poniedziałek, 18 października 2010

„Ekolodzy“ do gnoju!


W świadomości prostego człowieka, a „działacza ekologicznego“ tym bardziej, funkcjonuje masa najzupełniej fałszywych mitów na temat rolnictwa. Jeden z moich kolegów – prezenterów, u których terminowałem sprzedaż ziółek, straszy zgromadzone babcie „nawozami sztucznymi“, od których – w jedzeniu zawartych rzekomo – pochodzi wiele z dręczących ich chorób.

Jest to oczywiście nieprawda. W „nawozach sztucznych“ szeroką publiczność, od kilku już dziesięcioleci tresowaną w duchu „ekologizmu“, przeraża słowo „sztuczne“. Które kojarzy się jak najgorzej. Tymczasem – czym są nawozy sztuczne..? Są to po prostu substancje mineralne zawierające pierwiastki potrzebne roślinom do wzrostu. Głównie azot, którego potrzeba najwięcej, a który niewiele roślin (a i to tylko dzięki symbiotycznym bakteriom), potrafi wiązać wprost z powietrza, gdzie jest go, jak wiadomo, 78%. Problemy (realne), z nawozami są dwa:
-       nikt nie chodzi po polu z miernikiem i nie sprawdza co kilka metrów, jaki jest skład (czy chociażby pH) gleby, sypie się na oko, co czasem – dość często – prowadzi do przenawożenia, od czego bujnie rośnie nie tylko to, co rosnąć miało, ale i różne inne rzeczy, np. glony w pobliskim rowie odwadniającym czy chwasty na miedzy,
-       uzupełnia się w ten sposób naturalne niedobory zaledwie kilku, co najwyżej – kilkunastu potrzebnych roślinom pierwiastków (oprócz azotu także fosfor, wapń, siarka, potas, magnez i parę innych), podczas gdy potrzebnych jest o wiele więcej, tyle że w śladowych ilościach. Których dostarczenie do gleby może być trudne, a najczęściej – jest nieopłacalne.

Czy skutkiem „pędzenia“ roślin nawozami sztucznymi może być, jak się powszechnie mniema, wysoki wzrost młodego pokolenia, alergie i inne przypadłości cywilizacyjne..? Śmiem wątpić. To są w końcu substancje proste, które dopiero roślina przetwarza na przyswajane przez człowieka aminokwasy, cukry czy witaminy.

Czy przenawożenie lub brak substancji odżywczych może źle wpływać na rośliny? Oczywiście że tak. Trawa wyrosła na końskich kupkach, a więc w miejscu, które można podejrzewać o lokalny nadmiar azotu, jest ciemnozielona. Zwierzęta jedzą ją niechętnie. Zapewne zatem zmienia się też jej skład i smak. Podobne skutki może też mieć brak potasu (co druh mój serdeczny Radek zaobserwował na swojej kukurydzy w miejscu, gdzie nie zdążył nawieźć dostatecznie przed zasianiem…). Niewątpliwie zatem byłoby najlepiej, gdyby skład chemiczny gleby dało się optymalizować o tyle przynajmniej, żeby drastycznego nadmiaru pewnych pierwiastków przy niedoborze innych unikać. Nie jest to jednak powód do alarmu. Koniec końców na całym Mazowszu zawartość żelaza i manganu w glebie i wodach podziemnych przekracza „normę“ bodaj 6-krotnie, jak mi to geolog zatrudniony do wyznaczenia miejsca pod studnię tłumaczył. Jest to zjawisko całkowicie naturalne. Zawsze tak było – i jakoś ludzie i zwierzęta tu żyli i żyją, a 500 lat temu szumiała tu dostojna puszcza dębowa, której ten fakt najwyraźniej nie przeszkadzał. Najdonioślejszym skutkiem żelazistości mazowieckiej gleby jest odmiana, jaka się w czasach Księstwa Warszawskiego dokonała w barwach wyłogów na mundurach naszych ułanów. Miały być karmazynowe, jak starsza tradycja „poważnym znakom“ przypisuje. Francuski barwnik rozpuszczony w wiślanej wodzie dał jednak – ku ogólnemu zaskoczeniu – amarant. I tak już zostało…

Czy „peak oil“, a więc, najogólniej rzecz biorąc – ekonomiczne skutki wyczerpywania się paliw kopalnych – musi doprowadzić do spadku liczby ludności..? Czy taki spadek jest nie tylko zjawiskiem potencjalnie możliwym, ale też i – korzystnym dla naszej planety, jak zdają się twierdzić co radykalniejsi „ekolodzy“..?

Przyznam się Państwu że od rana próbuję znaleźć potrzebne dane w necie, ale kompletnie mi to nie idzie. Jeśli znajdę czas, jutro wpadnę po drodze do Biblioteki Narodowej i spiszę to sobie z dowolnego kompendium historii gospodarczej Polski. O co chodzi..? Sprawa jest bardzo prosta!

W roku 1913 na terytorium obecnej Polski (takie porównania są bardzo trudne, bo te granice nie pokrywają się nie tylko z ówczesnymi granicami państwowymi, ale i z granicami wówczas istniejących jednostek administracyjnych, dla których zbierano dane statystyczne…) żyło około 30 milionów ludzi. W roku 1938 – prawie tyle co teraz. Jakieś 35 – 36 milionów. Różnica jest bez znaczenia zwłaszcza, jeśli się pamięta, że i w 1913 i w 1938 z tego terytorium wywożono żywność (eksportowano ją). Nie ulega zatem wątpliwości, że ludność obecnej Polski (38,5 mln wg GUS w roku 2008) mogła wyżywić się i w roku 1913 i w roku 1938 – spożywając produkty rolnictwa jakie w tych latach realnie na terytorium pomiędzy Odrą a Bugiem istniało.

Jak wiele paliw kopalnych zużywało owo rolnictwo w latach 1913 czy 1938..? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Trzeba tylko ustalić, jaki procent gospodarstw wiejskich miał w tych latach dostęp do energii elektrycznej, ile było ciągników rolniczych i jaka była produkcja (danych o konsumpcji raczej nie spodziewam się znaleźć…) nawozów sztucznych. Owszem, używano też nafty do oświetlenia – ale  jest to zjawisko pomijalne: w końcu jaki może być wpływ lampy naftowej na produkcję rolną? Do oświetlania szklarni takie źródło światła się nie nadaje.

