niedziela, 19 września 2010

W życiu jak i na wojnie,

warto wiedzieć, czego się chce. Nie twierdzę, że zawsze: błogie rozluźnienie każdemu się od czasu do czasu należy. Jeśli jednak zamierza się wielkie rzeczy (a wielkie rzeczy zamierza się zwykle sięgając po broń…), to już nie pora na relaks. Mam jednak wrażenie że częściej niż raz czy dwa wodzowie wielcy i niewielcy, a nawet i całe narody – kulturalne niekiedy aż do przesady, jak Niemcy – o tym, by nim zaczną machać szabelką pomyślały po co to robią, jakoś zapominały…

Po co właściwie Niemcy wszczęły I wojnę światową..?

Wróć! To oczywiście nie jest takie proste. Wersja „Niemcy wszczęły I wojną światową“ to wersja zwycięzców. Nawet zapisana w traktacie wersalskim. Rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona. Za zamachem na arcyksięcia Ferdynanda stała serbska organizacja „Czarna Ręka“, gałąź serbskiego wywiadu, kierowanego przez pułkownika Apisa (jego burzliwy życiorys na cały serial sensacyjny dostarczyłyby materiału; w łóżku w każdym razie nie umarł…), który był na „krótkiej smyczy“ prowadzony przez wywiad rosyjski. To dość, by zakładać, że w Petersburgu przynajmniej wiedziano, co się dzieje i wyrażono na to zgodę (nadmierna w tej mierze wiedza serbskiego pułkownika zapewne była powodem jego przedwczesnej śmierci...). Jednak, to Helmut von Moltke (młodszy), szef niemieckiego sztabu generalnego naciskał na Austriaków i nakłonił ich do wystosowania prowokacyjnego ultimatum wobec Serbii. Kiedy zaś termin tego ultimatum minął i w konsekwencji zarówno Austro – Węgry jak i Niemcy znalazły się w stanie wojny nie tylko z Serbią, ale i z Rosją, pociągi z niemieckimi rezerwistami wcale nie pojechały nad Prosnę i Niemen, tylko nad Ren. Pomysłu, aby skoro jest stan wojny z Rosją, toczyć wojnę z Rosją, nawet nie rozważano: jedyne plany mobilizacyjne jakie leżały w niemieckich sejfach, zakładały marsz na Paryż. Przez Brukselę, co z kolei nieuchronnie skazywało II Rzeszę także na wojnę z Wielką Brytanią, od czterech stuleci obsesyjnie strzegącą ujścia Skaldy przed dominującym mocarstwem lądowym kontynentu.
Pułkownik Dragutin Dimitrjewić "Apis" - przywódca "Czarnej Ręki" i organizator zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Został rozstrzelany 27 czerwca 1917 roku w Salonikach, zapewne dlatego, że wiedział zbyt wiele o rosyjskim udziale w wywołaniu "Wielkiej Wojny".
Swoją drogą: o ile niemieckie dążenie do wojny daje się jakoś post factum racjonalizować, to po co ta wojna była Rosjanom - nawet nie próbuję pojąć!


Generał pułkownik Alfred hrabia von Schlieffen: jego wpływ na sposób myślenia niemieckich sztabowców przesądził, że będąc w stanie wojny z Rosją, a wcale jeszcze nie mając stanu wojny z Francją, Niemcy i tak koncentrowały 91% swoich sił nad Renem - i musiały przejść przez Luksemburg i Belgię, z konieczności wywołując wojnę z Wielką Brytanią

Generał pułkownik Helmut von Moltke, niemiecki szef sztabu generalnego. Naciskał na swojego austriackiego odpowiednika aby "nie zmarnować szansy" upokorzenia Serbii i zapewniał o stalowym poparciu Niemiec dla sojusznika. Ponieważ przegrał nad Marną i umarł w 1916 roku jego podwładni z rozkoszą obarczali go winą nie tylko za wywołanie wojny, ale i za klęskę Niemiec: głównie dlatego, że dokonał zmian w "doskonałym" planie swojego poprzednika i mentora, Schlieffena!

