niedziela, 7 listopada 2010

Państwo a efektywność


Te dwa pojęcia pojawiły się w komentarzu kol. Grafzero pod poprzednim tekstem. Komentarz jak komentarz. W pewnym sensie stwierdza rzecz wręcz oczywistą – najlepiej przystosowany wygrywa. A kto jest najlepiej przystosowany..? Ten, który wygrywa… Że zaś stosunki między państwami jako żywo przypominają stosunki między konkurującymi o żer drapieżnikami, ta darwinowska zasada z całą pewnością się do nich odnosi.

Mam jednak z takim zestawieniem pewien kłopot. Głównie dlatego, że te dwa pojęcia nie mają takiej samej mocy, nie są równie precyzyjne. Co to jest „państwo“ wiadomo dość dokładnie. Gdyby nie dało się inaczej, można by tu wręcz zastosować definicję ostensywną i po prostu wymienić wszystkie byty jakie uważamy za państwa – przez całe dzieje powszechne uzbierało się ich może kilkadziesiąt tysięcy i choć na pewno nie o wszystkich wiemy, to nie ma żadnego powodu sądzić, aby te nam nieznane w jakikolwiek istotny sposób różniły się od znanych.

Ale co to jest „efektywność“..? Na gruncie darwinizmu radzimy sobie z nieostrością tego pojęcia w bardzo prosty sposób, dostatecznie już przedstawiony w pierwszym akapicie. Po prostu nas to nie obchodzi. Ten się okazał „efektywnym“, czy też „lepiej przystosowanym“, któremu udało się przekazać swoje geny dalej. A jak to zrobił – siłą kłów i pazurów, nieodpartą atrakcyjnością seksualną czy chytrością – nie ma znaczenia.

Państwa się jednak nie rozmnażają. Albo istnieją, albo ich nie ma. Nawet, jeśli dałoby się między nimi pewne genealogie prześledzić, to nie mają one – na ogół – istotnego znaczenia. Nawet, tak jakby – wprost przeciwnie. Obiektywnie przecież obecna Polska jako spadkobierca PRL, a wcześniej, kolejno cofając się w przeszłość – Generalnej Guberni oraz II Rzeczypospolitej, jest też w prostej linii potomstwem trzech państw zaborczych, które ongiś podzieliły między siebie I Rzeczpospolitą. I to jest tak naprawdę najdalej idące realne pokrewieństwo, jakie da się obiektywnie stwierdzić – choćby w ten sposób, że zarówno II RP, jak i PRL do pewnego przynajmniej stopnia honorowały zobowiązania państw zaborczych (np. dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym zakończono pewne rozliczenia finansowe wynikłe z zadekretowanego jeszcze przez zaborców uwłaszczenia chłopów!). Pokrewieństwa z I RP nie ma okupujące nas gosudarstwo najmniejszego. A przecież nikt nie jest skłonny przyznać, że bliżej nam do kajzerowskich Niemiec czy carskiej Rosji, niż do bodaj stanisławowskiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów… Także i związek genealogiczny z Generalną Gubernią, czy nawet z PRL budzi odruch sprzeciwu.

Lepiej już sobie z genealogią państw w ogóle dać spokój! No bo co właściwie wynika z faktu, że V Republika Francuska jest bezpośrednim, prawnym  następcą IV Republiki..? Czy V Republika jest przez to efektywniejsza od IV Republiki że ta ją – symbolicznie – „spłodziła“..? Może tak, może nie. Może po prostu IV Republika miała pecha – i ten pech miał konkretne imię i nazwisko: Karol de Gaull..?

Czy państwa aktualnie istniejące są koniecznie i na pewno efektywniejsze od tych, których już nie ma? Ba! Gdyby to było takie proste… Państwa przecież powstają, trwają czas jakiś, a potem giną. Taki jest los wszystkich tych bytów, bez najmniejszego wyjątku. Niewątpliwie państwo któremu udało się zaistnieć i trwa – zademonstrowało samym tym faktem, że posiada pewną „efektywność“. Czy jednak to samo możemy powiedzieć o państwie, które JESZCZE trwa, ale jego dni wydają się policzone..?

Biorąc pod uwagę powyższe bynajmniej nie wszystkie z państw aktualnie istniejących zawsze i pod każdym względem efektywniejsze są od tych, które już odeszły w przeszłość. Aczkolwiek niewątpliwie jest to trop dobry – istnienie, trwanie, jest dowodem na „efektywność“, jakkolwiek bądź rozumianą.

Czy może zatem państwa które trwały dłużej od innych udowodniły tym samym swoją większą efektywność..? W tej konkurencji często palmę pierwszeństwa dostaje Rzeczpospolita Wenecka – przypisuje się jej nieprzerwaną ciągłość trwania przez tysiąclecie. Od końca VII w. n.e. do roku 1797. Jednak Francja, jeśli pominąć – drastyczne nieraz – zmiany formy jej rządu, istnieje nieprzerwania od lat ponad 1500 – od czasów chrztu Chlodwiga w roku 498. W najgorszym razie – od traktatu w Verdun w roku 843, co i tak daje jej przewagę nad Wenecją i dodatkowy atut w postaci istnienia także i obecnie.

