czwartek, 23 grudnia 2010

Co powie Sylwestra?


Zbliżająca się noc wigilijna prowokuje do pytania o nasz stosunek do Braci Mniejszych. Co bodaj dostrzegli też redaktorzy Onetu, bo mi przez chwilę mignął na głównej stronie tekst z jakiegoś bloga o antyreligijnym nastawieniu – jak to zwykle bywa. Coś podobnego znalazłem zresztą i za pośrednictwem koleżanki Rianon.

Sprawa jest bardzo skomplikowana. Jak pamiętam dyskusje z katechetą sprzed lat dwudziestukilku, to i wśród teologów nie ma w tej materii zgody. Swoją drogą byłoby dobrze, gdyby ktoś zechciał i mnie i Szanownych Czytelników w tej jakże ważnej kwestii oświecić..? Zaiste, o wiele ciekawsze byłoby takie kazanie czy wykład od bredni o Polsce – Chrystusie Narodów…

Patrząc na sprawę od strony zdroworozsądkowej i naturalistycznej, trudno jest jakąś istotną, jakościową różnicę między ludźmi a innymi gatunkami zwierząt znaleźć.

Każdy, kto ma do czynienia ze zwierzętami musi przyznać, że myślą. Myślą..? Kombinują! Dokonują strategicznej analizy sytuacji. Starannie dobierają środki dla realizacji pożądanych przez siebie celów. Eksperymentują. Potrafią podjąć działania odwracające uwagę od tego, co naprawdę robią. Uczą się jedne od drugich. Potrafią czekać cierpliwie na dogodny moment, nieraz bardzo długo. Nikt mi nie wmówi, że to instynkt, odruchy, czy jakieś bezmyślne tropizmy. Nie istnieje w przyrodzie tropizm nawiewania w siną dal z bezpiecznego ogrodzenia wewnątrz którego jest mnóstwo żarcia i wody – taki „tropizm“ trzeba nazwać po imieniu: jest to ciekawość. Albo nuda. Nie ma chyba koniarza który by się nie spotkał ze zjawiskiem nudzącego się konia. Bo też i po prawdzie, to życie konia w dzisiejszych, dostatnich czasach, głównie z nudy się składa! A do czego jest zdolny koń który się nudzi – to chyba nie muszę opowiadać..?

No, może jeden czy dwa przykłady, dla nie-koniarzy. Jeździłem przez lata studiów i nawet jeszcze trochę potem w stajni „Cwał“ we wsi Ruda pod Skierniewicami – już nieistniejącej. Zanim dobudowano tam nowy budynek stajenny z angielskimi boksami, konie stały w starej stodole i w przerobionym budynku gospodarczym, na strychu którego była też przebieralnia dla kursantów. Przychodzę ci ja któregoś ranka z pociągu, a że byłem wcześnie i pierwszy, to razem z gospodarzem idziemy otworzyć stodołę. I co widzimy? Klacz Ornata (ktoś zna..?), która stała uwiązana do belki dzielącej boks na dwie połowy razem z klaczą Symfonia wyszła z tegoż boksu – razem z belką, której długość była o jakieś 50% większa niż szerokość korytarza, na którym musiała była wszystkich manewrów dokonać – i, dalej razem z tą belką, weszła sobie do sąsiedniego boksu, wpychając się na trzeciego między dwie stojące tam koleżanki. Wszyscy cali, zdrowi, żadnych śladów obrażeń na którymkolwiek z koni. Znaczy się, ani paniki, ani kopania na ślepo nie było. Tylko metodyczna kalkulacja albo kompletnie nieprawdopodobne szczęście!

O mojej Dalii wlkp mógłbym snuć opowieści na setki stron. Ale się powstrzymam. Bywalcy stajni w Zagościńcu pamiętają może stajennego, pana Mietka..? Nie kochaliśmy się, nie mogę powiedzieć. Głównie dlatego, że on się mojej Dalii potwornie bał. A ona o tym wiedziała. I metodycznie, cierpliwie, planowo – robiła mu na złość. Z czystego, niczym nie motywowanego sadyzmu (mam nadzieję w każdym razie że tylko z tego powodu…). Np. w samą Wielkanoc rozpirzyła rurkę doprowadzającą wodę do poidła – i biedny Miecio cały pierwszy dzień świąt wybierał do dna nawóz w całej stajni, bo wszystko równo zalało (swoją drogą, musiał być zalany że nie słyszał pracującego całą noc hydroforu…). Akurat jestem pewien, że zrobiła to celowo i złośliwie. Wcześniej, przypadkowo, podczas awantury z koleżanką z boksu obok, zdarzyło jej się już raz tę rurkę uszkodzić – i sam widziałem z jaką satysfakcją potem obserwowała głośne nieukontentowanie stajennego z tego powodu. Uznała widać, że to świetna zabawa dla zabicia nudy.
Złośliwy Zwierz w Zagościńcu

Żeby nie było, że taka z niej złośliwa małpa (choć jest z niej złośliwa małpa, nie mogę zaprzeczyć), to mam też jeden przykład pozytywny. Była akurat wysoko-źrebna. Dalej w Zagościńcu zresztą. Poszliśmy na spokojny spacer stępem w terenie. Diabeł mnie podkusił wjechać w jakąś boczną, wąską dróżkę między pastwiskami dla krów, z poboczami dobrze już zarośniętymi wiosennym zielskiem. Wszystko szło dobrze, aż poczułem lekkie szarpnięcie a koń nagle wystrzelił jak rakieta. Tyle mojego, że przyjąłem „wyścigową“ pozycję tuż nad jej szyją i poszliśmy skacząc rowy i płoty na wprost. Jak mi przeszedł pierwszy szok, zacząłem ją delikatnie skręcać w lewo w nadziei, że tym sposobem się w końcu zatrzyma. Co się ostatecznie udało – najlepszym dowodem na to jest fakt, że siedzę tu teraz i piszę, prawda? Nie bez trudności jednakowoż, a zjawiskiem, które mnie przy tym kołowaniu w celu wytracenia prędkości przelotnie zaciekawiło był fakt, że krowy pasące się do tej pory spokojnie obok naszej ścieżynki, zbiegają się z niejakim pośpiechem do środka łąki. Ki Czort..?