Nie udało mi się tych danych na razie zdobyć. Jak tylko będę je miał, to się z Państwem podzielę. Co mi jednak w tej sprawie podpowiada intuicja..? Intuicja mi podpowiada, że będą to wielkości bez znaczenia. Elektryfikacji wsi, jak każde polskie dziecko wie, dokonano u nas dopiero za czasów „jedynego słusznego ustroju“, czyli po II wojnie światowej. Pierwszy polski ciągnik rolniczy, zwany „ciągówką“, opuścił zakłady w Ursusie w roku 1922. Do 1927, kiedy to zaprzestano produkcji tego modelu, zbudowano oszałamiającą wprost liczbę… 100 egzemplarzy! Zakłady azotowe w Mościskach zaczęto budować w roku 1927 i tak prawdę powiedziawszy, jak cała masa innych wielkich inwestycji państwowych w tym okresie, nie zdążyły się one zbytnio napracować przed wybuchem wojny…

Czy zatem da się wyżywić obecną ludność Polski nie zużywając paliw kopalnych, albo zużywając ich bardzo mało..? Ano da się. Jest to wręcz oczywiste. Ciągniki może zastąpić końska i ludzka siła pociągowa. Skoro wystarczała w roku 1913, dlaczego teraz nie miałaby wystarczyć? Owszem, wtedy mieszkało na wsi i pracowało w rolnictwie ponad 60% całej populacji, teraz tylko 13%. Wtedy żyło tu ok. 5 milionów koni, teraz coś koło 300 tysięcy. Nawozy sztuczne można zastąpić obornikiem (będzie go więcej, skoro będzie też potrzeba więcej zwierzęcej siły pociągowej: to jest oczywiście bad news dla wegetarian i temu podobnych lekkoduchów – niestety, ale bez zwierząt, ludzie też nie przeżyją…) oraz uprawą roślin motylkowych traktowanych jako międzyplony. Nie są to żadne dla historyka arkana.

Najwyraźniej jednak jest to wiedza tajemna dla „ekologów“, wedle których tylko zmniejszenie populacji Polski do 8 – 10 milionów, czy nawet mniej, dałoby nam szansę na przeżycie bez ropy i gazu. W wolnej chwili, a jeszcze mając te dane, których teraz mi brak, obiecuję opisać Państwu jak takie życie w warunkach „Roku 1913+“ („plus“, bo jednak chyba nie ze wszystkich udogodnień współczesnej techniki trzeba by rezygnować…) mogło wyglądać. To też nie jest specjalnie skomplikowane. W końcu wszystko już było, naprawdę niczego nie trzeba wymyślać od zera!

Tak naprawdę owym „ekologom“ i innym anty-cywilizacyjnym utopistom wcale nie chodzi o przyrodę. Im chodzi o to, żeby nas ukatrupić, a potem żyć jak dotąd – tylko wygodniej. Przekształcić całą planetę w jeden wielki park narodowy po którym garstka wybrańców rozbija się landroverami i wyleguje w klimatyzowanych domach, pojadając egzotyczne owoce i popijając markowe wina. Gdyby bowiem „zielonym“ chodziło o przyrodę, a nie o władzę, to sposób na dopomożenie planecie jest bardzo prosty, praktyczny i dostępny do realizacji od zaraz. Za widły – i do gnoju! Im więcej na pola trafi obornika, tym mniej będzie potrzeba tak wyklinanych nawozów sztucznych. Że co? Że śmierdzi? Że nieelegancko? No sorry ziom. Trzeba udowodnić swoje zaangażowanie, a nie tylko gadać…

35 komentarzy:

  1. Panie Jacku- do tego pytania o zużycie paliw kopalnych należy dołożyć jeszcze jeden element - być może też bez dużego znaczenia, ale nie jestem pewien - stal, do produkcji której w końcu zużywa się węgiel. Choć akurat stalowe maszyny i narzędzia tak szybko się nie zużywają... Ale to i w 1913 i dziś w całości opiera się na paliwach kopalnych

    OdpowiedzUsuń
  2. Zresztą też- tak na nos wydaje mi się, że możliwości produkcji żywności w Polsce są wystarczające, problem polega na tym, że prawie niczego poza tym...

    OdpowiedzUsuń
  3. Rezygnacja z paliw kopalnych i z nawozów(choć je można chyba łatwiej zastąpić substancjami naturalnymi), spowoduje drastyczny spadek wydajności rolnictwa. Jeden nowoczesny kombajn kosi w ciągu dnia tyle ile kiedyś 40 ludzi przez 2 tygodnie(nie wiem na ile te liczby są prawidłowe, ale skala pewnie się zgadza)...

    Nie wspominając o tym że z każdym rokiem nawożenie nawozami sztucznymi jest optymalizowane. Zawsze szuka się złotego środka pomiedzy oczekiwanym plonem, ceną nawozu a zasobnością gleby.
    Im rolnictwo nowocześniejsze tym bardziej ekologiczne. A co do gnojowicy to ciężko chyba by było przygotować wystarczającą ilość zestandaryzowanego, niezanieczyszczonego nawozu. Zresztą ekolodzy zaraz by sie oburzyli że z pola woni i w ich ogródkach na przedmieściach śmierdzi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Też się przestałem "martwić" o wyżywienie Polski... Dzisiaj mamy przecież wydajniejsze technologie, więcej wiedzy (np. jak wydajniej zarządzać pastwiskiem), wydajniejsze odmiany roślin uprawnych... Zresztą w razie czego (głodu) wystarczyłoby znieść obowiązek dodawania komponentów pochodzenia roślinnego do paliwa to by się ładną ilość ziemi, która jest teraz wykorzystywana do produkcji rzepaku na biopaliwo zwolniło.

    Zresztą można stosować również agroleśnictwo, które rozwija się dość dynamicznie (na zachodzie). Orzechy włoskie i kasztany hybrydowe to bardzo obiecujące drzewa, które można uprawiać w naszym klimacie. W dalszej perspektywie może również różne gatunki dębów.

