sobota, 16 października 2010

Królowie życia


Jeszcze jedną z ciekawych obserwacji, jakie udało mi się poczynić w podróży, była możliwość podziwiania panów trudniących się zbieraniem surowców wtórnych przy pracy. Wiem już dzięki temu, że materiał, z którego zrobiony jest nasz „włoski ekspres“ do kawy (czyli ekspres przelewowy do postawienia na gaz), mimo pozorów metaliczności nie jest poszukiwanym surowcem. Potwierdza się też prawda znana co najmniej od czasów Villona: panowie są doskonale zorganizowani, każdy ma swój rewir, do konfliktów o rewiry nie dochodzi, bo panuje nad tym sprężysta i bezwzględna władza zwierzchnia…

Wszystkie te obserwacje poczyniłem dzięki zgubnemu nałogowi mojego bardziej doświadczonego kolegi, przy którym terminowałem. Mianowicie, obok wielu innych ziół amerykańskich, wielbi on także tytoń – a że wszechobecna propaganda panującej nam niemiłościwie mafii czyni z tytoniu wroga publicznego numer jeden, nie sposób oddawać się tej namiętności przy klientach. To jest – pacjentach. Wszystko jedno. W każdym razie: zwykł był pomykać na dymka w jakieś zakazane chaszcze, byle go widać nie było. A ja za nim, bo niby co innego miałem zrobić..?

Dzięki temu na jednym z zapuszczonych podwórek na tyłach osiedlowego klubu, w którym występowaliśmy mogliśmy podziwiać dwóch panów w akcji. Najpierw zjawił się jeden, z archaicznym, drewnianym wózeczkiem dziecinnym. Po prostu wypisz wymaluj – jak z planu filmu „Edi“! Wyciągnął z wózeczka specjalny hak, żeby się bez potrzeby nieczystościami nie kalać. W chwili zaś, gdy począł rozgrzebywać najbliższy śmietnik, na horyzoncie pojawił się drugi z panów. Ponieważ – sądząc po tym, co chyba zrozumieliśmy z ich konwersacji – i jeden i drugi był na cudzym rewirze. Konkretnie: ten, który przybył pierwszy, wkroczył na teren należny drugiemu podczas gdy tamten penetrował w tym czasie rewir pierwszego. Co szczerze sobie od razu wyznali. Nowo przybyły natychmiast poinformował pierwszego z kloszardów o zawartości spenetrowanych śmietników na jego terenie, której – jak zapewnił – nie tknął. W zamian wziął się za przeglądanie łupów tamtego. I stąd wiedza na temat ekspresu, jaką posiadałem.


Aż nas trochę zazdrość wzięła. Iście filozoficzne życie prowadzą panowie. I dobrze zorganizowane. Bez niepewności – chyba takiej tylko, co będzie dziś w śmietnikach..? Nie chciałbym, broń Panie Boże, porównywać tego do gospodarki zbieracko – łowieckiej, tak ulubionej przez Pana Wojciecha, ale… na pewno nie jest możliwe takie życie na wsi! Na żadnej wsi zresztą. Od starożytnego Egiptu zaczynając. Życie miejskie jest przystanią dla takich indywiduów. Od czasów Diogenesa zwanego Psem (o którym już tu raz wspominałem) poczynając. Trwałość zjawiska wskazuje na jego głębokie, psychiczne raczej niż społeczne korzenie. Wszak istniało w starożytności, miało się doskonale w średniowieczu, tępione było zażarcie w epoce nowożytnej przez modernizujące się państwa (wspomnieć tylko warto przymus pracy dla wszelkich włóczęgów w Anglii, a takoż niemieckie, holendersie czy józefińskie w Austrii ustawodawstwo przeciw włóczęgostwu i żebraninie…), mimo to, niezwalczone, dotrwało do naszych czasów. Czyżby w grę wchodził istotnie odziedziczony po odległych przodkach atawizm..? Panowie, choć trochę zakatarzeni i niezbyt szybcy w ruchach, zachowywali się sam na sam ze sobą będąc (my w chaszczach tłem tylko byliśmy ich spotkania) jak prawdziwi królowie życia. Prawdziwsi chyba od telewizyjnych playboyów!

3 komentarze:

  1. Rzeczywiście, chociażby ostatnie problem z Cyganami we Francji. Chyba łowcy - zbieracze i ludy osiadłe nie mogą żyć w zgodzie, czy darzyć się wysoką oceną. No bo czy my oceniamy wysoko zbieraczy złomu? Czy oni oceniają wysoko "pracowników korporacji"? Wątpię...

    OdpowiedzUsuń
  2. W moich rejonach istnieje rolnictwo (osiadły tryb życia) połączone ze zbieractwem trwale od wieków, z racji słabej gleby. Chodzi o korzystanie z lasu, w sezonie zarabianie na zbieraniu runa i grzybów oraz drwalska robota, dostępna także dla kobiet pod postacią tzw. czyszczenia lasu (gałęzie w zamian dostaje się za darmo).
    Daje to ciekawą psychikę u miejscowych. Ale tego się nie opowie. To trzeba przeżyć.
    Z grubsza rzecz biorąc są flegmatyczni i słabo przewidujący. Biorą życie jak leci, bez buntu. Ich świadomość przypomina las, który rośnie i o nic się nie troszczy. Nie mają kompletnie poczucia czasu.
    "Nie było nas, był las. Nie będzie nas, będzie las". Ot, co.

    Ale z innej strony, rzeczywiście, wspólnoty wiejskie prawie wykluczyły tego rodzaju zjawiska, jak śmieciarstwo w mieście. Ale zdarzają się pod innymi przebraniami. Np. żebrzące o jedzenie dzieci z pijackiej rodziny, dokarmiane przez mieszkańców wsi, żebranie o papierosy i piwo, na wschodzie bywa jeszcze coś takiego jak wędrujący po wsiach staruszkowie, którzy latem sypiają po stodołach, jedzą co im ktoś da, gadają co im ślina na język przyniesie i idą ponoć do cerkwi (najlepiej na świętą górę) pomodlić się za darczyńców. Tacy jurodiwi. Rzadkie to już, ale bywa. Spotkałam się z tym kilka razy.
    Pozdrawiam
    Ewa S.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tym, co zapobiega włóczęgostwu na wsi jest własność. Własność jednak wymaga od człowieka odpowiedzialności. Zwłaszcza - własność ziemi. Której pożądanie ma u większości chłopów (sam tego doświadczam...), równie atawistyczny charakter, co skłonność "urodzonych zbieraczy" do zbierania złomu. Zresztą, podobnie mają koczownicy ze swoimi stadami...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...