niedziela, 19 grudnia 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 7 – bazar nad Bosforem

Młodsi Czytelnicy, czasów PRL nie pamiętający mogą kojarzyć postać Turka sprzedającego futra z popularnej komedii „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?“ Jak to w filmie „prawda ekranu“ nie oddaje całej „prawdy czasów“: w rzeczywistości to Polacy, ma się rozumieć – należący do nielicznej elity wybrańców, którym Władza wydawała raz na jakiś czas paszport (można więc sądzić, że głównie krewni i znajomi tejże Władzy…) – w latach 70. i 80. tłumnie, całymi autokarami zjeżdżali nad Bosfor by wymieniać tam radzieckie złoto i kawior na magnetowidy i futra właśnie. Takich „tras turystycznych“ było zresztą w tych czasach o wiele więcej. Fundamenty polskiej elektroniki powstawały na bazarach Bangkoku. Nawet pisałem o tym w pracy magisterskiej: import Polski z Japonii był od połowy lat 70. aż do końca XX wieku praktycznie, kilkukrotnie większy według danych polskich, niż to przyjmowali Japończycy – a to dlatego, że ogromna większość sprzętu elektronicznego made in Japan przyjeżdżała do nas via cieszące się wtedy ogromną popularnością (zwłaszcza wśród załóg, które nieźle na nich zarabiały) długodystansowe połączenia LOT-u do Bangkoku właśnie.

Jest to tradycja starsza niż PRL i starsza niż komunizm. Dokładnie tak samo bowiem, jak polscy „turyści“ z końca wieku XX zachowywali się na stambulskich bazarach sarmaccy turyści z wieku XVI, XVII czy XVIII. Nawet asortyment aż tak bardzo się nie zmienił: od 500 lat bowiem nieodmiennie przywozimy jako pamiątkę z Turcji wyroby kuśnierskie. W XVI wieku były to tzw. „kaftany“ – ozdobne, ceremonialne szaty, jakimi sułtan i jego dostojnicy obdarzali zagranicznych dyplomatów i członków ich misji. Owi „członkowie misji“, zwani też „przyjaciółmi i sługami Pana Posła“, potrafili się w pałacu sułtańskim pobić o to, kto jaki kaftan, w toku specjalnej ceremonii przydzielany, dostanie.

Magnetowidów oczywiście wtedy jeszcze nie było. Ale były konie. O nich będzie ta opowieść. Na początek, jak to zwykle w tym cyklu, trzeba się rozprawić z pewnym mitem. O tym, jakoby nasi dzielni przodkowie byli „przedmurzem chrześcijaństwa“ i nieustanne wojny z półksiężycem prowadzili.

Tak naprawdę to wojny polsko – tureckie można na palcach jednej ręki policzyć. I nawet wiele tych palców się nie zużyje! Rzecz jasna o wiele częstsze były zatargi czy wojny z lennikami sułtana: z Mołdawią lub o Mołdawię, a przede wszystkim – z Tatarami. To tak. Nie można się nie zgodzić. Jak nie chan ze wszystkimi ordami to chociaż jakiś jeden czy drugi zabłąkany czambuł co roku się w naszych granicach pojawiał. I nawzajem zresztą: niewiele było lat bez pirackiej wyprawy Zaporożców na Morze Czarne. Wzajemne skargi na szkody z tego wynikłe, komisje rozjemcze i arbitrażowe, niekończące się targi o rekompensaty za uprowadzone mienie i uwolnienie porwanych poddanych – to 99% korespondencji dyplomatycznej między Krakowem (potem Warszawą) a Stambułem, od Zygmunta Starego zaczynając a na Auguście II kończąc. Czy to jednak dowodzi jakichś wojowniczych zamiarów którejkolwiek ze stron..? Gdyby nie ci niesforni Tatarzy i Kozacy, zostawałyby nam w tych pismach już tylko serdeczności i wyrazy głębokiej wzajemnej sympatii…

