niedziela, 17 października 2010

O głupocie raz jeszcze

Zimno. Na trawie biały szron. Konie stoją na Wielkim Padoku pod brzózką i wystawiają boki na promienie wschodzącego słońca. Udało mi się dość sprawnie, mimo buntów komputera wykonać zadanie domowe dla moich przyjaciół z Warszawy. Znakiem tego: mam czas, żeby i Państwa trochę pomęczyć.

Biorąc pod uwagę oszałamiającą wprost liczbę komentarzy pod tekstem „pigularskim“, powinienem znowu pisać o medycynie. Albo o piłce nożnej. Jak widać bowiem, każdy Polak na chorobach się zna. Na piłce nożnej podobno również.

Tak jednak nie zrobię. Prawdę pisząc, gdybym był jeszcze bardziej cyniczny niż jestem (a jestem, nie przeczę…), wykorzystałbym Państwa dyskusję do sprzedaży ziółek. Niewątpliwie brednie o „antenach świadomości“ (nawet powtórzyć takiego bełkotu nie potrafię) emerytki kupiłyby (zarazem worek ziół kupując) o wiele łatwiej i chętniej niż jakieś tam historyjki o szamanach ludu Ashaninka czy bujności tropikalnej flory które sprzedawać próbuję. Czego również nie zrobię. Nie umiałbym takich bzdur z przekonaniem zapodawać.

Nie będzie zatem ani o zdrowiu, ani o futbolu. W ogóle, chciałbym już temat ziółek i zdrowia zakończyć. Co nie znaczy, że nie będzie ostro! Tym razem bowiem, pojadę po nazwiskach. Bez żadnych tam „dajmy na to N.“ Walę prosto z mostu: za rozbiory i upadek Polski, a w konsekwencji i za tę czarną dupę, w której teraz siedzimy, z katastrofą smoleńską, rządem Donalda Tuska i opozycją Jarosława Kaczyńskiego włącznie, odpowiada personalnie i osobiście August Aleksander ks. Czartoryski.




Owszem, owszem – winnych było w sumie więcej. Ale ks. August był wśród nich pierwszy i najważniejszy. Od niego się zaczęło. Słusznie zatem, palmę pierwszeństwa w Poczcie Głupców Polskich dzierżyć powinien!

Książę August był postacią nietuzinową i powszechnie swego czasu szanowaną. Wspólnie z Andrzejem ordynatem Zamoyskim kierował stronnictwem magnackim, jakie uformowało się za panowania Augusta III Sasa wokół rodów Czartoryskich i Zamoyskich, zwanym „Familią“. Do tej pory każde dziecko w szkole podstawowej (czy w gimnazjum..?), musi się o „Familii“ uczyć i to pochlebnie. Stronnictwo to bowiem w oczach postępowych historiografów uchodzi za postępowe. Jak zatem postępowi historycy mogą o nim pisać inaczej niż pochlebnie..?

Książę August wymyślił, że przejmie władzę nad całą Rzeczypospolitą. To nie jest zarzut. Każde stronnictwo o tym właśnie myśli i myśleć powinno. Również metoda, której ks. August chciał użyć i użył, acz może wzbudzać sprzeciw u lekkoduchów, bynajmniej nie wzbudza mojego potępienia. W zaistniałej sytuacji nie miał innego wyjścia. Rzeczpospolita za Sasów stała się rodzajem luźnej konfederacji magnackich państwek, gdzie w każdym powiecie i w każdym województwie jakiś „panek“ samowładnie rządził. Żaden mechanizm ustrojowy (w rodzaju wyborów), ani żadna siła wewnętrzna (w rodzaju pokonania wszystkich konkurentów zbrojnie), nie dawała zatem nadziei ks. Augustowi na sukces. Sukces mógł przyjść tylko dzięki pomocy z zewnątrz.

I tak to dokładnie ks. August zaplanował. Jeszcze za życia starzejącego się Augusta III „Familia“ postanowiła, że po jego śmierci zaprosi do Rzeczypospolitej rosyjskie wojska i przy ich pomocy narzuci wygodną dla siebie osobę króla i nowy system rządów, gwarantujący opanowanie przez familiantów całej machiny państwowej, którą po to, aby opanować się ją dało, należało właściwie stworzyć od nowa – czyli „zreformować“ ustrój, jak to podręczniki szkolne ujmują.

Jak zaplanowano, tak (prawie…) wykonano. 11 kwietnia 1764 roku podpisane zostało porozumienie między Rosją a Prusami o wyborze polskiego króla. Już wtedy zostało przesądzone, że nie zostanie nim ukochany syn ks. Augusta, Adam Kazimierz Czartoryski (od 1758 roku starosta generalny ziem podolskich, od 1761 żonaty z posażną Izabelą z Flemingów, od urodzenia edukowany na króla…), tylko nielubiany przezeń syn jego siostry Konstancji, Stanisław Antoni Poniatowski, stolnik litewski i były kochanek Katarzyny II jeszcze w czasach, gdy była tylko żoną rosyjskiego następcy tronu, naturalny ojciec ich córki, Anny Piotrowny.

