niedziela, 10 października 2010

Credo


Od kilku dni powstrzymywałem się przed napisaniem dla Państwa kolejnego „dużego“ artykułu. Zaczynałem i kasowałem tekst po pierwszym akapicie. Robiłem tak, ponieważ nie mam Państwu nic nowego do powiedzenia. Po prostu dyskusja pod materiałem „pigularskim“ nasunęła mi pewne przemyślenia o ludzkiej skłonności do ulegania mitom. Tyle, że już o tym pisałem – choćby tutaj (inna sprawa, że chyba nie zostałem do końca zrozumiany, bo po publikacji tego tekstu w „Najwyższym Czasie!“ ktoś zadał sobie trud, żeby przepisać fragmenty w ramach jakiejś antyreligijnej obsesji…).

Co do tego, że macie mnie Państwo zarazem za ciemniaka i obskuranta z jednej, a pozytywistę zapatrzonego tylko w cywilizację techniczną z drugiej strony – też już się skarżyłem, po co więc to powtarzać..?

Pewnie bym koniec końców dał sobie w ogóle spokój gdyby nie to, że – po dłuższej walce zresztą bo (dość późno jak na nasze możliwości…) skończył się znowu limit przesyłu danych w Erze, mój kontakt z Państwem jest więc dość… hmm… toporny – udało mi się otworzyć dziś rano Google Analytics. Ze statystyk ruchu wynikło, że ktoś z Państwa musiał mnie podlinkować na tym blogu. Ponieważ nie miałem nic konkretnego do roboty czekając, aż poranny szron zejdzie z trawy i będę się mógł wziąć za sprzątanie pod wiatą, a potem ewentualnie wsiąść na jakieś zwierzę i trochę pogalopować, zajrzałem tam. No i krew mi się zagotowała! A jak wiadomo, krew nie woda, jak się zagotuje i spieni najlepiej od razu upuścić, co by się humory nie burzyły w człowieku.

Co więc wykładałem ongiś alegorycznie i w przypowieści, powiem teraz wprost. Niezależnie od tego, czy stworzył nas Pan Bóg dnia szóstego, czyśmy od małpich przodków przez milionlecia wyewoluowali, najważniejszą, najbardziej fundamentalną cechą naszą jest nasze ograniczenie, skończoność, śmiertelność, doczesność. Cokolwiek poza ten fakt wykracza jest ideą, marzeniem, myślą – ale nie ciałem i konkretem, bo ciało i konkret poza tu i teraz nie wykracza i wykroczyć nie może.

Nasze ciała są zjawiskiem, jak by to Mistrz Lem napisał, funkcjonującym w wąskim bardzo zakresie parametrów. W temperaturze ledwo co wyższej od absolutnego zera – bo marne 300 stopni od początku skali, gdy cała ta skala rozciąga się w górę do temperatur milionkroć większych. W ciśnieniu i ciążeniu ani zbyt małym ani zbyt dużym, ogólnie – jak na kosmiczne i gwiazdowe skale: rzadkiej dość zupy. Kudy mu tam już nie nawet do imadeł grawitacyjnych jakie ściskają materię takich chociażby gwiazd neutronowych, ale nawet uczciwie ściśniętego gazu w atmosferze Jowisza – a podobnych Jowiszowi planet na razie znamy najwięcej, bo je najłatwiej przez naszą aparaturę dostrzec. Geometria przestrzeni w której się na codzień poruszamy jest euklidesowa z dokładnością uniemożliwiającą nam praktyczne doświadczenie innej metryki przestrzeni – a wiemy bardzo dobrze, że ta jej właściwość ma czysto lokalny charakter i wcale tak często się nie trafia w kosmosie. Właściwy dla obserwowanej części Wszechświata przyrost entropii determinuje zwrot strzałki czasu w sposób, który wydaje się nam tak bezapelacyjny i naturalny, że inaczej niż matematyką żadnej alternatywy wyrazić nie umiemy. Do tego świata jesteśmy przykuci, ten odbieramy naszymi zmysłami i choćbyśmy ze skóry wychodzili, o czymkolwiek co naszą skalę przerasta lub się jej wymyka, mogą nas tylko instrumenty nasze informować i myśl, idea: teoria. Zmysły bowiem niewiele nam pomóc mogą, jeśli pomagają w ogóle.

