poniedziałek, 1 listopada 2010

Ziemia – nasze dzieło!


Nie ukrywam, że zainspirował mnie ostatni wpis pani Ewy z Kresowej Zagrody. I link do nader nierozsądne – moim zdaniem – poglądy prezentującej strony, który przy nim podała. A że temat wydaje mi się i zbieżny z naszymi ostatnimi dywagacjami i nawet od ogólnie panującego wokół zaduszkowo – wspominkowej atmosfery, to czemu mam się powstrzymywać..?

Najogólniej rzecz biorąc każda żywa istota – wirus (co do którego nie jest do końca pewnym, czy jest aby naprawdę żywą istotą…), bakteria, roślina, zwierzę, człowiek – dąży do powielenia się w możliwie jak największej liczbie kopii i opanowania środowiska na tyle, na ile mu tylko dostępne zasoby pozwalają. Jest to prawo natury. Dlatego – co jeszcze raz powtarzam: nie ma niczego bardziej niepokojącego w obecnej sytuacji naszego własnego gatunku niż fakt, że kobiety nie chcą mieć dzieci.

Dzięki temu właśnie prawu natury nasza planeta jest tak sprzyjającym życiu miejscem w dość (na ogół) zimnym, nieprzyjemnym kosmosie jaki ją – w zasięgu naszych obserwacji – otacza. To organizmy żywe bowiem uczyniły Ziemię zdatną do życia. O ile jest prawdą twierdzenie pana Wojciecha, że życie żywi się śmiercią (innego życia), to jest też i prawdą twierdzenie, że życie samo stwarza sobie warunki do… życia.

Gdyby nie oceaniczne glony, o których była to już kiedyś mowa, nie mielibyśmy ani my, ani inne zwierzęta, czym oddychać. Nie byłoby też czap lodowych na obu biegunach. Ewentualnie – lodowiec sięgałby zwrotników. Nie wiadomo. Bez wątpienia jednak skład atmosfery, w tym również ilość dwutlenku węgla to właśnie te drobne, pracowite istotki regulują a nie Mr Gore, Al Gore – jak chciałby o sobie Drewniany Pajac zza Wielkiej Wody myśleć.

Nie byłoby Puszczy Białowieskiej, ani żadnej innej puszczy na świecie, gdyby nie cierpliwa, metodyczna praca naszych mniej lub bardziej odległych przodków. Atmosfera, a także (na ogół, na ogół…) rzeźba terenu w skali makro, tj. rozmieszczenie kontynentów i wysp, a na nich gór, równin i temu podobnych „wielkich“ struktur jeszcze – i może na szczęście – od nas nie zależy. Ale już praktycznie wszystko co choć odrobinę mniejsze – to nasze dzieło. Wszystko, w czym się na co dzień poruszamy ma antropogeniczny charakter.

Nie jestem przekonany do tezy pana Wojciecha, że gdyby nie błędy naszych odległych przodków Sahary w ogóle by nie było. Na układ stałych wiatrów który jest taki, że „zabiera“ wilgoć ze strefy zwrotnikowej i koncentruje ją nad równikiem na razie nic nie możemy poradzić i raczej nie mogliśmy poradzić w przeszłości. Nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że gdyby ludzie zamieszkujący gwałtownie pustynniejącą sawannę w miejscu obecnej Sahary jakieś 10 tysięcy lat temu zachowali się ostrożniej, gdyby dysponowali już wiedzą i techniką do której mieszkańcom Iranu udało się dojść w 7 czy 8 tysięcy lat później – piaszczyste lub skaliste pustynie w tym rejonie byłyby co najwyżej turystyczną atrakcją, a tam, gdzie teraz rozciąga się morze piasków, żyłyby w sytości i dostatku setki milionów ludzi. Oczywiście: w towarzystwie roślin i zwierząt, które są nam do sytości, dostatku i poczucia piękna niezbędne.

„Pierwotna puszcza“ porastająca państwo Mieszka I też była – od początku do końca – dziełem człowieka! Jak wspomniałem w komentarzu pod wpisem pani Ewy, nasi ówcześni przodkowie stosowali wówczas gospodarkę żarową. Jest to dość prymitywny rodzaj techniki rolniczej, wymagający ogromnych obszarów do wyżywienia stosunkowo nielicznej populacji. Na terenie obecnej Polski – od miliona do co najwyżej 3 – 4 milionów ludzi.