    Kiedyś przecież w sadach wypasano gęsi a nie używano herbicydów. We współczesnym sadownictwie ta trawa i chwasty są problemami.

    Również z powodu przepisów teoretycznie nie możemy wykorzystywać sporej części żywności (resztek ze stołówek, restauracji...) do karmienia świń i (chyba) kur. Znieśmy ten przepis a żywność poddana przecież recyklingowi będzie wydajniej wykorzystywana. Podobno także takie karmienie resztkami ze stołu powoduje, że smak świńskiego mięsa jest bogatszy.

    Ciekawym tematem do rozważani są również brytyjskie "Victory gardens" w czasach II WŚ.
    http://en.wikipedia.org/wiki/Victory_garden. Ogrodnictwo przydomowe (jeśli ktoś chce się skupić na wydajności) przewyższa rolnictwo "towarowe".

    Jakby chciał Pan Panie Jacku poczytać więcej o tych ekologach-redukcjonistach (populacji) to pamiętam, że czytałem taką książkę "Głęboka Ekologia". Dostępna w bibliotekach.

    Podpisano:
    Działacz ekologiczny :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak w ogóle Panie Jacku czy czasami inne zwierzęta nie mają oporów przed jedzeniem w okolicy nieczystości innego gatunku zwierząt? W sensie, że krowa może jeść koło końskich jabłek a koń koło krowich placków. Wszystkie źródła podają, że wypas mieszany sprawia, że jest mniej niedojadów, także z powodu tego, że zwierzęta innego gatunku nie mają oporów przed konsumowaniem w okolicach "nie swojego łajna". Chciałbym Pana opinię na ten temat poznać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z pewnością jest to prawda, że wyżywić Polaków da się, inna sprawa to to, że NIE BĘDZIE to współczesny poziom wyżywienia, ale raczej "na styk" z głodnym przednówkiem i okresami permanentnego niedożywienia. W efekcie należałoby przygotować się do sytuacji, kiedy co 3-5 dziecko umiera i skraca się zdecydowanie średnia długość życia.

    Jednym słowem bez katastrofy, ale z radykalnym spadkiem poziomu życia i ciągiem małych rodzinnych tragedii.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmm...

    Myślę, że żywność będzie droższa, bo więcej ludzi będzie musiało pracować w rolnictwie. Z drugiej strony dysponujemy dużo wydajniejszymi zwierzętami np. (w warunkach chowu przemysłowego co prawda,ale zawsze) potrzeba około 3kg paszy na kg świni a około 2kg paszy na kg kurczaka. Z współczesnymi rybami np. karpiem jest jeszcze lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Panie Wojciechu

    Też czytałem o tych niedojadach. W praktyce jednak nigdy nie miałem okazji tego wypróbować. To są zresztą dwie różne rzeczy: trawa zanieczyszczona odchodami i trawa już bez odchodów, ale przeazotowana, na miejscu, gdzie odchody ongiś były wyrosła.

    @Maczeta

    Takie ilości stali jakie są potrzebne dla rolnictwa A.D. "1913+" to da się w dymarkach wyprodukować. Większy kłopot to transport. Ale o tym napiszę osobno. Jak uda mi się znaleźć pół dnia na wizytę w bibliotece...

    @grafzero

    Prawdę pisząc w d...e mam czy komuś mój obornik śmierdzi czy nie śmierdzi. A jak użycie trakcji konnej (na wzór tego, co robią w tej chwili Amisze chociażby...) będzie bardziej opłacalne od użycia trakcji mechanicznej, to nawet na tym zarobię. Niekoniecznie dlatego, żebym miał swoich koni do tego akurat używać (choć i dla nich zastosowanie się znajdzie). Po prostu moja wiedza będzie bardziej w cenie :-)

    @J-23

    Herr Hauptman tutaj..? Witam, witam, sługa uniżony...

    Czy w 1913 roku panował głód, ewentualnie - ludzie nie dojadali..? Owszem, zawsze jest ryzyko lokalnej klęski głodu. Jeśli transport zawiedzie... Ale o tym potem! Z tego co mi wiadomo nie tylko z książek, ale i od dziadków, pomarańczy się nie jadało, a mięso było od święta - ale kartofli raczej nie brakowało.

    Natomiast, żeby co 3 - 4 dziecko mogło umierać przedwcześnie, to są potrzebne dwie rzeczy:
    - musi się najpierw urodzić (chwilowo to nierealne...),
    - potem musi zabraknąć penicyliny (albo muszą się wszystkie bakcyle na antybiotyki uodpornić, do czego też już blisko...).

    Ogólnie: u nas tu i teraz gdyby nas taka katastrofa dopadła, spadek liczby ludności mamy jak w banku. Nie z głodu jednak, a z tej przeczyny, że emeryci padną jak muchy - a dzieci, żeby ich zastąpić, brak.

    OdpowiedzUsuń
  9. Och, nie ma najmniejszych szans żeby nam ZABRAKŁO żywności w sytuacji mniej lub bardziej nagłego kryzysu paliwowego/petrochemicznego.

    Żywność byłaby po prostu dużo droższa niż dzisiaj. Bo dzisiaj jest bajecznie tania. Zresztą dziś wszystko jest tanie, bo energia jest tania.

    Natomiast co do peak oil. Oglądałem jakiś czas temu bardzo optymistyczny tedtalk. Generalna konkluzja była taka. Ropa się skończy, albo inaczej mówiąc przestanie być wykorzystywana w obecny sposób, ale to nie szkodzi. Tak samo przestaliśmy korzystać z taniego węgla, i taniego drewna. Więc kiedy ropa podrożeje, to zapewne zaczniemy stosować nowsze lepsze, być może jeszcze nieznane źródło jeszcze tańszej energii.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli chodzi o nawozy sztuczne to pomijając kwestię ich produkcji, to przy dawkowaniu konwencjonalnym uwzględnia się że ogromna część nawozów zostanie w bardzo krótkim odstępie czasu wypłukana do wód. Więc nie jest ona uwzględniana. W związku z tym dawka nawozu sztucznego jest zwykle dawką dużo wyższą niż wynika to z potrzeb samych roślin.
    Z drugiej strony już dawno zbadano wpływ poziomu azotanów w tzw. nowalijkach na organizm ludzki.I raczej nie opisywano go w sensie pozytywnym. Przy dużych dawkach i krótkim okresie wegetacji dochodzi do dużej kumulacji nieprzetwożonych związków azotowych. Które mają niestety zły wpływ na organizm ludzki.

