sobota, 30 października 2010

De revolutionibus


Dobrze jest wrócić do domu. Aż strach pomyśleć, co tu przechodziła Lepsza Połowa każdej nocy sama jedna będąc! Rzecz głównie w tym, że noce w naszym obejściu są bardzo głośne. Co i rusz coś tupie, mlaska albo inne odłosy paszczą i nie paszczą wydaje. Przed chwilą znany nam z widzenia kocur „aerodynamiczny“ (bo w skoku przytula łapy do ciała i jak rakieta wygląda) wprawił w panikę kończącego swoje drugie śniadanie koćkodana – dobrał się do worka ze śmieciami, który wieczorem wystawiłem na zewnątrz, bo zawiera resztki wędzonego śledzia, którego przywiozłem z wrocławskiego Auchan i Lepsza Połowa bała się, że jeśli zostanie w domu na noc, to albo myszy się rozzuchwalą, albo i samemu koćkodanowi coś głupiego przyjdzie do głowy. Swoją drogą, śpioch z tego „aerodynamicznego“…

To tylko humoreska. Tym bardziej, że już jesteśmy na nogach, konie nakarmione i na Wielkim Padoku. Chwila rozluźnienia przed świtem, kiedy to trzeba się będzie wziąć do pracy. W nocy tak miło nie jest. Jak odróżnić, czy to tylko sarny mlaszczą z upodobaniem, wygryzając bujną trawę z miejsc, gdzie wiosną przygotowywałem do rozsiania na padoki nawozy, tuż pod samą chatką – czy też Wesoła Gromadka już się wybrała na spacer mimo pancernych osikowymi kołkami ogrodzeń..? I mnie się zdarzają pomyłki, od czego bez sensu wybiegam nocą na dwór – Lepsza Połowa jest po tych czterech nocach na ostatnich nogach od ciągłych alarmów.

Oczywistym jest, że długo tak nie pociągniemy. Na szczęście przez dwa kolejne tygodnie, ze względu na święta, będzie ulgowo. W dłuższej perspektywie, koniecznie jednak muszę pomyśleć albo o innej, bardziej stacjonarnej pracy, albo o jakimś systemowym rozwiązaniu ułatwiającym Lepszej Połowie codzienne prace: wywożenie nawozu, przygotowywanie drewna na opał (zostawiłem ją z wielką stertą polan do porąbania…) oraz utrzymanie ogrodzeń. Takie „systemowe rozwiązanie“ fachowo nazywa się: parobek. Prawda jest taka, że samo tylko utrzymanie koni w dobrej kondycji psychicznej (w dobrej kondycji fizycznej utrzymują się same), czyli jakaś w miarę systematyczna z całą piątką praca, to jest co najmniej pół etatu. Dzień w dzień. Dodając wszystkie drobiazgi składające się na prozę życia cały etat, albo nawet i półtora etatu na nasze gospodarstwo w Boskiej Woli spokojnie wychodzi. Mimo, że nic, ale to nic nie produkujemy!

Światełkiem w tunelu jest tylko to, że nareszcie zacząłem te zioła sprzedawać. Bo w poprzednim tygodniu ani sztuki nie sprzedałem. Co prawda i teraz poszło mi tak sobie: poniedziałek był do d…y, bo miałem po jednej, dwie osoby na każdym z dwóch spotkań (ulotkarz, który zresztą wydusił ze mnie „pożyczkę“ 100 złotych – jak bym miał z czego! – twierdził, że okolica nie sprzyjała jego pracy. Prawda jest taka, że gdyby pofatygował się do Jeleniej Góry dzień wcześniej i rozdawał te zaproszenia w niedzielę przed kościołem, frekwencja byłaby zupełnie inna…), czwartek – wiadomo: odwołane prezentacje, bo ulotki w ogóle nie zostały rozdane, a wczoraj, oczywiście, skopałem prezentację i mimo bardziej niż przyzwoitego audytorium, też nic nie sprzedałem. Ale nic to. Skoro już kilka razy sprzedać mi się udało, znaczy, że i w przyszłości będę sprzedawał. Jest podstawa do tego, żeby rozejrzeć się za pożyczką, z której spłaciłbym grożący mi komornikiem bank (potrzebuję w tej chwili 8 tysięcy – za 3 tygodnie, jeśli do tego czasu nie spłacę, będzie już potrzebne 60 tysięcy…) – bo wiem już, że będę w stanie oddać. Być może nawet dość szybko. A potem, jak się już wyprostuje ten finansowy galimatias, będę się martwił co dalej.

