czwartek, 16 grudnia 2010

Eureka


Przypomniałem sobie. Przypomniałem sobie, co chciałem byłem napisać a nie napisałem w poprzednim odcinku „Historii sekretnej…“.  Do wydania książkowego, jeśli kiedyś takie nastąpi, poprawię J.

Punktem wyjścia jest moja polemika z kol. bachmatem66 na forum historycy.org (kol. bachmat66 jest zresztą także blogerem, którego z wielką przyjemnością czytam). Na forum istnieje zresztą cała grupa historyków wojskowości staropolskiej, z kol. dr Radosławem Sikorą na czele – z którymi okazyjnie zdarza mi się tu i tam popadać w kolizje poglądów na tle istnienie lub nieistnienia zwierząt mitycznych (tj. gryfów, pegazów i koni polskich), a takoż ich rzekomej doskonałości.

Kol. bachmat raczył mnie nazwać nieukiem, ignorantem i opowiadaczem farmazonów. Nie wiem czy tylko w kontekście mojej marnej opinii o kondycji i doskonałości średniowiecznych koni bojowych, czy w ogóle. Oczywiście, bardzo mnie to ubodło, bo jestem z natury próżny i pełen miłości własnej, stąd też przedzierając się w poprzedni poniedziałek przez śnieg i lód w kierunku Grudziądza, obmyślałem zemstę. A że dość miałem czasu w ciągu 6 godzin podróży, to w końcu z zemsty urodził mi się cały, nowy odcinek „Historii sekretnej…“ – a potem, tydzień później faktycznie go pisząc, jeszcze bez notatek, o zemście zapomniałem.

Nie szkodzi. Jak wszyscy dobrze wiedzą, zemsta to danie które najlepiej smakuje na zimno. Pora zatem się mścić i polemizować!

Zacznę od podstawy, czyli zarzutu nieuctwa. Oczywiście nie orientuję się ani w ząb w hipologicznej literaturze angielsko- czy hiszpańskojęzycznej, którą kol. bachmat, w USA zamieszkały, mnie zarzuca. Większość wiedzy na ten temat czerpię z literatury rosyjskiej – do której mam zresztą krytyczny stosunek i z którą w dużej części się nie zgadzam. Nie dostrzegłem jednak w całym tym zestawie źródeł, znalezisk i faktów, którymi mój polemista próbował mnie olśnić i oślepić niczego, o czym bym wcześniej nie wiedział. Moim zdaniem nic z tych źródeł, znalezisk i faktów nie wynika. Jeśli to marnie o mnie świadczy jako o historyku: cóż, pozostaje mi przyjąć z pokorą ten wyrok. Jestem w końcu tylko historykiem – amatorem.

Nic mnie jednak nie może powstrzymać przed refleksją natury ogólnej. Otóż historycy wojskowości z forum historycy.org, z którymi zdarza mi się polemizować należą do szerszego nurtu „zabrązowiaczy“ różnych wcześniej odbrązowionych i obalonych mitów. Jest to naturalna reakcja na hiperkrytycyzm wobec przeszłości – w Polsce opóźniona z przyczyn ustrojowych i pokoleniowych. Hiperkrytycyzm wobec przeszłości był zjawiskiem typowym dla wieku XIX i znacznej części wieku XX: polegał na apriorycznym odrzucaniu wszelkich podań, opowieści, przekazów, których nie udało się zweryfikować w sposób materialny. Tj. albo przy pomocy innych źródeł, o charakterze faktograficznym (rachunków, raportów, kronik), albo przy pomocy świadectw archeologicznych. W ten sposób można było jednym pociągnięciem pióra wyrzucić do kosza cały prawie Stary Testament, Iliadę z Odyseją, mity greckie, eposy indyjskie i wszystkie podania chińskie z czasów poprzedzających Pierwszego Cesarza, a Ameryka przed Kolumbem po prostu nie istniała. Bardzo to było wygodne i upraszczało robotę przy pisaniu podręczników!