Zostawałby nam też handel – bez wątpienia główne źródło zaopatrzenia Rzeczypospolitej w różne cenione orientalne rarytasy, w tym konie. Handel końmi, mimo różnych ograniczeń i zakazów (wszak szło o towar strategiczny!), istniał z całą pewnością. I tak na przykład, Erazm Otwinowski w diariuszu z roku 1557 pisze o powrocie poselstwa kasztelana chełmskiego, w którego orszaku dotarł do Stambułu: bośmy mieli konie tureckie kupne, każdy z nas po dwa, ja dwa, pan Buczyński dwa, Wolski pana bieckiego dwa[1] (…) Na ostatku Wierzbicki biskupa krakowskiego Zebrzydowskiego sługa (który często po konie do Turek jeździł i wtenczas konie miał)[2] Otwinowski potwierdza, iż import koni z Turcji miał charakter powtarzalny (skoro Wierzbicki często po konie do Turek jeździł) już w połowie XVI wieku i byli ludzie w tego rodzaju operacjach wyspecjalizowani.

Uczestnik legacji ostatniego posła wielkiego Rzeczypospolitej w Stambule, Piotra Potockigo, Małachowski pisze, że wracając do kraju prowadził sześć ogierów arabskich turkomańskich przepysznej piękności.[3] Nazwanie przez Małachowskiego zakupionych ogierów „arabskimi turkomańskimi“ jest swoją drogą przepysznym dowodem wielkiego pojęć pomieszania w końcu XVIII wieku: Polacy już wówczas, z francuskiej i angielskiej literatury wiedzieli, że ludy wschodnie powinny jeździć na koniach arabskich. Kłopot w tym, że Turcy i Tatarzy w XVIII wieku jeszcze zdaje się, książek tych nie czytali i uporczywie na koniach arabskich nie jeździli![4] Cóż więc zrobił kronikarz poselstwa? Kupił konie niewątpliwie orientalne, musiał je więc nazwać „arabskimi“, by tę informację przekazać swoim kulturalnym, tj. oczytanym we francuskiej i angielskiej literaturze czytelnikom. Dla zaznaczenia jednak, jakie to konkretnie były konie, napisał dodatkowo, że „turkomańskie“. Mniej więcej na tej zasadzie Francuzi pierwsze konie pełnej krwi angielskiej sprowadzane z nieodległych przecież Wysp Brytyjskich nazwali turc d’Angleterre: były niewątpliwie szlachetne, przypominały więc konie sprowadzane z Turcji (od których zresztą się przecież wywodzą i są do nich podobne), tyle że były angielskie. Co ciekawe, podobnie postąpił Jan III Sobieski, pisząc 9 grudnia 1667 roku z Żółkwi do Marysieńki: Dominik, krawiec, mego siwego rumaka angielskiego nie odesłał z drugimi końmi od Wisły, i nie wiem, gdzie go podział[5]

Rumak, jak zaświadcza Marian Czapski[6], to koń z Rumelii (względnie z Anatolii[7]), a zatem koń turecki. Użycie tego słowa na oznaczenie dzielnego konia w ogóle, a nie tylko konia z Rumelii, miało się było, wedle Czapskiego, upowszechnić dopiero w wieku XIX – a tu proszę, półtora stulecia wcześniej spotykamy zbitkę pojęciową wyglądającą na kalkę z francuskiego.

Niestety, nie sposób obecnie – przynajmniej przy pomocy tych materiałów, do których miałem do tej pory dostę – zweryfikować skali ilościowej tego importu. Musiał on jednak być znaczny. Zapożyczenia językowe, takie jak fundamentalny zupełnie termin „ogier“, są dowodem na powszechność tureckiego wpływu na staropolską hodowlę koni (inna sprawa, że część z tych zapożyczeń mogła do nas przyjść za pośrednictwem węgierskiego, a Węgry z całą pewnością były „przedmurzem chrześcijaństwa“ – póki nie zostały skruszone w 1526 roku…).[8]