Czy to znaczy, że ci – tak nieliczni – ludzie żyli dzięki łasce przyrody i nie przekształcali jej dla swoich celów? Ależ w żadnym razie! Przekształcali ją na większą skalę niż później, gdy dzięki postępowi technicznemu możliwe stało się zastosowanie najpierw trójpolówki (przy trójpolówce terytorium obecnej Polski mogło wyżywić ok. 10 – 12 milionów mieszkańców), a potem płodozmianu (górna granica wydajności rolnictwa opartego na płodozmianie nie została jeszcze osiągnięta, nie wiemy, jaka ona jest i czy taka granica w ogóle istnieje..? O czym w konkluzji…).

Robili tak właśnie dlatego, że ich prymitywna technika wymagała ogromnych obszarów. Rzadkie zaludnienie wcale nie oznaczało, że powierzchnia kraju była dziczą, ludzką ręką nie dotykaną. Coś takiego jak „dzicz ludzką ręką nie dotykana“ w historii praktycznie nie istnieje.

To znaczy – owszem: jest pewien „obszar nieciągłości“ w historii osadniczej obecnych ziem polskich. Nie wiadomo mianowicie w jaki sposób gdzieś między V a VIII wiekiem po Chrystusie miejsce ludzi identyfikowanych – na podstawie materialnych artefaktów jakie po nich zostały – jako Goci, Germanie i Sarmaci (Sarmaci na południowo – wschodnim skrawku obecnej Polski tylko), zajęła ludność bez wątpienia słowiańska. Nie mamy źródeł poświadczających jakieś walki. Brak jest też świadectw językowych które by dowodziły, że osiedlający się tu Słowianie zastali jakąś ludność autochtoniczną. Zwykle bowiem w takiej sytuacji nowi przybysze przejmują i zniekształcają we własnym języku choć część nazw topograficznych od dawniejszych mieszkańców. Ze względu na charakterystyczne zmiany w wymowie języków germańskich jakie zaszły między V w a czasami obecnymi, gdyby coś takiego się wydarzyło, wiedzielibyśmy teraz o tym i nawet moglibyśmy w miarę precyzyjnie datować moment owego zasiedlenia.

Sprawa jest zagadkowa i jak na razie o żadnym jej ostatecznym rozwiązaniu nie słyszałem. Przypomina to trochę zagadkę w jaki sposób przodkowie moich tekinek stali się końmi turkmeńskimi, skoro do ok. roku 1020 na terenie Turkmenii żadnych Turkmenów prawie na pewno nie było, a konie – jak najbardziej tak..? Ale mniejsza z tym. Informuję Państwa o tym fakcie po prostu dlatego, że gdybym tego nie zrobił dalszy wywód nie byłby uczciwy. Z tego co mi wiadomo, specjaliści w tej dziedzinie dzielą się na zwolenników tezy allochtonicznej – wedle której mieszkający tu wcześniej Germanie po prostu poszli sobie w siną dal, a Słowianie zasiedlili pozostałą po nich pustkę, gdy już ostatnie ślady wygasłych ognisk porósł młody bór; oraz na zwolenników tezy autochtonicznej – wedle której Słowianie zawsze tu mieszkali i znikąd nie musieli przywędrowywać, a te gockie pochówki na moim rodzinnym Pomorzu czy pod Lublinem, to przypadek, moda, lub świadectwo, że nasi przodkowie byli po prostu gościnni…

Drugi za to kataklizm pustoszący naszą ziemię jest dość dobrze opisany, choć i tu – jak to zwykle przy katastrofach – luk nie brakuje. Mowa oczywiście o wojnach w połowie XVII wieku. Już więc  w czasach dobrze rozwiniętej trójpolówki, ze wszystkimi jej konsekwencjami społecznymi. Straciliśmy wtedy ok. 1/3 ludności. Być może, gdyby coś takiego się wydarzało w czasach gospodarki żarowej, zostałyby tylko niedobitki – tak nieliczne, że i nazw rzek i gór nie miałby się od nich kto uczyć..?