Te wszystkie ginące w pomroce dziejów opowieści zdobyły na powrót prawo obywatelstwa w akademickiej historii dzięki mrówczej pracy kilku pokoleń archeologów. W końcu Schliemann odkopał Troję z Iliadą w ręku. Znaleziono też Mohenjo Daro i inne miasta nad Indusem palone i niszczone w „Ramajanie“ wcześniej uważanej za przejaw czystej fantazji jakichś tam Hindusów. Odkryto teksty chińskie z czasów poprzedzających brutalną tyranię Qin Shihuangti i gwałtowny upadek jego dynastii – niektóre z czasów nad wyraz odległych. Odkryto cywilizacje Ameryki sięgające 3000 lat wstecz od dnia dzisiejszego co najmniej. Nasza wiedza o przeszłości stała się o wiele bogatsza – i nie ma już dzisiaj poważnego historyka, który by świadectwo Biblii czy jakiegoś chińskiego mitu traktował z góry i bez dowodów jako zwykłe zmyślenie.

W Polsce i w innych krajach byłego bloku z przyczyn ideologicznych ta przemiana nie dotyczyła wielu bardzo istotnych elementów nie tak wcale dawnej, bo na ogół nowożytnej historii. Były to nawet nie tyle „tematy tabu“, co po prostu pewne sztampy, ideologicznie wygodne, a powtarzane przez kolejne pokolenia „oficjalnych“, tj. akademickich historyków, bo tak wypadało. Sztampy te, postać współczesnych mitów już przyjmujące, przez te pół wieku dotarły do szerokich rzesz ludności i na dobre zagościły w rzesz owych głowach. Nic dziwnego że nowe pokolenie historyków, zdobywające akademicką dojrzałość (wyrażającą się w uzyskaniu stopnia doktora) właśnie teraz (20 lat opóźnienia w stosunku do samej zmiany ustrojowej pokazuje, jak powoli zmienia się środowisko akademickie!), z tymi mitami walczy – walczy o prawdę, która w wielu wypadkach przedstawia się lepiej, korzystniej, świetniej, niż chciano, abyśmy w to wierzyli. Sam zresztą walczę, także i na tym blogu, z mitami o wyzysku pańszczyźnianym, czy przyczynach upadku I Rzeczypospolitej.

Rzecz dotyczy oczywiście także i staropolskiej sztuki wojennej, w tym „naszej niezrównanej jazdy“ i oczywiście także i koni, na których ta jazda siedziała.

Świadectwa z epoki są w tym przypadku mniej niż skąpe. Przekopałem pod tym kątem całą Bibliotekę Narodową i sporo różnych archiwów i wszystko co znalazłem mieści się w jednej kopercie formatu A3. Nasi przodkowie uważali konie za coś tak oczywistego jak powietrze którym się oddycha, czy wodę którą się pije, niezmiernie więc rzadko zaszczycali je swoją uwagą na piśmie. Wszystko co mamy to w kolejności: najstarszy drukowany po polsku dokument, czyli „Spraua a learstwa końskie…“ z roku o ile dobrze pamiętam (nawet nie chce mi się tej koperty otwierać, bo i po co?) 1526, gdzie jednak ani o wyglądzie, ani o pochodzeniu koni hodowanych w Polsce nic nie ma, rzekome, bo znane tylko z omówienia, a i to nie wprost, a z drugiej ręki, świadectwo Micińskiego z czasów Zygmunta Augusta (już prof. Pruski próbował walczyć z mitem tego rzekomego świadectwa, podobnoż dowodzącego, że Zygmunt August miał w Knyszynie stado czystej krwi arabów, ale na próżno się starał, nikt już o wątpliwości tego dokumentu nie pamięta) adaptowany ze wzorów włoskich trakta hipologiczny Dorohostajskiego z roku 1600, trochę listów gdzie się o koniach wspomina, trochę testamentów, kilka diariuszy – to wszystko. Trochę lepiej jest w wieku XVIII, ale i tutaj treści tych dokumentów które się zachowały, rozczarowują lakonicznością. W końcu „koń jaki jest – każdy widzi“ – nieprawdaż..?