    Ale zgadzam się zdecydowanie z hasłem: Za widły – i do gnoju! A.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ci najbardziej radykalni ekolodzy swoje twierdzenia o ogromnej redukcji zaludnienia opieraja na czym innym. Mianowicie zakladaja, ze ludzkosc powinna wrocic do stanu lowiectwa-zbieractwa. W tym wypadku faktycznie, zbyt duzej populacji nie da sie utrzymac no i wszystkie duze miasta skazane sa na upadek.

    Polska (zgodnie z tym co napisales) nie jest w najgorszej sytuacji, jednak w wypadku peak oil w skali swiata iles tam ludzi, niestety umrze z glodu. Zwlaszcza w najbiedniejszych panstwach, ktore sa zrujnowane wojna, nie maja warunkow na rolnictwo i zywnosc musza importowac.

    OdpowiedzUsuń
  12. @A.

    Jeśli wierzyć kubkom smakowym moich czterokopytnych ekspertów, to "nowalijki na saletrzaku" są bardzo OK, a "nowalijki na moczniku" - niekoniecznie. W związku z powyższym, od przyszłego roku mocznik ograniczam - choć, póki mi się obsady pastwiska nie uda zwiększyć, z azotu nie jestem w stanie zrezygnować...

    @futrzak

    Ale dlaczego niby ludzkość miałaby "wrócić do stanu łowiectwa - zbieractwa"..? Jaka racja - ekonomiczna, ekologiczna, moralna - ma niby za tym przemawiać..? Toż to absurd! Zresztą, jeszcze łatwiejszy do praktycznego wykonania tu i teraz, bez żadnych genocydów, niż powrót do płodozmianu. Wystarczy wziąć się za zbieranie złomu w mieście...

    A czy taka sama prawidłowość jaka dotyczy Polski (i zdecydowanej większości krajów klimatu umiarkowanego), obejmuje także te obszary, które eksplozję demograficzną przeżyły dopiero po II wojnie światowej, to jest dobre pytanie. Nie umiem na nie odpowiedzieć, bo brak tu tak prostych jak u nas analogii do przeszłości. Chiny nigdy nie miały więcej niż 300 mln mieszkańców, Indie - więcej niż 150 mln. Teraz mają ponad miliard każde i importują znaczną część spożywanej żywności.

    OdpowiedzUsuń
  13. Szczególnie właśnie Chiny i Indie - jeśli jest tak, jak piszesz wyglądają marnie. Myślę, że jako pewną regułę ogólnoświatową można wskazać, że rezerwy wykorzystania ziemi są tam, gdzie się jada wołowinę - której produkcja jest chyba najbardziej efektywnym wykorzystaniem pracy ludzkiej i najmniej efektywnym ziemi. Znów wracamy do moich ulubionych rejonów świata...

    OdpowiedzUsuń
  14. @boskawola:

    jaka racja stoi za powrotem do lowiectwa-zbieractwa?
    No... moim zdaniem zadna, aczkolwiek w.g tych skrajnych ekologow tylko taka forma egzystencji ludzi nie czyni zadnej krzywdy ekosystemom i po prostu jest ich czescia. Epoka neolitu wraz z wynalazkiem rolnictwa jest dla nich juz niszczeniem naturalnego "oblicza ziemii" z czym powiedzmy do pewnego stopnia mozna sie zgodzic. Permakultury nie lubia, bo to jednak jest (z ich punktu widzenia) naduzywanie natural resources no i przestawianie przestrzeni i projektowanie pod czlowieka, a nie pod "nature" :)

    To tyle w temacie bycia advocatus diaboli ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. @Maczeta

    Problem z Chinami i Indiami (a także z Azją Południowo - Wschodnią) jest taki, że u nich eksplozja demograficzna nastąpiła nie na skutek wprowadzenia płodozmianu - jak w Europie - bo ich rolnictwo "od zawsze" było intensywne, nie mieli odpowiednika naszej ekstensywnej trójpolówki. Czy zaś uda się utrzymać taki poziom produkcji rolnej jaki teraz mają dzięki tzw. "zielonej rewolucji", czyli m.in. także i GMO, a do tego jeszcze nie tylko wytworzyć - to jest zapewne możliwe - ale i przewieźć do nich potrzebne im dodatkowe zasoby z Europy czy z Ameryki - po prostu nie wiem. Nie mam na ten temat wystarczającej wiedzy. W każdym razie, sprawa jest bardzo złożona i w haśle "wołowina" bym go nie zamykał! Japonia na przykład jest prawie samowystarczalna żywnościowo - choć z pozoru patrzy to na absurd: ziemia tak droga, że całe amerykańskie stany można by za małe działki kupować, służy do uprawy ryżu przynoszącej (po odliczeniu dotacji i ceł zaporowych), de facto straty. Albo obsadzana jest - w równych, porządnych rządkach, a jakże - drzewami. Których nawet się potem na papier nie przerabia. Rosną sobie i tyle... Można by w tym jakąś piramidalną wprost chytrość podejrzewać - ale prawda jest taka, że zwyczajnie lobby rolnicze jest tam jeszcze potężniejsze niż w Jewrosojuzie czy w Norwegii...

    OdpowiedzUsuń
  16. @www.boskawola.pl
    Japonia na przykład jest prawie samowystarczalna żywnościowo

    Może to wynika z ich przezorności. Faktem jest, że odbudowanie rolnictwa i tych milionów koni nie jest ani łatwe, ani natychmiastowe i rozciąga się w czasie. Potrzebne są zasoby w postaci stadnin i umiejętności. W przypadku katastrofy i gwałtownego załamania się dostaw paliw i energii możemy być świadkami szybszej degradacji niż odbudowy potencjału żywnościowego. Stąd też raczej na "miękkie" lądowanie bym nie liczył.