Jak już się zatrzymaliśmy, powód tak dziwnego zachowania się krów sam się wyjaśnił. Co się stało? Otóż pastwisko z krowami otoczone było drutem kolczastym, którego wolny koniec leżał sobie podstępnie zamaskowany zielskiem przy tej akurat dróżce, którą tak beztrosko wybrałem na trasę spaceru. Mój Zwierz, machając radośnie swoim długim, gęstym (wtedy jeszcze, boć młoda była i piękna) ogonem, zaczepił ów wolny koniec drutu. To było owo lekkie szarpnięcie, które sprowokowało kobyłę do naturalnej, odruchowej reakcji – ucieczki. Oczywiście, jak to w panice, ucieczka była na oślep. Od czego kolejne nawoje tego drutu kolczastego poczęły się zawijać już nie tylko na ogon, ale i na kończyny konia. Kiedy mimo to udało mi się opanować jej panikę (a więc – zaczęła działać WBREW instynktowi, pokonując wrodzony i naturalny impuls, by nawiewać dalej na oślep) i skręciliśmy, wokół pasących się krów nagle zaczęła się zaciskać pętla z drutu kolczastego, zmuszając je do pospiesznego przegrupowania na środek łąki. Siła ciągnąca konia za ogon i kończyny rosła oczywiście proporcjonalnie do ilości słupków jakie udało się nam w tym pędzie wyrwać – i tak naprawdę, to w tym momencie powinna była spanikować po raz drugi i znowu nawiać do przodu, jak Matka Natura każe. Tak się nie stało. Zamiast tego pozwoliła się zatrzymać i stanęła. Stała spokojnie kiedy z niej zsiadłem i stała dalej, kiedy przez dłuższy czas wyplątywałem zaplątany w niej i wokół niej drut kolczasty. Nie da się takiego zachowania wytłumaczyć żadnym instynktem. Koń nie był jeszcze wcale wyczerpany i mógł tak uciekać przez długi czas. Ona po prostu WIEDZIAŁA, że ja mogę jej pomóc i zdołała na tyle przezwyciężyć swoje odruchy, aby przekalkulować, co jej się bardziej opłaca. Opłacało się stanąć i poczekać, aż ją z pułapki uwolnię. Dzięki czemu ja byłem bardziej poraniony – bo gołymi rękami ten drut rozplątywałem – niż ona. A mogło być po koniu, gdyby nie owo przezwyciężenie instynktów i racjonalne, rozumne zachowanie, na które się zdobyła!

Tak więc zwierzęta myślą, a także komunikują się zarówno między sobą (jak inaczej mogłyby się uczyć od siebie wzajemnie?), jak i z ludźmi. W to, że przeżywają emocje, nikt chyba nie wątpi?

Oczywiście, owo zwierzęce rozumowanie bywa nieporadne, naiwne, niejasne. Ale czy mało jest ludzi którzy rozumują równie niejasno, nieporadnie, naiwnie? Chociażby małe dzieci z którymi się nie „pogada o Einsteinie“ tak samo jak z Dalią wlkp czy z Sylwestrą. Ich potrzeby i pragnienia, o ile możemy o tym sądzić, są też dość proste: najeść się, być bezpiecznym, ogrzać się, zabawić, zaspokoić ambicję przewodzenia w stadzie. W czym, swoją drogą, bardzo przypominają dzisiejszą młodzież z galerii handlowych, nieprawdaż..?!

Patrząc z kolei na problem historycznie i porównawczo, stosunek ludzi do zwierząt mieści się w pewnych granicach wytyczonych koniecznością przeżycia, ale dość szerokich – od deklaratywnego uznania całkowitej ich równości (deklaratywnego, bo żyć zwierząt – jakichś – nie zabijając, nie sposób! O czym zresztą najlepiej poczytać u Wojciecha Majdy), aż po rzekomo ortodoksyjnie judeo-chrześcijański pogląd, wede którego są to tylko „ruchome automaty“, do których w żadnym razie nie można się przywiązywać.

Szczerze wątpię, aby był to pogląd istotnie ortodoksyjny. Jak się przypatrzyć średniowiecznym przedstawieniom raju, to widać tam baranki pasące się obok lwów i tygrysów. Moim zdaniem to jest manifestacja tezy, że Zbawienie dotyczy całego stworzenia, nie tylko ludzi – i że Paruzja, a więc powtórne przyjście Chrystusa na świat i Jego wieczne królowanie, będzie oznaczało kres wszelkiego cierpienia, także zwierzęcego (skoro zwierzęta przestaną się zjadać nawzajem..?). Już prędzej takie traktowanie zwierząt jakie się obecnie naszej tradycji przypisuje, właściwe byłoby luterskiej i kalwińskiej herezji (wszak koncepcja predestynacji, obejmująca zbawieniem nawet nie całość, a tylko wybraną część rodzaju ludzkiego, z całą pewnością kotki, pieski i inne zwierzątka z raju wyklucza!), a potem – zrodzonej w zatłoczonym, śmierdzącym, pełnym rozkładających się resztek mieście, XVIII-wiecznej herezji „oświecenia“, gdzie i sam teramin „automatu“ wymyślono.
Jana Breugela wizja raju

Faktem jest natomiast, że nasi przodkowie w dawnych wiekach źle traktowali zwierzęta. Przy czym wynikało to oczywiście z faktu, że byli biedni – ale i miało konsekwencje w postaci… biedy właśnie! Już dwukrotnie odwoływałem się do świadectwa Wacława z Vitrovic, czeskiego podróżnika, który w orszaku cesarskiego posła trafił do Stambułu, zostawiając nam bardzo ciekawe opisy tureckich zwyczajów. M.in. dokonał on porównania czegoś, co można nazwać „kulturą hodowlaną“ swoich rodaków i Turków.

W ówczesnej Europie nawet te elitarne, bojowe konie, które przynajmniej nie cierpiały głodu (a w każdym razie, nie cierpiały go aż tyle co konie robocze czy krowy), traktowane były ostro. Żywiąc się wyłącznie tym, co mogły same znaleźć na pastwisku, dojrzewały późno i długo pasły się tak bez większego kontaktu z człowiekiem. Kiedy więc w wieku 5 czy 6 lat wreszcie wybierano je do pracy – było to robione bardzo brutalnie. Kilku silnych mężczyzn powalało konia na ziemię, pętało go, zakładało wędzidło (takie żelaza, często w różne dodatkowe kolce czy dźwignie zaopatrzone, straszą do dziś w wielu muzeach) i w ten sposób przystępowało do zajeżdżania przyszłego wierzchowca. Dalej było już tylko gorzej.
Szukałem też do kompletu perskiego wyobrażenia raju, a znalazłem miniaturę przedstawiającą ewidentnie... grę w polo!