Wykopaliska archeologiczne na terenie Polski są skąpe a ich wynik dokładnie taki, jak przedstawiłem w „Historii sekretnej..“: znajduje się prawie wyłącznie krzywe, świadczące o niedożywieniu, nadmiernym przeciążeniu pracą i licznych wadach rozwojowych kości mikrych, na pół prymitywnych koników, ewidentnie wywodzących się od typowej dla naszych okolic odmiany leśnego tarpana. Im bliżej naszych czasów tym zresztą owych znalezisk mniej: widać popyt na klej z końskich kości rósł w miarę rozwoju przemysłu!

Wiek XIX to przede wszystkim ogromny import prymitywnych, tym razem stepowych a nie leśnych, koników znad Wołgi – aż do roku 1863 podstawowego „remontu“ (czyli wymiany) dla koni roboczych w całej prawie Europie Środkowej. Współczesne konie chłopskie to odległe potomstwo tych kałmuckich czy tatarskich mierzynów, od połowy XX wieku krzyżowanych wypierająco z importowanymi z Zachodu końmi ciężkimi, przede wszystkim – z ardenami szwedzkimi (mniejszy jest udział belgów oraz ardenów belgijskich i niemieckich). Oczywiście o hodowli koni wierzchowych gdzieś tak od połowy wieku XIX wiemy już prawie że wszystko – najstarsze rodowody końskie w Polsce sięgają roku 1816, tj. momentu założenia stadniny koni w Janowie Podlaskim.

To są rzeczy które wiemy na pewno. Proszę mnie poprawić, jeśli się gdzieś omyliłem!

Acha! Są oczywiście świadectwa ikonograficzne. Jak dla mnie świadczą one co prawda głównie o guście i manierze malarza. Ale w tej kwestii się już na pewno nie zgodzimy – nie ma więc co klawiatury bez potrzeby strzępić.

Nie twierdzę, że nasi przodkowie i w wieku XVI czy XVII i wcześniej, w średniowieczu, elitarnych koni bojowych nie hodowali. Na pewno hodowali. Inaczej być nie mogło. Zostało jednak po nich zbyt mało żeby stwierdzić jakie to były konie, jak wyglądały i jakimi odznaczały się przymiotami.

Ogólny poziom „kultury hodowlanej“ nie mógł być inny niż to przedstawiłem: przypadkowe rozmnażanie, skąpe żywienie, wczesne i nadmierne obciążanie pracą. Na pewno hodowla elitarna była od owej przeciętnej korzystnym odchyleniem. Czy jest jednak podobieństwem sądzieć, aby przebiegała CAŁKIEM INACZEJ, wg zupełnie innych wzorów? Czy mamy jakieś świadectwa które by mogły uzasadnić tezę, że szlacheckie konie, w przeciwieństwie do chłopskich, nie rozmnażały się przypadkiem, w tabunie, tylko były kryte z ręki? Owszem, Dorohostajski z włoskiego (pewnie jeszcze nie bezpośrednio tylko przez niemiecki?) tłumacząc, sporo miejsca poświęca doborowi stadnika do klaczy i na pewno było tak, że konkretne stadniki z tabunami konkretnych klaczy puszczano. Ale czy taka hodowla daje aż tak daleko idącą kontrolę nad wynikiem rozmnażania, żeby mówić o czymś więcej niż o prawdopodobieństwie pochodzenia po tym właśnie ogierze..? Czy mamy jakieś świadectwa które by mogły uzasadnić tezę, że szlacheckie konie, w przeciwieństwie do chłopskich, były intensywnie żywione, szczególnie w pierwszym okresie życia, gdy rosły? A kudy tam! Świadectwa są całkiem zgoła przeciwne: bo jeszcze Roman ks. Sanguszko, hodowca skądinąd genialny, ale też i konserwatywny do bólu, swojej doborowej arabskiej młodzieży nie karmił, każąc jej zadowolić się tym, co sama na pastwisku znajdzie – sądził, że ją w ten sposób hartuje. Co jest oczywiście bzdurą, bo tylko opóźniał jej fizyczny rozwój. Bzdura ta zresztą miała bardzo prozaiczne przyczyny: monokultura zbożowa jaką była uprawiana w Polsce aż do połowy XIX wieku trójpolówka po prostu nie dostarczała paszy na zimę dla zwierząt i dlatego poza obszarami, gdzie jest możliwe całoroczne utrzymanie pastwiskowe (Ukraina), zwierząt tych trzymano tylko minimalne, absolutnie niezbędne ilości. Koni to też jak najbardziej dotyczy.

