czwartek, 30 grudnia 2010

Czeski film

O północy z przedwczoraj na wczoraj zapakowałem się do samochodu Tomka i pojechaliśmy do Czech – tropem řezački. Rozchodzi się o to, że brygadzista, który wiosną, gdy byliśmy tam po raz ostatni ochoczo dał nam swój telefon i kazał dzwonić po żniwach, bo może wreszcie uda mu się tego starego złomu pozbyć – po żniwach przestał w ogóle odbierać telefony. Zamiast niego pod jego numerem komórki zgłasza się jakiś nawet całkiem elokwentny Czech, który jednakowoż utrzymuje, że nie ma nic wspólnego z firmą naszego brygadzisty. No czeski film po prostu!

Dojechaliśmy błyskwicznie i równo o 8.00 pocałowaliśmy przemarzniętą klamkę farmy. Był tylko cieć, który udzielania jakichkolwiek odpowiedzi stanowczo odmówił. Jakeśmy go nie przestawali nagabywać, to zapakował się w końcu do škody i pojechał w siną dal. Zajechaliśmy do obór, także do tej samej firmy należących. Przy komendzie był „główny zootechnik“, młody człowiek, można by sądzić, że niedawno po studiach. Żadnego obcego języka nie znał a z dość nawet obficie udzielanych przezeń w języku ojczystym wyjaśnień, prawdę powiedziawszy, niewiele zrozumieliśmy poza tym, że pracuje tu od niedawna, nikogo na bazie maszynowej nie zna, a żadnego telefonu nam nie da. Reszta to już są wyłącznie nasze hipotezy co do tego, dlaczego tak się dzieje – nie będę ich przytaczał, bo należą do rzeczywistości snu, a nie do rzeczywistości realnej. Jak to w czeskim filmie…

Jużeśmy mieli odjeżdżać w desperacji, kiedy pod bramę bazy mechanicznej, gdzieżeśmy wrócili, zajechał kolejna škoda, z której wysiadła niemłoda, ale i niestara, niebrzydka i niegłupia kobieta, z którą dało się nareszcie porozumieć w języku rosyjskim. Telefonu do „głównego mechanizatora“ (nowego, bo tyle się dowiedzieliśmy, że stary już tu nie pracuje) nie dała, bo podobnoż dawać zakazał (cóż za dbająca o prywatność firma swoją drogą!), ale zapisała sobie w komórce mój i obiecała, że w poniedziałek po Nowym Roku, kiedy skończą im się wakacje, ówże „główny“ zaszczyci mnie rozmową. Czeski film!

Ale żeby nie było: uprzedzałem Tomka, że tak będzie. To jest „habsburska etyka pracy“. Nie wiem jak z tym w Galicji, może ktoś z Państwa ma jakieś doświadczenia w tej sprawie i zechce się nimi podzielić – ale tyle co zdarzyło mi się bywać na Węgrzech, na Słowacji czy w Czechach, a nigdy nie byłem tam rozrywkowo, zawsze z jakimś celem – by tak rzec: produkcyjnym – to muszę potwierdzić słowa, które o robotnikach pewnej augustiańskiej winnicy w Karyntii powiedział kiedyś w swoim programie p. Wojciech Cejrowski: „ci ludzie mają we krwi… przerwę!“

Nie bardzo wierzę w ten telefon od „głównego“, ale zobaczymy w poniedziałek. Tyle dobrego, że Tomek podpatrzył przez dziurkę od klucza, że header do sieczkarni jeszcze stoi, znakiem tego – chyba jej nie zdążyli upłynnić! Objazd sąsiednich farm już w drodze powrotnej dał nam tylko spokój sumienia, bo – oczywiście – ta przez Tomka upatrzona okazała się być ostatnią starą řezačką tego typu w okolicy. Nowszych, pomijając już kwestie pieniężne, do Polski sprowadzać nie ma sensu – bo na jakim niby polu ma pracować sieczkarnia do kukurydzy z headerem o szerokości 8 m..? Jeden przejazd i większość kukurydzy w całej wsi posianej byłaby zebrana… Razem z miedzą, gruszą na miedzy i całym stadem niewinnych zajączków.

No, z tą niewinnością zajączków to przesadziłem. Obrygryzły nam wszystkie jabłonki, skubane!

Teraz pora z onirycznej rzeczywistości czeskiego filmu wracać do mroźnych realiów Boskiej Woli. Przez całą noc, już po moim powrocie, sypał drobny śnieżek i wiał wiatr. Jak okiem sięgnąć (na razie się tym okiem za daleko nie sięgnie, bo dopiero poczyna się rozwidniać), ciągną się śnieżne diuny, całkowicie ignorujące istnienie lub nieistnienie wcześniej przeze mnie pracowicie wykutych w lodzie ścieżek. Ciekawym bardzo, czy naszą drogą do wsi da się teraz przejechać..?

No i odmrozić kran pod wiatą koniecznie trzeba. Co zajmie trochę czasu. Wczoraj się to Lepszej Połowie nie udało przez typowo kobiecy brak bezwzględności. Sam rozmrażałem przez 3 godziny po powrocie, dłużej już nie spać nie mogłem, to teraz obstawiam że po jakich 4 – 5 godzinach może i puści… Na szczęście: przewodność cieplna stalowej rury jest lepsza niż otaczającego ją powietrza, drewna i wełny mineralnej. W tym też i upatruję nadzieję że nawet, jeśli zamarzło głęboko, przy dostatecznej dozie cierpliwości, w końcu odmarznie. A jak nie – czeka nas noszenie wiaderek pod wiatę do soboty, kiedy to zapowiadają kolejną odwilż. Dobrze chociaż, że koza dzisiaj się elegancko pali, przedwczoraj rano umordowałem sią z nią jak murzyn pod pokładem parowca na Missisipi, a i tak ciepło nie było…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...