czwartek, 23 września 2010

Życie nocne

naszych koni jest bogate i wyczerpujące. Do tego stopnia, że już nawet wrócić do domu nie mają sił i śpią na drodze...

Koćkodan zgłodniał ok. 4.30. Zeskoczył z gracją cegły spadającej z rusztowania z łóżka, gdzie spał u boku swego pana i rozpoczął zwykłe zabiegi, jakich koćkodany używają w celu zdobycia pożywienia. Tj. zaczął łazić po chatce głośno tupiąc (kto twierdzi, że koćkodany poruszają się bezszelestnie..?) i od czasu do czasu drapał drewniany słup, który mamy na środku chatki, ocierał się o brzęczącą przy każdym dotknięciu suszarkę na bieliznę, ewentualnie - wskakiwał z przytupem na meble. Ponieważ już wieczorem było za zimno, żeby chciało mi się wychodzić nago przed chatkę i tam karmić koćkodana, jego miska była wewnątrz. Dostał chrupki i mleko. Nim to się jednak stało, hałasy obudziły Lepszą Połowę.

Lepsza Połowa stwierdziła po chwili, że wyjdzie zobaczyć, gdzie są koniowie. Jak stwierdziła, tak i zrobiła. Wyszła i długo jej nie było. Wpadłszy wreszcie do chatki krzyknęła: wstawaj, koni nie ma, ogrodzenie przerwane!

Co było zrobić..? Wstałem z wygrzanego łóżka, w którym zdążył już umościć się ponownie cieplusi koćkodan, ubrałem się i poszliśmy koniów szukać.

Przerwanie ogrodzenia polegało na tym, że została wyrwana belka zamykająca wejście na mały padoczek, a na małym padoczku - zdemontowana cała sekcja ściany oddzielającej go od lasku. Koni nie było jednak ani w Lasku Centralnym (to już sprawdziła Lepsza Połowa), ani w pobliżu chatki. Nie mogły zresztą w bliskich rejonach błądzić, bo hałasują jeszcze bardziej niż koćkodan i raczej by nas obudziły! Lepsza Połowa najpierw pobiegła sprawdzić czy może nie poszły na Wielki Padok. Poczłapałem tam za nią bez wielkiej wiary w sukces: to by było naprawdę nieprawdopodobne, żeby  nie przechodząc obok chatki stado trafiło akurat w (otwartą co prawda w nocy) bramę wejściową, a przez ogrodzenie tylko Buba i Maleństwo potrafią przeleźć... Oczywiście, koni na Wielkim Padoku nie było.

Rzuciłem pomysł, że pewnie polazły na pole wyki, które rozciąga się kilkaset metrów za sosnowym zagajnikiem sąsiadującym od północnego wschodu z naszymi padokami. Już kilka razy zwiewały na to pole, a miały tam najkrótszą drogę, skoro wylazły przez Lasek - i jest to na tyle daleko od chatki, a przy tym po tak miękkiej ziemi (bo za Laskiem rozciąga się zaorane, a nie obsiane jeszcze trawą pole, przygotowane pod padok dla matek ze źrebiętami...), że nie słychać jak tupią.

Lepsza Połowa zgodziła się z tym wnioskiem, ale zasugerowała, żeby sprawdzić jeszcze na Pierwszym Padoku. Dzień wcześniej tam je znalazła. Co prawda, znalazła je tam nie dlatego, że uciekły, a dlatego, że sam je tam wieczorem wpuściłem - bo Buba i Maleństwo przelazły tam przez ogrodzenie, a koń Lepszej Połowy, który tego nie umie, rżał rozgłośnie i nie dawał zasnąć. Ale mniejsza z tym. Do pola wyki można dojść tak czy inaczej, więc poszliśmy przez Pierwszy Padok (na którym zresztą do tej pory leży skoszona i roztrzęsiona przez Radka, druha mego serdecznego, trawa - i to jest powód, dla którego Lepsza Połowa wypuszczaniu tam koni się sprzeciwia: co do mnie, to nie sądzę, aby to, co leży mogło koniowatych w jakimkolwiek stopniu interesować - a nowa trawa odbija całkiem przyzwoicie mimo nocnych chłodów...).