Skądinąd istnieje też hipoteza, na świadectwach archeologicznych z pierwszej połowy X w. ufundowana, że oba państwa zachodniosłowiańkie (tj. i Polska i Czechy – ewentualnie również i hipotetyczne państwo wiślańskie w Małopolsce, po którym jednak niewiele zostało…) mają „mafijne“ pochodzenie. Zarówno bowiem Piastowie w Gnieźnie, jak i Przemyślidzi w Pradze, byli zrazu, po upadku Rzeszy Wielkomorawskiej w wyniku inwazji Węgrów, tylko przywódcami lokalnych gangów handlarzy niewolnikami. Za działalność państwowotwórczą wzięły się te gangi dopiero w połowie X w., gdy ich łowiska zostały tak już wyludnione, że trzeba było znaleźć inny sposób na ich eksploatację.

Zniszczenie w pierwszej połowie X w. setek małych gródków plemiennych i w Polsce i w Czechach zdawałoby się tę tezę potwierdzać – podobnie jak pisane świadectwo wspomnianego już kiedyś tutaj Ibrahima ibn-Jakuba, który bynajmniej nie po bursztyn i koraliki się w tak daleką podróż z rodzinnej Hiszpanii wypuścił! Inna sprawa, że hipoteza ta nie jest potrzebna by tłumaczyć możliwość tak intensywnej kolonizacji wewnętrznej kraju od XIII do XVI wieku: sam tylko postęp w technice rolniczej dostatecznie już ten fakt wyjaśnia…

Gdyby tak jednak było, to jest to dla odmiany kamyczek do ogródka kol. Maczety: czym innym niż „zasobem energetycznym“ była bowiem ludzka – wolna lub niewolna – siła robocza, nim zaczęliśmy eksploatować paliwa kopalne..? Chęć jej zawłaszczenia, lokalne kryzysy w dostępie do niej, transfery jakie tu zachodziły, tj. eksport i import siły roboczej – wiele z dawnych dziejów wyjaśniają. Niewykluczone, że w toku kryzysu – deficytowa jak można sądzić – siła robocza znowu stanie się takim kluczowym czynnikiem przetrwania, a walka o nią – zamachowym kołem historii.

Wszystkie te pozornie odległe od sprawy Puszczy Białowieskiej fakty składają się na jej genezę właśnie – jako obszaru, który przez wiele setek lat był pograniczem i dlatego celowo ograniczano jego gospodarcze wykorzystanie lub też wykorzystanie to okazywało się dla ryzykantów zbyt niebezpieczne.

Generalnie jednak, w warunkach gospodarki żarowej obszarów gospodarczo nie wykorzystywanych nie było. Podstawą sukcesu naszych przodków – czy mieszkali tu „od zawsze“, czy przybyli 15 wieków temu – była doskonała znajomość całego terytorium, dostępnych na nim zasobów i warunków fizycznych. Jak można przeczytać w doskonałej i głośnej nie tak dawno książce Karola Modzelewskiego „Barbarzyńska Europa“, mieszkańcy Północy, w tym i nasi przodkowie, żyli w liczących do kilku tysięcy ludzi grupach. Lokalnie zwanych „opolami“. Terytorium obecnej Polski dzieliło się na jakieś pół tysiąca takich „opoli“. Granice między nimi były pamiętane i doskonale rozpoznawane przez ludność chłopską jeszcze w XVII wieku, na co są pisane świadectwa. Mimo, że biegły przez bagna, chaszcze i bezdroża. Co już samo w sobie wyklucza istnienie jakiejkolwiek „dziczy, ludzką ręką nie dotykanej“!

Terytorium każdego opola dzieliło się na trzy nierówne fragmenty. Stosunkowo niewielka część dostępnej powierzchni była aktualnie uprawiana. Przez trzy do co najwyżej siedmiu – ośmiu lat. Zależnie od naturalnej żyzności ziemi. Potem plony spadały tak bardzo, że konieczne było porzucenie dotychczasowych pól i wzięcie pod uprawę nowych. Wypalanych wcale nie z pierwotnej puszczy – tylko z kilkunasto- a co najwyżej kilkudziesięcioletniego młodnika, który porastał pola uprawiane i porzucone poprzednio. Ta „rezerwa“, wykorzystywana także dla zaspokojenia potrzeb opałowych (młodnik łatwiej się ścina siekierą niż wielkie drzewa starej puszczy i łatwiej transportować na plecach gałęzie niż 100-letnie pnie…), do polowania i zbierania owoców runa leśnego, stanowiła większość terytorium „opola“. Trzecią wreszcie część, raczej niewielką w porównaniu do owego młodnika, były obszary trwale wykorzystywane do innych celów niż uprawa roli: dąbrowy i lasy bukowe potrzebne do wypasu świń (świnie zaczęto trzymać w chlewikach i karmić bulwami dopiero w drugiej połowie XIX wieku, po wprowadzeniu płodozmianu!), naturalne łąki, jeziora i bagna dzięki którym pozyskiwano ryby, zioła i niektóre gatunki zwierząt. Również: niewielkie obszary o charakterze kultowym.