Zanim przejdę do meritum dzisiejszego wpisu, chciałbym jeszcze jedną rzecz wyjaśnić. Otóż, proszę Państwa, nasza sytuacja nie jest symetryczna. Wy jesteście Czytelnikami, ja autorem. Sęk jednak w tym, że czytelnictwo bloga nie jest obowiązkowe. Nie pojawiam się we wszystkich kanałach telewizji naraz, żeby gwałcić Państwa oczy i uszy czy tego chcecie czy nie, jak pewien okrągły jak prasłowiański kołacz dożynkowy prezydent podczas „nocnej zmiany“. Nie dajecie mi utrzymania kupując ode mnie jakiekolwiek materialne nośniki informacji – jak robicie za każdym razem, gdy kupujecie książki i płyty. Logiczny stąd wniosek, że nie mam wobec Państwa żadnych zobowiązań. Ten blog nie służy do tego aby komukolwiek z Państwa poprawiać samopoczucie. Ten blog służy do tego, aby poprawiać samopoczucie mnie – bo mogę sobie popsioczyć, ponarzekać, albo pożartować do woli i tyle mi możecie zrobić. Jesteście zresztą Państwo nader elitarną grupą – jak podaje niezawodne Google Analytics, odwiedza mnie codziennie około 70 „niepowtarzalnych użytkowników“. Prawdę pisząc: od dawna wciąż tych samych.

Jedyna zatem rzecz, którą mogę z czystym sumieniem Państwu obiecać to że nie będę niczego zmieniał. Nie zamierzam pisać krótszymi zdaniami. Nie będę dawał więcej obrazków czy filmów. Nie będę się też ani Państwu w ogólności ani komukolwiek szczególnie podlizywał – nie oczekujcie tu zatem ani bieżącej polityki, która mnie nie interesuje, ani powtarzania tego, co już wiecie. Co zwykle jest kompletnie nieinteresujące…

Tak jak banalna i nic kompletnie nie wnosząca jest obserwacja, że żyjemy w czasach jawnego zepsucia i zgorszenia. I co z tego..? Takie zjawiska zachodziły w dziejach wielokrotnie. Nie ma w tym nic nowego, odkrywczego czy nawet – niepokojącego. To raczej względnie surowa moralność poprzednich 100 może 150 lat (na pewno nie więcej) była wyjątkiem, aberracją w dotychczasowym przebiegu dziejów.

Jeśli obecnie demonstrowanie homoseksualizmu jest nie tylko bezkarne (bezkarnym było przez większość ludzkiej historii…), ale wręcz modne, to być może – być może, bo niezbyt w to wierzę: wstręt jest tu zbyt silny – pojawią się jacyś normalni heterycy udający pedałów dla kariery. Generalnie jednak, będzie to miało w perspektywie jednego do dwóch pokoleń wyłącznie „szkodliwe“ dla samych „wesołków“ skutki: skoro nie ma już społecznej presji, żeby udawali heteryków to, jeśli prawdą jest podawane ongiś przez koleżankę futrzak twierdzenie, że skłonności homoseksualne są dziedziczne, to w kolejnym pokoleniu liczba prawdziwych homoseksualistów drastycznie spadnie. Bo obecnie żyjący nie będą – z braku takiego przymusu – mieli dzieci. Jak więc ich dziedziczna skłonność ma się przekazać dalej..? Owszem: można sobie wyobrazić jakieś in vitro – i może całe to ostatnie zamieszanie którego NIE obserwuję, a o którym trochę się mimowolnie dowiedziałem słuchając wczoraj przez 8 godzin drogi powrotnej do domu radia – to właśnie ma na celu. Wątpię jednak, aby mogło to dać jakieś statystycznie istotne skutki. Metoda jest na tyle kosztowna że nawet zamożne i ustosunkowane środowisko „wesołków“ nie zdoła się w ten sposób zreprodukować – nigdzie na świecie, a już najmniej w biednej Polsce.