Kontynuując jednak taki sposób myślenia musielibyśmy uwzględnić papiestwo. Wprawdzie początki jego terytorialnej suwerenności giną w pomroce dziejów, ale w żadnym razie nie można jej datować później niż na rok 752 – tzw. „donację Pepina“, po rozbiciu przez tego króla Franków okupujących północne Włochy Longobardów. Państwo Kościelne miało wprawdzie przerwę w formalnym sprawowaniu kontroli nad podległym mu terytorium pomiędzy rokiem 1870 a rokiem 1929 – kiedy to Traktat Laterański z Włochami usankcjonował wcześniej już istniejący stan faktyczny, wedle którego rząd włoski nie mieszał się do funkcjonowania centralnych organów Stolicy Apostolskiej w obrębie Pałaców Watykańskich mimo dokonania we wrześniu 1870 roku zbrojnego zaboru Rzymu.

Co jednak w takim razie powiedzieć o Chinach..? Skoro możemy przyjąć ciągłość państwowości francuskiej od Karola Łysego do Mikołaja Sarkozy‘ego, to w czym jest gorszy Yu Wielki, założyciel dynastii Xia w roku 2205 p.n.e…? Wprawdzie Epoka Sceptyków, czyli cały prawie wiek XIX i większość wieku XX kazała wątpić w historyczność tej postaci, ale ostatnie znaleziska archeologiczne wielu innym aspektom chińskiej tradycji przywróciły wiarygodność…

Wszystko to pięknie, ale dalej nic nie mówi o „efektywności“ organizmu państwowego! Tak naprawdę o tym, że jakieś państwo jest bardziej, a inne mniej „efektywne“ wiemy tylko wtedy, gdy jedno z nich pożera, a drugie jest pożerane. Tak więc – i to jest w sumie smutny wniosek – Rzeczpospolita Obojga Narodowa była niewątpliwie mniej „efektywna“ od Królestwa Prus, Cesarstwa Wszechrosji oraz Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (Cesarstwo Austrii powstało dopiero w epoce napoleońskiej). Zaś II RP – od III Rzeszy i (co skądinąd patrzy na paradoks…) od ZSRR. W tej chwili obecna Polska jest dalej mniej „efektywna“ od RFN, USA i Federacji Rosyjskiej – przyjmując na razie bez dyskusji (można sobie o tym podyskutować gdzie indziej…), że pozostaje tych trzech państw kondominium.

Nawet ten wniosek nie pozostawia nas jednak bez wątpliwości. No właśnie: jak to możliwe że II RP – państwo wprawdzie sfastrygowane w niejakim pośpiechu z niekoniecznie najlepiej do siebie dopasowanych kawałków i obarczone ogromnymi problemami, głównie – z samym sobą – ale jednak w sumie: w miarę normalne. Jak na swój czas w każdym razie. Więc: jak to możliwe, że takie państwo przegrało „walkę o byt“ z czymś tak monstrualnym jak stalinowski ZSRR..?

Trudno przecież w ogóle mówić o istnieniu jakiejś „gospodarki“ sowieckiej w tym czasie. A i sam kościec Imperium w postaci Armii Czerownej wiele pozostawiał do życzenia, jak to Finowie w tym samym pamiętnym roku 1939 nad wszelką wątpliwość wykazali… Czyżby istniały DWIE różne miary efektywności państwa..? Jedna, na użytek wewnętrzny przede wszystkim – można by ją nazwać „miarą absolutną“ – pokazuje na ile racjonalnie dany organizm państwowy zużywa zasoby, jakie ma do dyspozycji. I druga, którą moglibyśmy określić jako „miarę relatywną“ – pokazująca ILE może tych zasobów w danym momencie zmobilizować do walki z innymi drapieżnikami..? Wówczas oczywistym się staje, że „duży może więcej“ niezależnie od tego, czy robi z jednego drzewa jedną zapałkę, czy cały ich wagon…

Czy takie rozmnożenie miar to aby nie nakładanie epicykli na epicykle jak w systemie ptolomejskim..? Prawdę pisząc: nie wiem. Wiem jednak, że dalej nie czuję się najlepiej z pojęciem „efektywności państwa“. Wygląda na to, że to jedna z tych zbitek, które dają się dobrze rozumieć tylko wtedy, gdy nikt nie pyta, co właściwie znaczą…

32 komentarze:

  1. Ciekawe spostrzeżenie. Stosowanie takich "podwójnych standardów" rzeczywiście wydają się niezbędne. Myślę, że chodzi tutaj o jakąś mieszankę zaspokajania potrzeb mieszkańców, prestiż na arenie międzynarodowej i przewidywania czy taki stan nie zostanie w przyszłości przez inne państwo zakłócony.

