środa, 24 listopada 2010

Z życia komiwojażera, czyli historie podróżne cz. 2

Siedzę sobie proszę Państwa w czytelni biblioteki uniwersyteckiej Uniwersytetu Zielonogórskiego, szyję owijam szalikiem który mi przy odjeździe troskliwa Lepsza Połowa włożyła do walizki, nadrabiam trzydniowe zaległości w dostępie do netu, bo dopiero dziś tu trafiłem - i oczywiście, narzekam sobie w duchu...

Jak do tej pory żadnych dobrych stron w życiu komiwojażera nie odkryłem. Ludzie których poznaję podczas prelekcji są do niemożliwości monotonni. Wszyscy cierpią na te same choroby i tak prawdę powiedziawszy, są sobie sami winni, że na nie cierpią. Wszyscy też hodują w kieszeniach nader jadowite węże i w związku z tym za nic w świecie nie chcą ode mnie kupić remedium na wszystkie swoje bóle i dolegliwości, które z zapałem staram się zachwalać. Być może mój zapał jest ciągle za mały. To jest, proszę Państwa cena przeintelektualizowania. Jak człowiek jest dziany wątpliwościami jak gołąbek farszem, albo parówka trocinami, to trudno, żeby w spójny sposób przekazywał słuchaczom niezachwianą wiarę w skuteczność jedynej słusznej kuracji, prawda..? Próbuję sobie radzić wyszydzając bezlitośnie lenistwo, wiarę w cuda (które im się przecież z samej natury rzeczy należą...) i ogólną rozlazłość słuchającej mnie widowni. A potem już nad zaletami tego, co mam sprzedać specjalnie się nie rozwodzę licząc na to, że zadziała sam kontrast. Czasem działa. Częściej jednak nie. Trzeba jednak szukać bardziej bezpośredniej formy przekazu.

Dla zwiększenia poziomu agresji wypijam co rano kawę w McDonaldzie. Dają tam do kawy "Gazetę Wyborczą" - a to zupełnie wystarczy, żeby normalnemu człowiekowi ciśnienie podskoczyło o najmniej 20 kresek. Kawa może być już zupełnie lurowata, nie ma to w tym momencie znaczenia.

Nocleg sobie załatwiłem w akademiku. W porównaniu do Osiedla Przyjaźń na warszawskich Jelonkach gdzie spędziłem własne studenckie lata - luksus. Ale jakoś nie mogę się wyspać. Nie tylko z powodu muzyki techno która rozlega się czasem najzupełniej niespodziewanie w środku nocy. Oraz z powodu wpędzających w depresję, taksujących spojrzeń kościstych studentek spotykanych na korytarzu. To jest po prostu starość i nie ma się co jej przemożnej sile opierać. Ale nie o to chodzi. Jakoś po prostu nie mogę znaleźć sobie miejsca bez Lepszej Połowy i bez - co tu kryć - ciepluśkiego koćkodana u boku. Nie mówiąc o tym, że zwyczajnie martwię się, co tam w gospodarstwie... No to się wyżaliłem, mogę się brać dalej do roboty!

3 komentarze:

  1. No niestety jak się nie "wierzy" w swój produkt, to trzeba być naprawdę dobrym sprzedawcą by go z powodzeniem sprzedawać.

    Sam nie jestem, więc na szczęście znalazłem coś takiego w co wierzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Problem głównie w tym, że nie umiem się pozbyć racjonalizmu. A tymczasem ludzie nie oczekują wcale, że im ktoś wytłumaczy (jakkolwiek opacznie...) dlaczego chorują i jak mogliby tego uniknąć - tylko tego, że zostaną cudownie uzdrowieni. I tylko za nadzieję takiego cudu skłonni są płacić... Dziś już było trochę lepiej :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapewne. Wiara to, że cuda istnieją - leki, ziółka jest dużo wygodniejsza niż np. ograniczenie jedzenia słodyczy czy wyjście i poruszanie się. Inna sprawa, że dla wielu pewnie już jest za późno.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...