Turcy postępowali inaczej. Po pierwsze – sama natura zmuszała ich do dokarmiania zwierząt, bo w czasie letniej suszy same by sobie nie poradziły. Po drugie – nie pozwalali im zdziczeć, od narodzin przyzwyczajając konia do kontaktu z człowiekiem. Tysiąclecia praktyki pozwoliły im przy tym nabrać takiej wprawy, aby przy okazji koni nie narowić i nie rozpieszczać. Choć widok koni gorącej krwi na wołanie właściela wbiegających po schodach i wdzięcznie i spokojnie przyjmujących z jego rąk np. owsiane ciasteczko z miodem – był dla Wacława z Vitrovic absolutnym szokiem. Jest oczywistym, że tureckie konie z XVI czy z XVII wieku były po prostu o niebo lepiej traktowane od europejskich i o siedem nieb – lepiej wyszkolone. Co przesądzało także o ich cenie i o popycie na nie na całym świecie. A także o tym, że nie powiodły się próby hodowania takich samych koni poza światem muzułmańskim i Zachód skazany był na ciągłe importy. Aż do momentu gdy Anglicy jako pierwsi na Zachodzie, sami zaczęli swoje konie traktować lepiej – na przełomie XVII i XVIII wieku. Tak więc brutalność miała tu negatywne skutki ekonomiczne i sama przyczyniała się do biedy, z której wynikała. Taki rodzaj błędnego koła.

Co więc nam powie jutro Sylwestra..? Chyba się domyślam… A Ty, Czytelniku, co o tym wszystkim sądzisz?

27 komentarzy:

  1. To ja szybko wtrącę swoje trzy grosze pomiędzy robieniem sernika, a piernika :-)

    Wszystkiemu winne jest jedno zdanie:
    "idźcie i czyńcie sobie ziemię poddaną"
    I poszli, i czynili... Potem powstały setki tendencyjnych traktatów filozoficznych, jak rozumieć owe słowa?
    Krąg kultury judeo-chrześcijańskiej pomógł człowiekowi uwiarygodnić niespotykaną w przyrodzie cechę- torturowanie i zabijanie dla przyjemności realizowania zboczonych fantazji. Religia uczyniła z nas "nad-zwierzę" władające planetą.
    Od epoki brązu (u nas 1800 l.p.n.e) mamy do czynienia z kulturą opartą na sile fizycznej. W neolicie człowiek żył szanując naturę, wg jej rytmów. Wojownicy, którzy na pięknych achałach :-)dotarli do Europy, wprowadzili kult siły. Model, utrwalony przez kilka tysięcy lat, plus nakładka religijna powoduje, że na wszystkich poziomach kierujemy się w życiu zasadą, kto silniejszy, ten górą. Właśnie dlatego torturujemy zwierzęta, bijemy własne dzieci dziwiąc się, jak można wychować człowieka bez klapsów? Tłuczemy swoje żony (bo jak bije, to kocha).
    Całego świata zbawić się nie da, ale od nas tylko zależy, czy uwolnimy się z tej kulturowej pułapki? Czy uznamy, że natura stworzyła nas silniejszymi i mądrymi nie po to, aby dewastować całe swoje otoczenia, ale po to, aby brać pod opiekę słabszych i od nas zależnych?
    Życzę tego Wam wszystkim z okazji świąt i wracam do sernika :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Obawiam się, że to trochę uproszczony punkt widzenia. Już pomijając skąd i dokąd ci wojownicy jechali (bo chyba jednak w przeciwnym kierunku...), to jakoś nie dostrzegam w dziejach żadnej takiej cezuy: że wcześniej ludzie byli łagodni dla siebie nawzajem i dla zwierząt, a później już nie. W końcu: co przedstawiają malowidła z Lascaux jak nie polowanie..?

    Jeszcze o tym napiszę, ale moim zdaniem podział na dobro i zło nie do końca jest uzasadniony. Bez tej "złej" strony naszej natury tak samo nie bylibyśmy ludźmi jak konie bez kopyt czy ogonów. Może się za dużo Lema naczytałem...

    Owszem, była kiedyś- ze 20 czy 30 lat temu - taka teoria - "przewrotu epoki brązu" - jak to owi pierwsi jeźdźcy rydwanów podbijając Eurazję zamienili pokojowych oraczy i łowców - zbieraczy w niewolników i stąd wszystkie nasze nieszczęścia. Kłopot w tym, że jakoś chyba Twoja dziedzina badań, czyli archeologia, takiego przewrotu nie potwierdza..? Tj. owszem, wiele neolitycznych osad zostało zniszczonych ogniem i brązem, ale ani kolejność tych zdarzeń, ani ich przypuszczalne przyczyny, na żaden aż tak prosty obraz dziejów się nie składają. Ariowie którzy spalilli Mohenjo Daro nie znaleźli tam idyllicznego raju, tylko normalną, rolniczą kulturę opartą na wyzysku i przemocy jak najbardziej. Nic się pod tym względem przez całe dzieje ludzkości nie zmienia.

    A samo owo zdanie budzić może taką grozę tylko wyrwane z kontekstu. Przecież to fragment początkowego rozdziału Genesis, rzecz dzieje się jeszcze w raju i o żadnej przemocy czy gwałcie mowy być nie może. Bóg zaprasza w ten sposób człowieka do współudziału w dziele stworzenia. Np. prosząc go, aby ponadawał nazwy zwierzętom i roślinom...