    Sądząc po tym w jakim stanie jest polskie państwo dochodzę tym bardziej do wniosku, że żadnego "drapieżcy" by Polskę zagarnąć nam nie trzeba - wystarczy pierwszy lepszy padlinożerca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przetrwanie państwa, tak samo jak przetrwanie gatunku, w znacznie mniejszym stopniu zależy od cech państwa/gatunku niż od środowiska w którym funkcjonuje. Jeżeli środowisko jest gatunkowi/państwu przyjazne, niezbyt konkurencyjne, to gatunek/państwo trwa. Jeśli środowisko jest konkurencyjne, to gatunek/państwo upada. To wpływ innych państw w epoce stanisławowskiej (która była lepsza in rządy sasów), czy w czasie 2 wojny światowej (II RP lepsza niż PRL) doprowadziły do upadku Rzeczpospolitej. Wilki workowate były dominującymi drapieżnikami Australii i Oceanii zanim nie zjawili się tam Europejczycy. Czy wilki workowate były "słabe"? Były zbyt słabe by przetwać w zmienionych warunkach, wcześniej były wystarczająco silne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Racja. To jednak przekreśla możliwość używania pojęcia "efektywności" do opisu państw. A czy naprawdę chcemy z tego pojęcia zrezygnować..?

    W przypadku gatunków naturalnych jest nam obojętne dzięki czemu jeden wypiera drugi, jeśli tylko nie zagraża to naszym interesom. W przypadku państw pytanie o to, dlaczego jedne stają się silniejsze a inne słabną, ma dość kluczowe znaczenie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzień dobry, ja jestem ten nielubiany tutaj.

    Miarą efektywności państwa nie może być jego zdolność do przetrwania w zetknięciu z innymi państwami. Celem państwa nie jest bowiem przetrwanie samo w sobie, tylko robienie dobrze swoim obywatelom. To tak jakby mierzyć efektywność pralki liczbą lat, które przeżyje zanim się rozsypie. Od pralki wymagamy przede wszystkim dobrego prania, nie niszczenia rzeczy, niskiego zużycia wody, prądu, etc. i to nazywamy jej efektywnością, a jej bezawaryjność to ważny parametr, jednak nie wpływający na ocenę efektywności.

    Jeżeli interesują Pana takie dywagacje polecam ewolucyjną teorię gier, która zajmuje się ewolucją i zanikaniem m.in. państw, firm, gatunków, zachowań społecznych, postaw życiowych, etc.

    OdpowiedzUsuń
  5. Absolutnie nie zgadzam się! Nie dostrzegam w dziejach najmniejszego bodaj związku między sukcesem (rozumianym nie tylko jako trwanie, ale i jako ekspansja) danego organizmu państwowego, a faktem, czy w ogóle i w jaki sposób "robi ono dobrze" swoim obywatelom. Wprost przeciwnie! Nadzwyczaj wprost sprawne i skuteczne są państwa, które swoim obywatelom robią wyłącznie źle!

    A już pomysł, że teoria gier ma się zajmować "ewolucją i zanikaniem" państw, firm, gatunków itd. - moim zdaniem dowodzi, że Pan nigdy nic na temat tej teorii nie czytał...

    OdpowiedzUsuń
  6. Właściwie to można to sformułować innymi słowy- sposób organizacji stada a jego wpływ na sukces reprodukcyjny jego członków. I jakby sprawa staje się jaśniejsza z drobnym dodatkiem "podboju kulturalnego"- tzn. lepsze wrażenie na płci przeciwnej robi człowiek bardziej dostosowany do dominującego ideału/stereotypu człowieka sukcesu. Dziś to jest (jeszcze?) korporacja a nie spokojne i samodzielne wiejskie życie (sorry Panowie Jacku i Wojtku)- lub wyraźniej- przejęcie kultury i języka dominującego w metropolii (jak rosyjski jest kluczem do ewentualnego sukcesu wśród mniejszości w Rosji- czy gdziekolwiek jest to samo). Więc państwo, które doprowadza do zapaści demograficznej jest złe. I kropka. Organizacja społeczeństwa, która pozwala na maksymalne wykorzystanie zasobów jest dobra. Wykorzystanie jeszcze większej ilości zasobów- przez podbój lub drukowanie światowego pieniądza rezerwowego- jeszcze lepsza.

    OdpowiedzUsuń
  7. W takim razie radzę się BARDZIEJ zainteresować teorią gier. Mogę podesłać ciekawą bibliografię. Zapewniam, że teoria gier nie kończy się na równowadze Nasha czy aukcjach. Zapewniam też, że jestem całkiem nieźle wykształcony w tym zakresie:) I nie jest to "ta teoria", a raczej dział matematyki (zwany co prawda teorią gier) w ramach którego funkcjonuje wiele teorii. A jednym, szczególnym działem jest tzw. ewolucyjna teoria gier, zajmująca się tym o czym pisałem. Proszę choćby z wikipedi:

    http://en.wikipedia.org/wiki/Evolutionary_game_theory


    Pisałem, że nie należy oceniać efektywności państwa przez pryzmat jego trwania. Sukcesem państwa powinno być służenie obywatelom, a nie trwanie. Interesować nas powinno ile państwo jest w stanie nam zapewnić kilometrów dróg albo bezpieczeństwa za złotówkę podatku, a nie ile będzie trwało. To co Pan tu promuje to jest podejście azjatyckie, w którym obywatele są dla państwa, a nie państwo dla obywateli.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jest to podejście realistyczne. Państwo jest po prostu takim gangiem, który w przeciwieństwie do większości gangów podwórkowych miał dość szczęścia, by dorwać się do wladzy w sposób, który sam określa jako "legalny" (i to go właśnie od innych gangów różni...). To, czy z tego wynikają jakiekolwiek korzyści dla poddanych tego gangu (stanowczo wolę termin "poddany" od nic nie mówiącego terminu "obywatel"...), jest dla samego gangu bez znaczenia.

