sobota, 11 grudnia 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 6 – Za miskę soczewicy… czyli spór o pierworództwo!

Jak wiadomo sprytny praojciec Jakub (ten co m.in. śnił o drabinie, z której szczeble sprzedawał potem jeden z bohaterów Sienkiewicza, a poza tym – mocował się z aniołem i spłodził 12 synów od których wywodziły się plemiona Izraela, łącznie z tymi 10 zaginionymi, co się teraz odnajdują a to w Indiach, a to w Afryce – byle tylko izraelski paszport zdobyć!) odkupił od swego beztroskiego brata Ezawa przywilej pierworództwa za miskę soczewicy.

Nie wiem co na tak patriarchalny punkt widzenia absolwentki studiów genderowych – i prawdę pisząc: nic mnie to nie obchodzi, jako i same owe absolwentki razem z ich studiami! Grunt, że historia ta, niezmiernie już w czasie odległa, ciągle ma jak najbardziej aktualne konsekwencje. Ezaw bowiem, choć przywilej pierworództwa beztrosko przehandlował, a i ojcowskiego błogosławieństwa został podstępnie pozbawiony przez matkę Jakuba, Rebekę (byli przyrodnimi braćmi: jako że Rebeka długo uchodziła za bezpłodną, Ezawa urodziła „w jej imieniu“ niewolnica – tak w każdym razie twierdzi jedna ze stron tego sporu…), która  podsunęła go ślepemu ze starości Izaakowi, gdy ten wybierał się nareszcie na łono Abrahama – również, mimo wszystko, praojcem został. Tyle, że Ezaw został praojcem Narodu Odrobinę Mniej Wybranego – mianowicie: Arabów. Którzy, naturalnie, mają w kwestii pierworództwa, błogosławieństwa i całej reszty zdanie zgoła odmienne. Jasnym już jest, dlaczego piszę o tym w cyklu poświęconym dziejom mej ulubionej rasy koni, a nie na innym miejscu: to tylko taka parabola, która ma Państwu przybliżyć mój pogląd na stosunek koni achałtekińskich do koni arabskich i odwrotnie.

Owa biblijna parabola ma zaskakująco wiele analogii z naszą końską historią. Można nawet niektóre role obsadzić historycznymi postaciami. Rebeką jest bez najmniejszych wątpliwości Judyta Anna Dorota Blunt – Lytton, 18-ta baronessa Wentworth. Do roli Izaaka pretendentów jest wielu, co najmniej od połowy XVIII wieku. Najchętniej w sumie obsadziłbym tu Napoleona Bonaparte. Nie będę się jednak spierać, jeśli ktoś z Państwa zaproponuje lepszą kandydaturę. Że co? Że te dwie osoby dzieli całe stulecie? I co z tego..? Przecież to tylko parabola. Role Ezawa i Jakuba tak jakby się w niej odwracają – bo to koń arabski, a raczej jego hodowcy i wielbiciele okazali się sprytniejsi i choć startowali właśnie w wieku XVIII z pozycji słabszego, by nie rzec – lekceważonego, nieistotnego, nieistniejącego wręcz „młodszego brata“, w bardzo krótkim czasie zajęli pozycję całkowicie i bez wątpliwości dominującą.
Lady Wentworth ze swoim Skowronkiem

W tej chwili kto chce powiedzieć „koń orientalny“ – mówi „koń arabski“. Te dwa pojęcia są ze sobą całkowicie tożsame. Nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta kiedykolwiek mogła się zmienić. Dwa lata temu grupa rosyjskich hodowców próbowała podjąć rękawicę i promować konie achałtekińskie w świecie pod marką nowej organizacji – WATO. Oczywiście nic z tego nie wynikło, a organizacja chyba już nawet i nie istnieje. Co zresztą było dla mnie oczywiste od samego początku.  Chociażby dlatego, że tylko arabscy szejkowie mają prawdziwe pieniądze i tylko ich stać na promowanie w tak bezczelny, bezprecedensowy i bezwzględny sposób rasy koni jako lokaty kapitału. Oczywiście, szejkowie rosyjscy, też na ropie i gazie utuczeni, mogą próbować ich naśladować – ale to nie jest ta skala ani ten styl!

