niedziela, 14 listopada 2010

Koni achałtekińskich historia sekretna – cz. 2, mit założycielski


„Mit standardowy“ o którym wspominałem w poprzednim wpisie tego cyklu, opiera się na teorii – z wielką żarliwością propagowanej przez Włodzimierza Szamboranta, o którym napiszę osobno, bo ta wielka postać na taki wpis z całą pewnością zasługuje – którą nazwałem na prywatny użytek „teorią ostatniej kropli“. Otóż wedle Włodzmierza Szamboranta oraz wielu innych Rosjan (przede wszystkim), współcześnie żyjące konie achałtekińskie to „ostatnia kropla“ najszlachetniejszej ze szlachetnych krwi – w prostej linii wywodzą się bowiem od najszlachetniejszych koni starożytności. Od tzw. „koni nizajskich“ – świętych koni perskiego imperium Achemenidów.

Rosjanie wywodzą ciągły, nieprzerwany rodowód współczesnych koni achałtekińskich, sięgający w linii prostej co najmniej początków II tysiąclecia p.n.e.

Oczywiście, że nie jest to takie proste! Już choćby z przyczyn geograficznych, mówienie o nieprzerwanej ciągłości pochodzenia koni turkmeńskich i w konsekwencji współczesnych koni achałtekińskich od starożytnych koni nizajskich, jest nader ryzykowne. Ponadto, konie turkmeńskie cechuje większa różnorodność maści niż konie nizajskie (które były „białe“, podczas gdy konie turkmeńskie występują we wszystkich maściach podstawowych i rozjaśnionych), nie mają za to żadnych kostnych wyrostków na czaszce, jakie wedle greckich opisów miały być charakterystyczne właśnie dla koni nizajskich.

Prawdę powiedziawszy, problem wydaje się po prostu źle postawiony i można go traktować jedynie jako nieporozumienie. Przede wszystkim już w starożytności konie nizajskie nie były tożsame z końmi Saków – Massagetów zamieszkujących teren dzisiejszej Turkmenii. Jest to oczywiste, skoro Nisa pod Aszchabadem (gdzie koczowali Massageci) nie jest tą samą Niseą, gdzie pasły się konie nizajskie (zresztą, sam opis Herodota już jest o ponad 200 lat wcześniejszy, niż moment założenia przez Parniów Nisy).

Tym samym, w żadnym razie nie można utożsamiać koni nizajskich z wojennymi końmi irańsko – środkowoazjatyckimi w ogóle. Mogła to być jedynie jakaś część ich populacji. Najprawdopodobniej wyselekcjonowana specjalnie dla celów kultowych, w tym dla składania ofiar. Ofiara z konia jest jednym z najstarszych obrzędów, wspólnych wszystkim ludom indoeuropejskim – jest dobrze opisana w dziejach aryjskich Indii i… pogańskiej Saksonii w czasie jej podboju przez Karola Wielkiego na przełomie VIII i IX w. Wszędzie też, indoeuropejczycy do roli świętych rumaków wybierali konie o jasnej maści (jak np. Ranowie na Rugii). Medowie w początkach swojej historii zobowiązani byli składać daninę władcom Asyrii w koniach. W tych warunkach wyselekcjonowanie odrębnego stada (które też pewnie było znacznie mniejsze niż herodotowe 50.000 klaczy) na potrzeby – powiedzmy – podatkowe, byłoby posunięciem rozsądnym.

O wiele szersza i bardziej różnorodna populacja wojennych koni irańsko – środkowoazjatyckich, hodowanych przez ludy indoeuropejskie zasiedlające ogromny obszar Wielkiego Stepu i Wyżyny Irańskiej mogła się w jakiejś części zachować nawet i do naszych czasów i w takim wydarzeniu nie ma niczego dziwnego – podczas gdy zachowanie się aż do czasów współczesnych bezpośrednich potomków kultowych koni Persów, które przez stulecia rabowane były przez najrozmaitszych zdobywców (od Aleksandra Macedońskiego zaczynając, a na Arabach kończąc), zakrawałoby na cud.