Zapobiec wojnie mogli więc: Rosjanie – gdyby powstrzymali pułkownika Apisa i jego siepaczy; Niemcy – gdyby nie naciskali na Austriaków i Austriacy – gdyby dali sobie spokój z poszukiwaniem „małej, zwycięskiej wojenki“; przykład Mikołaja II i jego dalekowschodnich awantur sprzed lat 10 powinien ich był czegoś nauczyć… Wojna mogłaby też być krótsza i być może nawet zwycięska dla Niemiec, gdyby nie maszerowali na Paryż. Układy francusko – brytyjski i brytyjsko – rosyjski nie zobowiązywały Wielkiej Brytanii do udziału w wojnie automatycznie, gdy tylko któryś z pozostałych partnerów znajdzie się w stanie wojny. Była to suwerenna decyzja brytyjskiego rządu. Wielce ułatwiona przez fakt pogwałcenia neutralności Belgii. Gdyby więc Niemcy od razu zaatakowali Rosjan i nie maszerowali przez Belgię, rządowi Henryka Asquita dość trudno byłoby wytłumaczyć brytyjskim wyborcom, dlaczego niby chce wysyłać jakiś korpus ekspedycyjny na kontynent i to akurat po stronie odwiecznych rywali, Francuzów – podczas gdy Niemcy to taki kulturalny i tak bliski Brytyjczykom naród..?

Dlaczego więc Niemcy nie powstrzymali wojny, choć mogli to zrobić i dlaczego zaatakowali Francję, choć robić tego wcale nie musieli? Po wojnie aktorzy tamtych wydarzeń tłumaczyli to… rosyjskim planem modernizacji armii i reformami premiera Stołypina, na skutek których Imperium Rosyjskie zaczęło się od 1912 roku rozwijać w iście amerykańskim tempie. Rzekomo, z precyzyjnych wyliczeń niemieckiego sztabu generalnego (który, jak powszechnie wiadomo, jest instytucją nieomylną: nie mógł zatem skazać państwa i narodu na przegraną wojnę… bez powodu?) wynikało, że po 1920 roku pokonanie Rosji nie będzie już możliwe. Należało to zatem zrobić teraz – albo nigdy.

OK. Tylko po jaką cholerę, w takim razie, leźli ci Niemcy na Paryż, skoro poszli na wojnę z obawy przed Rosjanami..? Jest to rozumowanie tak pokrętne, że aż prawdopodobne. Sensu w tym jednak nie ma za grosz. Moim zdaniem ani Wilhelm II, ani Helmut von Moltke, ani tym bardziej nikt z mniej ważnych figur w ich otoczeniu, zwyczajnie nie zadał sobie trudu aby pomyśleć, po co ta wojnę.

O tym zaś, że pociągi z rezerwistami mają jechać nad Ren, przesądził duch (bo nie plan: tego, w sensie jakiegoś konkretnego dokumentu innego niż wspomniane już plany mobilizacyjne, które przecież nie precyzowały, co się będzie działo po zakończeniu koncentracji wojsk – nigdy nie udało się odnaleźć…) Schlieffena. Od 30 lat powtarzający podkomendnym, że najpierw trzeba rozbić Francję, bo ta mobilizuje się szybciej niż Rosja. Jeśli uda się to zrobić w 6 tygodni, starczy czasu na przerzut sił głównych nad Prosnę i Niemen i rozprawę z rosyjskim niedźwiedziem.
Plan Schlieffena i francuski "Plan XVII" - swoją drogą, jeszcze głupszy od niemieckiego, ale nie tak błyskotliwy; tylko dzięki temu Francuzom udało się w czas wycofać!

Fakt: rozumowanie piękne. Podobnie jak sama idea okrążenia armii francuskiej. Oraz matematyczna precyzja wyliczeń proporcji sił, miejsc koncentracji, etapów przemarszu. Po prostu poezja! Poezja, bo ów rzekomy „plan“ w takiej wersji, w jakiej jego zażarci obrońcy próbują go rekonstruować najwidoczniej zakładał (około roku 1900…) użycie korpusów, które nie istniały jeszcze nawet w roku 1914… Był to zatem bardziej produkt poetyckiego natchnienia, niż jakiejkolwiek trzeźwej kalkulacji.