Szanse na to, aby koń achałtekiński stał się symbolem Orientu przepadły jakieś 200 lat temu. Na dobre i bez możliwości odwrotu. Swoją drogą – stało się to ZANIM w ogóle powstało pojęcie „konia achałtekińskiego“ i ZANIM pojęcie „rasy“ jako takie utrwaliło się w świadomości miłośników koni. Jest to zatem jedna z tych decyzji, które ukształtowały świat współczesny. Gdyby ta decyzja była inna, nasz współczesny świat a i my razem z nim – bylibyśmy inni. Na przykład zupełnie inaczej kształtowałby się nasz smak, nasze poczucie estetyki – wcale nie tylko w odniesieniu do kształtów końskich łbów czy zadów, bo wybór ten miał i ma konsekwencje sięgające malarstwa, literatury, sportu, a przez to także i życia codziennego, czasem bardzo od jakichkolwiek bytów czterokopytnych odległego.

Zdaję sobie sprawę, że jeśli ktoś z Państwa trafił tu przypadkiem, nie czytał nigdy wcześniej tego, co pisałem chociażby w „Końskim Targu“, a interesuje się końmi na tyle, aby podzielać powszechnie w środowisku koniarzy panujące przesądy, to przeżywa właśnie szok. Jakże to tak? Wszak arabem polski świat koński stoi, araby to jego jedyna chluba i nadzieja, bez arabów Polski na końskiej mapie świata nie ma i nigdy nie było… - jak tu więc w ogóle można mówić o jakiejś „decyzji“, o „wyborze“..? No owszem, są jeszcze folbluty prawda, ale przecież i one od arabów mają się wywodzić wedle wspomnianej już lady Wentworth, a poza tym, cóż tam niby te nasze folbluty są warte, nic przecież…

Z drugiej strony rozczarowuję zapewne także i Moich Wiernych Czytelników, którzy właśnie ze względu na egzotyczne i elitarne upodobanie do chudych koni są tu ze mną. Tak się bowiem składa, że „mit standardowy“ o pochodzeniu moich i Państwa ulubionych koni w prostej i nieprzerwanej linii od najznakomitszych starożytnych przodków, jak to już w poprzednich odsłonach tego cyklu pisałem – co najmniej pozbawiony jest podstaw. Najprawdopodobniej zaś – rozmija się z prawdą równie daleko co wielbicieli koni arabskich bajania o królu Salomonie i królowej Saby…

Spór o pierworództwo między wielbicielami koni arabskich a wielbicielami koni achałtekińskich, abstrahując od nierówności stron (tych pierwszych jest o tyle więcej, że mogą drugich po prostu ignorować – i, jakoś tak mi się wydaje, że tak właśnie robią..!), nie ma sensu. Mam bowiem fundamentalną w ogóle wątpliwość, czy 200 lat temu istotnie dałoby się wśród wielkiej masy najróżniejszych koni wschodnich spotykanych powszechnie na ogromnej przestrzeni od gór Atlasu po Himalaje i od Sudanu po Ałtaj wyodrębnić bez najmniejszych wątpliwości takie typy końskie, które byśmy byli w stanie do jednej lub do drugiej rasy przyporządkować.



Co więcej, spór ten jeszcze 200 lat temu byłby dla zdecydowanej większości potencjalnie zainteresowanych niezrozumiały. Hodowcy koni wschodnich: Berberowie, Beduini, Persowie, Turcy, Turkmeni, górale z Karabachu czy Pusztuni – wszyscy uważali swoje wierzchowce, jakkolwiek różniące się między sobą, za zwierzęta „czystej krwi“, szlachetne i prawego pochodzenia. Nie to, żeby między nimi aż tak wielka tolerancja i miłość bliźniego panowała. Wręcz przeciwnie: wszystkie te ludy i plemiona cechował (i cechuje) niezwalczony szowinizm i przekonanie o własnej wyższości nad całą resztą świata. Jak najbardziej również i własnych wierzchowców dotyczące, które przecież nie mogą być gorsze od koni tych nędzników i wyrzutków – sąsiadów.

Zgoda zatem dotyczyła jedynie tego, że „koń wschodni“ jest „koniem szlachetnym, czystej krwi, prawego pochodzenia“. Który to zaś jest owym „koniem wschodnim“, czy koń berberyjski, czy arabski, czy turkmeński (a jeszcze jaki spośród nich? Wszak i Berberowie i Arabowie i Turkmeni dzielili się i dzielą na dziesiątki zaciekle się zwalczających plemion, co i koni jak najbardziej dotyczy…), to już bynajmniej nie było takie oczywiste. Co oczywiście absolutnie nie przeszkadzało używać koni zdobytych na pogardzanych wrogach we własnej hodowli! Ani handlować z nimi końmi i tych zakupionych też u siebie używać jak najbardziej (zwykle zresztą koni z handlu było o wiele więcej niż koni z łupów – wojna to w ogóle bardzo marny sposób na wzbogacenie stada, bardzo dobry za to, na jego zubożenie – stąd śmieję się z opowieści jak to przodkowie nasi, Sarmaci, na Turkach konie brali! Czort ich widział tych Sarmatów, jak owe konie brali, osobliwie wówczas, gdy dostawali w skórę – np. podczas nieudanej wyprawy Jana Olbrachta do Mołdawii, gdzie rzekomo prawdziwych Turkmenów na nich rzucono: rozumiem, że turkmeńskie ogiery w wirze walki pokryły podolskie klaczy polskich szlachciców po czym… puściły je wolno..?).