Wracając zaś do naszych „turystów“, czyli posłów i ich towarzyszy: naturalnym sposobem na wypełnienie wielomiesięcznego nieraz pobytu w Stambule, obok wizyt u innych posłów chrześcijańskich, było także zwiedzanie miasta i jego najbliższych okolic. Przy tej okazji w trzech miejscach pojawiały się konie: na Atmajdanie, czyli dawnym bizantyjskim hipodromie, gdzie co piątek odbywały się, przy sprzyjającej pogodzie, gonitwy z dzirytami; na bazarze, gdzie handlowano końmi, oraz pod miastem, gdzie zwykle gospodarze zapraszali zagranicznych posłów do zwiedzania stadnin sułtańskich.

Gonitwa z dzirytami, najbardziej kompetentnie opisana przez Wacława Vratislawa, jest jedną z ulubionych gier wszystkich ludów stepowych i do dziś jest uprawiana w Azji Środkowej jako rodzaj rozrywki. Ma przy tym niewątpliwie bardzo starożytne korzenie – dziryt jako broń drzewcowa miotana był używany już przez Asyryjczyków. Do zabawy używano dzirytów bez ostrza, zaopatrzonych za to w pętlę na końcu, ułatwiającą podnoszenie pocisku z ziemi. Gra ta może być rozgrywana indywidualnie lub drużynowo. W obu przypadkach role graczy zmieniają się na przemian. Najpierw jeden (lub jedna drużyna) goni drugiego (lub drugą drużynę), szarżując w jego stronę od własnego krańca szranek aż do linii środkowej i próbując trafić go dzirytym po czym, na linii środkowej, dzielącej szranki na dwie części, następuje gwałtowny zwrot i ten, kto poprzednio uciekał, goni tego, kto pierwszy gonił – liczba powtórzeń zależy tylko od wcześniejszych ustaleń, ochoty graczy, ich zręczności w podnoszeniu z ziemi leżących dzirytów (liczba dzirytów jest ograniczona i jeśli wszyscy wyrzucą wszystkie i nie zdołają ich podnieść, gra się kończy) i wytrzymałości koni. Uciekający mogą się uchylać przed dzirytami lub próbować je łapać w locie. Każde trafienie zaliczane jest jako punkt. Wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej punktów.[9]

Jest to, wbrew surowym zakazom Koranu, gra hazardowa, przy czym zakładać się można o wiele rzeczy: o zwycięstwo którejś ze stron, liczbę zdobytych punktów, liczbę przebiegów, to kto pierwszy trafi, ile razy ktoś złapie lecący dziryt, itd.


Harce z dzirytami na Atmajdanie. Miniatura w Codex Vindobonensis 8626, XVI w. Repr. Kara Mustafa pod Wiedniem. Źródła muzułmańskie do dziejów wyprawy wiedeńskiej 1683 roku, wyd. Z. Abrahamowicz, Kraków 1973, ryc. 5, za: Poselstwo Rafała Leszczyńskiego…, ryc. 19

W Stambule, gdzie w zabawie uczestniczyli najlepsi w całym Imperium jeźdźcy – przede wszystkim: paziowie sułtańscy, ale także agowie i inni urzędnicy i oficerowie sułtana i gdzie wystawiano do niej najlepsze konie (konie, w przeciwieństwie do pocisków, można było podczas gry zmieniać – nie było ograniczeń co do ilości koni dla jednego jeźdźca, uważano zwykle, że aby skutecznie móc się zaprezentować na Atmajdanie, potrzebnych jest nie mniej niż tuzin zapasowych koni), gra taka mogła się toczyć godzinami, przez cały czas dostarczając publiczności emocji podobnych bodaj jak amerykańska koszykówka (ze względu na błyskawiczne tempo akcji). W tej chwili już nigdzie na świecie nie rozgrywa się isindi (pod taką nazwą uprawiano tę grę w Związku Sowieckim) lub dżarodbazi (jak podaje Wiekipedia: niestety, nie wiadomo, skąd ten termin bierze, w każdym razie wyszukiwanie go nie zwraca żadnych innych wyników, niż to hasło w polskiej Wikipedii, jest to zatem najprawdopodobniej błąd), albo po prostu cerid (dżerid – jak po turecku) w takim stylu. Gonitwy te nieodmiennie budziły podziw oglądających je Sarmatów:

Tam (…) na przestronnym placu i on sam i jego delizuranci z kopią do pierścienia gonią, z łuków, z rusznic plonchera strzelali i insze, jako to oni zwykli, z arabskiej szkoły ćwiczenia wojennego wyprawowali, a na ostatek spasabiając się do dzid z dzirytami, odprawowali swe igrzyska.[10]

Nastąpiły one equestres ludi, na których – rozdzieliwszy się na dwie acies przeciwko sobie – z dzirytami się według ich zwyczaju gonili. Było po części żardkich i prędkich między nimi konie ze stajnie cesarskiej (…).[11]

Stadniny sułtańskie, nad którymi pieczę sprawował odrębny korpus sułtańskich stajennych[12], rozlokowane były w dogodnym miejscu pod Stambułem (na błoniach przy zlewisku rzecznym, zwanym „Słodkimi Wodami Europy“ u północnego krańca zatoki Złotego Rogu).[13] Wycieczka, najczęściej połączona z przyjemnym piknikiem na łonie natury, była jedną z demonstracji bogactwa i potęgi sułtana. W tym przypadku wśród zwiedzających pokaz ten budził przede wszystkim zazdrość:[14]

Gdzie jadąc, jechaliśmy mimo łąki, gdzie cesarskie konie pasły się, gdzie wezyrskie i innych paszów. Widząc konie dobre, do kilku tysiąca, co koń konia lepszy, zazdrościliśmy im tego barzo, gdyż konie jak malowanie najpiękniejsze, nawet i źrebięta u klacz piękne.[15]

Tym tedy przedmieściem wyjachaliśmy na wierszkowiny Czarnego Morza przez błonia i pastewniki długie na milę, gdzie około rzeki słodkiej po obydwu stronach było na paszy ze dwa tysiące koni głównych, rosłych cesarskich, wezyrskich, paszów i różnych osób porządnie, na sznurkach wszystkie, dla słońca nakryte, czeladź w szopach, namiotach, alkierzykach, altanach malowanych.[16]

Nad tą rzeką (…) pasły się konie cesarza tureckiego barzo piękne i było się czemu tak koniom, jako wesołości miejsca przypatrzyć. To jednak extra ordinum nadmienić muszę: gdy mi konie cesarskie prezentowano, przyprowadzono mi też klaczkę niewielką, ale nad wszystkie tureckie konie składem, delikatnością piękniejszą, którą być po morskim koniu asserebant. (…) nic nad nie delikatniejszego, wątpię żeby i malarz per imaginationem potrafił wszystek skład nóżek, główki i całej kibici wyrazić. Sama jest goła jako mysz połyskująca się, gładka jak atłas, na końcu tylko pyszczka gdzieniegdzie kilka włosów szerści cisawej krótkiej, taż odmiana i na kolanach, ale tak niewiele, że ledwo postrzegliśmy. Na samym końcu ogona malusieńki kawałek szerści, alias cała jak ogolona. Przejeżdżano ją, nic milszego, składniejszego i rzeźwiejszego, wielcem się hac curiositate ucieszył, także sposobów szukam, żeby jej jako propter raritatem dostać.[17]

Powyższy opis jest pierwszym bodaj zachowanym w literaturze w którym pojawia się bardzo rzadka choroba genetyczna – brak sierści u konia. Takie konie, ze względu na kłopoty z regulacją temperatury i wilgotności zwykle szybko umierają. Wadzie tej towarzyszą zresztą często także inne wady rozwojowe. W tym przypadku najwidoczniej tak nie było. Niepojęte jest, jakim sposobem udało się sułtańskim ujeżdżaczom takiego konia dosiąść i ujeździć: brak sierści powoduje zwykle bardzo szybkie otarcie skóry pod siodłem – nawet, jeśli jest to najwygodniejsza dla końskiego grzbietu kulbaka. Wielka szkoda, że pan Leszczyński był w tym i tak najobszerniejszym zachowanym opisie orientalnego konia z tej epoki tak lakoniczny. Kryje się tu zapomniana wiedza, która i dziś mogłaby się przydać.