Zakładał przy tym, że Niemcy przejdą ponad 1000 km na piechotę szybciej niż Francuzi trzecią część tego dystansu przejadą koleją. Prawdziwie podziwiać trzeba również i naszych pradziadków, jeśli któryś z nich maszerował z von Kluckiem (akurat u von Klucka nie mogło ich być wielu: korpusy poznańskie i śląskie walczyły w Ardenach, pod pruskim następcą tronu – a potem pod Verdun…), bo ten szalony pomysł prawie się udał! Nad Marnę Niemcy idąc piechotą przez Brukselę doszli w tym samym czasie, co Francuzi przerzuceni tam pociągami z Belfort i taksówkami z Paryża. Zapewne Niemcy mogli nawet tę bitwę wygrać – gdyby się Moltke młodszy nie pogubił kompletnie w dowodzeniu (na co złożył się: wylew, który przeszedł na samym początku wojny – i kompletny niemal brak łączności między jego kwaterą główną w Koblencji a armiami w polu, 400 km w linii prostej dalej na zachód…). Co zresztą nic by nie zmieniło. Bo trudno sobie wyobrazić, żeby potem zdołali jeszcze ścigać przeciwnika. A musieliby go ścigać aż po Pireneje i Lazurowe Wybrzeże. Trudno też sobie wyobrazić, żeby Francuzi w 1914 roku „odpuścili“ tak, jak „odpuścili“ sobie w roku 1940. Gdyby więc przegrali nad Marną i nawet utracili Paryż, zapewne biliby się dalej – co najwyżej straty po obu stronach byłyby jeszcze potworniejsze.
Generał Eryk von Falkenhayn jako pruski minister wojny

Drugi niemiecki pomysł na zwycięstwo nad Francją, czyli bitwa pod Verdun, doczekał się takiej samej niemal mitologii jak plan Schliffena. Przede wszystkim brak jest dowodów na to, aby istotnie następca Moltkego, generał Eryk von Falkenhayn z góry planował owo sławetne Ausblutung. Tzw. „memoriał bożonarodzeniowy“ w tej sprawie, jest prawie na pewno powojennym fałszerstwem. Z notatek spisywanych na gorąco przez oficerów z którymi się kontaktował wynika, że atak na obóz warowny Verdun miał być tylko wstępem do całej serii ciosów, które w zamyśle szefa sztabu, miały przywrócić Niemcom inicjatywę na froncie zachodnim. Verdun zostało wybrane, ponieważ Francuzi musieli go bronić (zarówno ze względów strategicznych: o obóz warowny opierał się cały „narożnik“ ich frontu, który bez tej podpory, musiałby się znacznie cofnąć; jak i z przyczyn prestiżowych). Istniała zatem szansa, że uda się w twierdzy okrążyć i zniszczyć francuskie odwody, co znakomicie ułatwiłoby dalsze działania ofensywne. Przy tym atak na twierdzę był dość łatwy. Po niemieckiej stronie frontu do rejonów koncentracji wojsk prowadziły trzy linie kolejowe (już kilka miesięcy po opanowaniu Belgii, Luksemburga i części Francji, udało się Niemcom uruchomić tamtejsze koleje i nie musieli więcej maszerować tak daleko na piechotę…). Po stronie francuskiej: jedna „normalna“ linia kolejowa pod stałem obstrzałem niemieckiej artylerii, wąskotorówka używana głównie do dowozu żywności oraz tzw. „Święta Droga“ na której od 3 do 8 tysięcy ciężarówek zapewniało codzienny dowóz pozostałego materiału i ludzi. Był to pierwszy w dziejach taki przykład wykorzystania transportu drogowego. Czego oczywiście Niemcy nie mogli przewidzieć.
Plan bitwy pod Verdun, wg. Wikipedii. Całość działań toczyła się na obszarze o wymiarach ok. 15 na ok. 10 km na północnym odcinku frontu