Najogólniej rzecz biorąc 200 lat temu odróżnienie konia berberyjskiego od konia arabskiego, turkmeńskiego czy karabachskiego na pierwszy rzut oka mogło być i bywało trudne. Czego mamy zresztą świadectwa w nie tak znowu odległej literaturze – np. Stefan Bojanowski, a za nim prof. Pruski podają, że jeszcze do połowy XIX wieku w hodowli galicyjskiej bez żadnej różnicy używano reproduktorów arabskich, tureckich, turkmeńskich czy kaukaskich – byle tylko wschodnie były. Jak to możliwe?

Po pierwsze dlatego, że wszystkie były tak samo chude, zabiedzone i krzywe. Co prawda muzułmanie o tysiąclecie co najmniej wyprzedzili chrześcijan jak chodzi o humanitarny stosunek do zwierząt (stąd pełne zdziwienia opisy np. takiego Wacława Vratislawa z Mitrovic, czeskiego podróżnika z XVI wieku o tym, jacy to łagodni i troskliwi są Turcy dla swoich koni…) – co też i było przez wieki jednym z czynników istotnej przewagi „konia wschodniego“ nad „koniem zachodnim“. Po prostu ten pierwszy traktowany był o wiele lepiej, to i rozwijał się bujniej, mocniej, lepiej też przy tym swego pana traktując. Akurat jednak na przełomie XVIII i XIX wieku sytuacja uległa odwróceniu. Raz, że rewolucja rolnicza, wprowadzenie płodozmianu i nowych technik hodowli dało zachodnim Europejczykom (a w pół wieku później też i ich wschodnim sąsiadom z tego samego kontynentu) nadwyżki paszy, siły roboczej i wolnego czasu, które mogli obrócić na poprawę bytu przynajmniej tych zwierząt, na których im szczególnie zależało. Dwa, że zmiany w światowym podziale pracy i dystrybucji bogactwa, tudzież kolejne przegrane wojny wtrąciły właśnie wówczas cały świat muzułmański na dno ekonomicznej depresji, z której się do tej pory jeszcze nie całkiem wydobył (pomijając oczywiście kraje zasobne w ropę!). Co też i konie odczuły – w postaci coraz to cięższej i coraz to wcześniej zaczynanej pracy przy coraz to skąpszych racjach pożywienia i coraz to gorszym traktowaniu. Nic dziwnego, że wyglądały na ogół marnie.

Co zresztą nie jest niczym w dziejach przyjaźni naszych dwóch gatunków (o koniach i ludziach tu piszę) nowym. Podczas wykładu z anatomii konia prof. dr hab Norbert Pospieszny z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu opowiadał nam o swoim udziale – w charakterze konsultanta – anatomopatologa w badaniu szczątków kostnych koni odnalezionych m.in. na polach grunwaldzkich. Większość tych szczątków została zidentyfikowana jako należące do niewielkich, krępych i krótkonogich koników w rodzaju współczesnych koni żmudzkich. Profesor – który historykiem – hipologiem oczywiście nie jest (nie spotkałem nigdy historyka o takiej specjalności, w każdym razie – nie w Polsce: ten aspekt kultury materialnej naszych przodków nie interesuje obecnie uczonych) i nigdy nie czytał Mariana hr Czapskiego „Historii powszechnej konia“, wysnuł stąd wniosek, że na takich właśnie konikach jeździli owi ciężkozbrojni rycerze średniowieczni. Co się też i na samych kościach odcisnęło, gdyż podobno jednego szkieletu bez śladu najpotworniejszych zmian patologicznych, czy to wynikłych ze złego żywienia, czy to z chorób, czy też z nadmiernego obciążenia pracą – do tej pory znaleźć się nie udało.

Marian hr Czapski uczy nas, że pobożni bracia oprócz bojowych koni rycerskich używali (a sądząc po kościach – nadużywali!), do codziennych posług i jako podjezdki także takie właśnie małe koniki, po podbitych Prusach odziedziczone, które nazywali „swejki“. Po litewsku to by znaczyło „zdrów“, „zdrowy“ – osobliwy rodzaj ironii wiedząc, jak niezdrowe były te na śmierć zajeżdżane koniki!