Pozbawiona sierści klaczka Małyszka – najprawdopodobniej takiego właśnie konia widział pod Stambułem Rafał Leszczyński. Małyszka padła w wieku dwóch lat mimo troskliwej opieki. Nie przetrzymała upalnego na południu Rosji lata. Jej organizm nie był w stanie wydalić ciepła i klacz dosłownie ugotowała się od środka. Każda próba jazdy na niej (nawet na oklep) powinna się skończyć natychmiastowym obtarciem skóry. Siodła, które by takiego skutku nie wywoływało, nie umiem sobie wyobrazić. A jednak Turcy na takim właśnie koniu umieli jeździć – i jeżdżono też, jak mi opowiadał Aleksander Stiepanowicz Klimuk, i na Małyszce.

Ta sama Małyszka na trzy miesiące przed śmiercią.

Bazar natomiast dostarczał rodakom mieszanych emocji: często, jak w przypadku towarzyszy poselstwa pana Lubienieckiego, nie byli w stanie znaleźć tam niczego ciekawego, a wręcz przeciwnie – sami, nie chcąc ponosić kosztów utrzymania koni w mieście przez dłuższy czas pobytu, sprzedawali Turkom swoje wierzchowce:

Die 19 maii. Skoro dzionek maleńki, poszedłem na bazar konia sobie kupić z niektórą kompanią. Wróciłem się nic nie kupiwszy. Tam na bazarze widziałem wiele polskich koni, co u kompaniej pokupili Turcy.[18]

Die 21 maii. Rano wstawszy, chodziłem na bazar dla kupienia konia. Nic nie kupiłem, gdyż nic nie beło po moim plecu. Potym w domu u Turczyna- w tyle u swej gospody – przyszedłszy, kupiłem konia z kara gniadego za talar reałów 40.[19]

Organizacja cechowa kupców wyspecjalizowanych w tego rodzaju transakcjach (głównie Cyganów – muzułmanów, których w Stambule mieszkało kilkadziesiąt rodzin, w handlu końmi wyspecjalizowanych)[20], pozwalała zresztą władzom osmańskim kontrolować podaż koni na stołecznych bazarach – i, w razie chęci zademonstrowania nieprzyjaznych stosunków, próbować wstrzymać zaopatrzenie w ten strategiczny towar lub zabronić jego sprzedaży obcym. Zawsze jednak znajdował się uczynny człowiek, który pomagał obejść te ograniczenia – i nie widać w żadnej z zachowanych relacji, aby zakup tureckiego konia i jego sprowadzenie do Rzeczypospolitej było czymś trudnym. Była to wielka atrakcja dla członków poselstwa o tyle, że spodziewali się niższych cen i lepszego wyboru niż na rodzimych jarmarkach, na których także te konie można było bez problemu kupić.[21] Konie kupowali zresztą także i inni wysłannicy dyplomatyczni do Wysokiej Porty, nie tylko reprezentujący Rzeczpospolitą.[22]

Jakie to były, albo chociaż – jakie to mogły być konie (bo, niestety, pewności w tej mierze mieć nie możemy): o tym w następnym odcinku.