Jedną z najbardziej fundamentalnych cech naszego, ograniczonego i skończonego sposobu postrzegania świata jest kauzalność. Skutek i przyczyna. W takich kategoriach myślimy na codzień. Jest to oczywiście grube uproszczenie, bo już w świecie obserwowanym zmysłami ogromnie wiele jest zjawisk, których prawidłowości mają charakter jedynie statystyczny. O ile zamarznięcie wody we włączonym do prądu czajniku, ze stanowiska termodynamiki jak najbardziej dopuszczalne, raczej nas nie spotka, bo prawdopodobieństwo takiego zjawiska jest tak małe, że pierwej się świat skończy nim ono raz jeden chociaż zajdzie – o tyle już przy prostej grze w kości, w polowaniu na mamuty o którym pisałem, czy w grze na giełdzie nie starczy postępować wedle zadanej recepty żeby odnieść sukces. Trzeba jeszcze mieć szczęście. Pomiędzy naszym działaniem bowiem, a oczekiwanym skutkiem, istnieje związek nie kauzalny, a statystyczny jedynie – co wynika z bardzo złożonych prawideł jakie rządzą zjawiskami, na które próbujemy wpłynąć.

Nawet tego jednak nasza konstrukcja cielesna dostrzec nam w prosty sposób nie pozwala. Nie ma w tym nic dziwnego. Jak się spotyka w tajdze tygrysa szablozębnego to trzeba spier…ać co sił w nogach, a nie zastanawiać się, czy jest głodny czy najedzony. Nasze odruchy działają na zasadzie jednoznacznych sprzężeń „akcja – reakcja“, których nasza skłonność do myślenia kauzalnego jest prostym odbiciem. Wszystkie hominidy które miały wrodzoną skłonność do innego postrzegania zjawisk zostały dawno temu zjedzone i nie pozostawiły po sobie żadnego potomstwa!

Oczywiście że ta ratująca ongiś życie właściwość naszych umysłów bardzo nam teraz we wzajemnym porozumieniu i w zrozumieniu naszego miejsca w świecie przeszkadza. Co nam bowiem nie pasuje, a raczej – czego nam braknie do tego, abyśmy mogli postrzegać całość otaczającego nas świata w ramach prostego, kauzalnego modelu w którym każde zjawisko ma swoją przyczynę, to nam wyobraźnia podpowiada. Czasem prowadząc nas na (samo)zgubne manowce.

Pierwotni myśliwi o których ponad pół roku temu pisałem, powinni byli po prostu losować miejsce zasadzki na mamuty. Oczywiście że nie mogli tego zrobić! Zamiast tego stworzyli sobie rytuał który i losowanie zastępował i tłumaczył w sposób pozornie kauzalny, dlaczego tego dnia zasadzają się na zwierzynę przy strumieniu, a innego – pod laskiem.

Jak człowiek nie potrafi zaakceptować faktu, że jego skłonność do tycia, łysina,  choleryczny temperament i początki cukrzycy to czysty przypadek, wynikły z faktu, że jego tatuś posiadł jego mamusię w stanie upojenia alkoholowego podczas wakacji na Mazurach i oboje nie pomyśleli o zapobieżeniu nieszczęściu w czas, a potem już było za późno – to sobie to jakoś kauzalnie tłumaczy. Jeśli nie starcza mu wyobraźni na coś lepszego to zaczyna sobie wyobrażać, że gwiazdy tak chciały. W jaki sposób kule rozżarzonej plazmy których światło potrzebuje nieraz i milionów lat, żeby do nas dotrzeć mogłyby mieć cokolwiek wspólnego z temeramentem, łysiną, cukrzycą oraz zapomnieniem rzeczonego tatusia z rzeczoną mamusią – nie pojmuję. A fakt, że wierzą w to miliony gospodyń domowych nic a nic mnie nie przekonuje! Miliony much żrą gówno. Mam je naśladować..?


Raz jeszcze powtarzam: astrologia to bzdura. Nie tylko dlatego, że tak nas naucza Kościół święty, matka nasza, ale też dlatego, że jest to najoczywiściej sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Zgadza się za to znakomicie z wrodzoną ludziom potrzebą prostych, przyczynowo – skutkowych wyjaśnień dla bardzo złożonych zjawisk, których w ten sposób wytłumaczyć się nie da.

Niestety, zakres mitów i wiar współczesnych, do tak niewinnej w sumie rozrywki jak astrologia się nie ogranicza. Najbardziej bodaj podstawowym mitem współczesnego świata jest… nauka! A tak! Nauka też ulega mitologizacji i to w sposób nader dla nas wszystkich niebezpieczny.