Zjawisko to tym bardziej przestaje nas dziwić, im szerszą i bardziej zróżnicowaną populację koni hodowanych w czasach prawie że współczesnych (tj., powiedzmy w latach 1881 – 1913) zechcemy przyjąć do grona spadkobierców owych starożytnych koni irańskich. Przetrwanie elitarnej rasy koni tekińskich – nie krzyżowanej z żadnymi innymi końmi, nawet turkmeńskimi – jest o wiele trudniejsze niż przetrwanie całej, bardzo zróżnicowanej grupy koni, w obrębie której przez wieki dochodziło zarówno do w miarę swobodnego mieszania się materiału genetycznego, jak i – być może wielokrotnie powtarzanych – działań selekcyjnych, za każdym razem prowadzących do odtworzenia podobnej fenotypowo (gdyż odpowiadającej podobnym, jeśli nie wręcz tożsamym potrzebom) populacji elitarnych koni wojennych. W tym sensie, nie potrzeba wcale żadnych skomplikowanych dowodów na ciągłość hodowli, jeśli tylko zgodzimy się na to, że koń tekiński z 1881 roku nie jest rasą w sensie wspólnoty pochodzenia, tylko typem użytkowym konia turkmeńskiego, mianowicie: elitarnym koniem wojennym.

Takich samych elitarnych koni wojennych potrzebowali Turkmeni w okresie ekspansji sułtanatu seldżuckiego, czy w czasach gdy jako wyzwoleni niewolnicy służyli w gwardii kalifa abbasydzkiego, a także Sassanidzi, Partowie, Persowie i Massageci. Każdy z tych ludów mógł swoją własną populację elitarnych koni wojennych tworzyć od początku, w całości na własną rękę – i efekt ich działań był podobny, (jeśli nie liczyć pewnych drugorzędnych szczegółów, jak dobór maści, owe kostne wyrostki, czy np. ordynarny wygląd koni wojennych Turkutów z VI w.), mimo, że były to niezależne od siebie (a więc nie powiązane bezpośrednim łańcuchem pochodzenia) hodowle. Hodowle te, za każdym razem od początku mogły być odtwarzane metodą selekcji ukierunkowanej na odpowiadające potrzebom wojennym, organizacji społecznej i warunkom geograficzno – przyrodniczym walory użytkowe oraz (i tu zakres zmienności jest większy: wiemy już, że konie nizajskie były „białe“, Turkmeni generalnie preferowali konie o ciemnej maści, a wśród współczesnych Nowych Ruskich panuje moda na albinosy i konie izabelowate) na wygląd, czyli na typ rasowy. Ten drugi rodzaj selekcji, choć niektórzy uczestnicy debaty zaprzeczają jego stosowaniu przez Turkmenów,[1] wydaje się zarówno dobrze potwierdzony źródłowo, jak i zrozumiały. Wszak wojownik nie tylko chce się sprawnie poruszać i polegać na sile, inteligencji i wytrzymałości swojego wierzchowca, ale też i zależy mu na odpowiednio reprezentacyjnym wyglądzie. W średniowieczu europejskim, obok koni bojowych (destrierów), utrzymywano też przeznaczone na uroczyste okazje, reprezentacyjne paradiery. O wiele biedniejsi Turkmeni nie mogli sobie pozwolić na takie dublowanie stad, a mając dostatecznie wiele czasu, spokojnie mogli dopracować się konia, łączącego zalety konia bojowego, wyścigowego (tak, jak trudno uwierzyć w możliwość utrzymywania przez Turkmenów odrębnych koni do walki i do reprezentacji, tak też teoria o utrzymywaniu przez nich odrębnych koni wyłącznie do wyścigów, jest całkowicie nieprawdopodobna) i paradnego.

Bardzo podobny fenotypowo wynik powtarzających się, ale niezależnych od siebie selekcji zakłada, że odbywały się one na bazie wspólnego, dziedziczonego pomiędzy pokoleniami, a także pomiędzy kulturami i ludami, podłoża w postaci dość szerokiej i zróżnicowanej genetycznie populacji. Jest to teza, której autorzy rosyjscy z zaciekłością zaprzeczają, utrzymując, że współczesne konie achałtekińskie są bezpośrednimi potomkami koni medyjskich, nizajskich, koni Scytów, Afganów, Turkmenów i wielu jeszcze innych ludów. Kłopot w tym, że teza ta nie jest poparta niczym poza patriarchalnymi bajaniami starych Turkmenów, opowiadającymi najprawdopodobniej w dużej części zmyślone genealogie swoich najlepszych ogierów (swoją drogą, jeśli przyjąć, że Turkmeni umieli prawidłowo przekazać genealogie swoich koni, to dlaczego rodowód Bojnou – o tym ogierze będzie jeszcze mowa w jednym z kolejnych wpisów - kończy się na jego ojcu? Poza tym, jeśli bajania Turkmenów z Obwodu Zakaspijskiego były wiarygodne 100 lat temu, to dlaczego takie same bajania takich samych Turkmenów, tyle że z Iranu czy z Turcji, nie są już wiarygodne dzisiaj?). Sprowadzenie wszystkich tych koni, żyjących na przestrzeni tysięcy kilometrów i tysięcy lat do jednej, prostej linii rodowodowej, jest przedsięwzięciem niewykonalnym.