    OdpowiedzUsuń
  17. @J-23

    Oczywiście że nie jest to łatwe ani natychmiastowe. Umówmy się jednak, że prawdopodobieństwo nagłego braku paliw kopalnych nie jest jakoś przesadnie wielkie. Nagły wzrost cen - tak. Ale brak..? To mogłoby nastąpić tylko na skutek wydarzeń politycznych, a nie technologicznych. I to raczej zachodzących w naszym najbliższym otoczeniu. A wtedy możemy mieć większy problem, jak tu się schować przed bombami, niż nawet - co będziemy jedli po najbliższych zbiorach...

    OdpowiedzUsuń
  18. Co do cen żywności i jej ogólnej dostępności.
    Latem doznałem lekkiego szoku poznawczego.

    Zszedłem do sklepu pod domem a tam w jednej skrzynce czerwone winogrona z Ameryki Południowej, w drugiej białe z Indii(albo odwrotnie mniejsza z tym) a w trzeciej czereśnie z Polski.
    I te winogrona z dwóch końców świata które musiały trafić do ciężarówki, do przetwórni, do kontenera, przebyć chłodzonym kontenerem na wielkim kontenerowcu jakieś 10 tyś kilometrów, trafić do dystrybucji, znowu do ciężarówki i do mojego sklepu były dwa razy tańsze od czereśni które musiały przebyć max 300km...

    OdpowiedzUsuń
  19. @Futrzak

    Dla niektórych powrót do gospodarki łowiecko-zbierackiej to za mało. Dyskutowałem kiedyś z takim jednym (weganinem) o tym, że Indianie północnoamerykańscy jedli sporo mięsa a środowiska nie degradowali. Chciałem mu pokazać, że to sposób w jaki się wytwarza żywność (w tym mięso) może być dla środowiska niekorzystny. Może być również pozytywny. Podałem mu przykład właśnie Indian, którzy podążali za stadami bizonów, używali do polowań również ognia. Ich wpływ był jednak bardzo korzystny (oceniając z naszej perspektywy) dla środowiska. Ten sposób zarządzania powodował, że wytwarzała się coraz żyźniejsza gleba. To zaś oznacza, że "system" się nie degenerował i mógłby trwać jeszcze długo w przyszłość. Mój rozmówca powiedział, że taka zmiana środowiska, to jest szkodliwa jednak...

    Odpowiedziałem mu, że każdy organizm zmienia swoje środowisko - czy to drożdże, ludzie czy krowy. Podałem mu potem przykład bobra, który swoją działalnością przyczynia się do "zniszczenia" lasów - buduje te swoje tamy zalewając przy okazji okoliczne tereny co powoduje śmierć drzew, które w większości w wodzie nie mogą żyć. Po jakimś jednak czasie te "zniszczone" drzewa zaczynają gnić (tworząc środowisko życia tysiącom organizmów całkowicie zależnych od takiego procesu). Po jakimś czasie z tej gnijącej masy wytwarza się gleba, bagnisko zaczyna zarastać trzcinami (tworząc świetne środowisko życia dla ptaków, które w lesie nie występują). Z czasem i to bagnisko ponownie zarasta lasem a cały cykl powtarza się.

    Czym działanie bobrów różni się od działania Indian północnoamerykańskich to ja naprawdę nie wiem i od niego się również nie dowiedziałem.

    Bobry są chociaż pod ochroną...

    OdpowiedzUsuń
  20. Zresztą w dłuższej perspektywie czasu nawet najgorsza erozja gleby czy zatrucie wody dla natury jest obojętne. Ziemie zaleje morza, toksyczne odpady się rozpuszczą lub staną pożywieniem dla jakiegoś organizmu, który będzie je w stanie wykorzystać jako pożywienie czy źródło energii (są grzyby żyjące w reaktorach atomowych wykorzystujące promieniowanie radioaktywne w ten sam sposób jak rośliny światło).

    W dłuższej perspektywie czasu to wszystko jest zupełnie nieistotne. Chodzi o to byśmy my na tej jedynej dostępnej nam planecie żyli dobrze i by nasi potomkowie mieli również taką możliwość.

    Trochę w pompatyczną nutę uderzyłem zbyt mocno:)

    OdpowiedzUsuń
  21. @grafzero

    A czy jest w tym coś złego..? Prawdę pisząc, gdyby nie obłędny protekcjonizm Jewrosojuza, żywność byłaby jeszcze tańsza- i jeszcze bardziej różnorodna!

    Czy za tym protekcjonizmem, podobnie jak w przypadku Japonii i Stanów Zjednoczonych stoi jakaś zapobiegliwość, chęć przygotowania się zawczasu na "chude lata"..? Oj wątpię, wątpię... Ale o tym - też kiedyś osobno, jak zgromadzę dane. Chyba, że ktoś je ma..?

    @Panie Wojciechu

    Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze (i władzę).

    OdpowiedzUsuń
  22. Chodzi Panu o dane dotyczące cen żywności?

    @grafzero
    Pamiętam, że już od czasów starożytnych (w Grecji przynajmniej) przewiezienie jakiegoś towaru lądem więcej niż 150 km jest droższe niż przewiezienie tego samego towar niemal dowolną ilość kilometrów morzem.

    Ten rok był u nas wyjątkowo pechowy dla wszelkich owoców. Czereśni również. Dokładając do tego fakt, ze komercyjna uprawa czereśni dopiero raczkuje, to nie dziwi wysoka cena. Winogrona są jednym z głównych owoców produkowanych na świecie. Technologia ich produkcji jest na bardzo wysokim poziomie (nieporównywalnie wyższym niż czereśni).

    OdpowiedzUsuń
  23. Nagły brak paliw jest jak najbardziej możliwy.

    Otóż kiedyś ludzie do gotowania używali drewna, do ogrzewania węgla, do oświetlania nafty, do pracy maszyn prądu (na wsi np. młockarnia). Transportem były samochody na rope, statki na rope/węgiel, pociągi na węgiel. Teraz? System został scentralizowany i powstał także obieg zamknięty. Nie ma małych indywidualnych elektrowni - jest kilka wielkich podpiętych do jednej sieci - jedna się wyłącza - nie ma prądu w jednym województwie. Wyłącza się kilka - nie ma prądu w całym kraju, bo inne działające nie są w stanie pokryć luki w zaopatrzeniu.