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI ÓSMEJ

[1] Podróże i poselstwa polskie do Turcyi, a mianowicie: Podróż E. Otwinowskiego 1557, Jędrzeja Taranowskiego komornika j.k.m. 1569 i Poselstwo Piotra Zborowskiego 1568 przygotowane do druku z rękopisu przez J.I. Kraszewskiego, Kraków 1860, str. 32
[2] Tamże, str. 37
[3] Jan Reychman, Życie Polskie w Stambule w XVIII w., PIW, 1959, str. 192
[4] Turcy dali się przekonać, że powinni jeździć na koniach arabskich dopiero w połowie XIX wieku: w 1864 r. odnotowano duży eksport koni dla stadniny sułtańskiej z… hodowli Branickich w Białej Cerkwi! Por.: Stefan Bojanowski, Sylwetki koni oryentalnych i ich hodowców, Kraków 1906, str. 73.
[5] Jan Sobieski, Listy do Marysieńki (wybór), Wrocław 1997, str. 52
[6] Marian Czapski, „Historya powszechna konia“, Poznań 1874, reprint Warszawa 1985, tom II str. 50
[7] Jakie też to z tak licznych zwierząt sądzisz zwierzę,
Co pierwsze przed drugimi słusznie miejsce bierze?
Ja mniemam że to rumak, stad Natolskich plemię,
Który na dźwięk trąb uszkiem strzyże, grzebie ziemię,
I wesoło poryża, i w krwawe gonitwy
Starsłszy zbrojne szeregi, mężnie schodzi z bitwy,
Lub z szranków wypuszczony z bystremi dzianety
Wabiąc wiatry w zawody, pierwszy sięga mety,
I panu co go karmił, w pięknym wity lesie,
Zwycięzca na łabędzim karczku wieniec niesie
Słownik języka polskiego Samuela Bogumiła Linde, hasło „Rumak“ – wiersz z Tek Naruszewicza
[8] Por. Andrzej Dziubiński, „Na szlakach orientu. Handel między Polską a Imperium Osmańskim w XVI – XVIII wieku“, Wrocław 1997, str. 199
[9] Marian Bałczewski, Gry i zabawy Turków osmański, Warszawa 2000, str. 30 - 31
[10] Relacja poselstwa od najjaśniejszego Zygmunta III polskiego i szwedzkiego króla, do Amurata sołtana, cesarza tureckiego przez urodzonego Aleksandra Piaseczyńskiego, starostę ulanowskiego, do tegoż cesarza i Porty ottomańskiej posła, sprawowanego w Konstantynopolu, roku 1633, królowi Jmci na piśmie podana; w: Adam Walaszek, Trzy relacje z polskich podróży na wschód muzułmański w pierwszej połowie XVII wieku, Kraków, 1980, str. 57
[11] Relacja poselstwa…, str. 69
[12] Por. Halil Inalczik, Imperium osmańskie. Epoka klasyczna 1300 – 1600, Kraków 2006, str. 96, korpus stajennych sułtańskich (ahur hademderi, w 1480 roku liczący 800 ludzi pod zwierzchnictwem mirahura i młodszego mirahura, rozrósł się do 4341 w 1568, by potem zmaleć do 4322 w 1609 i 3633 w 1670 roku; ma to znaczenie biorąc pod uwagę konieczność opłacania przynajmniej części tej czeredy przy okazji użyczania koni dla uroczystych przejazdów poselstw oraz dawania „oduzdnego“ za darowane konie).
[13] Por. M. Bałczewski, op. cit., str. 93 Turcy przejęli od Bizantyjczyków zwyczaj procesjonalnego wyprowadzania zwierząt na pastwiska w dniu św. Jerzego: tego dnia nad Słodkie Wody Europy przy udziale samego sułtana i tysięcy widzów – mieszkańców Stambułu, wyprowadzano z pałacowych stajen około tysiąca najlepszych i najpiękniejszych w całym imperium koni.
[14] Tak to zresztą opisuje także nieoceniony Vaclav Vratislav, op. cit., str. 69: „Byliśmy też dopuszczeni z owym janczarem do stajen cesarza tureckiego, gdzieśmy przepiękne konie z upodobaniem oglądali. Stajen jest kilka, w jednych pod wierzch dla samego cesarza konie najlepsze, w innych kłusaki juczne, powoźne, muły, dromadery, w ostatniej ogiery, które z Berberii i Arabii corocznie cesarzowi przywożą. Konie berberyjskie mają grzywy i ogony zgolone i są jako jelonki smukłe…“ – co jest zresztą opisem bałamutnym, ponieważ konie berberyjskie są krępej i dość ordynarnej budowy i nic nie wiadomo, jakoby goliło im się grzywy czy kurtyzowało ogony. Zarówno opis budowy, jak i zwyczaju golenia owłosienia pasuje za to do koni turkmeńskich, które czeski podróżnik mógł z berberyjskimi pomylić.