Nie uszliśmy i stu metrów, kiedy sylwetki naszych koni ukazały się nam na tle nieba. Oczywiście: po niewłaściwej stronie płotu. Znaczy się: biegały gdzieś w nocy, a potem postanowiły wrócić do domu. Doszły jednak tylko do narożnika ogrodzenia Pierwszego Padoku tam, gdzie biegnąca wzdłuż niego dróżka narolna łączy się z naszą piaszczystą drogą. Dalej pójść nie miały sił.

Zabraliśmy je od razu na Wielki Padok. Do tej pory śpią tam wymęczone:
Kwestię śniadania uważam na dzisiaj za zamkniętą.

Lepsza Połowa twierdzi, że jeśli naprawdę chcę, aby nam tu ktokolwiek wstawił konia w pensjonat, to takich historyjek opowiadać nie powininenem.

Cóż: i tak już robi się za późno - drugi dzień z rzędu mieliśmy nad ranem przymrozek. Żaden koń który nie nocował na zewnątrz nie zdąży się już do tych warunkach przystosować zanim zrobi się naprawdę zimno. Tak więc ogłoszenie obok jest już średnio aktualne. I tak zresztą, nie bardzo wierzyłem w jakikolwiek odzew: ludzie może nawet i wiedzą, bo przeczytali w książce, że stajnia raczej szkodzi koniom niż pomaga, ale ta wiedza nie ma nic wspólnego z ich (znaczy ludzi) zachowaniem. To dokładnie tak samo jak z niemowlętami. Od 70 lat wbija się młodym matkom do głów, że nie powinny niemowląt przegrzewać. I co..? I dalej 99% niemowlaków opatulonych jest w sześć warstw odzieży. To jest paleolityczny atawizm. Człowiek lubi, kiedy jest mu ciepło (tak samo jak koćkodany - i stąd nasza z tym gatunkiem przyjaźń...) i nie jest w stanie pojąć, że ta miłość nie jest przez wszystkie inne ssaki podzielana....

A tak w ogóle, to kiedy tylko Lepsza Połowa oznajmiła, że WSZYSTKIE konie nawiały, natychmiast się uspokoiłem. Kto jak kto, ale Dalia wlkp wie, jak prowadzić stado - no i za Boga Ojca torów kolejowych nie przejdzie! Do wsi też nie wejdą, ani kanałku odwadniającego nie przekroczą. To gdzie niby one mogłyby nawiać..? Co innego, gdyby zwiały tylko achałtekinki. Te, to i do centrum Warszawy by do tej pory zdążyły dotrzeć - i nic by ich nie zatrzymało.

9 komentarzy:

  1. Prosiłbym o odpowiedź dlaczego stajnie koniom szkodzą:

    a)zbyt wysokiej temperatury ogólnie
    b)dużym różnicom temperatury między stajnią a temperaturami na zewnątrz gdy są wyprowadzane
    c)bakterie itp.
    d)jakaś inna przyczyna
    ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jestem jakimś ideologicznym przeciwnikiem stajni - koniec końców wcale niemałą chciałbym jednak wybudować. Ale...
    - najbardziej szkodzi brak ruchu i ograniczenie w życiu społecznym stada; konie to zwierzęta stepowe, wielkich, otwartych przestrzeni, a przy tym silnie społeczne - stąd ogromna ilość narowów i problemów psychicznych, zwłaszcza u koni z małych stajni i stajenek, szczególnie jeśli za mało pracują i rzadko korzystają z wybiegu (co się wcale często zdarza, niestety!);
    - potem dochodzą te czynniki, które już Pan wymienił plus zapylenie; zapylenie wynikające z wielkiej ilości kurzu (złej jakości siano, pył z owsa jeśli porcje karmy są przygotowywane w tym samym pomieszczeniu, ogólny kurz typowy dla zamkniętego pomieszczenia) jest powodem np. takiej choroby jak COPD - koński odpowiednik pylicy, coraz częstszy u naszych czterokopytnych milusińskich;
    - w stajni konie są też bardziej narażone na alergeny (oczywiście jeśli pominąć konie - a są już i takie! - które mają alergię np. na... pyłki traw!).