Bohdan Ziętarski w swojej relacji z (ostatniej polskiej) wyprawy na Półwysep Arabski po „oryginalne araby“ podkreśla marną na ogół kondycję koni, jakie tam znalazł. Zbyt wcześnie zajeżdżane, obciążane ponad siły, żywione skąpo, rzadko i niedostatecznie pojone, wystawione na wszelkiego rodzaju niewygodny i patogeny – pełne były wad rozwojowych, co niezmiernie utrudniało ocenę ich hodowlanej przydatności. Trudno było bowiem stwierdzić, które z tych kulawizn, opuchlizn, krzywic czy chudości wynikły tylko z nadmiaru pracy i braku pożywienia, a które – miały charakter wad dziedzicznych. Oczywiście – już sam fakt, że te konie w ogóle żyły i (na ogół) robiły, czego od nich oczekiwano – dowodził niejakiej odporności. Co z tego jednak?



Tak więc jedną z przyczyn dla których galicyjscy hodowcy do połowy XIX wieku nie czynili rozróżnienia między różnymi rasami koni wschodnich był ich ogólnie podobny, bo jednakowo marny wygląd.

Drugą z tych przyczyn był skrajny, nawet jak na zacofaną wówczas nie do pojęcia Polskę, konserwatyzm tych galicyjskich hodowców.

Jak już wielokrotnie na łamach „Końskiego Targu“ pisałem, nasz współczesny stosunek do koni, w tym także mity i przesądy jakie na ten temat żywimy, ukształtowała XIX-wieczna modernizacja tej gałęzi rolnictwa i wielki, fundamentalny spór jej zwolenników (czyli „anglomanów“) z przeciwnikami (czyli „arabofilami“), jaki się wówczas toczył.

Takie pojęcia jak „rasa“, „hodowla w czystości krwi“, „księga stadna“, a za tym – cały szereg oczywistych dzisiaj praktyk zootechnicznych i zoohigienicznych – budziły przez ponad pół wieku tępy opór zakutych kresowych łbów. Raz, że wszystkie te rzeczy były kosztowne, wymagały i pieniężnych nakładów i czasu, uwagi, nauki – a kiepsko było na naszych ówczesnych kresach ze wszystkimi tymi dobrami. Dwa, że podważało to dobre samopoczucie kresowych hodowców, ich przekonanie że z dziada pradziada nie tylko wszystkie rozumy posiedli i niczego ich jak chodzi o hodowlę koni nauczyć nie sposób, ale też, że lepszych od własnych koni nigdzie na świecie nie znajdą – chyba, że wśród wyznawców Mahometa, czego zaprzeczyć nie mogli, bo wszak i sami i ich dziadowie i pradziadowie od wieków rzeczywiście koni wschodnich w hodowli używali.

W żadnym razie jednak lepsze nie mogły być znienawidzone „angliki“ – „wydelikacone“, „rozpieszczone“, „przerasowane“, „ordynarne“ (te dwa ostatnie określenia – do wyboru, bo się wszak wzajemnie wykluczają…). Zdarzają się zakute łby z takimi poglądami i obecnie – co mnie niezmiennie irytuje, choć może nie powinno, bo czemu mam się na własnym zdrowiu mścić za cudzą głupotę..?

Skoro „angliki“ nie mogły być lepsze – a mimo to biły wszystkie kresowe bieguny we wszystkich rodzajach współzawodnictwa jakie tylko zdołano od połowy XVIII do końca prawie XIX wieku wymyślić (w tym także w morderczych rajdach długodystansowych, na coraz to zwiększanych dystansach i po kilkaset kilometrów wynoszących: nie ulega wątpliwości, że gdyby komuś się zechciało i obecnie konia pełnej krwi angielskiej do rajdu wytrenować, to wszystkie araby – i achałtekińce niestety też, nie mam złudzeń, że mogłoby być inaczej – na pewno w pobitym polu zostawi, inaczej po prostu być nie może…) – to trzeba było coś im przecież przeciwstawić. Jakichś koni trzeba było na koniec używać do rozpłodu. Tradycja nakazywała sprowadzać konie wschodnie – po części również na skutek panowania od Arystotelesa się wywodzącego przesądu o dominującym wpływie klimatu na kompleksję psycho-fizyczną ludzi i zwierząt: żeby „gorące“, bojowe konie otrzymać, musiały one się z gorącego i suchego klimatu wywodzić.

