wtorek, 28 września 2010

Szaro dość...

Mimo kapuśniaczku wygoniłem stado na Wielki Padok. Bez większych sprzeciwów ze strony Stada zresztą. Co innego miałem zrobić, skoro Szalone Panienki budzą nas wracając z imprezy o 3.10 w nocy, a wszystkie Najszlachetniejsze Grzbiety są mokre jak ścierki - zapomnieć można o jakimkolwiek siodłaniu..?

Szaro i ponuro i chce się zwinąć w kłębek, zakopać w pościeli i świata nie oglądać. Poniekąd nie tylko z powodu aury, ale i dlatego, że świat ów złośliwie i z widoczną premedytacją odmawia spełnienia obietnic, które zdaje się był złożył! Do Warszawy na szkolenie w kwestii ziółek wczoraj nie pojechałem - prelegentowi coś wypadło i prezentacje zostały odwołane. Kiedy pojadę, jeszcze nie wiadomo. Normalnie bym się z tego nawet i ucieszył: wiadomo, że nigdzie nie jest tak dobrze jak w domu - ale co ja tu mogą robić przy takiej pogodzie..? Ani drewna rżnąć, ani po polach galopować. Choć wczoraj akurat to ostatnie jszcze zdążyłem - było bosko! I jakoś po półtorej godziny na Bubie nic mnie nie boli, a starczy wsiąść na pół godziny na Wielkiego Strasznego Zwierza i człowiek schylić się nie może...

Grzybów znaleźliśmy tyle co na farsz dla mniam, mniam, świetnych placuszków Lepszej Połowy. Widać albo za mało mżyło, albo mojego subiektywnego wrażenia że jest w miarę ciepło grzyby nie podzielały. Tylko pieczarki na rozmnożenie zostawione, rosną sobie radośnie. Zadziwiające, że tylko w jednym miejscu - grzybnię po całej pustyni i jeszcze w kilku innych miejscach, gdzie tylko koński nawóz leżał, rozsiałem..?

Nadrobiłem zaległości z projektem PR-owskim co do którego moi przyjaciele z Warszawy już wątpili czy zachowałem dość bystrości umysłu, by za ich tempem nadążyć. Teraz nadrabiam - dwutygodniowe o zgrozo! - zaległości z opieką posprzedażną nad ostatnim moim magistrantem (prawdę pisząc: bardzo, ale to bardzo już mi się nie chce do tego tematu wracać!).

Spisałem się rolnie. Normalnie to by mi ciśnienie krwi nieźle podniosło. Fiskalny cel tego przedsięwzięcia, a przy tym oczywisty kretynizm autorów formularza widoczny jest jak na dłoni. Jeśli się pyta o PESEL, to po jakiego chuja (przepraszam, ale tego się nie da inaczej wyrazić!) pytać o rok urodzenia..? Jeśli jest się tak postępowym, że się pyta czy rolnik mieszkał ze współmałżonkiem/łamane/partnerem i nawet trzeba płeć tegoż osobnym przyciskiem określić - to co za cham skończony każe też wszystkie dane tegoż współmałżonka/partnera (dobrze że nie rozmiar biustu...) podawać..? Ostatni raz pytał tu o takie rzeczy miejscowy dziedzic w roku pańskim 1806 - bo już w lipcu 1807 Najjaśniejszy Cesarz Francuzów Napoleon I wprowadzając z łaski swojej w Wielkim Księstwie Warszawskim Code Civil możliwość zadawania takich pytań przez kogokolwiek raz na zawsze wykluczył... Co za komputerowy imbecyl skonstruował ankietę tak, że można ją zakończyć nie odpowiadając na wszystkie pytania..? Bo ja na przykład nie mam pojęcia ile mam "hektarów przeliczeniowych". Ta informacja nie jest mi do niczego potrzebna. Nawet we wniosku o dopłaty nikt o to nie pyta. "Hektarami przeliczeniowymi" bawi się tylko gmina, która na tej podstawie nalicza podatek rolny. Pan Wójt przysyła mi raz do roku swoje wyliczenie, ja płacę - i zapominam o sprawie. Żeby więc podać tę informację musiałbym albo przekopać całą chatkę wzdłuż i wszerz w raczej daremnej nadziei na odnalezienie ostatniego listu miłosnego Pana Wójta (coś podejrzewam, że jak większość innych niepotrzebnych szpargałów poszedł zimą na rozpałkę...), albo dowiadywać się w gminie. A tak, po prostu - nie wypełniłem tego okienka, a formularz mimo to przepuścił mnie dalej...

Więc: normalnie to by mi wszystko nieźle ciśnienie podniosło. Ale tu akurat raz, że ogólny nastrój do podnoszenia ciśnienia nie nastrajał - a dwa, że zwyczajnie, miałem z tego polewkę. Bo ja im nieźle te wszystkie średnie statystyczne zepsuję! Co z tego, że mam bodaj ze dwa razy tyle ziemi co średnia wojewódzka, skoro mój dochód z tejże ziemi w okresie, którego spis dotyczył, to (i to akurat naprawdę, nie udowodnią że jest inaczej!) równe i okrągłe zero złotych..? Gospodarstwo o "towarowej" wielkości ale bez żadnych maszyn i konsumujące 100% swojej produkcji i niczego nie sprzedające na zewnątrz, utrzymujące się zaś w 100% z "innych źródeł" - toż to szkandał proszę Państwa, czysty szkandał..!

Nasz "dyżurny" mysz łazi mi w tej chwili nad głową. W ogóle rozpanoszyły się gryzonie jak nigdy wcześniej. Piszczą i ganiają się już nie tylko pod podłogą i na strychu, ale po całej chatce. Koćkodan, którego co najmniej dwa razy widziano latem z gryzoniem w pysku, więc nie może już udawać, że jako miejskie zwierze nie wie do czego to małe piszczące służy i jak z nim postępować - zamyka w takich razach oczy, zakrywa uszy łapami i udaje że śpi. Cwaniaczek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...