Nie w tym rzecz, aby się z Rosjanami spierać. Jeśli twierdzą oni, że współczesny koń achałtekiński to „ostatnia kropla krwi z pierwotnej kolebki wszelkiej kulturalnej hodowli, rasa najczystsza z czystych, jedyny prawdziwy koń wschodni“ – to mają rację, nie można się z tym nie zgodzić i żadne z powyższych rozważań nie miało na celu podważenia tego oczywistego faktu. Idzie tylko o to, aby odnaleźć racjonalną drogę, jaką dziedzictwo to mogło być przekazywane przez tysiąclecia, bez potrzeby uciekania się do cudu czy przypadku.

Należy pamiętać, że ustalenia dotyczące pochodzenia koni achałtekińskich oraz koni turkmeńskich, tak naprawdę miały miejsce na początku XX wieku – i potem już nikt się tym tematem w sposób naukowy nie zajmował. Dyskutujemy więc z poglądami hipologów nie mających pojęcia o mechanizmie dziedziczności i zmienności genetycznej. Nie ma sensu powtarzać ich poglądów atakując każdego, kto – chcąc nie chcąc – wykaże luki w ich rozumowaniu. Trzeba podjąć badania – choćby mitochondrialnego DNA (co – jakoś dziwnie mało konsekwentnie – zaczęto, a zaraz potem zaprzestano robić na koniach arabskich i ich rzekomych pochodnych – koniach berberyjskich i andaluzyjskich), co może pozwolić na ustalenie pokrewieństwa w liniach żeńskich pomiędzy współczesnymi końmi achałtekińskimi a innymi odmianami podobnych koni, żyjącymi w czasach współczesnych (być może da się też takie badania przeprowadzić na zmumifikowanych zwłokach końskich z ałtajskich kurhanów?).

Współczesny koń achałtekiński jest dość podobny do hipotetycznego tzw. „konia typu III“, tj. dzikiego pustynnego konia przystosowanego do warunków skrajnie kontynentalnego klimatu Azji Środkowej, gdzie występuje naprzemiennie skrajne gorąco i dojmujący chłód i gdzie część skąpych opadów spada na ziemię w postaci śniegu lub zamarzającej na powierzchni ziemi (i odcinającej dostęp do wody i pokarmu) gołoledzi. Koń ten miał być dość wysoki, z długą i wysoko osadzoną szyją i dość masywną głową – co jest przystosowaniem właśnie do wydobywania pokarmu spod śniegu lub lodu. Nie wiadomo, czy został udomowiony przez jakichś pierwotnych, neolitycznych mieszkańców tych ziem, czy dopiero przez napływających do tego regionu a już konnych indoeuropejczyków (w tym drugim przypadku uważa się, że nastąpiło skrzyżowanie miejscowego „konia typu III“ z koniem leśnym przyprowadzonym z Ukrainy – i dopiero efekt takiej krzyżówki stał się przodkiem całej plejady kolejnych wcieleń bojowego konia Azji Środkowej). Pierwsze odnalezione szczątki końskie, z Gonur-depe, pochodzą już z okresu przejściowego, kiedy nie można stwierdzić, czy miejscowa ludność była już indoeuropejska czy jeszcze nie. Zabytki lingwistyczne wskazują na przyprowadzenie konia (a w każdym razie – wysokiej jakości konia bojowego) dopiero przez Indoeuropejczyków.

 Tzw. „sztandar z Ur“, mozaika przedstawiająca zaprzężone do wozów konie lub osły (nie jest to rozstrzygnięte), IV tysiąclecie p.n.e., Mezopotamia.[2]

Ongiś pokutowała teoria, wedle której najpierw wdrożono konia do zaprzęgu (konkretnie do rydwanu), a dopiero potem zaczęto go używać pod wierzch. Nie wydaje się to rozumowanie racjonalne. To prawda, że wynalazek siodła i strzemienia jest stosunkowo późny (siodło to czasy rzymskie, w formie współczesnej kulbaki ze strzemieniem – do Europy wprowadzili je Hunowie), a bez tych narzędzi używanie konia do jazdy wierzchem bywa niewygodne, a w szczególności bardzo trudno jest się posługiwać bronią sieczną (liczne starcia jazdy greckiej czy wczesnej jazdy rzymskiej kończyły się na piechotę, gdy wszscy jeźdźcy zgodnie pospadali z pozbawionych siodeł koni). Nie wyklucza to jednak bynajmniej wierzchowego wykorzystania koni, które jest z całą pewnością łatwiejsze, niż wymyślenie zaprzęgu i jeszcze wdrożenie (z założenia dzikiego) konia do pracy w nim. W każdym razie materiały ikonograficzne babilońskie i asyryjskie pokazują zarówno bojowe rydwany z dwu lub trzyosobową załogą (woźnica i łucznik, ewentualnie także lansjer), jak i łuczników dosiadających koni na oklep. W szczególności w strefie pustynnej południowej części Azji Środkowej korzystanie z zaprzęgów nigdy nie należało do najlepszych pomysłów: dominuje tam ciężki, gliniasty lub kamienisty grunt, a w oazach zdarzają się bagna, przez które żaden wóz nie przejedzie.