    OdpowiedzUsuń
  3. To rzeczywiście nie jest temat pomiędzy sernikiem, a piernikiem. Nie zamierzam tu też traktatów na ten temat pisać :-) Dlatego większość moich tez ujęłam w skróty myślowe. Niemniej w ogólnych ramach, ja tak to widzę, jak przedstawiłam wyżej. Oczywiście uogólniając. Owszem, moja dziedzina-archeologia- jak najbardziej potwierdza cezurę pomiędzy pokojowo nastawionymi, żyjącymi z rytmem przyrody ludami neolitycznymi, a wojowniczą kulturą przybyłych hord koczowników.
    Owszem, w tę stronę też przybywali, niby skąd u nas epoka brązu się wzięła? Telefonów nie posiadali, telewizji też, jak mogli inaczej przekazać informację i zburzyć zaistniały, utrwalony od wielu pokoleń, porządek rzeczy? A zmienia się wszystko, od sposobu życia, po religię.
    Nic też nie wiem na temat wyzysku i przemocy w Mohenjo Daro (czy to nie aby jakieś nadużycie?) Oczywiście wiadomym jest, że nic nie jest czarno- białe. Nie wszystko zło pochodzi od przybyłych z mieczami wojowników, nie wszędzie dobrze działo się w kulturach neolitycznych. Paleolit z ich malowidłami skalnymi, to zupełnie inna bajka. Nie uważam za złe polowanie na zwierzęta w celu zdobycia jedzenia i przetrwania.
    Bóg może i miał dobre zamiary mówiąc: "czyńcie sobie ziemię poddaną", ale wyszło jak zawsze...

    OdpowiedzUsuń
  4. Udomowienie konia i pierwsze rydwany to prawie na pewno Ukraina, więc jakby u nas - z tej perspektywy czasowej, to i dystans fizyczny na tak niewwielką skalę nie ma znaczenia.

    A ta "narracja" o żyjących w pokoju ducha oraczach - prostaczkach z neolitu to nic innego jak mit Dobrego Dzikusa - tyle że nie "bardzo daleko", a "bardzo dawno". Jest niemożliwym, aby była w tym choć krztyna prawdy. Po prostu kupy się to nie trzyma z całością naszej wiedzy o gatunku ludzkim. Rozprawiłem się z tym zresztą dawno temu w "Micie Wspólnoty"...

    OdpowiedzUsuń
  5. W każdym micie jest jakieś ziarenko prawdy :-) Niech Sylwestra powie Ci w noc wigilijną same dobre rzeczy :-) Wesołych Świąt :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. A gdzie ja mogę przeczytać Twoją rozprawkę o Micie Wspólnoty?
    Podaj mi też linka, z którego wynika, że udomowienie konia i rydwany to Ukraina? Jak to w takim razie jest wydatowane? Ten problem wiąże się z kolebką indoeuropejczyków, a jak mi wiadomo, dokładne umiejscowienie terenu, skąd rozprzestrzenili się oni po świecie, nie jest jeszcze możliwe.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Mit wspólnoty" tutaj: http://boskawola.blogspot.com/2010/11/mit-wspolnoty.html

    Hipotezy odnośnie miejsca udomowienia konia i Ariów, tutaj: http://boskawola.blogspot.com/2010/11/koni-achatekinskich-historia-sekretna_21.html

    Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
  8. Riannon zacząć trzeba od tego, że trudno powiedzieć co jest wykorzystywaniem zwierząt a co jest tzw. "życiem" - jesteśmy po prostu silniejsi, sprytniejsi więc robimy sobie co chcemy. To całkiem naturalne, że wykorzystujemy zwierzęta jak chcemy - w naturze jest nie inaczej...
    Granica jest niezmiernie umowna i w gruncie rzeczy sztucznie wymyślona przez człowieka tutaj pisałem trochę "O (nie)naturalności naturalnych ekosystemów":
    http://permakultura.net/2010/11/24/o-nienaturalnosci-naturalnych-ekosystemow/

    Ten sadyzm i znęcanie się nad zwierzętami to przecież albo z niewiedzy (patrz opisany przez Jacka przykład z ujeżdżaniem koni kiedyś) albo z biedy (też przykład Jacka pasuje) albo z... nadmiaru wolnego czasu, nudy - patrz przykład złośliwej Dali Wlkp. Ja tu dostrzegam bardzo znaczne podobieństwo miedzy zachowaniem ludzi i zwierząt.

    My (ludzie) a zwłaszcza bogaci mogą sobie pozwolić na miłosierdzie - chwilowo dysponujemy nieznaczną nadwyżką energii i zasobów, więc możemy być bardziej miłosierni - opisywałem to w tym wpisie:
    http://permakultura.net/2010/10/21/316/

    Co ciekawe jeszcze niedawno tu u Jacka sprzeczaliśmy się w podobnej kwestii, z tym, że ja znowuż twierdziłem, że to łowcy-zbieracze byli tymi łagodnymi a źli rolnicy ich wyganiali z ziemi z której tamci spokojnie podjadali sobie korzonki, polowali na zwierzątka za których duszę ł-z modlili się po ich zabiciu... :)
    http://boskawola.blogspot.com/2010/04/dobrobyt-nedza.html
    (w komentarzach)

    OdpowiedzUsuń
  9. Musiał mnie mocno ten piernik wczoraj zakręcić, bo przecież czytałam wcześniej oba artykuły. No dobrze, będzie obszerniej, bo ze skrótów myślowych powstają zazwyczaj nieporozumienia i krzywy obraz moich intencji.

    Odnośnie Mitu Wspólnoty. Daleka jestem od idealizowania społeczeństw pierwotnych. Jestem osobą mocno stojącą na ziemi i nie ulegam żadnym wizjom utopi, czy radykalnym poglądom. Wypowiadając się, operując sporymi ramami czasowymi, analizuję tendencje, jakie wykazuje dana grupa ludzi. Czyli dokładnie analizuję pozostałości i materiał archeologiczny, jaki mamy do dyspozycji, a który "mówi" nam więcej, niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Z tego względu nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy pierwotny człowiek paleolityczny, neolityczny, etc jako jednostka, lub jako odsetek w swojej grupie, wykazywał agresję w stosunku do sąsiada, żony, swojej trzody. Na podstawie znalezisk (osady, groby, ich wyposażenie, symbolika- figurki, ornamenty na przedmiotach ) oraz mitologii można przyjmować z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem, jaki owi ludzie prezentowali stosunek do świata.

