poniedziałek, 11 października 2010

Rżnę coraz młodsze...

brzózki na naszej porębie. Znakiem tego pora powoli myśleć, co tam w przyszłym roku posiejemy? Jeszcze tylko jedna gęstwa karłowatych sosenek do wyrżnięcia została. Wszystkie zresztą chore (jakaś epidemia panuje w okolicy...). Jeszcze tylko pozbierać i spalić gałęzie. No i wyrwać karpy (łatwo się pisze...). I już będzie gotowe pole. Przez chwilę myślałem, żeby może posadzić tam kłącza miskanta bez wcześniejszej orki i bez wyrywania tych nieszczęsnych karpów w związku z tym. Ale potem header sieczkarni, która by mi ten miskant zbierała, łamał by się na resztkach dawno wyciętych brzózek i sosenek. A jeszcze nie zwariowałem aż tak, żeby to sobie sierpem zbierać!

Zresztą akurat dzisiaj zauważyłem jak po wykarczowaniu pokazują się bruzdy po orce. Tej ostatniej. Sprzed jakichś 30 lat... Tradycja jednak zobowiązuje!

Poza tym, poniedziałek był jak z tragikomedii. Najsampierw wysiadł nam monitor. Potem się okazało, że mam zablokowany telefon mimo, że w piątek zapłaciłem zaległy rachunek za sierpień. No załamać się można!

Monitor w końcu pożyczyłem od Radka, druha mego serdecznego. On nie używa, bo nie zapłacił za neostradę. Telefon przed godziną się odblokował. Na rachunku bankowym są zresztą środki z "NCz!" za publikowany tamże we wrześniu materiał o płk. Fukushimie. Jak mi się uda przebrnąć przez stronę banku, spróbuję zapłacić także wrześniowy rachunek za telefon i rachunek za dostęp do internetu.

Przez cały dzień rżnąłem, rżnąłem i rżnąłem... Między innymi narżnąłem trochę kołków i umocniłem tylną ścianę zimowego padoku. Koniowate nie będą teraz mogły przedostać się na Pierwszy Padok. Narąbałem też trochę małych szczapek na rozpałkę - czego, prawdę pisząc, nie lubię, bo roboty tyle samo co przy normalnym machaniu siekierą, a efekt jakiś taki... mizerny!

Zaliczyliśmy punkt w wojnie z myszami: jedna sztuka złapała się w myszołapkę. Koćkodan ogłosił całkowite i totalne desinteresment w tej sprawie. Mysza wyrzuciłem więc do jednego z dołów jakie ciągle mi zostały do zasypania w lepszych czasach.

Podczas rżnięcia towarzyszyło mi kruczydło. Skubany tak nisko nade mną latał, że słyszałem świst powietrza rozcinanego jego skrzydłami. Kawał kurczaka!

Znalazłem też fotogeniczne grzybki:
One są nawet jadalne, jak wyczytała w swoim poradniku Lepsza Połowa - po przegotowaniu. Myślę jednak, że zupełnie nam wystarczyło sobie na nie popatrzeć, gotować już, ani nawet zrywać, nie będziemy.

Od rana chodzi za mną ten motyw:
Skądinąd pasuje to i do wczorajszej polemiki, prawda..?



3 komentarze:

  1. Musze przyznać, że tytuł wpisu mocno się wyróżniał w czytniku RSS :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tytuł mocny :)) Faktycznie.
    A młode brzózki aż szkoda rżnąć, bo piękne są, ale skoro trzeba to trzeba.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Iw
    Zapewniam Cię, że efektem mojej tu od dwóch lata działalności jest krajobraz o wiele piękniejszy niż przedtem. Co każdy potwierdzi. Nie mam więc najmniejszych wyrzutów sumienia, a nawet wprost przeciwnie!

    A starszych rżnąć nawet nie wolno...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...