Rasa koni bojowych używanych przez wszystkie ludy scytyjskie oraz przez Persów musiała być jeśli nie wręcz tożsama, to bardzo zbliżona. Takie same konie służyły także tym Ariom, którzy w II tysiącleciu p.n.e. zaatakowali i zdobyli północne Indie. Tam także poświadczona jest – bardzo skomplikowana – ofiara z „białego“ konia (zanim koń został zabity przez rok chodził na swobodzie gdzie chciał, a ofiarnik musiał go przez ten czas strzec i wszędzie za nim podążać; wedle miejscowych wierzeń władca, który by sto razy złożył ofiarę z konia – co, jak łatwo policzyć, zajęłoby mu sto lat – zyskałby nieśmiertelność, oczywiście nikomu się to nigdy nie udało, choć byli tacy, którzy ofiarę z konia składali kilka razy w czasie swego panowania; był to także pretekst do podbojów, władca strzegł ofiarnego konia wraz z całą swoją armią i jeśli ten przypadkiem wszedł na ziemię sąsiada, nie było wyjścia, dochodziło do wojny…[3]).

Ogier Yanardag

Koni takich nie mieli natomiast ani Egipcjanie (którzy w ogóle z końmi zetknęli się dość późno, w połowie II tysiąclecia p.n.e.), ani później Grecy. Egipcjanie używali na ogół o wiele mniejszych wzrostem koni z północnej Afryki i (być może) Półwyspu Arabskiego. Według Aleksandra Stiepanowicza Klimuka, konie plemienia Dogonów w północnej Afryce oraz konie etiopskie, mogą pochodzić od koni Massagetów pozostawionych przez Kambyzesa jako załoga podbitego Egiptu.[4] Można by to sprawdzić metodą badań genetycznych.

Z całą pewnością do legendy natomiast należy traktowanie ulubionego konia Aleksandra Macedońskiego, Bucefała, niemal jak czystej krwi konia achałtekińskiego. Nie ma na to żadnych dowodów, a biorąc pod uwagę fakt, że wedle legendy, Aleksander miał sobie Bucefała ujeździć we wczesnej młodości, jeszcze w Macedonii, to najpewniej był to prymitywny i ordynarny koń tesalski, jakich stosunkowo najczęściej używali Grecy.

Po rozbiciu przez Aleksandra imperium Achemenidów palma pierwszeństwa w hodowli koni bojowych przeszła najpierw do Partów (którzy pokonali kilka razy Rzymian wykorzystując przewagę swoich konnych łuczników), a następnie do Sassanidów. W końcowym okresie panowania tych ostatnich, środkowazjatyckie prowincje ich imperium padły ofiarą najazdu Heftalitów, a następnie stały się obszarem stopniowo narastającej infiltracji różnych ludów tureckich, wśród których znaleźli się także (być może sturczeni Ariowie) Oguzi, przodkowie współczesnych Turkmenów. Temu właśnie ludowi udało się najpóźniej na początku XI wieku przejąć lub odtworzyć elitarną hodowlę koni bojowych, podobnych w typie do wcześniejszych koni Sassanidów i Partów – i m.in. dzięki temu dokonał ogromnych podbojów od Dunaju po Egipt, gdyż bezpośrednim spadkobiercą sułtanatu Turków seldżuckich, zmiecionego z powierzchni ziemi przez najazd mongolski, stał się, od XIV w., sułtanat osmański, przekształcony następnie w potężne, rozciągające się na trzech kontynentach, Imperium Ottomańskie, w którym licznie migrujący na jego terytorium Turkmeni byli jedną z ważniejszych grup ludności, wyspecjalizowaną m.in. także w hodowli koni na potrzeby wojskowości tureckiej. Natomiast terytorium dzisiejszej Turkmenii stało się po upadku ostatnich państw sukcesyjnych powstałych po rozpadzie państwa Tamerlana, obszarem pogranicznym o nie zdefiniowanej przynależności państwowej, gdzie półkoczownicze plemiona Turkmenów mogły bez większych przeszkód kultywować swoje tradycje żyjąc m.in. także z rabunku sąsiadów i najemnej służby wojskowej, do czego niezbędne im były możliwie jak najlepsze konie.