Żeby zadośćuczynić tradycji i potrzebie, należało gdzieś na Wschodzie konia, którego można by „anglikom“ przeciwstawić znaleźć. Skoro takiego nie było, to trzeba go było stworzyć. I tak właśnie powstała rasa koni czystej krwi arabskiej. Na przełomie XVIII i XIX wieku, a nie w żadnej tam odległej starożytności…

Opowieści o starożytnym rodowodzie tej rasy jeszcze mniej mają wspólnego z rzeczywistością niż opowieści o pochodzeniu koni achałtekińskich od koni nizajskich. Nie ulega wątpliwości, że Asyryjczycy szukali koni dla swojej kawalerii na Wyżynie Irańskiej i dalej, w obecnie turkmeńskich stepach i pustyniach – a nie na równie odległej od Niniwy pustyni Nedżd. O ile Wyżyna Irańska co najmniej od VIII w. p.n.e. (a biorąc pod uwagę źródła mitannijskie i babilońskie, co najmniej od końca III/początku II tysiąclecia p.n.e.) zawsze uchodziła za ojczyznę znakomitych koni bojowych, które to konie były szeroko poszukiwane na całym świecie i kupowane lub zdobywane siłą przez wszystkie okoliczne ludy, to nie istnieją żadne świadectwa potwierdzające istnienie hodowli koni (nie mówiąc o jej wpływie na sąsiadów czy popycie na hodowane tam konie zagranicą) na Półwyspie Arabskim przed islamem. Mało tego, także i najstarsze źródła islamskie (tj. przede wszystkim Koran), nie dają podstaw do wysnuwania przypuszczeń, iż Arabowie jeździli konno nim zaczęli podbijać sąsiednie, obfitujące w konie prowincje Bizancjum i Iranu. Nawet poświęcone koniom arabskim strony internetowe, obok romantycznych legend o ich pochodzeniu, których nie możemy przecież traktować poważnie, przytaczają jedynie świadectwa pochodzące ze starożytnego Egiptu.[2] Wydaje się to ryzykownym posunięciem. W ten sposób można udowodnić, iż przodkowie dzisiejszych koni arabskich przebywali na terenie Egiptu, ale nie sposób wykazać, że byli tam importowani z Półwyspu Arabskiego – a nie np. z Libii, gdzie całkiem podobny koń berberyjski od najdawniejszych czasów jest używany. Hipoteza afrykańskiego pochodzenia koni arabskich (wymyślona tu na poczekaniu) wydaje się całkiem prawdopodobna: Sahara zaledwie 10 czy 12 tysięcy lat temu była dość urodzajną krainą stepową, na której pasły się stada słoni, nosorożców i koni właśnie i gdzie proces udomowienia konia mógł nastąpić (wraz z kilkoma innymi wynalazkami ułatwiającymi przetrwania w raptownie pustynniejącym otoczeniu) wcześnie i niezależnie od udomowienia konia na Ukrainie lub w Azji Środkowej. Dalecy potomkowie tych koni mogli się dostać na Półwysep Arabski np. w związku z interwencjami na Półwyspie podejmowanymi co jakiś czas przez Bizancjum lub przez działającą w sojuszu z nim Etiopię (rok narodzin Mahometa nazywany jest „rokiem słonia“, w tym roku bowiem Etiopczycy okupowali oazę mekkańską i przyprowadzili ze sobą jednego słonia; koni zapewne zabrali więcej…).

Oczywiście, brak źródeł pisanych wcale nie wyklucza, że Arabowie hodowali konie od niepamiętnych czasów. Wydaje się jednak jasnym, że nie mogły to być konie wysoko cenione przez sąsiadów – skoro w ogóle nie zwrócili na nie uwagi przez tyle stuleci, choć w tym samym czasie regularnie pozostawiali pisane świadectwa znakomitości koni irańsko – środkowoazjatyckich.

Wytłumaczenie tego fenomenu jest oczywiste. Półwysep Arabski jest największym półwyspem na świecie, ma prawie 2,8 mln km2 – ale na obszarze Azji Środkowej zmieściłby się bez mała czterokrotnie (region ten – bez Iranu – ma 10,5 mln km2). Pod względem różnorodności warunków geograficzno – przyrodniczych, w tym także sprzyjających hodowli koni, nie może być nawet porównania pomiędzy obiema tymi krainami. Około roku 1913 cała opanowana przez Rosjan Azja Środkowa liczyła jakieś 2 – 3 miliony koni, utrzymywanych w warunkach niewiele zmienionych w stosunku do czasów bardzo nawet odległych, z czego ok. 1/10 stanowiły zapewne konie podobne pod względem typu do starożytnych bojowych koni Iranu. Ile koni arabskich mogło w tym samym czasie żyć na Półwyspie Arabskim? Literatura hipologiczna XIX wieku pełna jest narzekań na trudność w zdobyciu koni arabskich spełniających ustalone wówczas kryteria typu rasowego – także na pustyni Nedżd, czy w innych częściach Półwyspu Arabskiego. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, była to populacja bardzo nieliczna i tym samym, nie mogła mieć wielkiego wpływu na otoczenie.

