sobota, 13 listopada 2010

Wspomnienie Brugii

Pisałem rano  dla kolegów agepowiczów tekst, w którym wspominana jest Haga. Oczywiście przypomniała mi się podróż po Belgii i Holandii wiele lat temu. W tym, w szczególności, wróciło wspomnienie pewnego smutnego incydentu którego byliśmy z Lepszą Połową świadkami w Brugii.

Oprócz Memlinga do którego mam sentyment przez wzgląd na (prawie że…) rodzinny Gdańsk, jest w Brugii tuż obok wielki, średniowieczny (jak wszystko tamże) szpital, którym ongiś zarządzał pewien konwent żeński. Katolicki oczywiście – co w dzisiejszych czasach i w tamtych stronach przestaje być już takie oczywiste.

Zwiedzaliśmy ten szpital już po kościele św. Janów, gdzie wisi Memling, więc tak jakby na pół gwizdka, pół żartem, pół serio. Muzeum w dawnym szpitalu przedstawiało sobą modny teraz i u nas kierunek „historii żywej“. Można więc było różnorakich wystawianych tam sprzętów dotknąć i wypróbować. Oczywiście – w granicach rozsądku, były to bowiem głównie narzędzia chirurgiczne z dawnych epok.

Stała tam też i kryta lektyka, której jeszcze na początku XIX wieku używała przełożona konwentu i szpitala. Nic w tym niezwykłego. Zapewne był to najtańszy możliwy pojazd, jakiego mogła używać – a przy tym nader wówczas pospolity. Składa się to z ciasnej, obciągniętej płótnem kabiny, takiej, że tylko jedna osoba nieźle podkurczając nogi może się tam zmieścić – i dwóch drągów za które z przodu i z tyłu chwytali tragarze. Po jednym tragarzu z przodu i z tyłu, precyzyjnie rzecz biorąc.

Razem z nami do szpitala wtoczyła się jakaś szkolna wycieczka. Już nie pamiętam, czy dzieci i pilnująca ich pani mówiły po francusku czy po angielsku. Gdyby mówiły po flamandzku, to bym ich nie zrozumiał, więc historyjka siłą rzeczy byłaby uboższa. Że jednak rozumiałem, mogę Państwu tę scenę opisać w całości. Otóż pani nauczycielka wsadziła jedną z dziewczynek (dzieci były ok. 10 – 12 letnie) do lektyki, a sama chwyciła za wystające z przodu drągi i udawała biednego tragarza, którego siedząca w lektyce „siostra Klara“ niemiłosiernie pogania…

Czego to niby miało młodych Jewropiejczyków nauczyć..? Rozumiem, że w opinii pani nauczycielki przełożona konwentu i szpitala – osoba raczej w starszym wieku i co za tym idzie, niekoniecznie kwitnącego zdrowia – powinna była chodzić wyłącznie pieszo, tak..? No bo samochodów przecież nie było. Ewentualnie – siedzieć na miejscu i nie pokazywać się na ulicy..? Jak w takim razie miała zarządzać tak wielkim i złożonym przedsięwzięciem, do którego zapewne jeszcze i jakieś dobra wiejskie należały i który, dla utrzymanie kilkuset leżących tam chorych, wymagał nieustannej aktywności od menadżera? Dokładnie tak samo jak podobne przedsięwzięcia dzisiaj – z tą poprawką, że matka przełożona nie miała nie tylko komputera, ale i maszyny do pisania, a większość pracy administracyjnej zapewne wykonywała sama.

Jestem przekonany, że nauczycielka zrobiła to co zrobiła odruchowo, w ogóle przy tym nie myśląc. Nie był to zatem przejaw jakiegoś antykatolickiego spisku. Raczej – znak czasu. Objaw dominującej tendencji. Również i takiej, że każda praca fizyczna, a już praca fizyczna, która wiąże się z wykonywaniem jakichkolwiek posług dla drugiej osoby w szczególności – jest obecnie uważana za upokarzającą.

Prawdę pisząc, obojgu z Lepszą Połową zrobiło się nam patrząc na tę scenę bardzo przykro. Szybko więc wyszliśmy (teraz myślę, że trzeba było interweniować – bo może by z tej bezmyślnej zabawy jednak jakaś nauka wynikła dla dzieci..?) – i dopiero znakomite miejscowe piwo podawane w charakterystycznych kuflach z białymi słonikami poprawiło nam nastroje…

2 komentarze:

  1. Hmm.. rzeczywiście ciekawa sprawa. Myślę, że rzeczywiście jest jak Pan pisze - osoba wykonująca pracę fizyczną dla kogoś ma niższy status niż ta "umysłowa". Z drugiej strony czy nie było tak zawsze? To przełożona konwentu miała wyższy status niż niosący ją tragarze. Nie zakładam, że szacownej przełożonej na tym statucie co prawda zależało, ale zasada i tak pozostaje.

    Pewnie pani nauczycielka nie potrafiła tej subtelnej różnicy wyczuć miedzy niższym statusem a upokorzeniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. To się zmieniało na przestrzeni dziejów. Do połowy XIX wieku służba była głównie męska, jej podstawową funkcją było dodawanie prestiżu patronowi swoją liczebnością i ostentacyjnym próżniactwem i nikt nie widział niczego upokarzającego czy poniżającego w wykonywaniu różnego rodzaju posług osobistych - pod warunkiem, że wobec (co najmniej) równych sobie stanem. Ubodzy młodzi szlachcice często służyli na dworach magnatów jako pokojowcy, rękodajni, nawet - gońcy. Od połowy XIX wieku służba domowa się sfeminizowała, znacznie zredukowała liczebnie, a konieczność "życia o pańskim chlebie" zaczęła być faktem wstydliwym. Źródło: "Historia życia codziennego".

    Nie sądzę, aby tragarze matki przełożonej czuli się upokorzeni faktem, że ją noszą. Raczej chyba uważali się za "coś lepszego" od wykonujących ten sam zawód kolegów którzy nie mieli stałego "patrona", tylko stali ze swoją lektyką przy nabrzeżu wypatrując przygodnych klientów jak dziś taksówkarze. Część prestiżu jakim niewątpliwie cieszył się konwent spływała bowiem i na najmniejszych ze sług jego...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...