Izolacja tego obszaru od Europy po roku 1722 sprawiła, że wiedza o istnieniu jakichś szlachetnych, wschodnich koni na tym obszarze zanikła i w XVIII wieku, całkiem niezasłużenie, Europejczycy utożsamili „konia wschodniego“ z wcześniej mało znaną, nieliczną i żyjącą na krańcach zamieszkałego świata rasą koni arabskich.

Reasumując, absolutnie nie do przyjęcia jest, od czasu do czasu gdzieniegdzie jeszcze spotykana teoria o pochodzeniu wszystkich środkowoazjatyckich koni, w tym także koni turkmeńskich, od jakichś mongolskich kucy, czy też od koni arabskich. Natomiast pokrewieństwo koni turkmeńskich z ich starożytnymi poprzednikami, wojennymi końmi indo-irańskich ludów zajmujących podówczas teren Azji Środkowej i Zachodniej, jest sprawą nieco bardziej skomplikowaną niż można by to sobie wyobrażać posiadając tylko XIX-wieczną wiedzę o mechanizmach dziedziczenia. Raczej już było tak, że Turkmenom, którym dostały się w spadku po ludach indo-irańskich jakieś, niekoniecznie najlepsze i najbardziej elitarne konie z tej starożytnej hodowli, udało się bardzo podobnego konia, w bardzo podobnych jak w starożytności warunkach i z wykorzystaniem wspólnego materiału wyjściowego, ponownie wyhodować.

W następnym wpisie przyjrzymy się bliżej ludom które najprawdopodobniej dokonały po raz pierwszy sztuki wyhodowania elitarnych koni wojennych – naszym odległym aryjskim krewnym, czyli indo – irańskiej ludności Wielkiego Stepu i Wyżyny Irańskiej na przestrzeni od XIX w. p.n.e. do podboju arabskiego w VII w. n.e. Oczywiście  - koncentrując się przede wszystkim na jakże palącej kwestii dosiadanych przez nich czworonogów (i nie mam tu na myśli baktrianów J). W kolejnych wpisach zajmiemy się zagadką etnogenezy Turkmenów, związkami między hodowlą koni w Imperium Osmańskim a hodowlą staropolską, oraz tragiczną historią koni achałtekińskich w czasach sowieckich. Na tym „historię sekretną“ planuję zakończyć. Jeśli będziecie Państwo mieli na to ochotę, mogę potem dodać coś jeszcze o sprawach bardziej współczesnych…

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI TRZECIEJ


[2]   Akhalteke. A Great Racer of History. Aszchabat, 2003, str. 52
[3] Nota bene, recepty na zdobycie nieśmiertelności są w wielu mitologiach bliskie recepcie na zabójstwo poszukującego; w Indiach, innym sposobem niż złożenie stu ofiar z konia, miała być asceza prowadząca aż do całkowitego zniszczenia ciała ascety, co oczywiście też nikomu nie przyniosło powodzenia (a w każdym razie nic na ten temat nie wiadomo). W Chinach natomiast, dla odmiany, nieśmiertelność miało dać zdeflorowanie dziesięciu tysięcy dziewic. Podobno Mao Zedong próbował – ale nie dał rady…

17 komentarzy:

  1. Witam!
    Ja będę z niecierpliwością czekać na cykl wpisów o koniu achałtekińskim (od starożytności do współczesności ;). Rzecz jasna zgrabnie wplecionych pomiędzy tematykę ogólną bloga, coś jak dodatki do Wyborczej ;-)

    pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Konie achałtekińskie z całą pewnością są "ogólną tematyką bloga". To raczej inne treści pojawiły się tu "na przyczepkę"...

    OdpowiedzUsuń
  3. To nie Janardag, tylko Pijada.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Olga

    Wierzę. Ale to tylko znaczy, że pomylił się Turkmen podpisujący ilustracje w albumie, z którego to zdjęcie zeskanowałem :-) Nie będę więc niczego zmieniał...

    OdpowiedzUsuń
  5. "rodowód Bojnou – o tym ogierze będzie jeszcze mowa w jednym z kolejnych wpisów - kończy się na jego ojcu?"

    Dlaczego na jego ojcu? Wg Księgi Stadnej są jeszcze trzy udokumentowane pokolenia - BOJNOU->Leljaning Czep->Karamcz->Kutli Sakar

    OdpowiedzUsuń
  6. No więc tak się składa, że nie dysponuję księgą stadną... A z kim mam przyjemność - jeśli wolno pytać..?