Cały ten wywód potrzebny jest to po, aby wykazać, że fakt czterowiekowej okupacji arabskiej terytorium dzisiejszej Turkmenii (od VII do XI w. n.e.), wcale nie musiał oznaczać importu na ten teren koni arabskich. Zachowana także po obaleniu władzy arabskiej ciągłość typu i sposobu użytkowania koni na tym terenie, dobitnie zresztą świadczy o czymś całkowicie przeciwnym: miejscowa hodowla przetrwała inwazję i rozwijała się dalej zgodnie z wielowiekową tradycją. Co więcej, konie te były także cenione na dworze kalifów – w Bagdadzie funkcjonowała osobista gwardia kalifa, rekrutowana z wyzwoleńców – Turków środkowoazjatyckich która, wedle zachowanych świadectw, dosiadała właśnie turkmeńskich koni.[3] Od XI zaś wieku, aż po I wojnę światową nad Bliskim Wschodem i nad Półwyspem Arabskim dominowały ludy tureckie, dosiadające tureckich, a nie arabskich koni – cokolwiek by sobie na ten temat lady Wentworth roiła!

Rojenia zaś lady Wentworth oraz romantyczna postać Napoleona Bonaparte pod piramidami, a za tym i francuska i brytyjska pasja do podróży na Bliski Wschód – malarstwo, poezja, teatr, moda: wszystko to były czynniki utrwalające w wykształconych Europejczykach przekonanie, że jedynym koniem orientalnym jest koń arabski. I tak młodszy brat pozbawił starszego pierworództwa. Mało tego: świat o tym starszym bracie zapomniał i ani chce pamiętać. Zbyt wiele miałby teraz pieniędzy do stracenia, gdyby cokolwiek w tej historii odbrązowić, odposążyć i odkłamać…

Co do hipotezy odwrotnej, tj. przyjmującej, że Arabowie nie hodowli koni przed rozpoczęciem swoich podbojów, albo też, że konie hodowane na Półwyspie Arabskim pochodzą od starożytnych przodków koni turkmeńskich, to nie ma na to żadnych rozstrzygających dowodów. Owszem, jeszcze w III czy IV w. n.e., kiedy Rzym (a potem Bizancjum) rywalizował z Sassanidami o kontrolę nad Półwyspem Arabskim, obie zwalczające się strony zorganizowały w jego północnej części reżimy od siebie zależne – i wyposażały je w broń i konie. Jednak do Jemenu, gdzie wg tradycji miał się znajdować matecznik koni arabskich, ani Rzym, ani Sassanidzi, nigdy bezpośrednio nie dotarli. Konstantyn Wielki ofiarował władcy Jemenu stado 200 wojennych koni w prezencie. Były to konie kapadockie, wcześniej poświęcone bogu wojny, które po przejściu na chrześcijaństwo skonfiskował i wykorzystywał dość często w charakterze dyplomatycznych prezentów. Nie wydaje się jednak, żeby Konstantyn robił taki prezent władcy kraju, nad którym nie miał żadnej kontroli, gdyby wiedział, że prezent ten może go znacząco wzmocnić militarnie – co na pewno miałoby miejsce, gdyby wcześniej Arabowie koni nie hodowali i zaczęli to robić dopiero po otrzymaniu od Konstantyna tego daru. Takie wzmocnienie siły ościennego państwa byłoby sprzeczne z interesami Rzymu.

Jest natomiast z całą pewnością faktem, że od VII aż do XIX wieku zachodził proces mieszania się koni turkmeńskich (czy ich przodków) z końmi arabskimi. Proces ten był obustronny, tj. zarówno konie arabskie trafiały (w trudnej do oszacowania ilości) do Azji Środkowej, jak i – najczęściej z uzbrojonymi wojownikami na grzbiecie – konie turkmeńskie wędrowały w granice świata arabskiego.