Doświadczenie historyczne uczy, że związek między moralnością a przyrostem naturalnym, a nawet – wychowaniem potomstwa – jest dość odległy. Moralność starożytnych Greków wprawiłaby słuchaczy Radia Maryja w stan totalnego zgorszenia. Nie mówiąc już o smrodzie zepsutej oliwy, czosnku, cebuli i potu, jaki się za każdym krótkonogim, hałaśliwym i czarniawym Grekiem nieustannie ciągnął – o czym oglądając wybielone piaskiem i czasem posągi o idealnych proporcjach jakoś trudno pamiętać. Mimo to za każdym razem gdy warunki środowiskowe, tj. względna obfitość pożywienia na to pozwalały, społeczność grecka „wybuchała“ demograficznie: podczas „wielkiej“ kolonizacji między VIII a V w. p.n.e., a potem po Aleksandrze Wielkim, gdy przed Grekami otworzyły się lądowe przestrzenie Zachodniej Azji i Eigptu. Dokładnie w taki sam sposób jak wiktoriańskie społeczeństwo Wielkiej Brytanii w drugiej połowie XIX wieku. Czy – nie aż tak wiktoriańskie znowu – społeczeństwo polskie na przestrzeni 180 lat od końca wojen napoleońskich do epoki Edwarda Szczodrego (na Kredyt). Skoro zachowania reprodukcyjne w tych trzech bardzo różnych pod względem praktycznie stosowanej etyki seksualnej populacjach były tak podobne, to widać owa etyka nie ma wielkiego, znaczącego wpływu na ostateczny efekt – czyli właśnie na przyrost populacji.

Dla projektu ciągle noszącego roboczą nazwę „rok 1913+“ jedyną zmienną istotną jest pytanie, czy kobiety będą chciały mieć dzieci? Czy będą te dzieci miały ze swoimi mężami, z kochankami, z całą wsią naraz, czy zgoła z probówki – jest kompletnie bez znaczenia! Potrzebne są dzieci i to dużo dzieci. Ponieważ niezależnie od tego, na ile będziemy w stanie polegać na maszynach napędzanych biogazem lub prądem elektrycznym wytwarzanym ze źródeł odnawialnych (albo i dzięki syntezie termojądrowej – choć ten pomysł w Polsce brzmi tak abstrakcyjnie, że równie dobrze możemy podstawić w to miejsce dowolne „hokus – pokus“… a to, że ewentualnie coś takiego może się w jakiejś perspektywie czasowej udać w Ameryce – kompletnie, ale to kompletnie mnie nie interesuje. Nie planuję emigracji za Wielką Wodę!), to ludzka i ewentualnie zwierzęca siła robocza jest najpewniejszym, bo najłatwiej dostępnym „źródłem zasilania“ dla cywilizacji, którą chcemy utrzymać przy życiu. Patrzy to na paradoks, ale teza jaką stawiam, jest dokładnie odwrotna niż teza ekologów – redukcjonistów populacji: im więcej ludzi żyje na danym terytorium, tym łatwiej jest wyżywić z tego terytorium… jeszcze więcej ludzi! Dramatyczny spadek liczby ludności nie przyniesie żadnej tam ulgi dla naszej umęczonej planety czy też dla systemu energetycznego. Wręcz przeciwnie – im mniej będzie ludzi do pracy, tym szybciej się i system energetyczny i rolnictwo i cała reszta cywilizacji – załamie.