    Wojtku, w wolnej chwili zapoznam się z Waszym sporem dotyczącym "złego rolnika" i "dobrego myśliwego", tu jednak tylko tyle powiem, że nie ma absolutnie żadnych dowodów na to, że ludzie niosący neolityczną kulturę w jakiś sposób wchodzili w drogę myśliwym. Zasiedlali oni bowiem tereny, które dla myśliwych były nieatrakcyjne. Myśliwi polowali w lasach, rolnicy zaś jeszcze nie musieli lasów pozyskiwać w celu przerobienia na pole uprawne, bo żyzne tereny leżały odłogiem na niezasiedlonych wyżynach. Przykładem są między innymi tereny naszego kraju, gdzie przez 2 tysiące lat oba modele kultury egzystują pokojowo (nie ma znalezisk świadczących o konflikcie) nie wchodząc sobie w drogę. Wyżyny zasiedlają rolnicy- hodowcy z naciskiem na rolnicy (osiadły tryb życia, wielkie wielopokoleniowe chaty), zalesione niziny penerowane są przez myśliwych.
    Oczywiście nikt nie wyklucza konfliktów lokalnych, sąsiedzkich przy pomocy jakichś drewnianych pałek, ludzie są tylko ludźmi. Są natomiast dowody na jak najbardziej pokojową wymianę handlową i wymianę idei. Po owych 2 tysiącach lat (zauważcie, jak ta ewolucja długo trwała) owi myśliwi pod wpływem swych sąsiadów rolników, całkiem naturalnie przeobrażają się w hodowców-rolników (z naciskiem na hodowców), nadal nie wchodzą sobie w drogę. Po prostu prowadzą mniej osiadły tryb życia. W odróżnieniu od wielkich stabilinych domów "wstęgowców", owi przeobrażeni z myśliwych hodowcy mieszkają w jednosezonowych lekkich konstrukcjach. Dostosowali swój tryb życia do warunków, w jakich mieszkali ich ojcowie-myśliwi...

    OdpowiedzUsuń
  10. ... Nagle przy tej całej sielance, ok 1800 pne znajdujemy ślady inwazji- spalone osady, brązowe miecze, skarby (chowane zawsze wtedy, gdy czasy są niespokojne) i inne wyposażenie świadczące o gwałtownej napaści. To ludzie niosący ze sobą model inny, niż ten, który zastali. Gwałtowniej, bo w przeciągu kilku pokoleń zmienia się mentalność, religia, zdobnictwo, styl życia.

    Nie sądzę, aby ktoś negował inwazję koczowników ze wschodu na tereny i w życie ludzi reprezentujacych model neolityczny, bo pogląd taki kłóciłby się z faktami i znaleziskami archeologicznymi. Jeśli rzeczywiście, na podstawie materiału można to zanegować, chętnie bym się z owym poglądem zapoznała.
    Nie można też twierdzić, że inwazji nie było, bo to przecież nasi "z Ukrainy", to jakby my sami. Otóż nie. Nie było wówczas ani nas, ani Ukrainy. O wspónocie słowiańskiej można mówić od VI wieku ne. Nie było też wcześniej czegoś takiego, jak prasłowianie. Były natomiast dwa różne modele kulturowe, a przez to mentalne, religijne, światopoglądowe. Nie powinniśmy wartościować, czy jeden był lepszy, czy gorszy, bo to zależy, jakie kryteria weźmemy pod uwagę. Za kultem siły szedł postęp cywilizacyjny. To dobrze, czy źle?

    Za długo piszę, więc już dam sobie spokój z ustosunkowaniem się do problemu indoeuropejczyków. Może będzie ku temu jeszcze okazja. Powiem tylko, że opisujesz jako przypuszczalną kolebkę, czasy, gdy model tej właśnie kultury- na terenach dzisiejszej Ukrainy-został już utwierdzony. Znajdujemy tam "gotową" ustabilizowaną kulturę. Ich kolebki trzeba szukać głębiej zarówno w czasie, a i może w przestrzeni. Ja skłaniam się za teorią kolebki zwiazaną z terami bliższymi Kaukazowi, może Kazachstan. Bardzo miło przyjęłam (bo zawsze miło przyjmuję nowe odkrycia) nowinkę o dowodach na udomowienie konia już 5 600 l pne. przez właśnie koczowników z terenu dzisiejszego Kazachstanu.

    http://dsc.discovery.com/news/2006/10/20/horse_arc.html?category=archaeology&guid=20061020161530

    Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Z tekstu nie wynika, że 5600 p.n.e., tylko 5600 lat temu, więc 3600 p.n.e. - równolegle ze znaleziskami ukraińskimi.

    Istnieją trzy hipotezy odnośnie miejsca pierwszego udomowienia konia: Ukraina, Azja Środkowa lub Wyżyna Irańska. Jak na razie najwięcej dowodów przemawia za Ukrainą, choć udomowione konie pojawiły się w dwóch kolejnych miejscach prawie równocześnie.

    Wszystkie te miejsca to obszar Wielkiego Stepu Eurazjatyckiego. Jeśli bym wsiadł na moją Osman Guli i ruszył na wschód to tylko wielkie rzeki które jakoś trzeba sforsować (Wisła, Dniepr, Wołga, Amu-diaria) dzielą mnie od Isfhananu w Iranie - poza tym, byłaby to przyjemna jazda i w jakieś 4 miesiące byłbym na miejscu, nie troszcząc się zbytnio o "paliwo" dla konia, bo wszędzie po drodze trawy i dzikich zbóż pod dostatkiem...

    OdpowiedzUsuń
  12. W istocie źle zerknęłam na datowanie sugerując się, iż skoro to najstarsze poznane znalezisko, musi wyróżniać się przynajmniej o te 2 tysiąclecia :-) Jeśli jest prawie równoległe, to w zasadzie niewiele nam to mówi. Musimy poczekać na precyzyjniejsze badania.
    Ja zamierzam się wybrać na wschód naszym Gazikiem :-) Prócz faktu, iż wszyscy mnie straszą: "przecież cię tam zabiją", też uważam, że będzie to przyjemna podróż ;-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Samochód na zagranicznej rejestracji istotnie wzbudza niezdrowe żądze w tubylczych milicjantach (zwykli ludzie są OK, nie można złego słowa powiedzieć). Taki samochód z doczepionym trailerem do przewozu koni mniej już jest groźny: wiadomo, że wariaci jadą, skoro taki kawał drogi po konie chciało im się jechać. Ale najlepiej jednak chyba stopem albo wierzchem...