Lud Turkmenów po stłumieniu przez arabską dynastię Gaznawidów podniesionego przez nich buntu w drugiej dekadzie XI wieku rozpadł się na trzy gałęzie: seldżucką, która pozostała na terenie dzisiejszej Turkmenii i wkrótce odzyskała siły, by w 1040 roku obalić Gaznawidów; bałchańską – która przeniosła się po stłumieniu buntu na zachód, nad Morze Kaspijskie (i z której wywodzą się dzisiejsi Turkmeni) oraz iracką, która już wtedy przesiedliła się w rejon Mosulu.[4]

Począwszy od połowy XI wieku Turkmeni, a właściwie Seldżucy (od nazwy panującej dynastii) pod wodzą Togrula rozpoczynają energiczną ekspansję, w 1055 roku odbierając irańskim Bujjidom kontrolę nad stolicą kalifatu, Bagdadem i nad rezydującym w Bagdadzie kalifem abbasydzkim, nominalnym przywódcą większości ówczesnego świata muzułmańskiego. Za panowania synów Togrula, Ałp-Arsłana i Malik-szacha, sułtanat seldżucki obejmuje cały Iran, Mezopotamię i Syrię. Ważnymi ośrodkami Seldżuków, gdzie rezydowali ich władcy wraz ze swoimi garnizonami były: Aleppo, Mosul, Bagdad i Isfahan. W 1071 r. Ałp-Arsłan pokonał pod Manzikertem i wziął do niewoli bizantyjskiego cesarza Romana IV Diogenesa, co otwarło jego współplemieńcom drogę do podboju Azji Mniejszej.

W roku 1141 sułtan seldżucki poniósł klęskę w starciu z tunguskimi koczownikami Kara-Kitajami, napływającymi do Azji Środkowej z obszaru dzisiejszego Xinjiangu w Chinach. Przeciw Seldżukom zbuntowali się też zasiedlający ten obszar Turkmeni, co pozwoliło władcy Chorezmu, Atsyzowi na zbudowanie formalnie wasalnego, faktycznie jednak niezależnego państwa pomiędzy Amu-darią a Syr-darią. Państwo chorezmszachów zostało podbite przez Mongołów w latach 1219 – 1221. Turkmeni wycofali się wówczas w kierunku Morza Kaspijskiego.

Dalsze losy turkmeńskich koni omawiane będą w związku z tym w dwóch częściach – jednej, poświęconej głównie koniom tureckim, wśród których były także konie turkmeńskie, ekspandujące wraz ze swoimi panami w kierunku Europy aż pod Wiedeń i Chocim. I drugiej, poświęconej tym Turkmenom, którzy pozostali na rodzimych (od 200 lat zaledwie) pustyniach i którzy stali się znani światu dopiero w wyniku rosyjskiego podboju ich ziem w końcu XIX wieku.

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI SIÓDMEJ

[1] Vaclav Vratislav z Mitrovic, „Przygody“ tłum. Danuta Reychman, Warszawa 1983
[3] A.S. Klimuk, O czistokrovnosti akhaltekinskoi porody, Koni Peterburga, Nr 2/1999, za: www.maak.ru
[4] M. Lang, „Turkmeni do podboju rosyjskiego“, w: Tadeusz Bodio red., op. cit., str. 79

7 komentarzy:

  1. Mocno mnie zainspirowałeś tym wpisem do myślenia.

    Mam kilka spostrzeżeń:
    1. Bojowe rumaki mogły być w średniowieczu tak drogie, bo jako wyjątki były dobrze żywione, czy może inaczej się wyrażając... nie były aż tak źle jak inne żywione i wykorzystywane. Może każdy koń karmiony i trzymany od małego w ciut lepszych warunkach stawał się "koniem bojowym" i obiektem westchnień?


    2.Jak piszesz (innymi sowami tylko) - koń żywiony nędznie ceteris paribus siła rzeczy jest mniejszy niż ten karmiony przyzwoicie.

    Ja podobne wnioski co Ty względem koni wysuwam względem ludzi - skoro szkielety paleolitycznych łowców-zbieraczy były wyższe niż rolników to znaczy, że byli lepiej odżywieni/zdrowsi. :)
    Dziś widać, że zwiększenie ilości doborowego białka w diecie czy powszechna dostępność żywności w ogóle sprawia, że ludzie również są wyżsi. Z racji innych czynników (jedzenie zbóż, strączkowych) niestety jeszcze nie osiąga się podobnych parametrów zdrowotnych (co można poznać m.in. po osteoporozie i próchnicy współczesnych ludzi).

    Spekulować również można, że proces postępującej degeneracji koni udało się zatrzymać i czy może też to zjawisko odwrócić? Eksperyment z kotami Pottengera wskazuje, że nędzne odżywianie na przestrzeni kilku pokoleń ma wpływ na postępującą degradacje odżywiających się tak osobników (aż do bezpłodności i śmierci). Przykład z ludźmi (chociażby nasz wracający do paleolitycznej normy wzrost) zdaje się to potwierdzać.