Już nawet nie warto chyba wspominać, że wszystkie nieszczęścia jakie spotkały ludzkość od XVIII wieku z własnej ręki, mają „naukowe“ podstawy. Pisałem o tym wiele razy. Pisałem o „naukowym“ uszczęśliwianiu na siłę galicyjskich chłopów przez oświeconego cesarza Józefa II. O skutkach – w tej samej sferze pozostając – wprowadzenia kodeksu Napoleona na polskiej wsi. O tym, do czego prowadziła biurokratyczna modernizacja w wieku XIX. Komunizm i hitleryzm też aspirowały do „naukowych“ podstaw – nie tylko we własnej propagandzie zresztą, bo i instytucji i ludzi gotowych im te podstawy przyznać, nigdy nie brakowało. To znaczy – hitleryzmowi zabrakło ich, gdy militarnie przegrał. Gdyby nie przegrał, „teorie rasowe“ byłyby dziś równie poważane w antropologii co (najoczywiście bzdurne) „teorie klasowe“ w naukach społecznych i ekonomii.

Mimo tragicznych skutków wszystkich tych eksperymentów, końca „naukowych“ prób uszczęśliwiania ludzi pojedynczo i ludzkości jako takiej bynajmniej nie widać. O czym też już Państwu napisałem.

Najogólniej rzecz ujmując jest atawizmem tylko naszym umysłom właściwym, a w naturze rzeczywistości bynajmniej w żaden sposób do potwierdzenia niemożliwym, że jesteśmy w stanie poznać „wszystko“ – czy też stworzyć „teorię wszystkiego“, która nam świat tak dokumentnie wytłumaczy, że już żadna się w nim tajemnica nie ostanie, a całą naszą przyszłość z pełnym zaufaniem będziemy mogli powierzyć wtajemniczonym w tejże teorii arkana. Zresztą, teorii aspirujących do tego zadania też już kilka było, zaczynając od psychoanalizy (ha, ha, ha!), a na fizyce kończąc. Jakoś żadnej się to do tej pory nie udało – i stawiam dolary przeciw orzechom, że pierwej szczeźnie nauka, choćby załamując się pod własnym ciężarem, jak to Mistrz Lem był wieszczył, nim się bodaj do udowodnienia, że taka teoria jest w ogóle możliwa, w jakikolwiek sposób zbliżymy.

Właśnie dlatego jestem liberałem. Niedziałanie jest stanowczo najrozsądniejszym krokiem jeśli możemy rozsądnie domniemywać (a możemy), że co tylko byśmy nie zrobili, skutkiem naszego działania będzie tylko pogorszenie sytuacji wyjściowej. Ale nikogo do tego nie namawiam – pod warunkiem, że on z kolei nie próbuje mnie zmusić, bym działał jak jemu się wydaje, że dla mnie będzie najlepiej.

Niestety, wszyscy właściwie zwolennicy działania żywią takie zakusy wobec mojej osoby. Dlatego jestem liberałem konserwatywnym. Uważam, że heretyków, schizmatyków i czarownice należy palić na stosie (najlepiej się pieką na brzozowych polanach: najmniej dymu, najwięcej żaru…). Alchemików i astrologów – spławiać pod lodem (jak mają rację z tym globalnym ociepleniem, to im przecież nic nie grozi!). Zaś fałszywych proroków gnostyckiej sekty „naukowych“ zbawicieli ludzkości – łamać kołem i ćwiartować. To i tak o wiele łagodniejsza kara niż kazać im wypróbowywać ich pomysły na szczęście powszechne najpierw – na sobie…

6 komentarzy:

  1. Panie Jacku
    Pozwolę sobie przytoczyć jeden wpis z komentarzem Autorki z podanego bloga:
    "Astromaria powiedział/a

    09/10/2010 @ 13:04
    Napisałam o mechaniźmie agresji bo tak to czuję

    Czyją agresję i gdzie wyrażoną masz na myśli, cytaty proszę.

    na tamtym blogu wypowiadają się zwyczjni ludzie ze zwyczjnymi wątpliwościami, z różną wiedzą,różnymi problemami, ciekawi świata.

    Albo jesteś naiwna jak niemowlę, albo próbujesz siać celową dezinformację. Od lat znam wszystkie te osoby, które wypowiadają się na tamtym blogu i wszystkie one są od dawna na mojej czarnej liście agentów NWO. To zawodowe trolle, a nie „ciekawe świata osoby” z jakimiś „wątpliwościami” .

    Dlaczego nazywasz ludzi mendami?

