wtorek, 19 października 2010

Dach odjechał...

Wydawało mi się, że dzisiaj dach odjechał tylko mnie i paru bytom w moim otoczeniu. Zaczynając od tego, że większość dnia spędziłem u Radka, druha mego serdecznego, pomagając mu w rozbiórce dachu nad oborą, który to dach - jak Państwo, wierni moi Czytelnicy doskonale pamiętają, zawalił był mu się w styczniu. W przededniu kolejnej zimy, druh mój doszedł wreszcie do wniosku, że pora schować krowy pod kryszę (jak by rzekli Rosjanie...). Zaczynając naturalnie od rozbiórki tych szczątków, które sobie przez 10 bez mała miesięcy radośnie sterczały... Była to oczywiście, jak zawsze kiedy robimy coś razem z Radkiem, przygoda sama w sobie. Mieliśmy zacząć o 8.00, zaczęliśmy o 11.30. Nie, żebym miał lęk wysokości, ale - dyskredytując może w Państwa oczach moje talenta jeździeckie (nigdy nie twierdziłem, że takowe posiadam!) - przyznaję, że stanowczo wolę utrzymywać równowagę stojąc obunóż twardo na ziemi. Eternit, z którego dach Radkowej obory (wzniesionej przez Jego ojca w roku 1978) był do dziś rana wykonany, to naprawdę wspaniały materiał. Trwały, łatwy w użyciu - trochę może kruchy. No i nie wiedzieć czemu występujący w wielkich ilościach we wszystkich śmieciowiskach na terenie moich gruntów..? Ma jednak tę wadę, że kiedy go mech porośnie, a jeszcze jest trochę wilgotno, robi się śliski. Poza tym, jak się wyciągnie "kozią nogą" gwoździe mocujące go do krokwi, to jakoś tak nieprzyjemnie się ten eternit chwieje... Ogólnie: skończyliśmy ok. 17.00 i ja przynajmniej byłem mokry od potu aż do gaci. Bardziej ze strachu niż z wysiłku. Taka jest proza życia na wsi, czy to się komuś podoba, czy nie. Grunt, że nikomu się nic nie stało, a praca wykonana.

Dach odjeżdżał też Radkowym i nie-Radkowym krowom, które nawiewały we wszystkich kierunkach. Niektóre w ramach. Co to oznacza to może przy okazji pokażę, nie miałem nastroju do robienia zdjęć, a i z wysokości do połowy rozebranego dachu zdjęcie zrobione komórką i tak nic by Państwu nie pokazało...

Dach odjechał mojej starej Dalii wlkp, która - jak mi Lepsza Połowa nie omieszkała donieść - przeskoczyła ogrodzenie Wielkiego Padoku i galopowała po wsi, strasząc ludzi zbierających z pola kartofle. Za karę spędziła popołudnie zamknięta samotnie pod wiatą.

Dach odjechał moim przejaciołom z Warszawy, którym bardzo nie spodobało się to, co dla nich przygotowałem w niedzielę i bardzo chcieli, żebym to poprawił. Czym, z przyczyn ode mnie niezależnych, byłem w stanie zająć się dopiero przed chwilą.

I już myślałem, że na tym koniec. Ale nie! W Polsce trzeba być czujnym! Jak 10 kwietnia roku pamiętnego, kiedy to tak mnie zajęło oszustwo (albo pomyłka...) sprzedawcy sadzonek antonówek, że katastrofę smoleńską dostrzegłem dopiero popołudniu. Telewizji normalnej nie mamy, bo się nam opłacony abonament w Cyfrowym Polsacie jakiś czas temu skończył, Onetu nie otwierałem, bo nie miałem kiedy. Więc o wypadkach w Łodzi dowiedziałem się dosłownie kilka minut temu. Wygląda na to, że generalnie rzecz biorąc, to dzisiaj był taki dzień, kiedy stanowczo nie należało wstawać z łóżka! I wcale nie dotyczy to moich z Radkowej obory dachem przygód...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...