    OdpowiedzUsuń
  14. Piszesz Riannon
    "Zasiedlali oni bowiem tereny, które dla myśliwych były nieatrakcyjne. Myśliwi polowali w lasach, rolnicy zaś jeszcze nie musieli lasów pozyskiwać w celu przerobienia na pole uprawne, bo żyzne tereny leżały odłogiem na niezasiedlonych wyżynach."

    Ja tam myśliwym nie jestem, ale żyzna ziemia na wyżynach, skoro jest wybierana przez rolników bo rodzi więcej płodów, to może też więcej zwierzyny wyżywić. Takie zagarnięcie przez kogoś najlepszego terenu w mojej "okolicy" raczej by mi się nie podobało...

    Druga sprawa to: gdzie na świecie ludzie pozostali łowcami-zbieraczami, to tylko w miejscach, którymi rolnicy nie są zainteresowani Eskimosi, Lud San z Pustyni Kalahari. Teraz pytanie: Łowcy-zbieracze porzucają swój styl życia (co mogło się stać) czy są wypierani z terenów za pomocą przemocy przez co tu dużo ukrywać liczniejszych i przynajmniej na krótką metę wydajniej wykorzystujących teren rolników. Koncepcja użycia przemocy jest dla mnie bardzo przekonywująca, ponieważ mamy dowody historyczne, że ludzie tak postępują.

    Historia wybicia Indian północnoamerykańskich tego przykładem. Spora część z nich była ł-z, która byt swój opierała na wielkich stadach bizonów. W XIX w. "rolnicy" z Europy potrzebowali ziemi więc odebrali ją ł-z. Podobnie, te dwa style życia mogły istnieć pokojowo obok siebie równocześnie gdyby nie było takiej presji na ziemię (mniejsza populacja). Muszę przyznać dla uczciwości, że Indianie znający rolnictwo zostali potraktowani w podobny sposób.

    Możliwe też, że z czasem potomkowie rolników zabierali całkiem pokojowo przecież coraz więcej terenów ł-z i na przestrzeni pokoleń ł-z nie mieli już gdzie się podziać. Wielu z wodzów plemion indiańskich myślało, że u nich znajdzie się teren dla wszystkich... Eufemizmem jest powiedzenie, że nie bardzo mieli rację.

    Zresztą prawdopodobnie wyginięcie ł-z było spowodowane jakąś mieszanką tych zjawisk.

    OdpowiedzUsuń
  15. Wojtku, jest też całkiem możliwe że obie strategie wykorzystania środowiska były stosowane jednocześnie przez tych samych ludzi. Wszak fakt, że uprawiamy rolę nie zabrania nam zbierać grzybów czy łowić ryby, prawda? To, że w zamierzchłej przeszłości domostwa rolników i domostwa łowców - zbieraczy różniły się tak, jak to Rianon opisuje, to jeszcze nie jest rozstrzygający dowód na to, że jedni i drudzy nie byli ze sobą spokrewnieni. Będę pisał w kolejnym, 10-tym odcinku "Historii sekretnej..." o dość podobnym modelu życia w Turkmenii - gdzie te same rodziny w zależności od kaprysu fortuny lub konieczności życiowej albo mieszkały w kamiennych domach i uprawiały bardzo wyrafinowane rolnictwo, albo w jurtach i zajmowały się wypasem stad - czasem wielokrotnie w ciągu życia jednego nawet tylko pokolenia zmieniając te style życia...

    OdpowiedzUsuń
  16. Jest kwestią względną pojęcie "najlepszy teren w okolicy". Myśliwi siedzieli w lasach, które dawały im wikt i schronienie. Zwierzyna, na którą polowali, po łysych wyżynach radziej nie hasała, a i łatwiej było oszczepem w tyłek dostać na otwartym terenie. I wreszcie nie było ich w końcu tak dużo, aby mieli potrzebę ekspansji na nieznane sobie, obce ziemie. Ich dziadowie siedzieli w lasach, jak nie zaszła konieczność, po co więc nos z krzaków wychylać? Siedzieliby i "neolityczni" w swojej Anatolii, ale ich akurat przycisnęło i poszli w świat. Nie było ich wcale tak dużo. To były małe grupki nadciągające falami przez setki lat. Kolejne pokolenia wędrujące i przynoszące do Europy Środkowej nowinki. A to początkowo samo lepienie naczyń, duże domy, osiadły tryb życia, a to z następną falą inne kształty garnków i inne zdobnictwo i w końcu miedź.
    Nikt nie angażuje środków w cel, który nie jest mu potrzebny. "Neolitycznym" lasy na nic się nie zdawały. Na wyżynach uprawiali rolę, w okalających poletka rzadkich zaroślach wypasali zwierzęta hodowlane. Nie byli wojownikami, nie byli myśliwymi (bo już nie musili gonić za zwierzyną), jakie mieliby szanse w obliczu partyzantki, która wykakuje z lasu z oszczepem w przypadku konfliktu?

    Nie sposób nie docenić roli analogii historycznej lub etnograficznej przy badaniu ludzkich motywów i zachowań, ale nie można dać się złapać w pułapkę. Zachowanie ludzi bowiem określa kultura i obyczaje, jakie miały wpływ na ich wychowanie.
    Najpierw analizujemy fakty, potem możemy uzupełniać owe przy pomocy współczesnych analogii.
    Świadectwa archeo, w postaci braku śladów wcześniejszego osadnictwa na terenach zajmowanych przez rolników-hodowców, świadczą o nie wchodzeniu sobie w drogę obu modeli gospodarczych, ale też nie wykluczają (a nawet potwierdzają) kontakty i wymianę informacji i na pewno w późniejszym czasie genów, pomiędzy tubylcami, a osadnikami.

    Jak wyginęli ł-z? Oni nie wyginęli, a zostali zasymilowani. Przez setki lat żyli obok siebie aż w końcu wygodniejszy, bardziej zaawansowany cywilizacyjnie model gospodarki przeważył. To się nazywa akulturacja i przebiegła ewolucyjnie, a nie rewolucyjnie, gdyż jest mocno rozciągnięta w czasie i z etapami przejściowymi. Obserwujemy tzw mezolit ceramiczny. Myśliwi zaczęli lepić naczynia w kształcie skórzanych sakiewek. Zorientowali się, że glina ma lepsze właściwości od skóry czy drewna w kontakcie z płynami, jedzeniem, etc. Potem obserwowali, że ich sąsiedzi mają po kikanaście dzieci (dokarmianie mlekiem krowim), a ich kobiety może i dziesiątkę urodzą, ale zaledwie trójka dotrwa do wieku dojrzałego.