Owe elitarne, bojowe konie na pewno były wytrzymałe, odporne na trudy i zdrowe – bo gdyby takie nie były, to by po prostu tak brutalnej selekcji nie przeszły. Stawiam jednak dolary przeciw orzechom, że były mikrego wzrostu, często cierpiały na choroby spowodowane niedoborem białka i mikroelementów (stąd krzywice i różnego rodzaju wady rozwojowe, np. ślepota), a ich żywot był z reguły bardzo krótki. Bo też konie w owych listach czy diariuszach najczęściej pojawiają się w jednym kontekście: padły, zużyły się, potrzeba nowych… Mowy nie ma, aby takie zwierzęta osiągały jakieś rekordy fizycznej doskonałości, czego przywołane przeze mnie próby z wieku XVIII i XIX są żywym dowodem.

Mój polemista próbuje z tej trudności wybrnąć przyjmując coś w rodzaju Lamarcka teorii katastrof. Była sobie średniowieczna hodowla koni bojowych, doskonałych tak, że do tej pory nie udało im się dorównać – po czym trrrach, coś się stało i już jej nie ma… Potem była sobie hodowla owych mitycznych „koni polskich“, którym już tylko skrzydeł brakło aby latały jak pegazy – po czym trrrach, coś się stało i już jej nie ma…

Prawdę pisząc, to i mnie jedna taka katastrofa w „Historii sekretnej…“ do której mam nadzieję powrócić w weekend będzie potrzebna – dla wyjaśnienia gdzie się podziała bardzo przecież ceniona jeszcze do końca XVII wieku hodowla turecka, której już w wieku XVIII prawie że nie ma, a w wieku XIX słuch o niej ginie. Mam nadzieję jednak, że wyjaśnienie jakie przedstawię (na podstawie książki Halila Inalchika) będzie trochę lepsze niż owo „trrrach“!

Wszędzie potrzebny jest umiar i pewne poczucie dystansu. Troja, którą Schliemann odkopał to zapyziałe, prowincjonalne, dechami zabite miasteczko, dziura której już kilka wieków później nikt by nawet linijką opisu nie zaszczycił. Homer zużył na nią całą epopeję bo w ramach układu odniesienia jakim był czas akcji poematu, było to wydarzenie ważne, a gród – szacowny. Wiemy już, że rzeczywiście wydarzenie to (wojna trojańska) miało miejsce. Ale wcale nie wyglądało tak, jak to sobie oddzielnie dystansem ledwo kilku stuleci Grecy wyobrażali.

Wiemy, że i w średniowieczu hodowano bojowe konie i nasi sarmaccy przodkowie jak najbardziej bojowe konie hodowali. I jedne i drugie na pewno były lepsze od przeciętnej, roboczej populacji i w ramach układu odniesienia jakim były czasy, w których je wyhodowano i używano – na pewno warte wszelkich pochwał. Obawiam się jednak że współcześnie – ciężko by było znaleźć na takie chabety kupca!

6 komentarzy:

  1. Nie znam się na historii koni, ale... ze zwierzętami użytkowymi (przynajmniej z kurami, świniami) było podobnie jak opisujesz:
    Żyły niemal wyłącznie dzięki temu co same potrafiły znaleźć - siłą rzeczy nie były jakoś specjalnie rosłe czy "produktywne" mierząc współczesną miarą. Były za to bardzo wydajne jeżeli chodzi o podtrzymywanie (survival to w tym przypadku słowo trafnie oddające warunki w jakich żyły) swojego życia i wykorzystywanie paszy o niskiej gęstości energetycznej.

    Takie kury niosły kilkadziesiąt jajek rocznie (przemysłowe, dobrze karmione dają dzisiaj jakoś 300) i cały czas się je ulepsza.
    Pisałem o tym dawno temu:
    http://permakultura.net/2010/02/09/czy-kury-na-wolnym-wybiegu-trzeba-karmic/

    Świnie pasły się w lasach, bez dodatkowej paszy, więc również rosły odpowiednio długo. Również one były dobre w "przeżywaniu" a nie konwersji paszy.