    OdpowiedzUsuń
  7. Olga z tej strony, Jacku:)

    Dawno temu, gdy jeszcze księga była dostępna online, rozpoczęłam tworzenie własnej rodowodowej bazy i tamte dane były mi bardzo pomocne. Stamtąd właśnie pochodzą informacje odnośnie linii męskiej Bojnou. Kutli Sakar, ostatni znany mi, udokumentowany jego przodek jest założycielem większości rodów w tej rasie. Od niego idą dwie gałęzie: przez ogiera Sułtan Guli (linie Fakirpelwana i Geliszykli) i przez Bojnou (cała reszta z wyjątkiem linii ogierów Ak Belek, Dor Bairam i Ak Sakał).

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj,

    W sumie powinienem się domyślić. Nikogo innego w Polsce z taką wiedzą jak Twoja nie ma! Mam nadzieję, że będziesz dalej poprawiać moje pomyłki - których w kolejnych odcinkach cyklu będzie coraz to więcej, bo zaczyna się okres współczesny, a więc dobrze udokumentowany...

    Pozdrawiam!

    A swoją drogą, mogłabyś do nas wpaść jak już śniegi zejdą... - toż to wstyd, żebyśmy się przez tyle lat ani razu nie spotkali, dziewczynki zdążą się zestarze ć nim je pogłaskasz!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeśli będzie potrzeba to służę pomocą w kwestii rodowodowej, mogłabym siedzieć non stop w księgach, gdybym tylko miała taką możliwość!

    Jestem pod wielkim wrażeniem zamieszczonego tutaj cyklu i Twojego obeznania w temacie, wszystko przepuściłam już przez drukarkę i czytam, czytam, czytam. W historii trochę się gubię, ale to okazja do tego, żeby trochę się z niej dokształcić, więc mam ciekawe zajęcie na najbliższy czas.

    Wypadałoby w końcu się wybrać, chciałabym też zobaczyć Somaha. Samej trochę ciężko się zebrać, a innego zapaleńca nie widać... Ale obiecuję poprawę. U nas niestety achał-tekińce do głaskania się skończyły...

    Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejny odcinek!

    OdpowiedzUsuń
  10. Chcialbym zauważyć ze konie nisajskie (dlaczego nizajskie?)nie byly li tylko siwe czy białe, wystarczy popatrzeć w Oppiana 'Cygenetyce' (pisarz rzymski, agronom etc) etc. Miedzy Herodotem a Tymoteuszem z Gazy jest ponad 9000 lat,a obaj opisują konie nisajskie..
    Nota bene chyba wkradł sie błąd to piszemy Gonur-tepe a nie Gonur-depe?
    Dawno temu popełniłem taki 'artykulis' o koniu nisajskim http://dariocaballeros.blogspot.com/2008/10/salve-world.html
    Chcialbym zauwazyc ze siodlo/wynalazek etc to Scytowie gdzies w IV wpne, a idea o zaprzegu przed jazda wciaz jest przewodnia w Zachowniej literaturze tematu -eg, pisarstwo Anthony, Lewine etc
    Egipcjanie i ich konie to jest wciaz spor nie do konca rzowiazany, zwłaszcza ze w Egipcie odkryto szczatki koni z Epoki Brazu -XIV wpne - ktore byly rosle eg koń z Buhen.
    Gwoli Bucefala - to Rzymianie wychwalali konie trackie, a i w Tessali po pobycie paru tysiecy koni iranskich w V wieku, mogly sie zachowac ciekawe okazy krwi centralno-azjatyckiej... kto wie, zwlaszcza ze Tessalczycy konie hodowlai pasjami, to samo Tracy i ich pobratymcy ze stepu

    OdpowiedzUsuń
  11. Nizajskie nie nisajskie bo widać tak gdzieś przeczytałem i już zostało. A sufiks "tepe" - "depe" jest chyba wymienny. W każdym razie w kobylastym dziele zbiorowym pt. "Turkmenistan", z którego tu obficie korzystam, występują obie formy, ale ta z "d": częściej. Tak samo "Namazga - depe".