    Tak samo jak bez znaczenia jest też ich sukces reprodukcyjny czy w ogóle wszelkie inne sukcesy...

    Gdyby było inaczej, stalinowski Związek Sowiecki czy imperium Qin Shi Huangdi byłyby kompletnymi porażkami. Tymczasem, jak nas uczy historia - bynajmniej kompletnymi porażkami nie były i jeśli nawet koniec końców upadły, to nie ma żadnego konkretnego dowodu na potwierdzenie tezy, że upadły właśnie dlatego, że tak nisko ceniły życie i dobra swoich poddanych. ZSRR przynajmniej na pewno nie dlatego upadł! Upadł, kiedy erozji uległ jego oparty pierwotnie na terrorze system sprawowania władzy, co spowodowało powstanie dość licznej i wewnętrznie skonfliktowanej oligarchii, która to państwo zwyczajnie rozkradła...

    A już pomysł, że państwo ma drogi budować..? I co jeszcze..? Może linie energetyczne..? Ha, ha, ha..!

    OdpowiedzUsuń
  9. Państwo ma budować drogi z tej przyczyny, że prywatna budowa dróg jest niemożliwa. Każdy właściciel działki będzie stawiał zaporową cenę, jak wyczuje, że prywatna droga ma przechodzić przez jego teren. Możemy się oburzać, że państwo gwałci prawo własności, ale jeżdżąc po publicznych drogach, codziennie się pod tym gwałtem podpisujemy. Prywatna budowa kolei to była możliwa w USA w XIX wieku, gdzie było dość niczyjej lub taniej ziemi, ale też się nie obywało bez gwałtów i przymusowych sprzedaży.

    Związek Sowiecki był kompletną porażką, bo pozbawił życia, dosłownie, ale też w sensie godnego życia, miliony ludzi. Jeżeli to nie jest porażką, to co jest? Nie wszystkie państwa powstawały na zasadzie gangów, co nie znaczy, że były pozbawione silnej egzekutywy. Choćby I Rzeczpospolita nie miała elementu gangsterskiego. Dlatego przestała zresztą istnieć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Niby dlaczego "ma"..? Ktoś mu kazał..? Jeśli ktoś może kazać coś państwu, to jest jego suwerenem, a więc to on jest tym państwem (jak Ludwik XIV słusznie zauważył był).

    Państwa naszej części Europy od XVIII wieku budują drogi, a także robią inne skądinąd zbędne a nawet szkodliwe dla swoich poddanych rzeczy: zakładają szkoły (i jeszcze przymuszają, żeby do nich dzieci posyłać!), szczepią (też pod przymusem), a także upowszechniają tzw. postęp techniczny (aczkolwiek to im jakoś lepiej szło dawnymi czasy, gdy postęp ten łatwiejszy był do ogarnięcia prostym umysłem urzędnika...) nie dlatego, że cokolwiek im to nakazuje, czy że czują taką potrzebę ze względu na swoich poddanych. Państwa robią to, bo wierzą, że daje im to określone korzyści w walce z innymi państwami. Przekonały się bowiem w drugiej połowie wieku XVII, że nowe techniki i nowa organizacja daje przewagę na polu bitwy, w dyplomacji i w finansach. I to jest jedyny i ostateczny powód, dla którego współczesne państwa istotnie na ogół oferują różne mniej lub bardziej uciążliwe "usługi" swoim poddanym i bardzo są niezadowolone, jeśli poddani sobie tych usług nie życzą...

    Co zaś do ustroju I Rzeczypospolitej, to jest to zdecydowanie zbyt skomplikowana sprawa na krótki komentarz. Jednak: jak zwykle, nie ma Pan racji. Nic a nic!

    OdpowiedzUsuń
  11. @ Boskawola
    Oczywiście moja miara efektywności w pewnym sensie przypomina naiwniactwa Rosseau i bajki o umowie społecznej- ale: Albo chodzi o to, aby każdy z członków rządzącego gangu miał co tylko sobie wymyśli, że chce mieć- albo może to dotyczyć też rządzonych. Kryterium reprodukcyjne wydaje mi się całkiem dobre w obydwu przypadkach. Dla sukcesu ekologicznego potrzeba oprócz przetrwania też potomstwa...

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak zwykle nie mam racji, dobre sobie!

    Jeżeli przyjmuje Pan kryterium suwerena, to dzisiaj suwerenem są obywatele (nie poddani!) i oni chcą, aby budować drogi, dlatego państwo, w ich służbie ma te drogi budować. Prościej nie potrafię.