    Link do opisu na eksperymentu Pottengera na wiki:
    http://en.wikipedia.org/wiki/Francis_M._Pottenger,_Jr.#Meat_study
    Link do filmiku o tych samych kotach po angielsku(od 3:05)
    http://www.youtube.com/watch?v=XPCOGSnjP5w

    Jak masz przesył to warto zobaczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tekst który wczoraj wymęczyłem niezbyt mi się podobał - myśl gdzieś się w nim błąkała i gubiła -a po poprawkach jest chyba o tym złym żywieniu trochę mniej niż było - ale dziś dla odmiany mam poważny kłopot z połączeniem się z netem. Nie wiem jak to więc dalej będzie, ale... generalnie oczywiście masz rację: dobre żywienie koni było zmianą rewolucyjną i przyniosło ogromny postęp jakościowy. Że zarazem zmniejszyła się różnorodność genetyczna to też prawda, ale o tym będę jeszcze pisał osobno, bo to już dotyczy wieku XX, do którego w tym cyklu trochę mi czasu zostało :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra, znowu się na chwilę udało. To tylko szybko: oczywiście, że dobre żywienie jest warunkiem niezbędnym do tego, żeby mieć dobre konie bojowe. Ale nie jest warunkiem wystarczającym. To tak jak z ludźmi zresztą. Jeden ma uzdolnienia do boksu, inny do szachów - obaj niby sportowcy, prawda? Głodzony szachista w sumie dalej może grać w szachy, choć pewnie kiepsko mu się będzie myślało, głodzony bokser raczej nie poboksuje - obaj będą robić lepiej to, co robią, jeśli będą żyli w dostatku (jakkolwiek oczywiście, u ludzi ważna jest też kwestia motywacji - a nic tak nie motywuje do działania jak bieda!).

    Konie bojowe są, a raczej były, nieco odporniejsze na złe warunki utrzymania niż konie robocze. O wartości konia bojowego decyduje bardzo złożony zespół cech takich jak zrównoważenie psychiczne, jezdność, wytrzymałość, szybkość, wzrost, wygląd itd. Z całą pewnością właściwy wychów i utrzymanie poprawia wszystkie te cechy. Sam jednak ich nie zastąpi...

    OdpowiedzUsuń
  4. Chciałbym by moje teksty były jak te Twoje "zabłąkane"...

    Słuszne uwagi z tym odżywianiem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Jacku,
    Zawsze z przyjemnością czytam Pana teksty,
    ale w dzisiejszym,powołując się na Biblię,
    poplątał Pan dwie opowieści.Jedna to historia
    Jakuba i Ezawa(tego od miski soczewicy)a druga opowieść dotyczy Izaaka i Izmaela,ojca narodu
    arabskiego i to on był synem niewolnicy.
    Pamięć ludzka jest jednak zawodna.
    Pozdrawiam
    Elżbieta

    OdpowiedzUsuń
  6. I tak bywa... Cóż: już tego nie będę zmieniał. Na wieczną rzeczy pamiątkę: co by mi przypominało, że wszystko trzeba sprawdzić! Bardzo dziękuję za uwagę pani Elżbieto.

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    mam trochę źródeł assyryjskich - i kwestia pochodzenia koni u Assyryjczykow z okresu Nowego Panstwa - glownie otrzymanych w formie daniny - to przede wszystkim polnoc i polnoco-wschodnia czesc ich panstwa: tereny graniczace z Urartu i 'wolni''Medowie'. Wladcy asyryjscy nie mogli siegnac po material centralnoazjatycki (przynajmniej do czasu pojawienia sie Kimerow i Scytow), zwlaszcza ze hodowacmi koni byli Asyryjczycy kiepskimi, min z racji obszaru ktory zajmowali.
    Plemiona Arabskie zamieszkujace Syrie, zachodnia Mezopotamie etc posiadaly konie w nadmiarze w IV-VII wieku ne, i jest to fakt (rowniez widoczny w sztuce i poezji),ale jaka role w rozprzestrzenianiu konia odegrali Persowie Sasanidzcy tego nie wiemy. W kazdym razie w obozach rzymskich/bizantyjskich oraz sasanidzkich walczyly wielotysieczne oddzialy posiłkowe arabskie w czasie wojen V-VII wieku. Dla Persow ziemie babilońskie od czasów Achaemenidow byly miejscem hodowli koni (byc moze po wprowadzeniu lucerny etc)...
    fajne te artykuly, przyjemnie sie czyta

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...