sobota, 6 listopada 2010

Błąd

Przedwczorajsza decyzja o powrocie na noc do domu okazała się brzemiennym w skutki błędem. Mniejsza przy o tym o zużyte paliwo i stracony czas (koniec końców czas bym i tak stracił – w taki, czy w inny sposób…). Kłopot w tym, że moją obecność w chatce jak głodny sęp padlinę zwietrzył druh mój serdeczny Radek. Który dalej brnie w swój szaleńczy projekt handlu bydłem.

Kupił już samochód. Tyle, że w odróżnieniu od rzęcha jakiegośmy wspólnie oglądali na giełdzie w minioną niedzielę, nieprzystosowany do przewozu zwierząt. Trzeba go zatem przystosować. Potrzebne są do tego dwie rzeczy. Winda (tylna klapa) ze stosownymi barierkami. Oraz deski aluminiowe do wyłożenia paki, żeby jej byki rogami nie zdemolowały.

No to winda już jest. Przywiozłem z Włocławka. Ale oczywiście, że nie obyło się bez przygód!

Druh mój ostateczną decyzję o tym, że wysyła mnie do Włocławka (przecież i tak jadę do Płocka, a to niedaleko…) podjął o 6.33 rano. Uprzedziłem go, że będę wyjeżdżał przed 7.00, to właśnie w tym momencie zadzwonił, a kilka minut potem – przyjechał, żeby udzielić mi instrukcji.

Gdyby zdecydował się odrobinę wcześniej, po prostu szybciej bym wyjechał. A tak – mając po drodze Górę Kalwarię, gdzie musiałem podczepić lawetę oraz remont wiaduktu w Sochaczewie, przez który nadłożyłem sporo drogi (a i jeszcze uszkodziłem lawetę: most na Bzurze miał szykany ograniczające szerokość przejeżdżających pojazdów do 2 m. Trafiłem idealnie w środek. Samochód się zmieścił. Laweta była za szeroka. O dekle na kołach. Których teraz już nie ma…), a także o wiele większe opory powietrza stawiane przez dość długą lawetę ciągnącą się za Wendi, dotarłem w miejsce zaplanowanej prezentacji punkt 11.00. Na oparach paliwa, bo mimo wszystko gnałem na złamanie karku. Rozkładałem cały mój prezenterski majdan – monitor, zioła, ulotki, tło – na oczach już czekających na występ pań. W dodatku spocony i mokry – bo biegałem od samochodu do sali z tobołami, a jeszcze jak raz: deszcz lunął.

Deszcz zresztą skutecznie odstraszył publiczność, więc i tak nie miałem komu sprzedawać. Pań było cztery wszystkiego…

Jakoś przebrnąłem przez obie prezentacje, bez najmniejszego, rzecz jasna, sukcesu. Zdołałem się doczołgać moim nieco już sfatygowanym zestawem do najbliższego paliwopoju. Oczywiście, jak to w Płocku – Orlenu. Nawet mieli bioestra, co się nie zawsze zdarza! A potem ruszyłem na Włocławek.

A konkretnie do wsi o wdzięcznej nazwie Warząchewka. Mijając zresztą po drodze m.in. wieś o jakże wdzięcznej nazwie Boża Wola. Powinienem wystąpić do sołtysa z inicjatywą nawiązania partnerskiej współpracy między Boską a Bożą Wolą.

Naturalnie skręciłem w pierwszy możliwy zjazd do lasu opatrzony drogowskazem „Warząchewka Król.“ Jak raz stała przy nim niewiasta w stroju niedbałym. Ponieważ ruch na drodze był dość intensywny, pewien uprzejmy kierowca TIR-a przepuścił mnie do skrętu w lewo. Czyżby jednak istniał pewien związek między występowaniem tego rodzaju niewiast, a ruchem TIR-ów..? Bo gdzieś czytałem i od tamtej pory powtarzałem zawsze, że to mit jedynie, bo tak naprawdę klientami są po prostu mieszkańcy pobliskich miast… No cóż: niezależnie od tego, czy doczekałem się tej uprzejmości ze względu na męską solidarność, czy ze względu na Warząchewkę, wjechałem do lasu. Był to niewłaściwy zjazd rzecz jasna. Ale i tak trafiłem.