    Wyśmiewa Pan pewne idee (np. obywatel czy demokracja), aby promować jeszcze większe utopie (prywatne drogi, a jednocześnie prawo własności).

    Z drugiej strony Pana poglądy trącą trochę Heglem czy innym Marksem. Państwo jako takie nie ma świadomości ani woli. To co Pan pisze, to miało jakiś sens, choć też nie do końca, w epoce absolutyzmu czy ogólniej monarchii, gdzie państwo można było utożsamiać z monarchą czy jego majątkiem. Monarcha miał interes w poszerzaniu swojej władzy na nowe terytoria, a jeszcze większy, żeby inny monarcha nie poszerzył swojego państwa na jego terytorium. (Chociaż na co dzień bardziej zajmowało go kto ma wstęp do kuchni i czy aby na pewno nie następca tronu) Ale tak było tylko formalnie, w teorii. Czy był jakiś monarcha w historii, w pełni niezależny i suwerenny? Nie liczący się bardzo wpływowymi ludźmi w swoim państwie? Szczerze wątpię. Jaki dziś interes ma "Polska" aby trwać? Sądząc po podpisaniu traktatu akcesyjnego i uniokonstytucji - ŻADEN. Natomiast ma interes w robieniu dobrze swoim obywatelom, bo jak nie będzie robić im dobrze, to ktoś kto podejmuje decyzje, przegra następne wybory.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Maczeta

    Kadry partii rządzącej ograniczone są tylko ilością stanowisk do obsadzenia! Innymi słowy: rządzący gang ma wiele sposobów na to, aby się reprodukować, wcale nie musi tego robić w sposób tradycyjny, a państwo rządzone przez mafię pedałów i lesbijek jest całkowicie możliwe.

    Zasób demograficzny poddanych to tylko jeden z elementów składających się na siłę państwa. Nie musi tobyć element decydujący. I rządzący gang wcale nie musi brać go jakoś specjalnie pod uwagę.

    A najogólniej rzecz biorąc: uważam za nieuprawnione utożsamianie "państwa" ze "stadem" czy "społeczeństwem".

    @Anonimowy

    Ktoś, kto wierzy w wybory tak samo nie jest partnerem do uczciwej dyskusji jak ktoś, kto wierzy w zielone ludziki.

    OdpowiedzUsuń
  14. @ boskawola
    Ależ ja nie porównywałem państwa do stada- tylko właśnie społeczeństwo (wedle jednego spojrzenia) lub rządzący gang- wedle drugiego. Oczywiście zasadę adopcji panującą w pryncypacie (czy też zwyczaj) można też uznać za sukces reprodukcyjny cesarza. Ale najogólniej społeczeństwo się rozwija, kiedy zajmuje kolejne nisze ekologiczne- całe społeczeństwo lub tylko "społeczność rządzącej bandy". Nadal nie mamy tak jasnych kryteriów efektywności państwa (lub efektywności ustroju bezpaństwowego)- ale chyba trochę nas to przybliża. Banda rządząca II RP skończyła średnio, społeczeństwo w sumie też. Banda rządząca PRL ma się całkiem dobrze- społeczeństwo jest na skraju katastrofy demograficznej i finansowej. Mamy jakąś ocenę. A państwo jako byt niematerialny chyba musi być oceniane jako coś w stylu: "sposób sprawowania władzy w stadzie" i ocena, kto ma z tego jakie korzyści- czy tylko para dominująca, czy w miarę wszyscy.

    OdpowiedzUsuń
  15. W sumie mógłbym się zgodzić. Inna sprawa, czy da się oddzielić pojęciowo "państwo" od "rządzącego nim gangu"..? Twierdzenie Ludwika XIV wyraża wiele prawdy...

    OdpowiedzUsuń
  16. Na tej samej zasadzie ktoś kto wierzy w prywatne drogi albo linie przesyłowe jest głupim utopistą albo cynicznym naciągaczem młodzieży raczej niż partnerem do rozmowy.

    Ja nie piszę, że demokracja jest dobra. Ja piszę, że efektywność państwa musimy oceniać biorąc pod uwagę nasze, a nie jego potrzeby. Inaczej stworzymy potwora, który nas zje.

    OdpowiedzUsuń
  17. 1. Gdzie ja pisałem cokolwiek o prywatnych drogach..? Moim zdaniem drogi, w znakomitej większości, są w ogóle niepotrzebne...

    2. Pomysł, że to my tworzymy państwo jest jeszcze bardziej fantastyczny od pomysłu, że jesteśmy jego suwerenami!

    OdpowiedzUsuń
  18. P.S.

    Z drogami oczywiście żartowałem. Aczkolwiek kompletnie nie rozumiem dlaczego koniecznie musi je budować akurat państwo..? Tym bardziej, że nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż nasze obecne państwo dróg z całą pewnością NIE wybuduje! O drogach zresztą pisałem tylko raz, dawno temu: http://boskawola.blogspot.com/2010/05/piwo-i-drogi.html

    OdpowiedzUsuń
  19. @ boskawola
    Jeśli nie pojęciowo- to chociaż przez przykłady. Francja, czy Rosja po rewolucjach- pomimo tożsamości państwa jako społeczeństwa i terytorium (w pewnym przybliżeniu) dokonała się wymiana elit, ergo rządzącego gangu. Z czego, pomimo zmian nazw i granic- później takiej wymiany nie było- ani w jednym, ani w drugim przypadku. Potomek przydupasa Dzierżyńskiego, jeśli przeżył, dziś jest pewnie nowym ruskim. Więc realną zmianą jest wymiana elit- całkowita. Taka próba się w Polsce odbyła ostatnia częściowo w 1968- acz raczej nieudana.