    Analogia do Indian i ich oprawców nie ma tu wg mnie zastosowania. Chodzi też o sposób myślenia, mentalność. Nie wiem, co mieli w głowach neolityczni i mezolityczni (rekonstruuję to na własne potrzeby na podstawie szczątków mitologii i symboliki, jaką się posługiwali), ale konkwistadorzy wchodzili na podbite tereny, jak po swoje, namaszczeni przez pewnego wpływowego dominikanina, który nazywał Indian diabłami i obiecywał zbawienie tym, którzy wybiją ich w pień.
    Inne czasy, inna bajka... :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Przedstawiona przez Was wersja wydarzeń wydaje mi się logiczna, spójna i rozsądna.

    Dlaczego raz uprawiamy rolę, raz przerzucamy się na bardziej na polowanie czy zbieractwo tłumaczy teoria optymalnego zdobywania pokarmu. Znowuż niczym nie różnimy się w tym przypadku od zwierząt:
    http://en.wikipedia.org/wiki/Optimal_foraging_theory

    OdpowiedzUsuń
  18. @Rianon
    Z tym dominikaniem to popłynęłaś. A Chińczycy Tajom i innym ludom, zwłaszcza na południe od Yangzi, to co robili..? Żaden dominikanin nie był im przy tym do tego potrzebny...

    @Wojtku
    To prawda, ale wiele też zależy od tego, co dana kultura postrzega jako honorowy i prestiżowy sposób zdobywania pożywienia. A z tym bywa różnie!

    OdpowiedzUsuń
  19. To na zdrowy rozum- społeczność która z określonego terytorium potrafi uzyskać więcej żywności/energii ma oczywistą przewagę nad sąsiadami, którzy tego nie potrafią. Presja populacyjna zmusza obie grupy do ekspansji i oczywiście zwyciężają liczniejsi i lepiej odżywieni. Za to względnie pokojową współegzystencję bym tłumaczył niemożnością ekonomiczną karczowania lasów pod rolnictwo przez epoką żelaza. To było możliwe, ale tak trudne i niewydajne, że plony nie zwracały nakładu sił. Więc puszcze pozostawiono ł-z. Żelazo (a może już brąz?)zmieniło układ sił.
    Absolutnie ten sam scenariusz był przerabiany całkiem niedawno. Argentyna to w XIX w. jeszcze konkurencja pomiędzy białymi, wędrownymi hodowcami a indianami ł-z. Osady hodowców i terytorialna hodowla to dopiero koniec XIX w., przełom XIX/XX to praktycznie początki rolnictwa tam- a zajmowanie ziemi pod rolnictwo kosztem hodowli to XXI w. (tak!)
    W Paragwaju- szczególnie zachodniej części, eksterminacja Indian pod hodowlę to właściwie obecne czasy.
    Więc nic się nie zmieniło. Te same procesy- uzależnione tylko od ekonomii i możliwości technicznych trwają w różnych miejscach w identyczny sposób od kilku tysięcy lat. Zaryzykowałbym twierdzenie, że dla ich rozumienia nie potrzeba wykopalisk- wystarczą gazety...

    OdpowiedzUsuń
  20. Hm... chyba jednak trochę wiedzy z wykopalisk jest wskazane, bo po co w takim razie kształcić archeologów, skoro historię świata możemy wyczytać w gazetach? Aby móc przełożyć wiedzę wyczytaną z gazet na prawdę historyczną potrzebujemy twardych danych. Te twarde dane (na które złożyło się wiele odkryć) to np wiedza o tym, że w pradziejach nie karczowano lasów za pomocą kamienia /brązu czy żelaza, ale wypalano je. Gdyby neolityczni chcieli, zajęliby i lasy. Co nastąpiło w późniejszych epokach, już poneolitycznych. Nie mieli potrzeby bo:
    -mieli żyźniejsze gleby pod ręką, o które nie musieli walczyć.
    -nie było ich tak dużo, aby tej "ziemi niczyjej" im zabrakło.
    -nie potrafili na masową skalę władać bronią, gdyż wykształcili model, w którym hodowali swoją żywność sami. W związku z tym nie mogli stawać do boju z uzbrojonymi w dzidy, oszczepy i łuki myśliwymi.

    Jacku, ale nie o Chińczykach dyskutujemy. Na konkretne historyczne wydarzenia ma wpływ wiele czynników. W wypadku konkwisty, nie można pomijać wkładu instytucji kościoła, nawet jeśli jest to niepoprawne politycznie.

    OdpowiedzUsuń
  21. Gdyby nie Kościół mieszkańców Ameryki potraktowano by o wiele brutalniej - tymczasem w praktyce wszyscy konkwistadorzy którym udało się wrócić do Metropolii mieli potem takie czy inne problemy jak nie z Koroną (o defraudacje), to z Inkwizycją (o okrucieństwo). Jeden dominikanin, którego pogląd nigdy nie został oficjalnie zatwierdzony, za całą instytucję nie stoi.

    A o Chińczykach jak najbardziej również dyskutujemy: wszak pytanie było o to, czy ludzie są sobie generalnie wilkami, czy też potrafią być wzajem życzliwi? Przykładów na tę druąg postawę nie ma wiele, a i Twój z neolityczną kohabitacją rolników i myśliwych, nie jest taki niewątpliwy...

    OdpowiedzUsuń
  22. Oczywiście, bo zaiste bardzo łagodnie ich potraktowano...
    Wszak można przecież wyrżnąć wszystkich, a bóg i tak swoich rozpozna, jak wyłożono w postępowej księdze "Młot na czarownice".

    Jak byłam mała, zadawałam bardzo wiele pytań, głównie starszej o prawie pokolenie siostrze. Nie wystarczała mi odpowiedź na pytanie, zawsze domagałam się źródeł wiedzy. Zawsze padało moje pytanie: "skąd wiesz?". Wkurzona i zniechęcona siostra zawsze odpowiadała mi: "z wykopalisk" :-)

    Być może więc wybór źródeł, z jakich czerpiemy wiedzę, uwarunkowany jest osobniczo.