[15] Diariusz drogi tureckiej…, str. 126
[16] „Wielka legacja…“, str. 65
[17] Poselstwo Rafała Leszczyńskiego…, str. 87
[18] Diariusz drogi tureckiej…, str. 127
[19] Diariusz drogi tureckiej…, str. 128
[20] Raphael Lewis, Życie codzienne w Turcji osmańskiej, Warszawa 1984, str. 125, dzieło to podaje zresztą, bałamutnie, że do początków XVI w., Turcy jeździli na „niezgrabnych konikach tatarskich“, a potem przesiedli się na araby. Jest to tradycyjne twierdzenie, oparte na autorytecie znanej brytyjskiej miłośniczki koni arabskich, lady Wentworth, por. http://en.wikipedia.org/wiki/Judith_Blunt-Lytton,_16th_Baroness_Wentworth, listopad 2009. Nie ma żadnych dowodów na to, iż twierdzenie to jest czymś więcej niż tylko fantazją – biorąc zaś pod uwagę choćby taki fakt, jak wprowadzony przez kalifa Omara zakaz korzystania przez jego gubernatorów z tureckich koni (por. http://www.witness-pioneer.org/vil/Articles/companion/15_umar_bin_al_khattab.htm, listopad 2009) dowodzi, że już w VII w konie tureckie były znane i były uważane za luksusowe – podczas gdy o koniach arabskich z tak wczesnej epoki nie mamy żadnych informacji. Skądiną o tym, na jakich naprawdę koniach jeździeli Turcy, także nic pewnego nie wiadomo. Jak pisze Lew Gumiłow (Dzieje dawnych Turków, Warszawa 1972, str. 66) o przodkach Turków, środkowoazjatyckich Turkutach z VI w n.e.: „Konie, sądząc z wizerunków, mieli Turkuci wysokie, o szerokim zadzie, cienkich pęcinach, krótkiej szyi i ciężkim łbie. Grzywa, rozczesana i przystrzyżona, świadczy o starannej pielęgnacji. Konie te nie mają nic wspólnego z mongolskimi, natomiast przypominają bardzo wizerunki konie epoki samanidzkiej, w szczególności zaś statuetkę z Honan (por. B. Laufer, „Chinese Clay Figures“, str. 313 – 314).“ Wiemy już jednak, że wizerunkom koni wierzyć nie można – a te, z opisów sądząc, mogły być po prostu toporne i nieporadne w wykonaniu.
[21] O tym, że konie tureckie były w dużej liczbie i w dużym wyborze łatwo dostępne na targach Rzeczypospolitej, świadczy chociażby relacja francuskiego inżyniera w służbie Władysława IV Guilliame Levasseur de Bauplan, który przebywając na Ukrainie w latach 1637 – 1647 sporządził jej cenny opis. De Bauplan opisując polską husarię podaje, że „najtańszy z ich koni nie jest wart mniej niż 200 dukatów. Są to wszystko konie tureckie sprowadzane z Anatolii z prowincji zwanej Karamanią.“, por. Andrzej Dziubiński, Na szlakach orientu. Handel między Polską a Imperium Osmańskim w XVI – XVII wieku, Wrocław 1997, str. 199 Skądinąd wiemy, że Karamanię zamieszkiwali głównie Turkmeni, hodujący konie turkmeńskie, por. Halil Inalczik, op.cit., str. 18, 142 i 209
[22] Por. Vaclav Vratislav…, str. 88: „Pan wysłannik kupił sześć przepięknych tureckich koni i między nimi był jeden szczególnie urodziwy siwek, za którego dał 100 dukatów. Kazał też pan zrobić sobie dwa rzędy, które go około dwóch tysięcy dukatów kosztowały. A kiedy na audiencje na tym koniu jeździł, wielu go oglądało i zdarzyło mu się usłyszeć na własne uszy, że szkodą wielką jest, iż giaur na takim koniu jeździ. Był mi on przez pana powierzany, by masztelarze ze szczególną dbałością go pielęgnowali i każdego tygodnia na przejażdę z janczaremśmy jeździli i na plac hippodromu, czyli Atmeidanu, na wyścigi z Turkami go puszczali, ja na moim siwku najczęściej kolację wygrywałem, którą niedaleko naszego domu przygotowywano, myśmy też ich do siebie zapraszali i dobrym poczęstunkiem gościli“ – co jest, przy okazji, jednym z dowodów na hazardowy charakter gier na Atmajdanie.