    OdpowiedzUsuń
  20. Oczywiście, że to my tworzymy państwo. Tak samo jak tworzymy Boga, w którego wierzymy albo pieniądz, który istnieje również dzięki nam i naszej wierze w niego.

    Czym jest "rządzący gang" bez nas? Możemy pójść i go zmienić z dnia na dzień, a tego nie robimy, bo wierzymy, że on nam służy, a nie my jemu. W momencie gdy ta wiara się kończy zaczyna się rewolucja.

    OdpowiedzUsuń
  21. Francuzi ze swoją numeracją ustrojów i kolejnych ich wcieleń raczej mają intuicję - w tekście zasadniczym poniekąd też sygnalizowaną - że za każdym razem nowe państwo powstaje. Dalej więc państwo i rządzący nim gang są tym samym - a to, że dwa różne gangi/państwa mogą - w różnym czasie - okupować to samo terytorium a nawet tę samą populację, to akurat nic niezwykłego... Ale, oczywiście, nie ma żadnego konkretnego powodu, aby tę właśnie intuicję przyjmować, a nie przeciwną. Tyle, że jeśli odróżnimy państwo od rządzącego nim gangu, to czym jest w takim razie państwo..?

    Mniejsza z tym. Prawdę pisząc, wolałbym tak zawzięcie dyskutować o wspólnocie pierwotnej. Ten wpis jest pomocniczy w stosunku do poprzedniego i samodzielnie - dla mnie przynajmniej - żadnej większej wartości nie ma...

    OdpowiedzUsuń
  22. Uważam, że ta dyskusja odnosi się jednakowo do wspólnoty pierwotnej, jak do każdej inne organizacji społeczeństwa- przynajmniej ja tak myślę o moich wpisach. I tu sprawa jest jeszcze jaśniejsza- społeczeństwo=plemię, państwo=struktura władzy, władza=wódz i jego rodzina, ewentualnie wraz z szamanem. Wymiana rodu rządzącego nie oznacza zmiany państwa(plemienia), ale może w wypadku podboju przez bardziej zorganizowanie i np. narzucenia urzędnika, który zmusi nomadów do rolnictwa- albo coś w tym stylu

    OdpowiedzUsuń
  23. Nie jestem przekonany, że mamy istotnie do czynienia z tak daleko posuniętą ciągłością. Najniższy znany w praktyce stopień organizacji państwa to tzw. "władztwa" ("chieftains"), w których jest już "zawodowy" kacyk, którego można uznać za stałą władzę. Władza w plemieniu jest o wiele bardziej płynna - i choć bywają nawet rody czy klany w których dziedzicznie sprawuje się funkcję szamana, starszego, "specjalisty ds. prawa zwyczajowego" - to funkcje te nie są bynajmniej równoznaczne ze stałym, zawodowym sprawowaniem władzy nad plemieniem. W plemieniu ten ma władzę, kto się wykaże charyzmą - i jego władza zaczyna się w chwili, gdy narzuci swoim współplemie ńcom proponowany przez siebie modus operandi w jakiejś sprawie - a kończy z chwilą, gdy dzieło zostanie dokonane. Poniekąd z tej pierwotnej tradycji wywodzi się francuska, bonapartystyczno - gaullistyczna koncepca "władzy referendalnej"! O tyle nie można tu mówić o opresji, aparacie przemocy itp., że zwykle produktywność plemion jest tak niska, iż na utrzymanie takiego aparatu - brak środków.

    Zaś pomysł "zmuszania nomadów do rolnictwa" w trybie, jaki zdaje się wynikać z Pana wypowiedzi to jedna z koncepcji, o jakich Pan Wojciech słyszał podczas swoich studiów w Ameryce, ale które moim zdaniem, raczej dość odległe są od rzeczywistości - plemiona które same z siebie nie przechodziły na sedentarny tryb życia raczej były dziesiątkowane lub wypierane na gorsze, peryferyjne, pustynne tereny, a nie "zmuszane do rolnictwa". Nie znam żadnego historycznego przykładu takiego "zmuszania". Niektórzy Indianie - np. Navajo czy Irokezi - sami w miarę przyswajania technik Białych (np. obróbki żelaza, wytwarzania narzędzi, itp.), zwiększali rolę uprawy roli wśród swoich środków zdobywania pożywienia. Zaś zamykanie w rezerwatach bynajmniej ze zmuszaniem do rolnictwa nie było równoznaczne. Tym bardziej, że te rezerwaty niewielkie pole do popisu rolnikom oferowały, bo były to zwykle jałowe piaski...