Ich własna koncentracja mimo tych trzech linii kolejowych i mimo zaangażowania 15 tysięcy rosyjskich jeńców do budowy dróg na zapleczu frontu, wlokła się na tyle długo, że Francuzi zdążyli się zorientować co się dzieje. Zmienna pogoda w lutym 1916 roku opóźniła niemiecki atak o kolejne kilka dni, dając Francuzom czas na sprowadzenie rezerw. Mimo to w ciągu pierwszego tygodnia działań, 5 Armii pruskiego następcy tronu, księcia Wilhelma udało się praktycznie zniszczyć francuski 30. korpus i przesunąć linię frontu o 10 km, zajmując bez walki jeden z fortów twierdzy (bo się Francuzi pogubili i zapomnieli go obsadzić!). Poniosła jednak tak wielkie straty, a jej żołnierze byli tak zmęczeni, że dalsza ofensywa nie była już możliwa. Von Falkenhayn nie zgromadził na zapleczu 5 Armii rezerw, które rzucone do walki w tym momencie mogłyby przesądzić o zwycięstwie. Ich ściąganie z dalszych odcinków frontu zajęło zaś, wbrew nadziejom niemieckich sztabowców, dokładnie tyle samo czasu Niemcom co Francuzom. Obie strony krwawiły potem w coraz to bardziej bezsensownych atakach. Straty francuskie były nieco wyższe od niemieckich. Ale tylko „nieco“. Owszem, gdyby Niemcy walczyli jedynie z Francją, kontynuacja takiej rzezi dałaby im po odpowiednio długim czasie upragniony sukces: Niemcy były ludniejsze i miały prawie dwa razy więcej rezerwistów niż Francja (wg stanu na rok 1914: 8,4 mln do 5 mln – obie strony w „pierwszym rzucie“ wykorzystały po ok. 20% tego potencjału, dla większej liczby żołnierzy brakowałoby im już nie tylko karabinów, ale i butów…). Nawet więc, gdyby obie strony ponosiły straty w równej liczbie, Francuzów zdolnych do walki zabrakłoby szybciej niż Niemców. Tak jednak nigdy nie było. Od samego początku po francuskiej stronie frontu walczyły oddziały kolonialne. Co już – z ogromnym naddatkiem – równoważyło demograficzną przewagę Niemiec. Potem przerzucono tam Belgów, Anglików i oddziały z brytyjskich dominiów. Na samym końcu, już w 1917 roku, ten odcinek frontu przejęli Amerykanie. Niemcy nie mogli „wykrwawić“ całej reszty sprzymierzonego przeciw nim świata!

Wątpliwe zresztą, aby kiedykolwiek naprawdę mieli taki zamiar. Atakowali uporczywie, bo był to sposób na „zachownie inicjatywy“ – zaś „zachowanie inicjatywy“ jest wartością samą w sobie dla wojskowych umysłów. Że urosła z tego niespotykana wcześniej w dziejach góra trupów, zwłaszcza generałowie bezpośrednio dowodzący na polu bitwy mieli dobry interes w tym, żeby zwalić odpowiedzialność na swojego wodza i bezpiecznie ukryty na tyłach sztab. Stąd te powojenne fałszerstwa i mit „bitwy na wykrwawienie“.

Bezmyślność rodzi bezmyślność, z błędu wyrasta błąd. Niemcy nie mogły wygrać wojny, skoro nie wiedziały nawet – o co tak naprawdę walczą. Po prostu, skoro nie ma dobrze zdefiniowanego celu działania, nie sposób dobrać właściwych dla osiągnięcia tego celu środków. W tym przypadku zaś, środki (takie jak „plan“ Schliffena, czy złoty cielec „zachowania inicjatywy“ pod Verdun), kompletnie przesłoniły cele. Do tego stopnia, że nikt o nie nawet nie pytał.

9 komentarzy:

  1. Przymierzałem się do tematu przyczyn I wś - ale jakoś nie dopracowałem go do końca - więc tylko krótko i bez źródeł - Rosja miała olbrzymi problem z zadłużeniem - konkretnie była na granicy niewypłacalności - więc rozpoczęcie wojny było sensownym i logicznym rozwiązaniem i myślę, że niemiecki sztab się też mylił - gdyby poczekali z 2-3 lata Rosja byłaby dużo słabsza po bankructwie. Rozwój zaraz przed wojną był oparty na francuskich i niemieckich pożyczkach - klasyczny boom na kredyt, bez fundamentów. Wielka Brytania już rozpoczęła swój długi lot w dół nawet przed ichnym peak coal (1913)- więc układ sił na świecie się szybko zmieniał na korzyść Niemiec - być może po prostu cesarz Wilhelm chciał za szybko potwierdzić militarnie/politycznie tę zmianę układu sił - a może to właśnie Ententa chciała ich przyhamować zanim staną się zbyt potężni. Patrząc w ten sposób czuję nosem Perfidny Albion i politykę równowagi sił na kontynencie - zaatakować i pokonać Niemcy zanim Rosja zbankrutuje

    OdpowiedzUsuń
  2. Dalej - więc nic dziwnego, że Niemcy nie mieli żadnej koncepcji owoców zwycięstwa - bo to była ich klasyczna wojna obronna. Tak samo Ck monarchia nie miała dużego pola manewru- bo Serbia jako przykład nacjonalistycznego państewka podburzającego porządek w południowych częściach Austrii i Węgier była dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Po zamachu musieli ją zniszczyć

    OdpowiedzUsuń
  3. Obawiam się, że to nie jest takie proste. Koncepcja "homo oeconomicus" nie tłumaczy całego bogactwa ludzkich zachowań. I naprawdę niewiele wojen w dziejach naprawdę toczono o zasoby czy surowce - nie znam też ani jednej, po której zwycięzca nie byłby ekonomicznie w gorszej sytuacji niż PRZED swoim militarnym triumfem! W ogóle jedyny znany mi przypadek, gdzie bez najmniejszych wątpliwości, explicite rozważano jako motyw wojny kwestie surowcowe, to japoński atak w 1941 - lubo wnioski, jakie generał Tojo wyciągnął z analizy prawdziwych faktów jak dla mnie są nieco... ekscentryczne..?