Generalnie jednak, na marnotrawstwo nie było tu miejsca. Praca mieszkańców „opola“ była na tyle mało wydajna, że każdy hektar ich terenu musiał „zarabiać na siebie“ w taki czy w inny sposób – jeśli wszyscy mieli przetrwać. Tym bardziej, że jeszcze w czasach przedpiastowskich „opola“ stały się częściami większych całości – plemion i konfederacji plemiennych. Których władze nakładały na nie zobowiązania o charakterze publicznoprawnym: podatki i szarwarki potrzebne dla realizacji wspólnych zadań.

Każdy z mieszkańców „opola“ oczywiście uprawiał swoją działkę ziemi, a także zbierał grzyby czy jagody albo polował i wypasał świnie na własny rachunek. Wspólnie i solidarnie pracowali tylko wtedy, gdy praca była zbyt ciężka, aby wykonać ją indywidualnie: jak właśnie przy wypalaniu i przystosowywaniu do uprawy nowych kawałków ziemi. Ów mechanizm wspólnego, zbiorowego wysiłku mieszkańców „opola“ został wykorzystany przez rodzącą się monarchię piastowską: zobowiązania publicznoprawne nakładane na „opole“ także miały charakter zbiorowy. Wszyscy mieszkańcy wspólnie i solidarnie odpowiadali za dostarczenie książęcym urzędnikom wymaganej od nich ilości produktów rolnych, skór zwierzęcych, drewna, podwód i siły roboczej. Wspólnie i solidarnie odpowiadali też za popełnione wobec księcia i jego sług przestępstwa, a nawet za przestępstwa pospolite: zobowiązani byli np. do ścigania zbiegłych przestępców, jeśli tylko wkroczyli oni w ich granice.

Na obszarach bardziej konserwatywnych obyczajowo niż Polska, tamtejsze odpowiedniki „opola“, tj. germańska „marka“, południowosłowiańska „zadruga“ czy wschodniosłowiański „mir“, były też jednostkami samorządowymi i sądowymi. W Polsce jednak władza książęca jeszcze przed rokiem 966 pozbawiła ludność tej autonomii – sądy sprawowali książęcy kasztelani, a informacje o dalszym funkcjonowaniu wspólnotowego wiecu jako władzy miejscowej mamy tylko z obszarów peryferyjnych, nie włączonych na stałe w granice monarchii – jak np. z Pomorza Zachodniego. Dlatego Mieszko I w przeciwieństwie do św. Włodzimierza nie miał oporów przed zniesieniem „msty“ rodowej i przejęciem odpowiedzialności za ściganie morderców. Miał z tego dodatkowy dochód: wprawdzie dalej grzywna za przelaną krew należała się rodzinie zabitego, ale już specjalna, dodatkowa opłata za złamanie pokoju – sprawującemu sąd w imieniu księcia kasztelanowi.

Tylko w Wielkim Księstwie Litewskim, a i to na jego ruskich obszarach, zachował się do czasów nowożytnych rodzaj wspólnotowego wiecu jako sposób sprawowania sądów granicznych między chłopami. Szlachta jednak bojkotowała tę instutycję i w końcu doprowadziła do jej zaniku.

Dlaczego Puszcza Białowieska i wszystkie inne puszcze na terenie Polski są zatem dziełem człowieka? No cóż. O ile w wymiarze mikro gospodarka żarowa była co najwyżej sposobem na utrzymanie pewnego poziomu plonów – o tyle powtarzane co kilkanaście lat wypalanie młodego lasu, jak zapewne pan Wojciech potwierdzi (lub zaprzeczy) w ostatecznym rachunku jednak wzbogacało glebę. Bodaj w węgiel. Tyle, że działo się to bardzo powoli. Ale czasu chyba było wówczas w bród, prawda..?