    OdpowiedzUsuń
  24. Witam,
    System polityczny (władza w uproszczeniu) nie jest zawieszony w próżni, jest on zależny od tła na którym się rozgrywa, chciałoby się powiedzieć – pasożytuje. Takie krytyczne ujęcie nie jest jednak usprawiedliwione, co najwyżej mamy do czynienia, posługując się terminem z dziedziny nauk biologicznych, z najwyższym stopniem symbiozy – mutualizmem. Ta wzajemna współzależność między systemem politycznym a społeczeństwem, z którym jest immanentnie powiązany jest zarówno konieczna, jak i pożyteczna dla obu stron. Konieczna, bo mimo całej trywialności tego stwierdzenia: żadna struktura społeczna nie może obyć się bez władzy. Nie oznacza to, że szerszy system społeczny jest niezmiennie związany z konkretnym systemem politycznym, w przypadku zasadniczego rozdźwięku między korzyściami i stratami, jakie taki związek przynosi, dochodzi do przekształcenia, zmiany, czy zniesienia danego systemu politycznego i zastąpienia go innym.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  25. OK. Ale rozpoczęlismy tą dyskusję od możliwości oceny efektywności państwa- a potem zeszła na mozliwość oddzielenia kasty rządzącej o samego państwa. O wspólnotach pierwotnych wiem niewiele i się przyznaję. Więc- podsumowując moje tezy: państwo, elity rządzące i społeczeństwo to 3 różne sprawy. Elity rządzące i społeczeństwo da się zdefiniować jako zbiór konkretnych jednostek i da się zmierzyć ich sukces kategoriami ekologicznymi. Państwo jest ideą (zespołem nakazów i zakazów- czyli praw) obrazującą relacje pomiędzy tymi grupami i wewnątrz elit. Idea ta może przyczyniać się do sukcesu elit bądź też elit i społeczeństwa.
    Więc teraz- państwo, które doprowadzi do zagłady swoich elit (jak III Rzesza i II RP) było nieskuteczne ewolucyjnie. Państwo, które utrzymuje się- działając na korzyść elit, niezależnie od efektów dla społeczeństwa- jest skuteczne.
    Czyli w istocie- trudno odróżnić państwo i jego elity, ale mamy zespół ludzi zrośniętych z ideą. Mogą tą ideę odrzucić (Polska 1989) i pozostać elitą. czy może pozostać ustrój przy całkowitej wymianie elit? Wątpię- ale to też jest logicznie dopuszczalne.

    OdpowiedzUsuń
  26. @MarkOwy

    Ten związek rzeczywiście istnieje - ale jest dość dookólny i moim zdaniem nie da się go sprowadzić do jakiegokolwiek bilansu zysków i strat, osobliwie zaś: do bilansu o charakterze racjonalnym!

    Na ogół jest rzeczą zdrową i pożądaną by rządzący gang i rządzone przezeń stado przynajmniej były w stanie sią nawzajem rozumieć - w sensie aksjologicznym, tj. aby przynajmniej najbardziej podstawowe wartości obu tych grup były koherentne. Zwykle zreszta ta koherencja jest daleko idąca, a im dalej idzie, tym się łatwiej rządzi i mniejszym kosztem. Jak jednak pokazuje przykład chociażby hiszpańskich konkwistadorów, z powodzeniem rządzących Indianami i z czasem narzucających im część swoich wartości - wcale nie jest to warunek bezwzględnie konieczny!

    Istniała też władza przed państwem i istnieje wiele różnych rodzajów władzy poza państwem i obok państwa. Władza rodziców nad dziećmi chociażby. Tak więc wcale nie jest tak, że bez państwa, społeczeństwo nie może istnieć. Może - choć istotnie, jego istnienie zagrożone jest ryzykiem samozgubnej anarchii. O czym pisałem w poprzednim wpisie! I od czego cała ta dyskusja o efektywności się zresztą zaczęła.

    Niewątpliwie, nie może istnieć państwo bez społeczeństwa. Czy jednak koniecznie musi zaspokajać jakieś jego potrzeby? Symboliczne - pewnie musi. Realnych..? Absolutnie nie!

    @Maczeta

    Zgadzam się.

    OdpowiedzUsuń
  27. Witam,

    Oczywiście, że bilans w swym ostatecznym wymiarze nie jest racjonalny, albo nie jest wystarczająco racjonalny. Traktowanie człowieka jak istoty całkowicie czy w przeważającym stopniu racjonalnej jest zupełnie nieracjonalne (sic!)

    Co do zaspokajania potrzeb, nie zgadzam się. Musi państwo zaspokajać także potrzeby realne.
    Choćby potrzebę bezpieczeństwa, pewien elementarny ład społeczny, choć różnie to może w praktyce wyglądać. Nawet systemy totalitarne, jak III Rzesza, Rosja radziecka, czy Kambodża Pol Pota, gwarantowały jakiś poziom ładu, choć oczywiście dla niektórych a rebours był to raczej nieład.
    Niemożność zagwarantowania tego ładu, dla przykładu: ochrona przed głodem, spadającymi bombami, możliwość wychowania dziecka, powoduje w dłuższej perspektywie upadek państwa, choć oczywiście nie jest to jedyna przyczyna i nie zawsze konieczna.