Co zresztą jest paradoksem tylko pozornym. W tej chwili moje marzenie o parobku wyręczającym Lepszą Połowę choć w części prac gospodarskich podczas mojej (zarobkowej) nieobecności, jest marzeniem ściętej głowy. Brak chętnych do takiej pracy. To co by się stało, gdyby mieszkańców Polski nagle zrobiło się mniej..? Czy aby w pierwszej kolejności nie zabrakłoby chętnych do pracy w pogotowiu energetycznym – którego doraźna łatanina utrzymuje jeszcze przy (pozornym) życiu pamiętające Bieruta linie przesyłowe niskiego i średniego napięcia? To ciężka, często bez przerw wielodobowa i bardzo niewdzięczna (bo ludzie tylko psioczą) praca. Tylko odrobinę lepsza od pracy parobka w Boskiej Woli…

Uogólniając rzecz całą, jest naturalną właściwością ludzkiego umysłu przekonanie, że dzień jutrzejszy będzie – co najwyżej powiększoną i ulepszoną – kopią dnia dzisiejszego. Perspektywa historyczna zaprzecza tej powszechnej intuicji. Ogromna ilość zjawisk które wydają się nam ważne, bez których nie umiemy sobie wyobrazić naszej codzienności, ma jedynie epizodyczne, chwilowe i przemijające znaczenie. Tym, co nas tak naprawdę łączy z naszymi przodkami, niezależnie od tego jak odległymi w czasie, jest nasza od paleolitu niezmienna i ciągle bardziej zwierzęca niż anielska natura. Prawdę pisząc: dzieje powszechne żadnej zgoła zmiany w tym zakresie nie notują! Tylko zatem w tym co najbardziej podstawowe, biologiczne, przyziemne, zwierzęce – możemy się bez ryzyka pomyłki z naszymi przodkami i potomkami (póki ci nie wpadną na pomysł radykalnej, a sztucznej swego ciała przebudowy…) w pełni identyfikować.

Cała reszta, czyli ów zewnętrzny polot kultury, w tym także techniki w której tak się kochamy – to tylko naskórek, pozór i złuda.

Mając cały praktycznie czwartek wolny w rozsypującym się Wałbrzychu oczywiście nie zdzierżyłem i zakupiłem sobie lekturę. Konkretnie: Paula Davies’a „Kosmiczną wygraną“. Bardzo ciekawa i poszerzająca horyzonty lektura. M.in. dowiedziałem się, czegom wcześniej nie był świadom, iż słowo „rewolucja“ pochodzi od tytułu dzieła Kopernika.[1] Jeśli tak jest istotnie, to właściwym znaczeniem tego słowa nie jest wcale „gwałtowna przemiana“, tylko „obrót“. Bardzo to się zgadza z wnioskami jakie wspólnie z kolegą MarkOwym pod poprzednim wpisem wysnuliśmy. Ci brudni, śmierdzący, krótkonodzy i hałaśliwi Grecy mieli rację: dzieje świata to dzieje Wielkiego Powrotu, a nie żaden tam liniowy postęp od Stworzenia do Paruzji, który to postęp tak naprawdę dopiero św. Augustyn wymyślił.

Postęp byłby liniowy, gdyby jutro wynikało z dzisiaj, a dzisiaj wynikało z wczoraj. Tak jednak wcale nie jest. Nigdy chyba w dziejach nie było to bardziej widoczne niż obecnie. Ogromna ilość tych właśnie przypadkowych, naskórkowych, nieistotnych w dłuższej perspektywie cech naszego dnia dzisiejszego ma zadziwiająco krótką historię. Nie było „wiktoriańskiej“ moralności przed połową XIX wieku. Tylko głupiec może lekceważyć ten fakt. Połowa XIX wieku to mniej niż „wczoraj“. To w skali dziejów dzisiejsze przedpołudnie. I wcale tu nie chodzi o żadną tam mityczną „pamięć genetyczną“, tylko całkiem zwyczajnie: o utrwalenie wartości i zachowań w wychowaniu i obyczaju prostego ludu, które nie zmieniają się aż tak szybko wbrew pozorom. Najłatwiej to zobaczyć na wsi. Rzekomo – w opinii postępowych „miastowych“ – tak konserwatywnej i „katolickiej“. Ludzie przez ostatnie 800 lat chodzili co niedziela do kościoła, a potem i tak robili, co im się podobało. I teraz robią to samo. Tylko księża – w tym samym micie sienkiewiczowsko – wiktoriańskim wychowani, a jeszcze często przysłani z miasta, mniej mają dla słabości ludzkiej natury zrozumienia niż ich poprzednicy ledwo 150 lat temu. Stąd (niepotrzebne jak sądzę) konflikty między wyśrubowanym do niemożliwości ideałem a przyziemną rzeczywistością, jakie się całkiem często trafiają…