Kiedy nastąpiła rewolucja technologiczna i upowszechniła się trójpolówka, władców tej ziemi stać już było na luksus. Na trwałe wyłączenie spod uprawy pewnych, dość już rozległych obszarów, które mogły im posłużyć jako rezerwaty myśliwskie. Oraz na celowe zapuszczenie obszarów pogranicznych, co miało w zamyśle opóźniać i utrudniać ewentualne wrogie inwazje. Ten ostatni pomysł niezbyt się sprawdził – jako ostatni próbowali go Rosjanie jeszcze w początkach XVII wieku. Po rozejmie z roku 1614 celowo wysiedlili ludność znad nowej granicy, tworząc w okolicach utraconego przez siebie Smoleńska kilkudziesięciokilometrowej szerokości pustkę. Znakomicie to potem wojewodzie Szejnowi utrudniło przeciągnięcie ciężkich armat potrzebnych do oblężenia twierdzy w 1632 roku – ślamazarność inwazji znakomicie wykorzystał hetman Krzysztof „Piorun“ ks. Radziwiłł i Moskwicini wojnę na własne życzenie z kretesem przegrali.

Sprawdził się, czy nie sprawdził, ale takich „puszcz pogranicznych“, celowo zapuszczonych, wiele było. O mnie teraz najbliższej Puszczy Stromieckiej już tu pisałem. Z „rezerwatów myśliwskich“ najbardziej charakterystyczna jest Puszcza Niepołomicka pod Krakowem i Puszcza Jaktorowska (Jodłowa) w rejonie Skierniewic – ostatnia na świecie ostoja tura, w XIX wieku wycięta. Puszcze i położone w nich zamki myśliwskie, odizolowane osady czy też „leśniczówki“ – służyły też władcom jako dyskretne, z ludzkich oczu odsunięte miejsce rozrywki nie tylko myśliwskiej. Jak Zygmuntowi Augustowi Knyszyn, a Władysławowi IV Merecz. Charakterystycznym jest, że obaj ci władcy w tych właśnie miejscach umarli. Przykład szedł z góry, ale tam się nie zatrzymywał – bo i „Sobiepan“ Zamoyski, ten z „Potopu“ znany, swój egzotyczny harem trzymał w puszczańskim Zwierzyńcu, nie w Zamościu, na oczach pań małżonek.

Kolejna rewolucja technologiczna, w Polsce rozpowszechniona w wieku XIX, czyli wprowadzenie płodozmianu, pozwoliła już nie tylko na jeszcze większe luksusy – tj. na utrzymywanie rozległych obszarów prawie całkiem nie wykorzystywanych gospodarczo – parków narodowych, które wtedy właśnie poczęto ustanawiać – ale też wprowadziła z powrotem zadrzewienia pewnych fragmentów dostępnej powierzchni jako pełnoprawną metodę optymalizacji uzyskiwanych plonów. Jak słynne zadrzewienia śródpolne generała Dezyderego barona Chłapowskiego wokół jego majątku w Turwi.

Oczywiście, że patrząc na to co z lasami robiła komuna można w ludzką zdolność do racjonalnej gospodarki tym zasobem zwątpić. Jest tu bardzo wiele do zrobienia. Las jest w polskich warunkach klimatyczno – glebowych jednym z najważniejszych zasobów naturalnych. Odpowiednio gospodarując lasami możemy pomóc rolnikom wyżywić więcej niż 40 milionów ludzi niezależnie od tego, czy będą mieli do dyspozycji traktory i nawozy sztuczne, czy nie. O ile właśnie – będziemy to robić odpowiednio: jak generał baron Chłapowski na przykład. Myślę przy tym, i mam nadzieję, że Państwo się ze mną zgodzicie, że generał baron mógł zrobić to, co zrobił, również dlatego, że nikt z ówczesnych pruskich władz rządzących w Wielkopolsce nie wpadł na pomysł, żeby go do sadzenia sosny pod karą grzywny zmuszać…

7 komentarzy:

  1. 1.Ciekawe spostrzeżenia. Nawet nie myślałem o tym, że pierwotne puszcze mogą nie być tak do końca pierwotne.

    2.Nawet nie wiedziałem, że nasz "rząd" za Mieszka był taki postępowy.