    Jak wyłącza się elektrownie?
    1.Wojna. Dzisiejsze wojny są szybkie i precyzyjne - ale elektrownie są obiektami strategicznymi - jedna rakieta w elektrownie, stacje transformatorów, słupy wysokiego napięcia i mamy tzw. "blackout"(ach te "amerykanckie" nazwy - to poprostu załamanie sieci) czyli wyłączenie części lub wszystkich elektrowni w sieci. Zresztą jak Pan często podkreśla - żyjemy w matriksie, który wcześniej nie miał miejsca w historii, która notabene jest historią wojen właśnie. Nie na próżno Rzymianie mawiali "chcesz pokoju - gotuj sie do wojny"...
    2. Trzęsienie ziemi. Co prawda Polska leży na obszarze asejsmicznym, czyli obszarze gdzie "nie trzęsie się zbyt często", jednak przekazy mówią, że w średniowieczu trzęsienia ziemi z epicentrum w Czechach pustoszyło Kraków i Wrocław - więc z geologicznego punktu widzenia to kwestia czasu kiedy wypiętrzanie sie Karpat, Sudetów, podnoszenie się Skandynawii spowoduje jakieś większe zniszczenia.

    Inżynierek

    OdpowiedzUsuń
  24. 3. Uderzenie meteorytu. Z perspektywy czasu też nic nadzwyczajnego. Dawniej nawet jak coś z nieba spadało to straty wielkie nie były - wioska czy dwie, może jedno miasto najwyżej. Ale dziś jeden "celny strzał" o dużej sile to może sprzątnąć sporo infrastruktury.
    4. Burza magnetyczna. Czyli dodatkowe promieniowanie wyrzucone przez Słońce w przestrzeń, powoduje zaburzenia pola magnetycznego w wyższych warstwach atmosfery. Te zaburzenia powodują wyindukowanie się dodatkowego prądu w przewodach, wskutek czego wszystko co elektryczne sie przepala i przestaje działać. Dotychczas nie był to problem, bo nie używano prądu. Jednak ponoć w XIX wieku takie zjawisko wypaliło sieć telegraficzną w USA.
    4. Problemy z transportem. Ten akurat przypadek Polsce nie grozi bo mamy własne złoża surowców energetycznych - ale wiele państw importuje węgiel, rope, gaz, uran do elektrowni właśnie. Kataklizm, wojna, zniszczenie portów i infrastruktury - nie sprowadzą surowców. Transport natomiast jest o tyle istotny, że nawet w Polsce węgiel wiezie się barkami rzecznymi lub pociągami do elektrowni Siekierki w Warszawie, Dolna Odra w Szczecinie, czy do innych na mniejsze dystanse. Zresztą - przerwany rurociąg czy gazociąg to też problem.
    5. Tsunami. Wystarczy że meteoryt wpadnie do oceanu, dno podmorskie się zatrzęsie i już fala mknie po Oceanie, niszcząc statki, porty, całe nabrzeżne miasta. A to przecież kluczowe dla transportu surowców energetycznych - skroplonego gazu, ropy, węgla, uranu. Część gazu i ropy jest wydobywana z pod dna morskiego, czy na wybrzeżu. Całe kraje zostają więc bez konkretnego surowca, a inne bez fizycznej możliwości jego zakupu.
    6. Wojna gospodarcza. Niby kto mógłby zagrozić Europie? Ale załóżmy, że Stany przegrywają jakąś wojne (to juz raczej fantastyka), albo ulegaja jakiemuś kataklizmowi i są zajeci sami sobą. Wtedy np. bardzo liczni przedstawiciele rasy żółtej, wysyłają swoją flote, aby zablokować transport na Atlantyku (takie piractwo - kota nie ma myszy harcują...) sama ich obecność czy nawet walki na morzu uniemożliwiają handel. Ruscy kręcą kurkiem jak to maja w zwyczaju i Europa nie ma surowców. Niby fantastyka, ale już ktoś coś podobnego stosował. Dobrze Pan myśli. "Cesarz wszystkich Francuzów". Nie udało mu sie bo Rosja się wyłamywała, sam nie miał siły przebicia na morzu (Trafalgar) więc blokował handel z kontynentu, a nie samą Anglie, a poza tym, chyba cały ówczesny tonaż był mniejszy niż dzisiejszy transport samych surowców paliwowych. Więc krypa z towarem sie może prześliznąć, ale tankowiec nie zostanie niezauważony na radarze...

    Inżynierek

    OdpowiedzUsuń
  25. A co można DZISIAJ zrobić bez prądu? NIC.