    OdpowiedzUsuń
  12. Co do tepe/depe - w kontekście Turkmenistanu bardziej poprawna jest forma depe bo to znaczy "wzgórze" po turkmeńsku. Tepe znaczy to samo ale po turecku :)
    Co do sztandaru - to raczej osły czy też mieszanki osłów z onagerami. Na konie mają za długie uszy no i jeszcze ogony z pędzlem na końcu. Po prostu autorka Akhelteke trochę "odleciała" z tą historią. Wozy i zaprzęgi raczej nie zostały wymyślone przez ludy stepowe. Kiedyś uważano że koło i wóz wynaleziono w Mezopotamii - bo najstarsze jego przedstawienia to był Uruk (jakieś 3200pne). Obecnie wiemy że Polacy (;P) byli pierwsi - wóz na wazie z Bronocic jest starszy.
    Teoria o pierwszeństwie wierzchowca może i wygląda sensownie, ale brak na nią dowodów. Ariowie to jeźdźcy rydwanów, W Egipcie czy Mezopotamii mamy od sztandaru z Ur do Aszurnasirpala II, przez ok 1700 lat przedstawienia wozów i rydwanów, ale nie kawalerii. Gdy pojawia się kawaleria z Aszurnasirpala to ma ona strukturę wcześniejszych oddziałów rydwanów i widzimy jak rozwija się z króla na króla. Za Aszurnasirpala Asyryjczycy nawet nie potrafią dobrze jeździć bo z pary tylko jeden walczy a drugi trzyma lejce obu koni. Później już lepiej jeżdżą ale przerzucają się głównie na włócznie i dopiero znów za Sennaheryba pojawiają się w większej ilości konni łucznicy - tym razem już nie potrzebujący pomocy przy strzelaniu podczas jazdy. To dosyć jasno pokazuje ewolucję i od czego się zaczęła.

    OdpowiedzUsuń
  13. Z Polakami to żart? Tak się pytam, bo dzieci to też czytają, uwierzą i będą powtarzać...

    Spędziłem miesiąc na ciężkiej i nie prowadzącej do satysfakcjonującego bynajmniej wyniku próbie doszukania się jakiegoś wspólnego mianownika w różnych poglądach na temat miejsca i czasu udomowienia konia, tudzież sposobów jego pierwotnego użytkowania. Tezy jakie są zawarte w tym odcinku "historii sekretnej" są z punktu widzenia tego, czego się dowiedziałem (aczkolwiek głównie to się dowiedziałem, że niewiele wiadomo...) momentami nieco kontrowersyjne. Niestety, nie mogę tego poprawić na razie - póki się tekst w "Końskim Targu" nie ukaże.

    O Asyryjczykach w każdym razie i ich problemach z powodowaniem koniem czytałem.

    OdpowiedzUsuń
  14. Z calym szacunkiem ale!
    'tepe' to starozytne slowo perskie oznaczajce wzgorze czy kopiec (dzisiaj wymawia sie to jako Tapa)- a 'jezyk turkmenski' jest jezykiem tureckim :) - prawie caly slownik jezdziecki ludow tureckich ma etymologie 'iranska' - wiadomo od kogo sie nauczyli Turcy koniarstwa

    Wedlug literatury archeologicznej ktora czytam - np monografia Anthony'ego z 2009 Horse, Wheel, and Language - prewenecja wozow jest niejasna- ale prowenencja rydwanow jest bardziej jasan, i wskazuje na Wielki Step i tu klania sie archeologia WIelkiego Stepu - polecam ksiazki i artykuly rosyjskie, angielskojezyczen w temacie - jest morze literatury.

    Na bardzo wczesnych reliefach z IX w pne Assyryjczycy na rydwanach scigaja konnych lucznikow (Kimerow? Medow? ) ktorzy wykonuja tzw 'partyjski strzal' - wydaje sie ze gdyby region Anatolii wschodniej, wczesniejsze zabytki kultury Koban (Kaukaz) z IX-X w pne maja wspaniale ilustracje jezdzcow (z pasow metalowych, ktore to zdobnictwo powtarza pozniej sztuka Urartu) z lukami, kolczanami, koni w czaprakach etc (podobne nieco do znalezisk z Maku ).
    Wydaje mi sie ze gdyby tereny Wschodniej Anatolii, Afganistanu, i Iranu polnocnego byly dokladnie badane archeologicznie to bardzo ciekawe rzeczy moglyby sie pojawic
    pozdrawiam
    ps
    ostatnio czytalem sporo artykulow np Horses and Humans, pod redakcja Olsen - i debata wcale nie jest zakonczona.