    Niemcy od czasów "Kathedralsocializmus" Bismarcka, o którym kiedyś jeszcze napiszę, dusiły się pod ciężarem największego socjalu w ówczesnym świecie. A swoją wielką i do niczego niepotrzebną flotę oceaniczną budowały na kredyt. Nie można powiedzieć, że "czas pracował dla Niemiec". Czas pracował dla mocarstw pozaeuropejskich o praktycznie nieograniczonych zasobach surowców i ziemi i szybkim przyroście ludności: dla USA i dla Rosji. Która była wprawdzie importerem kapitału netto, ale wynikało to nie tylko z pożyczek, ale i z ogromnych inwestycji bezpośrednich - kapitał uciekał m.in. z Niemiec po to, aby eksplorować możliwości Baku czy Uralu...

    OdpowiedzUsuń
  4. @ boskawola
    Oczywiście, że wojny wyczerpują też zwycięzcę. Ale np. skala rabunku przemysłu Niemiec przez ZSRR po 2wś chyba jednak znacząco poprawiła potencjał przemysłowy sowietów (choć istotnie nie ekonomię bo ciężko o niej mówić w ich wypadku.
    Za to ja twierdzę i może będę to w stanie wkrótce mocniej wykazać, że wszystkie wielkie wojny (o zasięgu co najmniej ogólnoeuropejskim) ostatnich 300 lat miały związek z kryzysami energetycznymi. I co więcej tylko jeden kryzys energetyczny (z lat 70- tych XX w.)w tym okresie nie skończył się wielką wojną. Jako bezpośredni powód w istocie rzadka sytuacja - ale napięcia społeczne związane z obniżeniem poziomu życia zawsze były właśnie tak rozwiązywane.
    Hochseeflotte była rzeczywiście jednym z najgłupszych pomysłów w historii polityki - przynajmniej patrząc po kosztach i efektach.
    Czas pracował dla Rosji i USA - zgoda - ale w krótkim terminie rosyjski rząd byłby niewypłacalny, co spowodowałoby duży uszczerbek dla możliwości militarnych

    OdpowiedzUsuń
  5. Udział wydatków publicznych w PKB Niemiec (wielkość skądinąd trudna do oszacowania raz ze względu na federalną strukturę Rzeszy, a dwa - z powodu różnych księgowych sztuczek maskujących prawdziwy poziom wydatków wojskowych i zadłużenia...) w roku 1913 przekraczał 18% - co było w tamtej epoce wielkością zgoła szaloną (co skądiną pokazuje, jakie to były fajne czasy..!). Dla Rosji analogiczny wskaźnik oscylował wokół 5 - 6%. Oczywiście: możliwości podwyżki obciążeń podatkowych w Rosji nie były wielkie, bo i PKB na głowę nie porażało: wszystkiego 73 dolary na głowę rocznie (Niemcy: 209 dolarów). Państwo rosyjskie miało jednak ogromny majątek. W tym tak cenne aktywa jak pola naftowe, kopalnie złota, srebra, rud metali, ogromne lasy. Możliwości porozumienia z wierzycielami na pewno były! W przeciwieństwie do Niemiec, którym w każdej chwili groził wybuch rewolucji - "Kathedralsocializmus" opóźnił tylko, ale nie powstrzymał rozwoju tamtejszej socjaldemokracji, czyniąc jej triumfalny marsz tym groźniejszym...

    Osobiście sądzę, że Apisem sterował jakiś odłam nadmiernie rozbudowanych rosyjskich tajnych służb - niekoniecznie kontrolowany przez rząd! Który nic o tej akcji mógł nawet nie wiedzieć. Bo też i rosyjskie poparcie dla Serbii było o wiele mniejsze niż niemieckie dla Austro - Węgier. Serbia zgodziła się, za radą Rosji, na zdecydowaną większość austriackich warunków. Gdyby Wiedeń nie był aż tak usztywniany przez Berlin, do wojny by zapewne nie doszło - bo Belgrad nie zaakceptował tylko takich warunków, które były jawnie prowokacyjne (jak nie tylko udział austriackich śledczych w działaniach na terenie Serbii, ale też i nadanie im prawa aresztowania i wywiezienia kogo chcą - żadno suwerenne państwo na coś takiego zgodzić się przecież nie może...).