Ustrojstwo które mi włożyli na lawetę może nie jest przesadnie ciężkie (aczkolwiek policjant, który mnie kilka godzin później zatrzymał wyraził powątpiewanie, czy istotnie jego masa mieści się w granicach 1,5 tony, na ile obliczona jest laweta – przekonałem go jednak, że powątpiewanie to jest pozbawione podstaw: po pierwsze, nie widać było, żeby się rzeczona laweta miała jakoś pod tym ciężarem uginać, a po drugie – na Boga, ileż może ważyć tylna klapa od zwykłego, dostawczego mercedesa, żeby go nie przewrócić na plecy..? Dzięki temu nie zauważył, że lawecie skończył się właśnie przegląd techniczny, a brak dodatkowych obrysówek skwitował pouczeniem i puścił mnie wolno…). Za to kompletnie było nieustawne. Jak by nie położyć, zawsze kawałek wystawał. Nie bardzo też było za co zaczepić pasów. Z którymi zresztą długo walczyłem przy pomocy rodzica sprzedawcy ustrojstwa (sam sprzedawca ewakuował się natychmiast po złożeniu ciężaru na lawecie i tyle go widziałem – dzięki czemu Radkowy plan negocjowania ceny w dół jeszcze i w ostatniej chwili upadł z kretesem: rodzic, wobec ścisłych instrukcji cenowych przez syna pozostawionych, nie wypuścił mnie z podwórka, póki wcześniej uzgodnionej kwoty w pełni nie uiściłem…). Albowiem, jak to zwykle bywa, dostałem je namotane. Jeden trzeba było rozciąć i zastąpić użyczonym przez znudzonego w końcu tą walką (dobrze ciemno się już zrobiło) gospodarza.

W sumie jednak, przymocowałem to – ku własnemu zaskoczeniu – solidnie. Przez całe 250 km towar nie przesunął się w widoczny sposób, tym bardziej – nie spadł, czego się najbardziej bałem. Jechałem oczywiście jak kaleka, powodując zrozumiałą irytację innych kierowców. Żeby w ogóle widzieć, co się na lawecie dzieje, włączyłem sobie przeciwmgielne – Wendi ma tylną, czerwoną lampę tak mocną, że wyglądało to jak burdel na kółkach w rezultacie. Przyciągając tym samym uwagę wspomnianego już policjanta – w Pniewach, więc już bardzo blisko celu.

Tak swoją drogą, zauważyłem przy okazji, że mamy w okolicach mnóstwo bardzo sympatycznie nazwanych miejscowości. Zaraz obok Pniew są na przykład Konie. A jak się zjeżdża w Grójcu na „siódemkę“, to zjazd oznaczony jest „Kraków – Końskie“. Jeszcze ta nie tak dawno wspominana Końskowola, też niedaleko…

Oczywiście, natychmiast po tym, jak zjechałem na „siódemkę“ w stronę Białobrzeg, ustrojstwu otworzyła się bodaj boczna burta. I zaczęła się bełtać. No i co teraz? Zatrzymać się i próbować to przymocować..? W „służbowej“ marynarce i najlepszych dżinsach (na gajerek na razie jeszcze nie zarobiłem…)? Lepsza Połowa by mnie zabiła... Jechać dalej? A jak się urwie i zgilotynuje pojazd za mną..?

No i tak sobie hamletyzowałem całe 20 km. Jadąc oczywiście wolniej i wolniej. W miarę jak coraz plastyczniej wyobrażałem sobie to gilotynowanie… Doczołgałem się w końcu do zjazdu na Kozienice, czyli praktycznie – do domu. Tam już żadnego ruchu nie było. Za to było ciemno. To po prostu pojechałem dalej. I chyba nic się nie urwało. O ile jestem w stanie to stwierdzić.

Zostawiłem lawetę z towarem zgodnie z instrukcją u Radka. Nie na podwórku wprawdzie, bo brama była zamknięta (mam nadzieję, że nic dodatkowo nie uszkodziłem zawracając po ciemku – wjechać pod oborę, zaraz za wjazdem na podwórko mi się nie udało, bo w błocie kółka lawety przestały się obracać i zamiast cofać się, tylko kręciła się w miejscu…), a za stodołą. Oczywiście, nie jest to jeszcze koniec historii. Lawetę bez dekli trzeba teraz oddać właścicielowi. Ale to już zmartwienie Radka…

Do domu dotarłem po 22.00. Obudził mnie hałas za chatką. O 5.13.  Czyli dawnej 6.13 – prawda? Maleństwo zgłodniało i samo przyszło najeść się owsa. Rozwalając całą misterną konstrukcję z dwóch wzajemnie podpierających się worków. Zaraz chyba całe towarzystwo wygonię na padok – deszcz powoli ustaje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...