Czy caryca, z którą się ks. August układał, pamiętała o tym, aby swojego polskiego sojusznika o dokonanym wyborze powiadomić, nie jest do końca jasne – Poniatowski wiedział, że będzie królem co najmniej od 2 sierpnia 1762 roku, którą to datę nosi list Katarzyny do niego w tej sprawie. W każdym razie w maju 1764 roku pp. August Czartoryski i Andrzej Zamoyski zgodnie z wcześniejszym planem poprosili Katarzynę o przysłanie wojsk dla większej dbałości o swobody Rzeczypospolitej. Od roku zresztą w Końskowoli, majątku ks. Augusta, ćwiczyła się jego prywatna milicja na utrzymanie której pobierał z carskiego skarbu 54 tysiące złotych miesięcznie. 7 maja 1764 roku pod rosyjsko – czartoryską „ochroną“ zawiązał się pod węzłem konfederacji (co wykluczało użycie veta – owa konfederacja została zresztą od razu ogłoszona „wieczystą“, de facto liberum veto w ten sposób likwidując…) sejm konwokacyjny. Który od razu uchwalił pakiet ustaw tworzących nieistniejący wcześniej aparat państwowy Rzeczypospolitej. W tym na przykład – tzw. „cło generalne“, płatne także przez szlachtę, a nie tylko przez kupców stanu nieszlacheckiego, a i parę innych sposobów na rozwiązania sakiewki obywateli bez czego, jak wiadomo, rządzić krajem nie tylko nie sposób, ale i – nie ma po co. 7 września 1764 roku 5320 elektorów, pilnowanych przez ponad 7 tysięcy carskich sołdatów, podpisało akt elekcji Stanisława Antoniego. Który koronował się – wbrew tradycji nie w Krakowie, a w Warszawie – 25 listopada tego samego roku, w dniu imienin swojej protektorki, przyjmując imiona „Stanisław August“. Zamach stanu dokonał się.

Kłopot w tym, że nie do końca po myśli inicjatora. Królem miał być przecież Adam Kazimierz ks. Czartoryski a nie jego wujeczny kuzyn, Stanisław Antoni Poniatowski. Ojciec ks. Adama Kazimierza, ks. August (używam tych tytułów za każdym razem bo Czartoryscy, od Rurykowiczów się wywodzący, należeli do tzw. „książąt starożytnych“, którym prawo ich używania zapewnił jeszcze akt Unii Lubelskiej z 1569 roku: nie używać zatem tytułu, nie wypada!), nie poprzestał na surowym obstrofowaniu syna, że ten również carycy bękarta nie spłodził, na podobne jak Stanisław Antoni łaski nie zasługując. Obraził się śmiertelnie na siostrzeńca i wycofał wszelkie poparcie dla króla, którego sam stworzył.

Co więcej, ks. August, kolokwialnie pisząc, zapomniał skąd mu nogi wyrastają. Już tzw. „reformy“ sejmu konwokacyjnego, jak się okazało, wcale nie były uzgodnione z carycą. Potem było jeszcze gorzej. Świeżo wykreowany król i opozycyjna wobec niego „Familia“ prześcigali się w wymyślaniu coraz to bardziej radykalnych reform i ani jedna, ani druga strona, nie zadała sobie trudu, aby ich plany bodaj z ambasadorem carskim, jeśli nie z samą carycą skonsultować. Taka dyplomatyczna wersja „bitwy pod Lenino“, czyli staroruskiej taktyki „rozpoznania walką“ – na zasadzie: pójdziemy naprzód, a ilu zginie, to nam powie, co się w tych krzakach chowa. Nic dziwnego, że Katarzyna szybko miała dość i swojego byłego kochanka i jego obrażonych krewnych i przeszła na „ręczne sterowanie“. Najpierw, na kolejnym sejmie (tzw. „sejm Czaplica“ z 1766 roku), doprowadziła do anulowania większości owych „reform“ z 1764 i rozwiązania „konfederacji wieczystej“, a potem, korzystając z obecności wzmocnionych jeszcze sił rosyjskich, podniosła sprawę tzw. „równouprawnienia dysydentów“ – klasyczny dla rosyjskiej pragmatyki politycznej „temat zastępczy“, którego rozdmuchanie doprowadziło do zbrojnego aktu rozpaczy naszej krajowej konserwy, czyli do konfederacji barskiej. Że caryca się przeliczyła w swojej nadziei na skuteczność sterowania ręcznego i szybko i niedrogo owej konfederacji stłumić się nie dało, potrzebny był I rozbiór. A potem już poszło…