    3.Patrzeć z punktu gleby, to etap porastania lasem obszaru pod wpływem gospodarki żarowej jest czasem w którym nadziemna część biomasy akumuluje minerały i węgiel. Po spaleniu minerały stają się dostępne płytko korzeniącym się roślinom zbożowym. W glebie rozkładają się korzenie, które całe raczej nie zostają spalone w trakcie pożaru. Te gnijąc powoli uwalniają minerały i dając mikroorganizmom glebowym cennego pożywienia. Gdy większość już zgnije to nie ma skąd brać minerałów by żywić rośliny uprawne.

    4.Generał Chłapowski pokazał jak można wykorzystać produktywnie żywopłoty do zwiększania wydajności rolne, poprawy stanu środowiska i bioróżnorodności (choć nie wiem czy te dwa ostatnie punkty były u niego celowe).

    Dziś wiemy, że dobrze postawiony żywopłot może spowodować kilku-kilkunastoprocentową zwyżkę plonów, nawet z uwzględnieniem terenu przez żywopłot zajętego. A jak Pan napisał młode gałęzie lepiej się transportuje i wygodniej się pali. Te zaś łatwo pozyskać z żywopłotu. Sam fakt, że ta stosunkowo prosta technika nie jest stosowana to pośrednio dowód na to, że możemy sobie w chwili obecnej pozwolić na marnotrawstwo - rolnikowi wygodniej jest pole obrobić jak nie musi się o jakieś drzewka martwić. W tym sensie daje to poczucie bezpieczeństwa (żywnościowego), że mamy spore rezerwy jak można również zupełnie bez paliw kopalnianych zwiększyć produkcję żywności o kilka procent.

    Inna sprawa to kwestia kształtu działek, które często przypominają pasy startowe. W takim przypadku osoba sadząca żywopłot może (pod kątem wydajności produkcji) bardziej "robić dobrze" swoim sąsiadom niż sobie...

    Pisałem jak jeszcze inaczej można wykorzystać taki żywopłot by i on był jeszcze bardziej produktywnie wykorzystany tu:
    http://permakultura.net/2010/02/05/zasady-projektowania-produktywnego-zywoplotu-cz-1/

    i tu:
    http://permakultura.net/2010/03/30/zasady-projektowania-produktywnego-zywoplotu-cz-2-jak-unikac-przeciagow/

    5.Zastanawia mnie co by się stało (od strony prawnej), jakby w lesie prywatnym zaczęto wypasać świnie... Przecież świnie niszczą las, środowisko ;) No i oczywiście tworzą nieuczciwą konkurencję dla monopolu PZŁ na korzystanie ze zwierząt w lesie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Obawiam się, że w "typowym" zagajniku sosnowym świnie nie bardzo jest czym wypasać. A kto - prywatnie - ma przynjamniej kilkudziesięcioletnie dąrbowy lub buczyny, żeby taki wypas miał sens..?

    OdpowiedzUsuń
  3. "Brak jest też świadectw językowych które by dowodziły, że osiedlający się tu Słowianie zastali jakąś ludność autochtoniczną. Zwykle bowiem w takiej sytuacji nowi przybysze przejmują i zniekształcają we własnym języku choć część nazw topograficznych od dawniejszych mieszkańców."

    No, część na pewno została przejęta i ma się dobrze do dzisiaj, z najbardziej charakterystycznymi przykładami Wisły i Krakowa na czele.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kraków to wiem, zresztą Poznań też ma obcy źródłosłów - pani Peregrinowa Tuk (por. http://peregrin-tuk.blog.onet.pl/ ) twierdzi, że ród Poznana wywodzi się z Węgier. O Toruniu to nawet nie ma co wspominać, bo to oczywiste i historycznie dobrze poświadczone. Ale o Wiśle nie słyszałem. Mógłbyś przybliżyć..?

    OdpowiedzUsuń
  5. Wisła ustalonej etymologii chyba nie ma, ale słowiańska ani germańska w każdym nie jest.
    Z mniej znanych przykładów, pełno jest hydronimii bardzo starej, całkiem możliwe, że jeszcze przedindoeuropejskiej - Odra i Drawa chociażby.

    OdpowiedzUsuń
  6. Odra to nie od "odrywać", "rwać" - że niby taka dzika..?

    OdpowiedzUsuń
  7. Z pewnością nie, to akurat widać od razu - choć nie zdziwiłbym się, gdyby jacyś "językoznawcy" w czasach odzyskiwania Ziem Odzyskanych tak w celu dosłowianienia Odry twierdzili.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...