    - nie oświetlisz domu (bo wątpię że masz kilka kg świeczek żeby oświetlić sobie dom - a przy dzisiejszych boazeriach, tapetach i wykładzinach to pożar albo zaczadzenie gotowe).
    - nie wykąpiesz sie, nie użyjesz water closetu, nie napijesz sie wody z kranu. Bo przepompownia wody ma pompy elektryczne, a generatory mają paliwa na kilka godzin.
    - zepsuje ci sie świeża i mrożona żywność w "lodówce" - no chyba że jest zima.
    - nie ugotujesz nic (elektryczne czy indukcyjne kuchenki to oczywiste, ale gaz też jakoś tłoczą i pompy raczej też elektryczne)
    - mając nowy zautomatyzowany piec nawet sobie w domu nie zagrzejesz
    - nie upierzesz brudnych ubrań (nie ma wody i prądu więc pralka nie działa)
    - nie włączysz komputera, telewizora, ani radia(chyba że na baterie, ale za długo nie podziała). Nie użyjesz telefonu (przekaźniki to jak najbardziej elektronika, a poza tym jak bateria padnie to podłączenie ładowarki do gniazdka odpada). Jesteś więc odcięty od świata, od bliskich, od informacji co sie dzieje (no gazet tez nie wydrukują), o rozrywce nie wspominając.
    Skoro w domu/mieszkaniu nic nie zrobisz, w pracy też masz wolne, to idziesz na miasto. Ale:
    - nic nie kupisz, bo ci w sklepie towaru nie skasują
    - samochodu nie natankujesz bo pompy na stacji raczej też elektryka(a jak natankujesz to nie będzie jak tego skasować w kasie)
    - paliwa nie dowiozą jak sie skończy - bo jak natankować cysternę kiedy elektryczny dystrybutor?
    - być może rafineria ma swoją elektrownie na własne potrzeby więc paliwo produkować i tankować będą - o ile jej rakieta, czy inne trzęsienie ziemi nie rozwali
    - żarcia też nie dowiozą, a jak ci sie paliwo skończy, to na piechote kilkadziesiąt km do gospodarza nie pójdziesz
    - ze wszystkiego cie nie wyleczą, bo w szpitalu też nie świecą (jak paliwo w generatorze sie skończy, to maszyna życia podtrzymywać nie będzie). Najpierw umrą ci którzy potrzebują pomocy aparatury, później jak komuś zabraknie leków czy dializ, to czeka go ten sam los.
    - nowych towarów się nie wyprodukuje bez prądu, ani nie przywiezie bez paliwa, więc cały przemysł (spożywczy także) stoi (chaupników nie licze, bo mało kto dzisiaj produkuje na własne potrzeby wszystko czego potrzebuje, nie mówiąc o nadwyżkach)

    Inżynierek

    OdpowiedzUsuń
  26. A co można DZISIAJ zrobić bez prądu? NIC.

    - nie oświetlisz domu (bo wątpię że masz kilka kg świeczek żeby oświetlić sobie dom - a przy dzisiejszych boazeriach, tapetach i wykładzinach to pożar albo zaczadzenie gotowe).
    - nie wykąpiesz sie, nie użyjesz water closetu, nie napijesz sie wody z kranu. Bo przepompownia wody ma pompy elektryczne, a generatory mają paliwa na kilka godzin.
    - zepsuje ci sie świeża i mrożona żywność w "lodówce" - no chyba że jest zima.
    - nie ugotujesz nic (elektryczne czy indukcyjne kuchenki to oczywiste, ale gaz też jakoś tłoczą i pompy raczej też elektryczne)
    - mając nowy zautomatyzowany piec nawet sobie w domu nie zagrzejesz
    - nie upierzesz brudnych ubrań (nie ma wody i prądu więc pralka nie działa)
    - nie włączysz komputera, telewizora, ani radia(chyba że na baterie, ale za długo nie podziała). Nie użyjesz telefonu (przekaźniki to jak najbardziej elektronika, a poza tym jak bateria padnie to podłączenie ładowarki do gniazdka odpada). Jesteś więc odcięty od świata, od bliskich, od informacji co sie dzieje (no gazet tez nie wydrukują), o rozrywce nie wspominając.
    Skoro w domu/mieszkaniu nic nie zrobisz, w pracy też masz wolne, to idziesz na miasto. Ale:
    - nic nie kupisz, bo ci w sklepie towaru nie skasują
    - samochodu nie natankujesz bo pompy na stacji raczej też elektryka(a jak natankujesz to nie będzie jak tego skasować w kasie)
    - paliwa nie dowiozą jak sie skończy - bo jak natankować cysternę kiedy elektryczny dystrybutor?
    - być może rafineria ma swoją elektrownie na własne potrzeby więc paliwo produkować i tankować będą - o ile jej rakieta, czy inne trzęsienie ziemi nie rozwali
    - żarcia też nie dowiozą, a jak ci sie paliwo skończy, to na piechote kilkadziesiąt km do gospodarza nie pójdziesz
    - ze wszystkiego cie nie wyleczą, bo w szpitalu też nie świecą (jak paliwo w generatorze sie skończy, to maszyna życia podtrzymywać nie będzie). Najpierw umrą ci którzy potrzebują pomocy aparatury, później jak komuś zabraknie leków czy dializ, to czeka go ten sam los.
    - nowych towarów się nie wyprodukuje bez prądu, ani nie przywiezie bez paliwa, więc cały przemysł (spożywczy także) stoi (chaupników nie licze, bo mało kto dzisiaj produkuje na własne potrzeby wszystko czego potrzebuje, nie mówiąc o nadwyżkach)

    Inżynierek

    OdpowiedzUsuń
  27. Tak więc do 3 dni brakuje wody, do 7 żywności. Z czasem zaczynają się kradzieże, rozboje, zamieszki, czy inne "dobrodziejstwa" generowane naszym instynktem przetrwania. Czyli szlag trafia naszą "wspaniałą" "cywilizacje" - te cudzysłowy to celowe są, bo wbrew poprawności politycznej, to nasza cywilizacja nie jest szczytem marzeń dla ludzkosci, jeśli to zezwierzęcenie i ogłupienie społeczne jakie widzimy w telewizji, internecie czy na codzień można nazwać cywilizowanymi... A przestawienie się z traktorów na konie, z samochodów na wozy, z normalnego rolnictwa na choćby permakulture czy inny płodozmian, wymaga czasu, pracy i pewnych narzędzi których powszechnie nie ma w użytku, bo jakiś metal czasem trzeba pospawać czy nawiercić otwór na śrubę, a tego już nikt dzisiaj ręcznie nie robi.

    I to wszystko z braku prądu.

    Ale bez prądu też da sie żyć. Chociaż bez niego nie opowiadałbym że:

    "Musze włączyć światło, bo się ściemnia. Czajnik się właśnie wyłączył i tosty sie upiekły. Ale już przestygły więc chyba odgrzeje w mikrofalówce. Jeszcze tylko pralke nastawie i zadzwonie do firmy czy automat działa. Luśce pośle smsa żeby kupiła w Realu co nieco bananów i innych produktów bo w lodówce pusto. Aha, i jeszcze zerkne na naszą klase. No i będe mógł obejrzeć mój ulubiony program - "W świetle obiektywów". Ech, tyle mam na głowie, a jeszcze samochód sie psuje. Szału mozna dostać!!! Ale zawioze go do mechanika, to coś tam pospawa czy wywierci i będzie dobrze. Ech, co za ciężkie czasy!