Tak by się jednak nie stało, gdyby ks. August trzeźwiej oceniał rzeczywistość. Jego syn nie miał żadnych szans na koronę. Właśnie dlatego, że był jego synem – dziedzicem ogromnego majątku (po śmierci ojca w 1782 roku dostał w spadku 60 mln złp: więcej, niż kosztowała Polskę cała wojna w obronie – poronionej, o czym już pisałem – konstytucji 3 maja…), człowiekiem potencjalnie niezależnym. Królem w tym rozdaniu mógł być tylko ktoś taki jak Stanisław Antoni Poniatowski – niebogaty, nielubiany, łatwo poddający się wpływom. Zamiast snuć nierealne marzenia, a potem obrażać się na rzeczywistość, trzeba było zadbać o własny na nominata carycy wpływ i w ten sposób realną władzę nad krajem sprawować. Nie było to takie trudne. Tylko trzeba było chcieć.

Nie było też sensu podejmować „reform“ tylko dla samego reformowania. Oczywiście, że nie sposób rządzić krajem, który żadnego zgoła aparatu przymusu, o innych niezbędnych do rządzenia atrybutach nie wspominając nie posiada i który nie ma prawie żadnych dochodów, sądów, praw. To wszystko trzeba było stworzyć. Katarzyna też to rozumiała i na reformy niezbędne dawała z góry zgodę. Po co było jednak kłuć ją w oczy lansowaniem „kodeksu Zamoyskiego“[1], który podważał władzę pana nad chłopem..? Zniesienie pańszczyzny czy uwłaszczenie chłopów i tak było w tym momencie ekonomicznie nierealne. Najpierw musiała się upowszechnić nowa technika uprawy ziemi, która pozwalałaby obyć się bez pracy pańszczyźnianych chłopów – a chłopom już niepańszczyźnianym, dawałaby szansę na przetrwanie lat gorszych urodzajów czy innych klęsk żywiołowych na co, używając ciągle trójpolówki, bez pańskiego wsparcia, nie mieli żadnych szans. Trzeba więc było, obok Szkoły Rycerskiej, założyć Szkołę Agronomiczną (w rzeczywistości założoną pół wieku później, za – autonomicznego – Królestwa Kongresowego) i nie tylko po stroje, konie, herbatę i ogrody do Anglii podróżować.

Ogólnie zaś, nie trzeba się było wstydzić, języka w gębie zapominać, honorem unosić (nie ma niczego honorowego w uprawianiu polityki, jak ktoś chce żyć honorowo, nie za politykę powinien się brać, tylko do wojska wstąpić, lubo obawiam się, że i w tym przypadku, szarże wyższe od porucznikowskiej mogą wymagać pewnych kompromisów…), nie wiem co tu konkretnie zadecydowało – zamiast reformować na oślep, trzeba było za każdym razem przynajmniej ogólne ramy planowanych legislacji z carycą zawczasu uzgadniać. A, jeśli się już poszło na rolę kolaboranta, to nie trzeba było zarazem cofać się przed krokami wśród szerokich rzesz szlacheckiego prostego ludu niepopularnymi, jeśli mogły one Wysoką Protektorkę uszczęśliwić. Jak ów zastępczy temat „praw dysydentów“. Bo i co z tego, że szlachta by sobie na sejmikach pobigosowała, że innowierców do urzędów dopuszczają..? Nawet, gdyby wynikła z tego jakaś zbrojna ruchawka, to szanse na jej szybkie i tanie stłumienie byłyby o wiele większe, niż to naprawdę było – gdyby do sił królewskich i rosyjskich, jeszcze i ta milicja z Końskowoli dołączyła, i wojska prywatne pozostałych „familiantów“, też niemałe…

Nie o to mam pretensję do ks. Augusta, że rosyjskie wojska do kraju sprowadził. Nie miał innego wyjścia. Nie miałbym też do niego najmniejszych pretensji, gdyby wpływu w ten sposób zdobytego użył WYŁĄCZNIE dla powiększenia potęgi własnej, swojego rodu i stronnictwa. Dla prywaty, ambicji, władzy i zbytku. Są to naturalne motywy ludzkiego działania i nie ma się co o nie obrażać. Pretensje do niego mam, bo się okazał pierdołą saskim, francuskim pieskiem, panienką z okienka. Zamiast pogodzić się z tym, co nieuchronne i próbować wygrać to na swoją korzyść – co leżało w jego możliwościach jak najbardziej – obraził się na rzeczywistość. Czyż nie jest to dowód głupoty najpierwszej czystości..?


[1] „Zbiór praw sądowych“, to oczywiście historia, która działa się dopiero w latach 1776 – 1780, już po I rozbiorze, tu ją podaję, bo jest to przykład najbardziej wyrazisty…

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...