    OdpowiedzUsuń
  15. Z Polakami to żart częściowy. Po prostu na chwilę obecną najstarsze przedstawienie wozu pochodzi z Polski z Bronocic właśnie i jest o ok 200-300 lat starsze niż najstarsze i najbardziej prymitywne przedstawienia z`Mezopotamii(oczywiście ani Polski ani Polaków jeszcze wtedy nie było).
    Proszę samemu poszukać chociażby tu:
    http://www.ma.krakow.pl/wystawy/wozy_z_bronocic
    Inną kwestią jest to że do tego wozu raczej nie zaprzęgano koni a krowy (a w zasadzie prymitywne bydło - jeszcze prawie tury).
    Co do tepe/depe - oczywiście ze turecki i turkmeński są bardzo blisko spokrewnione ale występują miedzy nimi różnice. Wystarczy zajrzeć do słownika - np on-line webstera. Tu mamy turkmeńskie depe:
    http://www.websters-online-dictionary.org/Turkmen/depe
    a tu tureckie tepe:
    http://www.websters-online-dictionary.org/Turkish/tepe
    Zatem jeszcze raz powtórzę dla stanowiska w Turkmenistanie bardziej poprawna jest forma depe jako turkmeńska niż turecka tepe.

    Co do tego czy konia udomowiono pod wierzch czy do rydwanu. Nie wiem. Teza że było to pod wierzch a potem zmieniono brzmi logicznie, ale nie ma większego przełożenia na materiał archeologiczny. Z obszarów znanych dobrze (Egipt i Mezopotamia) najpierw mamy użycie w rydwanie a dopiero dłuugo potem pod wierzch. Oczywiście jest jedna kwestia. Mowa tu o bojowym użyciu konia. Mogło być tak że koń został udomowiony najpierw pod wierzch, ale nie służył w ten sposób do walki a jedynie jako środek transportu. Potem pojawia się rydwan jako środek bojowy i to on jest przedstawiany. Nikt nie przedstawia hipotetycznych konnych gońców czy pasterzy ze stadami. Dopiero po jakimś czasie udaje się wyhodować pierwsze konie bojowe i opracować skuteczne metody walki z konia, formacje itp. Dopiero wtedy na przedstawieniach i w tekstach pojawiają się konni bo rośnie ich znaczenie (ikonografia i teksty były zawsze bardzo wybiórcze w doborze bohaterów). Mogło być i tak ale czy tak było...?

    Ps. - łatwiej byłoby dyskutować na jakimś forum..

    OdpowiedzUsuń
  16. Do wyboru są dwa: www.historycy.org albo www.re-volta.pl Pierwsze historyczne, drugie końskie. Na "historykach" można utworzyć wątek o udomowieniu konia - jeśli jeszcze takiego nie ma - ale będą się wypowiadać głównie historycy, spośród których 90% nigdy nie dotknęło konia. Na Re-volcie jest wątek o koniach achałtekińskich, ale nie ma ani jednego historyka, który mógłby cokolwiek sensownego odpowiedzieć w sprawie przeszłości tej rasy odleglejszej niż dane zawarte w księdze stadnej. Co do udomowienia, to takiego wątku raczej nie ma i też mu wielkiej poczytności nie wróżę.

    To bardzo hermetyczna dziedzina. Co innego, gdybyśmy tak o historii motoryzacji chcieli porozmawiać!

    OdpowiedzUsuń
  17. czolem,
    w kwestii Bronocic et wozow etc to kwestia jest skomplikowana o tyle ze najwczesniejsze wyobrazenia wozow w formie modeli naleza do kultury zwana Baden, z 'epicentrum' na Wegrzech eg Budakalasz oklo 3,300-3,100 pne, ale wedlug info u Anthony'ego (w tej ksiazce o ktorej wczesniej pisalem) sa one podobne do anatolijskich (rejon Troji). Inna kwestia ze nad Wolga znaleziono wyobrazenia (na stepie) z okolo 3,200 pne... Te z Budakalasz przedstawiaja zaprzeg wolow..
    Anthony napisal kiedys bardzo ciekawy artykul (dostepny na necie na jego stronie)o przewadze luku uzytego z rydwanu wersus luk prosty z konia - i o tym jak wynalazek krotkiego luku refelksyjnego ikompozytowego okolo konca II tys. pne przez nomadow-jezdzcow doprowadzil do upadku rydwanu bojowego w formie egipsko-azjatyckiej. Bardzo ciekawy artykul - ostatnio czytalem ciekawa ksiazke o lukach indianskich z prerii - i o uzyciu krotkich lukow rogowo-sciegnowych (sorka, ale jakos nie moge sobie przypomniec lepszej nazwy) z konia, o sile penetraji, zasiegu i przwadze w wlace konnej wersus bron palna do wynalzienia Colta...
    Nie mam zamiaru walczyc o tepe w jezykach tureckich :) , w kazdym razie uzywa sie tepe w literaturze zachodniej - tu ciekawostka Turkmeni sa tureckim ludem, ale Azerowie (z Azerbajdzanu) sa poturczonym ludem iranskim, pokrewym dzisieszym Iranczykom
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...