    Tak samo trudno mi uwierzyć, że bez nawozów sztucznych, elektrycznych pastuchów i odpowiedniej wiedzy mogli mieć w dawnych czasach bardzo produktywne pastwiska (poza stepami Ukrainy) czy łąki, które rodziłyby dobre, wysokowartościowe pożywienie. Dzisiaj mając odpowiednią wiedzę (której wtedy nie mieli) i technologię (której również nie mieli) można by nawet Twoją pustynię łatwo bez nawozów sztucznych poprawić.

    Dlatego Twój pogląd wydaje mi się słuszny - konie musiały wtedy być nędzne. Te bojowe rumaki jak piszesz pozytywnie się wyróżniały. Pośród ślepców jednooki jest królem?

    OdpowiedzUsuń
  2. Konie akurat są ze wszystkich zwierząt hodowlanych bodaj najbardziej odporne na złe warunki wychowu. Sam je zresztą - jak najsłuszniej - zaliczyłeś do "zwierząt nieproduktywnych": dają o wiele mniej mleka czy mięsa od krów, o wiele gorzej wykorzystują paszę i mniej intensywnie nawożą pastwiska. Ale właśnie za cenę tej "nieproduktywności" są bardzo dobre w survivalu. Dlatego udaje się je hodować nawet tam, gdzie trudno hodować nawet świnki morskie - w strefie pustyń i półpustyń. Nawet i w Polsce o wiele łatwiej jest wykarmić konia niż krowę. Nie nazwałbym więc tych dawnych koni aż jednookimi. Ale na to, żeby dobrze widziały na oba oczy, to faktycznie - nie było szans :-) Zresztą o różnicach w metodach wychowu i warunkach utrzymania między różnymi dawnymi kulturami hodowlanymi jeszcze trochę tu będzie. Akurat ta staropolska ani do wydajnych ani do komfortowych ani nawet do humanitarnych - nie należała.

    OdpowiedzUsuń
  3. To się zapowiadają ciekawe artykuły. Jakoś mi się zawsze wydawało, że krowa z racji tego, że ma w żołądku "pośredników" w postaci bakterii, jest w stanie łatwiej się wyżywić i przetrwać na paszy bardzo niskiej jakości.

    Tak w ogóle to bardzo mi się spodobał Twój artykuł na Agepo. Zdążyłem go przeczytać zanim serwery NetArtu padły...

    OdpowiedzUsuń
  4. No jakoś moje konie mają się teraz świetnie, a krowy we wsi padają. To kto jest lepszy w survivalu..?

    A tak na serio: mam wrażenie, że w przypadku krowy właściwe, tj. przede wszystkim - obfite - wyżywienie jest o wiele istotniejsze ze względu na cel, jaki sobie stawiamy, tj. maksymalizacja produkcji mlecznej lub mięsnej. U koni aż tak daleko idąca maksymalizacja efektywności produkcji jest niemożliwa. Ale też i dzięki temu - mniejsza jest wrażliwość na pogorszenie się warunków życiowych (bo i tak większy % spożywanej energii był zużywany na potrzeby wegetatywne - i więcej się marnowało...).

    Zresztą, nie ma co filozofować. Hoduje się krowy na Syberii? No nie bardzo. A konie - jak najbardziej tak. Obok owiec i kóz są to zwierzęta o najszerszym zasięgu występowania - i to nie jest przypadek.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Oczywiście o hodowli koni wierzchowych gdzieś tak od połowy wieku XIX wiemy już prawie że wszystko – najstarsze rodowody końskie w Polsce sięgają roku 1816, tj. momentu założenia stadniny koni w Janowie Podlaskim."

    W kwestii formalnej, choć niewiele wnoszącej do tematu: właściwie to 1800 roku. Przynajmniej najstarsza i ciągle istniejąca linia żeńska w hodowli arabskiej sięga tego roku. Założycielką była Szweykowska z hodowli w Sławucie. W rodowodach zdarzają się też araby urodzone wcześniej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Słuszna uwaga. Bardzo dziękuję.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...