    O zaczyna sie - dobranoc państwu.

    Piepszona latarnia uliczna, znowu mi swieci do oczu... "

    :)

    Pozdrawiam

    Inżynierek

    OdpowiedzUsuń
  28. Wszystko jest możliwe łącznie z tym, że za chwilę zabrzmią trąby archanielskie i świat się skończy w sposób opisany w Apokalipsie wg św. Jana... Czy jednak z tego wynika, że powinienem dać sobie spokój ze snem przed wyprawą do Puław jutro rano w celu sprzedaży ziółek, paść na kolana i modlić się całą noc, żeby choć w ostatniej chwili zarobić kilka punktów przed tak strasznym wydarzeniem..? No raczej nie. Tak samo nie warto poświęcać zbyt wiele czasu na rozmyślania o potencjalnie możliwych katastrofach - jeśli ich prawdopodobieństwo nie jest dostatecznie duże. Stąd przez prof. Bobolę wieszczona epoka lodowcowa bardziej mnie przeraża niż ewentualny blackout.

    OdpowiedzUsuń
  29. @boskawola
    Będę bronić mojego "wskaźnika wołowiny". Mam na myśli zwykłe jedzenie, a nie luksus. I z kategorii tego zwykłego jedzenia wołowina znika przy pewnej gęstości populacji. Tak jak w idniach stała sie zakazanym jedzeniem 3000 lat temu, a w Japonii znikła ze zwykłego menu coś z 1000 lat temu. W Argentynie jeszcze ma się dobrze

    OdpowiedzUsuń
  30. a ja jako radykalny ekolog (ekolozka?) radykalnie protestuje przeciwko insynuacjom jakobym byla za powrotem do gospodarki lowiecko-zbierackiej. o zadnym lowiectwie nie moze byc bowiem mowy!

    OdpowiedzUsuń
  31. @Maczeta

    Nie, żebym robił z tego zarzut, broń mnie Panie Boże! Ale "wskaźnik wołowiny" to jednak skrajnie euro-zachodnioipółnocnoazjo-afrocentryzm. Bo generalnie pasterski tryb życia dla którego taki pokarm jest najbardziej właściwy, to Europa (ongiś: Węgry, Ukraina), Zachodnia i Północna Azja i Afryka. Cywilizowany człowiek z kręgu kultur sino-japońskich insynuację że wołowina może być głównym źródłem protein odrzuciłby jako barbarzyństwo. I nie da się ukryć, że przez wiele tysięcy lat o tyle przynajmniej miałby rację, że istotnie - to tam była cywilizacja, nawet do pewnego stopnia już techniczna - a u nas, co tu kryć: zwykła dzicz!

    Obawiam się, że taki "model uniwersalny" jaki by się za przyjęciem tego wskaźnika ewentualnie rysował bez szybkiej i szerokim frontem podjętej ekspansji pozaplanetarnej jest nie do utrzymania. Po prostu, żeby jeść tanią (bo ekstensywnie pozyskiwaną poprzez wypas na ogromnych obszarach) wołowinę, jedna planeta dla rosnącej liczby ludności nie wystarczy!

    @Anonimowa

    No i pięknie: jeśli jednak jesteś za zmianą sposobu życia, to znaczy, że - efektywnie: jesteś za zabijaniem ludzi. Bo bez ich wymordowania lub zagłodzenia Twoje rojenia się nie sprawdzą. Przyjmij zatem do wiadomości, że będę się bronił!

    OdpowiedzUsuń
  32. @ boskawola
    Ależ ja nie twierdzę, że należy świat przestawić na konsumpcję wołowiny lub odwrotnie. Twierdzę tylko, że tam gdzie się ją masowo spożywa, istnieją proste rezerwy do zwiększenia produkcji żywności przez zmianę wykorzystania ziemi, a tam gdzie się jej nie spożywa, tych rezerw nie ma - jako duże przybliżenie. Co by się nawet zgadzało z szacunkami dotyczącymi Polski - drobne rezerwy produkcji żywności są i spożywa się pewną ilość wołowiny (choć niezbyt istotną w diecie)

    OdpowiedzUsuń
  33. @Niepolująca, radykalna ekolożka

    IMO to tylko świadczy jak radykalnie oderwana od rzeczywistości jesteś. Nie ma na świecie a dane historyczne również nie wskazują, że istniało kiedyś jakieś pierwotne plemię opierające się wyłącznie na zbieractwie.

    Zwykle również do "zbieractwa" i tak wliczane są produkty takie jak małże, małe ssaki, jajka gadów, płazów, ptaków, insekty, owoce morza...

    Konsekwencje braku odstrzału dzikich zwierząt w Polsce przynajmniej byłby głód - ludzi i w przyszłości również wielu zwierząt. W wyniku niekontrolowanego wzrostu populacji roślinożerców zdegradowałyby środowisko po czym w wyniku głodu i chorób będących następstwem tego głodu populacja obniżyłaby się, po czym cały cykl zaczął by się ponownie. Z jedną może różnicą - wydolność środowiska byłaby czasowo (kilkadziesiąt może kilkaset lat?) niższa.

    Drapieżcy (a myśliwi są przecież drapieżcami w Polsce) sprawiają, że ten proces fluktuacji populacji jest łagodniejszy.

    To tak z ekologicznego (od nauki zwanej ekologią a nie ideologii ekologizmu) punktu widzenia, o długoterminowych konsekwencjach zdrowotnych tej wymyślonej na uniwersytecie czy w świątyni diecie możemy również porozmawiać. Sugeruję na moim blogu, bo nie wiem czy gospodarz sobie tego życzy (a ja uwielbiam tego typu dyskusje!)
    http://permakultura.net/

    OdpowiedzUsuń
  34. Rozbawił mnie ten post :) Żeby takie odważne teorie wysnuwać bez sprawdzenia/wyszukania niektórych ważnych informacji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo chętnie podyskutuję o szczegółach. Natomiast takie pełne lekceważącego poczucia moralnej wyższości uwagi rzucane mimochodem - tylko mnie upewniają, że ekolodzy to totalni idioci albo szkodliwi spiskowcy...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...