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak - tylko co do Rosji - restrukturyzacja długów w wypadku państwa to właśnie jest bankructwo. A prawda, że gospodarka Rosji była w dużej części państwowa i było to budowane z rządowych pieniędzy pożyczonych w obligacjach we Francji i Niemczech- pomysł przerabiany u nas za Gierka...
    Dane o PKB i wydatkach publicznych dla odmiany mocno mnie interesują, a jakoś nie udało mi się do nich dotrzeć (może nie tak bardzo szukałem)- jakby Pan chciał coś pisać o tym później to spokojnie poczekam - a jak nie to może jakieś źródło?
    BTW Dyskusja się robi bardzo ciekawa. Jeśli zostało jeszcze Panu trochę whisky to ja się udam po zwyczajną żołądkową czystą. Myślę że 0,7 może wystarczyć przy tak ożywionej korespondencji do ustalenia prawdziwych przyczyn wybuchu I wś. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Być może się Pan uśmieje, ale większość danych mam stąd: http://tiny.pl/hrwm6 Proszę zwrócić uwagę na posty użytkownika o nicku chassepot. To on wyszperał te informacje. Jak do tej pory - zawsze miał rację!

    Z mojej strony mogę stwierdzić, że gospodarka Rosji A.D. 1914 wyglądała jak typowa gospodarka kraju importującego nie tylko kapitał, ale też i model rozwoju. Tak samo wyglądała gospodarka II Rzeczypospolitej, Japonii do 1945 roku czy też - obecna gospodarka Chin. Owszem, we wszystkich tych przypadkach występował silny sektor państwowy. O czym zresztą już w innym miejscu niedawno pisałem. Sektor państwowy w takich gospodarkach pełni funkcję głównie edukacyjną: w intencji twórców ma przyspieszać import technologii, organizacji pracy, mentalności i kapitału. Co zwykle się nie udaje - ale rządy, niecierpliwe w swym zamiarze "modernizacji" kraju, takimi szczegółami jak opłacalności swoich "modelowych" fabryk się zwykle nie przejmują... Z Gierkiem bym tego jednak nie porównał. Mimo wszystko sektorowi państwowemu daleko było w Rosji do dominacji nad sektorem prywatnym. Owszem, był bardziej widoczny, bo należały do niego największe i najgłośniejsze przedsięwzięcia (jak choćby Transsib...). Ale o prawdziwym obliczu rosyjskiej ekonomii decydował np. niebywały rozkwit osadnictwa rolniczego na Kubaniu i na Powołżu i raptownie rosnąca zamożność tamtejszego chłopstwa, nie obciążonego feudalnym czy wspólnotowym dziedzictwem. Możliwość występowania z wioskowego "miru" i posiadania ziemi na własność, jaką stworzył w 1911 Stołypin była dla 100 milionów rosyjskich chłopów taką samą szansą na ekonomiczny sukces, jak reformy Denga dla miliarda chłopów chińskich - 70 lat później! Gdyby ten stan potrwał 10 lat dłużej, żadna rewolucja bolszewicka nie byłaby już w Rosji możliwa...

    OdpowiedzUsuń
  8. A myślisz Jacku, że to, co w Rosji aktualnie wyprawiają (korupcja i brak możliwości rozwoju ekonomicznego dla mas) to efekt działalności zarządców, którzy chcą się dorobić, czy może ich cel? Biedakami rządzi się przecież łatwiej..?

    OdpowiedzUsuń
  9. Mimo wszystko nie chce mi się wierzyć w wizję jakiejkolwiek władzy która celowo zubaża i ograbia własnych poddanych, żeby ich lepiej kontrolować. Owszem - takie są skutki uboczne, ale przecież - jak by ci panowie golili się co rano nie wierząc, że właśnie zbawiają ojczyznę i dolę ludu poprawiają..? A że nie wychodzi..? Trudności obiektywne... Opór materii... Spisek zagranicy. Wytłumaczeń jest wiele.

    A na serio: nomenklatura się uwłaszczyła, to i pilnuje dziedzicznych dóbr - a co innego ma robić..?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...