    Jacku, żadna wiedza nie jest niewątpliwa, jeśli nie jest pełna. Jeśli przedstawisz mi dowody, że było inaczej, przyjmę je z pokorą i zainteresowaniem.
    Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  23. Oczywiście że można ich było wyrżnąć albo zamienić w niewolników, co by na jedno wyszło. W wielu miejscach tak właśnie zrobiono. Zauważ jednak, że kraje z indiańską większością (jakikolwiek by nie był stosunek tej większością do rządzącej, kreolskiej elity, bo to zupełnie inna sprawa...) zachowały się tylko w byłych koloniach Hiszpanii. Kolonie krajów protestanckich zamieszkują głównie potomkowie czarnych niewolników - bo ludność miejscowa właśnie została całkowicie wyrżnięta (oczywiście, wszystko to nie bez wyjątków, to prawda - ale reguła jest właśnie taka). Kościół wcześnie, bo ledwo 30 lat po odkryciu Ameryki doszedł do wniosku całkiem przeciwnego niż ten pogląd, który próbujesz mu przypisać (przy czym w dzisiejszych czasach właśnie Twoja opinia jest "poprawna politycznie", a nie przeciwna!), a więc - że indianie jak najbardziej są ludźmi i mają dusze. I podjął takie działania aby ich chronić, na jakie w ówczesnej sytuacji było go stać. Pewnie, że można było zrobić więcej. Ale można też było nic nie robić... A już wyciąganie w tym miejscu tego nieszczęsnego młota, gdzie nota bene, wcale, ale to wcale nie ma tego cytatu z Szymona de Montfort - jest po prostu nie na miejscu. Polowania na czarownice w późnym średniowieczu i epoce wczesnonowożytnej to akurat jak raz domena świeckich władz, których postępowanie Kościół póki jeszcze mógł, a więc póki nie wybuchał reformacja, próbował na różne sposoby hamować - z miernym bardzo rezultatem, to prawda.

    Wiem to z wykopalisk :-)

    Co zaś do meritum sprawy, to udowodniłaś tyle, że w neolicie kultura rolnicza i kultura łowiecko - zbieracka na terenie obecnej Polski żyły obok siebie mniej - więcej pokojowo, a być może nawet i w symbiozie. Samo w sobie nie jest to niczym niezwykłym (tak na marginesie: nie jest prawdą że te wyżyny zamieszkałe przez rolników były bezleśne - w Polsce praktycznie nie ma naturalnych biotopów bezleśnych - a w ramach gospodarki żarowej periodyczne zarastanie porzuconych pól młodym lasem było nie tylko pożądane, ale - absolutnie konieczne!). Nie dowodzi to jednak ani tego, że ludzie ci byli wyjątkowo pokojowo usposobieni (bo nie wiemy przecież, z czego ich wzajemne poszanowanie wynikało - może byli sobie po prostu nawzajem potrzebni..? Albo bardzo się siebie nawzajem bali..?), ani też tego, że krwawy podbój jaki nastąpił na początku Epoki Brązu, był jakąś mentalną rewolucją. Ja w każdym razie niczego rewolucyjnego w mordowaniu, gwałceniu i rabowaniu nie dostrzegam - jest to absolutnie tradycyjna i naturalna metoda postępowania homo sapiens. Rewolucyjne to by było, gdyby właśnie udało Ci się udowodnić ten pokojowy charakter wcześniejszych mieszkańców tych ziem...

    OdpowiedzUsuń
  24. Niczego nie zamierzam Ci udowadniać, ani nikogo nie zamierzam przekonywać, po prostu przedstawiam stan badań i ówczesną na tej podstawie wiedzę. Nic poza tym. Rewolucji wszczynać nie zamierzałam, bo i po co? Czego się spodziewałeś? Że zacznę udowadniać, iż neolityczni pochodzą od kosmitów? :-)

    Jeśli chodzi o sprawy kościoła, to się nie dogadamy, bo każde z nas ma emocjonalnie inne podejście do tych drażliwych spraw. Nadużyciem dla mnie jest twierdzenie, że za inkwizycję odpowiada władza świecka. To zwykła manipulacja, mord "w białych rękawiczkach", moralnie jeszcze gorszy niż usankcjonowany prawem kościelnym.

    Jacku, ja znam wszelkie argumenty z tego tematu. Historia kościoła to mój konik od niepamiętnych czasów, choć czasem mogę pomylić cytowane źródła. Niedobrze mi, jak słyszę, że inkwizycji nie było. Nie chcę wracać do dyskusji, jakie lata temu uwielbiałam czynić na temat tej instytucji. Po prostu jest mi już wszystko jedno. Niech każdy sobie wierzy w co chce, w świętą misję kościoła, w krasnoludki, w św Mikołaja, niepokalane poczęcie, nieomylność papieża, czy w siwego dziadka z laską, co za dobre wynagradza, a za złe karze. Szanuję to i naprawdę nie zależy mi już na przekonywaniu kogokolwiek do czegokolwiek w jakiejkolwiek dziedzinie życia.

    Kończąc tymi słowy idę na Żubra, gdyż Żubr wieczorem podchodzi bardziej :-)))

    OdpowiedzUsuń
  25. Piję Wasze zdrowie Karpackim prosto z butelki (tak smakuje najlepiej!).

    OdpowiedzUsuń
  26. >>A Ty, Czytelniku, co o tym wszystkim sądzisz?

    Obserwowalem konie u znajomych gospodarzy ktorzy trzymaja kilkanascie (agroturystyka). Pewnego dnia pod ich nieobecnosc koniki rozwaliy brame pastwiska i poszly sobie. Wychodzac byly bardzo podniecone i ewidentnie snuly wspaniale plany na przyszlosc. Jakiez bylo moje zdziwienie, kiedy okazalo sie, ze fantazji starczylo im tylko na to, zeby pojsc na lake sasiadow i poskobac sobie tamtejszej trawy, choc mogly uciec w sina dal. Tyle jesli chodzi o konskie myslenie : )

    OdpowiedzUsuń
  27. No wiesz, każdy zakazany owoc smakuje lepiej - ta trawa z całą pewnością była najsnaczniejsza w całej okolicy!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...