    Co do Polski:

    Edmund Mokrzycki stwierdza, że scena polityczna w Polsce jawi się jako składnik trzech elementów: (1) silnej klasy politycznej, (2) politycznie słabego i bezradnego społeczeństwa tourt court (społeczeństwa obywatelskiego?) oraz (3) silnych, agresywnych grup politycznego nacisku. Gra polityczna jest de facto grą pomiędzy dwoma partnerami: (1) i (3). (...) Podstawowe znaczenie ma jednak fakt uprzywilejowanego, pozakonstytucyjnego dostępu do władzy grup nacisku . Uzgodnienia dotyczące realizacji interesów odbywają się między klasą polityczną (władzą formalną) a grupami nacisku (władzą nieformalną) z pominięciem społeczeństwa, choć paradoksalnie to ono wyznacza czy raczej legitymizuje elitę polityczną w akcie wyborczym. Jest to ograniczona, choć wymierna forma kontroli elit politycznych, zwłaszcza jeśli porównać ją do wymykającej się kontroli społeczeństwa, władzy ekonomicznej lub szerzej – nieformalnej. Stanisław Erlich trafnie zauważa, iż władza polityczna należy do tej grupy, która posiada moc podjęcia decyzji ostatecznej w sprawach najpoważniejszych, i że może być to zarówno grupa zorganizowana (organ państwowy lub partyjny), jak i również grupa nieformalna, która jak uważa ma de facto ostatni głos w tej sprawie.

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  28. @ MarkOwy

    Rewolucje przychodzą nie wtedy gdy padają bomby, do jedzenia jest tylko trawa, a na każdym rogu ulicy można dostać po głowie. Rewolucje wybuchają gdy słaby rząd pokaże dowodnie swoim czającym się wśród rządzonego stada konkurentom, że jest... słaby! A stado da się poderwać obietnicą (jeszcze) lepszej przyszłości. Owszem, rząd który nic nie może poradzić na spadające bomby czasem (choć nie zawsze) - traci władzę. Jak mu ją ten, kto bomby zrzucał odbierze!

    Czy Pol Pot, Mao albo Stalin zapewniali jakieś realne korzyści swoim poddanym..? Jeśli nawet - to absolutnie nie mieli takiej intencji..!

    A co do Polski - to nie chce mi się na ten temat dyskutować...

    OdpowiedzUsuń
  29. @ Maczeta

    Sposób zarabiania pieniędzy niekoniecznie ma bezpośredni wpływ na to, jakie powodzenie u kobiet ma dany mężczyzna. Chodzi o postrzeganie statusu danego mężczyzny u kobiet. W dzisiejszym społeczeństwo "kariera w korporacji" jest po prostu najbardziej rozpowszechniony sposobem na zarabianie większych pieniędzy. Pieniądze zaś łączą się ze statusem - mężczyźni je posiadający są zwykle bardziej pewni siebie niż ci ich nie posiadający.
    Zgodzę się, że w chwili obecnej łatwiej mieć pieniądze pracując w korporacji niż w rolnictwie, zatem ceteris paribus pracownik korporacji ma wyższy status.

    Takie "spokojne życie na wsi" również może dawać mężczyźnie wysoki status - wolny człowiek (rolnik) IMO jest na lepszej pozycji niż pracownik korporacji, który co prawda może mieć podwładnych, ale i zwykle sam jest czyimś podwładnym. To tak w ramach rozmyślań ogólnych.

    OdpowiedzUsuń
  30. @Jeszcze Maczeta
    Teraz jeszcze z moich prywatnych obserwacjach.

    Jedne z najpiękniejszych kobiet jakie widziałem w życiu i w Anglii to były właśnie żony osiedleńców (a o piękne kobiety w UK raczej trudno). Ci osiedleńcy akurat nie pracowali w przeszłości w korporacji. Albo pracowali we własnym biznesie albo nadal go mają choć zwolnili tempo. Potwierdza to pośrednio moją tezę o statucie wyższym i atrakcyjnym dla kobiet statucie "wolnego człowieka".

    Nie ukrywam też, że poza statusem pochodzącym z pracy jest jeszcze dużo ważniejszy status pochodzący z cech osobowości. Sukces reprodukcyjny, sukcesem reprodukcyjnym, ale jest jeszcze przyjemność z życia. Inna sprawa, ze nie zamierzam mieć dzieciaków z 1000 kobiet, tylko (raczej) z jedną :D

    OdpowiedzUsuń
  31. Nie chcę porównywać KK do gangu, ale On też (hierarchia) działa od jakichś co najmniej kilkuset lat bez reprodukcji (przynajmniej oficjalnej) swej władzy. Mimo ostatnich problemów to całkiem nieźle na tym wychodzi.

    OdpowiedzUsuń
  32. @ Wojciech Majda
    Ależ sukces reprodukcyjny to też np. tylko jedno dziecko- ale mające status społeczny i możliwości znacznie większe niż rodzice (i wtedy 20 wnuków ;))

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...