Pojawienie się na tak szeroką skalę owej „wiktoriańskiej“ moralności (poprzednio trafiała się ona co najwyżej w skali mikro: ruchów religijnych nigdy nie obejmujących więcej niż nikły procent populacji – czy to były nowo zakładane lub reformowane zakony, czy sekty heretyckie) to fenomen który, jak sądzę, wynika z pojawienia się licznej, zamożnej i prosperującej klasy średniej. Czy istnienie licznej, zamożnej i prosperującej klasy średniej będzie dalej możliwe kiedy obecny kryzys już się przetoczy..? Na pewno potrzeba licznych i pracowitych parobków, żeby sobie z tym kryzysem poradzić. Ale: urzędników, maklerów, agentów ubezpieczeniowych, komiwojażerów (jak ja teraz), menadżerów w korporacjach, specjalistów..? A co oni właściwie mieliby robić..? Odpowiem tradycyjnie: za widły – i do gnoju!


[1] Por. op. cit., Warszawa 2008, str. 144

3 komentarze:

  1. Ponownie wywołał mnie Pan do tablicy. Piszę Pan, że czytanie blogu nie jest obowiązkowe, wyganiając mnie stąd tym samym. Gdyby nie moja obecność (niechciana) na tym blogu, nie byłoby ostatnich dwóch Pana wpisów. Nie wchodzę tu by Pana wyśmiewać, tylko poczytać ciekawe przemyślenia. Jeżeli zaś czytam coś, co wydaje MI się być ewidentną bzdurą, to piszę komentarz.

    Dziś dostrzegam tylko jedną bzdurę, dotyczącą parobków i elektryków. Jeśli nie będzie chętnych do konserwacji linii przesyłowych, to im podniesiemy pensje i prąd nieco zdrożeje. Jeśli bardziej będzie się opłacać postawić nowe linie, to tak się stanie. I tyle. Druga rzecz to wzrost wydajności pracy, który jest dobrą odpowiedzią (niektórzy twierdzą, że przyczyną) na spadającą dzietność. Dam przykład - dziś do konserwacji ogrodu (dużego, bo kilka ha) zatrudniam na dwa miesiące w roku (miesiąc na wiosnę i miesiąc na jesieni) jednego człowieka wyposażonego w pilarkę, wykaszarkę, ciągnik z kosiarką, rozmaite sekatory itp. Mój dziadek musiałby zatrudnić ze dwóch ogrodników na cały rok, żeby obsłużyć ten sam areał, bo nie było takich sprzętów. Nie jestem agronomem, ale patrząc "na oko" jeden uzbrojony farmer może uprawić 100 ha ziemi, sto lat temu pracowało przy tym kilkadziesiąt ludzi. Itd., Etc. Wiadomo, że wszystko ma swoje granice, robot babci pupki nie podetrze w domu opieki, ale we wzroście wydajności pracy mamy jeszcze bardzo duże rezerwy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od wieków jest taki sam odsetek homoseksualistów w społeczeństwie, niezależnie od tego, czy dana kultura przyzwala czy tez nie na akty homoseksualne.
    A jednak homoseksualizm jest zaburzeniem, a jego komp[onent biologiczny nie determinuje do bycia gejem:
    Cóż. Przebicie się z prawdą naukową w zdominowanym poprawnością polityczną świecie współczesnym, że homoseksualizm jest zaburzeniem - to ogromnie trudne.
    http://www.homoseksualizm.edu.pl/index.php/co-mowi-nauka/homoseksualizm-geneza/175-homoseksualizm-jako-zaburzenie-tosamoci-teoria-interakcyjna-

    OdpowiedzUsuń
  3. @Maria B

    Jakoś specjalnie mnie ta kwestia nie zajmuje. Jedni lubią tak, drudzy siak a trzeci na opak ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...