytny i subtelny, żebym się nie połapał - ja tam jednak formalistą i konserwatystą jestem.

    Ta książka jest o wpływaniu na ludzi czy zwierzęta?

    OdpowiedzUsuń
  10. Kupiłam ją z myślą o zwierzętach i na nich wydawałoby książka się skupia, ale okazuje się, że metody bezkonfliktowego rozwiązywania problemów ze zwierzętami są niekiedy bardzo podobne wobec ludzi, a w niektórych przypadkach identyczne. Autorka omawia te mechanizmy na przykładach, jednocześnie je tłumacząc. Nie trzeba więc wierzyć jej na słowo. Po prostu sam rozumiesz metody, jakimi się możesz posłużyć. To jedna z tych książek, które ułatwiają człowiekowi życie codzienne.

    OdpowiedzUsuń
  11. Witam,

    Drogi Autorze: Bomba, kto nie czytał ten trąba.

    Już Platon dowodził, że cnota prowadzi do szczęścia, szczęście do gnuśności, a gnuśność do upadku.

    Wesołych...
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  12. Witam,

    Jeszcze co do zbawienia: siebie i innych.
    Teraz wygląda to tak:
    http://www.youtube.com/watch?v=pWpM_iBUoIo&feature=player_embedded

    ;)

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...