wtorek, 28 grudnia 2010

Przemarsz wojsk

Już się wydawało, że jak ten bohater przedwojennej powieści w odcinkach, o którym kiedyś dawno temu wspominałem, nadludzkim wysiłkiem woli pokonawszy przeciwności losu z uśmiechem na ustach wkraczamy do baru, czyli – zaczynamy świętować, aż tu w kolejności…

a)     Lepsza Połowa już w pierwszym dniu świątecznego rozluźnienia poczuła się gorzej, a w drugim – zaległa formalnie i horyzontalnie tak, że do Marcina, który nas serdecznie zapraszał wpadłem tylko ja i jak po ogień, aż mi teraz głupio… Już lepiej, wczoraj się nawet wyrywała do wyjścia i zła jest, że jej nie dałem.
b)    Na konie – siłą rzeczy – tylko sobie patrzyliśmy, zamiast wsiąść. Ale i tak byśmy pewnie nie wsiedli – do Wigili włącznie była plucha, konie miały mokre futra i utopić się było można w błocie, a już od soboty – brzdęk! – lód skuł wszystkie kałuże, powierzchnia śniegu twarda jak beton, no i co tu kryć: w zadek zimno!
c)     Szlag trafił hub usb (chiński, chiński oczywiście, nie będę zaprzeczał…) i teraz nie sposób podłączyć do komputer jednocześnie: myszki, klawiatury, blueconnecta i np. aparatu fotograficznego albo „dzyndzla“ z pamięcią.
d)    Przedświąteczne roztopy już w pierwszy dzień świąt zalały nam hydrofornię tak, że woda sięgnała na pół metra w górę wyniesiona zawora, wyłączając tym sposobem wodę w całym gospodarstwie. Trzeba wylewać dwa razy dziennie – rano i wieczorem. I tak pewnie jeszcze przez kilka dni, mimo mrozu, nim poziom wód gruntowych opadnie. O ile oczywiście wcześniej mu odpływ nie zamarznie poniżej, bo wtedy może już tak do wiosny zostanie..?
e)     Odpadł od wilgoci kawał styropianu ocieplający klapę wejściową hydroforni.
f)     Tejże klapie odpadł najpierw jeden, potem drugi zawias.

A dziś rano, przed chwilą… 5.45 budzę się zgodnie z planem. Nakładam kilka warstw ubrań. Wybieram z kozy ciepły jeszcze popiół. Wychodzę na zewnątrz. Najpierw biegnę pod wiatę włączyć rozmrażanie kranu. Potem idę do hydroforni. Odwalam (bo przecież nie: otwieram…) klapę razem z luźno z niej zwisającym styropianem. Zapalam światło. Uff – jeszcze zaworu nie sięgnęło, zdążyłem! Wyjmuję węża i układam go na pozycji. Biorę wtyczkę naszej (chińskiej, chińskiej, nie będę zaprzeczał…) pompy i próbuję ją wetknąć do kontaktu przyciągniętego wcześniej przedłużacza. Błysk! Gaśnie światło na zewnątrz chatki (na tym samym zabezpieczeniu jest co kontakt, do którego włączony był przedłużacz). A ja zostaję z… wtyczką w ręku. Tylko nie połączoną już ze sznurem.


No i wyszedł mi plan remontów przy okazji rozładowywania frustracji…

5 komentarzy:

  1. Nie pamietam szczegolow, ale z zalaniem hydroforni to chyba nie pierwszy raz, moze warto by pomyslec nad zainstalowaniem tam pompy brudnej wody (jak do szamba), odpowiednio umiejscowiona sama bedzie sie wlaczac i wylewac...

    OdpowiedzUsuń
  2. przedmówca ma racje, można podłączyć pływak z systemu alarmowego starej pralki, albo jakikolwiek pływak w włącznikiem pompy i będzie działać

    OdpowiedzUsuń
  3. Koncepcja słuszna, tylko jeszcze trzeba by wymyślić jak zrobić, żeby ta hipotetyczna pompa, a właściwie - wylot z niej - nie zamarzał..? Na razie naprawiłem wtyczkę i niech tak zostanie. A jak latem, przy niskim stanie wód gruntowych będę przy kasie, to przebuduję to w cholerę tak, żeby już nic tam nie przesiąkało...

    OdpowiedzUsuń
  4. proste, okręcić wylot pompy kabelkiem grzejnym

    OdpowiedzUsuń
  5. Na Boga nie! Jeden kabelek grzejny na gospodarstwo to stanowczo enough!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...