4 komentarze:

  1. Można wpis i koncepcję przedmurza chrześcijaństwa podsumować tak:
    Zderzenie cywilizacji zderzeniem cywilizacji, ale biznes to biznes!

    OdpowiedzUsuń
  2. Patrząc na modę, gust, upodobania, sposób walki i temu podobne - bliżej było naszym przodkom do Turków niż do fircykowatych w tych kusych portkach współwyznawców z Europy Zachodniej.

    Poza tym, przeciętny szlachecki wyborca - podatnik umiał liczyć i dobrze wiedział, że na wojnę z supermocarstwem ówczesnego świata, czyli z Wysoką Portą: zwyczajnie go nie stać. Lepiej się zatem kochać i rarytasy znad Bosforu przywozić... gdyby nie ci niesforni Kozacy i Tatarzy..!

    OdpowiedzUsuń
  3. witam,
    chyba nie mozesz wasc opeirac sie wciaz na Czapskim w kwestii 'konia tureckiego', gdyz od tamtego czasu nauka poszla do przodu - zwlaszcza w badaniu zrodel do epoki XVI-XIX wieku, ale zapiski Vratislava sa bezcenne (czytalem go jedynie po angielsku)
    Z tym rumakiem to zabawna sprawa - juz w poczatku XVI wieku Niemcy raportowali ze w Moskiwe maja perskie argamaki ktorych jest niewiele i sa cenne. Zreszta slowo tureckie argamak jest pochodzenia staroperskiego, jakzeby inaczej. Ikonografia islamska z X-XVI wieku dostarcza przepieknych wyobrazen koni z regionu. Ciekawostka zachodniego obszaru Azji Centralnej i Iranu ejst to ze nastapila fuzja plemion tureckich z lokalnymi dynastami persko-medyjskimi, czego owocem byla dynsatia Safawidow, rzadzaca miedzy polowa XVI wieku a 1730tymi poludniowo-zachodnia Azja Centralna, walczac bez konca z Uzbekami o step dawnej Bactri i Sogdii - biorac pod uwage ze obydwie strony uzywaly ciezkozbrojnych jezdzcow musiano hodowac ciekawe osobniki (pisze osobniki bo ani Safawidzi, Gruzni czy Adyge ani Uzbecy/turkmeni na klaczach an wojne n ie jezdzili)

    OdpowiedzUsuń
  4. Biorąc pod uwagę afiliacje religijne Safawidów, dość oczywiście wyrastające z szamanizmu (a nie z dualizmu zoroastryjskiego, różnica jest tu ogromna i nie dałoby się jej ukryć), owa fuzja substratu tureckiego z irańskim, postulowana jeszcze przez historiografię radziecką (Gumilow, na którego się i tu w innej sprawie powołuję), wydaje mi się jednak trochę wątpliwa. To się po prostu gryzie! Chyba, że owe "lokalne dynastie persko - medyjskie" prezentowały poziom umysłowy handlarzy z targowiska. Wtedy tak.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...