    Historycznie do połowy XIX wieku w naszej części świata w stajniach stały tylko konie robocze, wyjazdowe, kareciane - które trzeba było mieć "pod ręką", bo codziennie szły do pracy. Konie hodowlane trafiły do stajen na fali "anglicyzacji" - ponieważ to ułatwia ich systematyczne, intensywne karmienie poza sezonem pastwiskowym. Przez te 150 lat dorobiliśmy się już takich rozwiązań technicznych, które niedogodności stajni redukują: biegalnie, stajnie półotwarte. Niestety, stosuje się je - mam wrażenie - zbyt rzadko...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za informacje.

    Konie uczulone na pyłki traw :D

    Czyli konie, które "nie trzeba było mieć pod ręką" zimę też spędzały na pastwisku? W takiej zimnej Rosji też?

    OdpowiedzUsuń
  4. Nawet na Islandii. Co prawda tamtejsze kuce tak są owłosione, że trudno je od wołów piżmowych odróżnić...

    Zresztą jeszcze w wydawnictwie z lat. 80-tych ub. wieku opisana jest "tiebieniewka" - czyli wypas koni na Syberii na... śniegu! Otóż niektóre z tamtejszych roślin (spokrewnione z piołunem) stają się jadalne dopiero po przemrożeniu - a konie prymitywne miejscowych ras, potrafią je sobie spod śniegu wygrzebać. Wypasa się zatem zimą konie na zmarzniętych bagnach... Nie sądzę, aby przez ostatni 30 lat coś się w tej materii mogło zmienić!

    OdpowiedzUsuń
  5. No to mieliście ciekawą noc!
    Ja konika nie mam, więc nie wstawię :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Hm, Lepsza Połowa ma troszkę racji. Istotnie, akurat opowieści o Wielkich i Pomniejszych Ucieczkach lekko zniechęciły mojego męża od skorzystania z oferty, ale bardziej zniechęcił go fakt braku stajni - który to drobiazg raczył był przeoczyć w treści ogłoszenia, mimo wytłuszczonej czcionki.

    Przyznać trzeba, że akurat koń, którego wstawienie (przez krótki moment) rozpatrywał, jest nie tyle rencistą co w zasadzie inwalidą z uszczerbkiem na zdrowiu sięgającym 40%. Wystarczyłoby aby przewrócił się np do rowu, nadążając nocą za resztą Pomysłowego Stada - i już by było po nim. Nie był to więc odpowiedni pensjonariusz na wielkie łąki.
    Proszę jednak odnotować, że jakieś zainteresowanie było - może i skończyło się na jednym telefonie, ale jednak .. Nie był to więc odpowiedni pensjonariusz na wielkie łąki.

    Swoją drogą zastanawiam się czy w ogóle jest napięcie w waszym ogrodzeniu, czy też w ogóle nie stosujecie elektryczności?
    Może przeoczyłam, przyznam że nie śledzę bardzo dokładnie..

    OdpowiedzUsuń
  7. Elektryczności nie stosujemy. Ucieczki, jeśli pominąć indywidualną działalność Buby i Maleństwa, których i tak żadno ogrodzenie nie zatrzyma, wcale nie są takie częste. W tym roku wielkie ucieczki zbiorowe całego stada to chyba łącznie 4 razy się zdarzyły - w tym dwa razy przy przeprowadzaniu na Wielki Padok...

    Rozumiem, że chodzi o Sekreta..? On też z tych bardziej pomysłowych. Kiedyś mi zeżarł tubkę maści tranowej na rany...

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie, nie Sekreta, Boże broń. Daktyl mu na imię (jest to końska wersja kotka Mrożka ;) )
    Sekret odpukać sprawny i zdrów. Czego i Stadu życzę!

    OdpowiedzUsuń
  9. No tak, przepraszam za pomyłkę. Kiedyśmy się widywali przynajmniej raz na tydzień i Sekret i Daktyl były tak samo zdrowe i tryskające humorem - a Daktyl skakał przez płomienie, co nieodmiennie wprawiało nas w wielki podziw. Stąd widać nie zapamiętałem, któremu z nich przydarzyło się nieszczęście...

    Tak, czy inaczej - zapraszam! Wpadnijcie może do nas zwyczajnie na pogaduchy. Tutaj jednak rzadko da się z kimś pogadać.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...