    Bo nimi są. Jeśli ktoś przekonuje, że szczepionki z rtęcią są zdrowe dla niemowląt, to kim jest, jeśli nie mendą? Poczytaj sobie o tym, w sieci jest dużo materiałów o szkodliwości rtęci. Ja też o tym pisałam.

    agentura NWO?, Astromario, o czym Ty piszesz? Przeciez ja nawet nie chowam się za pseudonimami,

    Problem z czytaniem ze zrozumieniem? Przeczytaj jeszcze raz, a może zrozumiesz do kogo to było skierowane."
    Jest to odpowiedź na posta osoby, która poleciła Pana blog.
    Rozumiem, że jako stałego komentatora mnie to również dotyczy, więc chciałem publicznie zapewnić, że agentem NWO (cokolwiek to jest) zostałem bez wiedzy i zgody, choć coś tam podpisywałem.
    Ale jako zawodowego trolla najbardziej zasmuciło mnie to, że Autorka nie przychyliła się do popartej przeze mnie na cytowanej dyskusji u Futrzaka idei zakazu stosowania substancji zwanej "dihydrogen monooxide", a nawet pominęła całkowicie ten wątek cytując wpisy od Futrzaka.
    Ale w sumie - agent NWO to całkiem ładnie brzmi. Ktoś wie czy dają jakieś legitymacje?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla myśliwych najkorzystniejszą strategią jest poście tam gdzie mamuty chodzą częściej, a nie losowanie. Jeżeli prawdopodobieństwo pójścia mamutów do dwóch wodopojów jest równe po 0,5 lub 1 i 0, to oczekiwany wynik losowania i chodzenia do tego gdzie są częściej jest ten sam. (przy prawdopodobieństwach 0,5 nie ma znaczenia do którego). Jeżeli prawdopodobieństwo jest inne niż 0,5 lub 1, to oczekiwana wypłata z losowania zawsze będzie niższa niż udanie się do częściej odwiedzanego miejsca. Stad cały ten wywód o szamanach traci sens.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Anonimowy

    To prawda, ale tylko pod warunkiem że założymy taką samą "wypłatę" dla myśliwych w przypadku upolowania mamuta w jednym i w drugim miejscu. Tymczasem to także jest zmienna losowa. Zwykle jest tak, że w miejscach, gdzie zwierzyna pojawia się rzadziej, można jej więcej upolować niż tam, gdzie widuje się ją często. Zresztą, przykład wziąłem z podręcznika teorii chaosu, jest więc matematycznie sprawdzony :-)

    @Maczeta

    Zgaduję, że idzie o "World New Order". Ale głowy sobie nie dam uciąć.

    Tak swoją drogą, pomijając różnicę zainteresowań i języka to styl i metody są kubek w kubek jak w tym miejscu: www.akhalteke.info gdzie też miałem małe spięcie z gospodynią.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak się okazało Astromaria zacytowała również moją wypowiedź (wyrwaną z kontekstu).
    "|Osobiści nie miałbym nic przeciwko temu by wykorzystywać całego kurczaka, gdyby to był kurczak z wypasu pastwiskowego. Wiele kultur wykorzystuje całe zwierzęta.
    Jako takie IMO nie ma w tym nic złego. W „resztkach” kurczaków (kości, oczy, podroby) jest przecież sporo cennych rzeczy (tłuszcz, wapń, mikroelementy, witaminy…) i wbrew pozorom nie są to złe rzeczy. To nasze współczesne społeczeństwo uważa, że z kurczaka to jadalne jest tylko pierś (bo chuda:) i ewentualnie skrzydełka + udka."

    Pozwolę sobie zacytować większą cześć komentarza, który całkowicie zmienia znaczenie mojej wypowiedzi:

    "Oczywiście wiadomo, że te kurczaki do nuggetsów i innych fast foodów to syf syfów. Pełne hormonów, antybiotyków, tłuszczu o śmieciowatych proporcjach omega 3 do omega 6…"

    Niestety Pani Astromaria patrzy więcej w gwiazdy niż na ziemię. Nie mieści się w jej wegetariańskiej głowie, że zwierzęta można hodować w taki sposób, że ich jedzenie będzie dla nas korzystne a sam krótki przecież żywot tych zwierzaków w miarę dla nich przyjemny. Może to po prostu niedobór ważnych tłuszczy DHA i EPA w jej diecie. Może też te wszystkie piramidki i pozytywne energie są rzeczywiście mniej nieszkodliwe niż wcześniej myślałem.

    A może moja próba znalezienia jakiejś logicznej przyczyny tego zachowania jest "naukowym" sposób działania mojego umysłu?

    Zdaje się, że te pytania pozostaną bez odpowiedzi.

    Pana wpis tradycyjnie ciekawy i prowokujący do myślenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Jacku, w liście wyjaśnie więcej a teraz chcę tylko napisać, że bardzo chciałabym poznać Pana zdanie na temat tej książki www.fizykazycia.pl/ (to odnośnie teorii wszystkiego)
    i dodam jeszcze,że uwielbiam tu u Pana przebywać;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. He, a to sie porobilo. Ciekawi mnie jak tez Astromaria trafila na mojego bloga :)
    Ale, jako przyklad do wpisu, calkiem trafnie dobrana ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...