czwartek, 16 września 2010

O człowieku – inaczej

Ogradzaliśmy z Lepszą Połową jeden z boków naszego „Dzikiego Zachodu“. Po to, żeby konie mogły się paść na kwaterze, do tej pory wydzielonej z Wielkiego Padoku, na jego zachodnim krańcu, między „Dzikim Zachodem“ właśnie, a szczytem wzgórza i tylnym krańcem pastwiska. Jest tam piękna trawa. Chciałem ją podarować Radkowi, druhowi memu serdecznemu – że jednak długo po nią nie przyjeżdża, a konie regularnie na tę kwaterę uciekały, dewastując po drodze prowizoryczne ogrodzenie z plastikowych palików, tośmy je tam wpuścili.

Nim to się stało, złapał nas przelotny deszcz. Schowaliśmy się w kępie brzózek i sosenek. Znajdując kilka prawdziwków, koźlaków i podgrzybków przy okazji. Deszcz rychło ustał, a przed nami ukazał się prawdziwie rajski widoczek: nasze konie pasły się na jaskrawo zielonej, szmaragdowej wręcz murawie pod pełnym łukiem tęczy. Aż szkoda, że wychodząc do roboty nie zabieramy ze sobą aparatu… Lepsza Połowa stwierdziła: no ładnie tu. Się robi, się ma. Piękne widoki również…

Jeśli porównać obecny stan naszej ziemi z jej stanem sprzed dwóch i pół roku, kiedyśmy ją kupowali – różnica bije w oczy. Wówczas był to smutny nieużytek pełen śmieci, zdegradowany i zubożony, o zniszczonej glebie i wątłej, mało zróżnicowanej szacie roślinnej. Fakt: to ludzie doprowadzili tę ziemię do tego stanu. Żeby jednak same siły natury przywróciły tu wykarczowaną 500 lat temu pierwotną puszczę, trzeba by może nie 500, ale na pewno więcej niż 100 lat czekać. Myśmy naturze walnie pomogli – a lasostep, który tu powstał, wydaje mi się środowiskiem o wiele bogatszym od wyjściowego nieużytku. Co widać chociażby po obfitości trawy, grzybów i wielkiej liczbie dzikich zwierząt, które się wraz z naszymi końmi z tego stołu karmią: od tłumów wszelakiego ptactwa (w naszym Lasku Centralnym zamieszkała wiosną rodzina gołębi grzywaczy; w marcu była ich parka, teraz jest już sześć sztuk jednakowej wielkości; a to tylko jeden z bardzo wielu przykładów), przez nieprzeliczone legiony gryzoni, dzięki którym przychodzą do nas koty aż ze wsi, a i dla naszego liska oraz pary kruków gnieżdżących się na jednym ze słupów wysokiego napięcia łupu nie braknie, aż do sarny, która odchowuje na Wielkim Padoku swoje młode i odyńca, który odwiedza nas od czasu do czasu.

Tak było:



Zadziałaliśmy:


I teraz jest tak:


Jestem przekonany, że podobne skutki działalność człowieka przynosi w wielu innych miejscach. Niedawno m.in. przeczytałem na jednym z moich ulubionych forów o przedkolumbijskich społecznościach Amazonii. Puszcza Amazońska uchodzi za środowisko skrajnie nieprzyjazne dla człowieka. Praktycznie nie ma tam gleby. Bujność dżungli jest pozorna: użytecznej dla człowieka biomasy da się z niej uzyskać mniej niż z syberyjskiej tajgi. Wszystkie substancje odżywcze, które mogłyby przydać się roślinom posadzonym przez człowieka są albo natychmiast wypłukiwane przez codziennie padające deszcze, albo pochłaniane przez pleniące się wszędzie chwasty. Współcześnie Amazonia jest terenem o gęstości zaludnienia niewiele tylko większym od Sahary – i wierzyć się nie chce, że kiedyś mogło być inaczej. Tymczasem wygląda na to, że nim miejscowych Indian zdziesiątkowały zarazy, radzili sobie dość dobrze. Tworząc glebę tam gdzie jej nie było: po „amazońskich czarnoziemach“ z wyrzucanych świadomie lub nieświadomie odpadków, jakie się wokół wiosek tworzyły, odnajdują obecnie archeolodzy ich dawne lokalizacje.

Innym budującym przykładem korzystnej dla natury działalności człowieka jest system qanat, bez którego wiele pustynnych dolin na ogromnym obszarze od atlantyckich wybrzeży Mauretanii po Afganistan, byłoby tylko martwym gruzowiskiem kamieni i piasku. Tymczasem ludzie potrafią gromadzić wodę i przesyłać ją tam, gdzie jest potrzebna, rozszerzając granice upraw, a więc i – życia – poza możliwości samej natury.

Szukając dalej takich pozytywnych przykładów nie sposób nie wspomnieć Niziny Chińskiej. Pradawne mity chińskie opowiadają o trzech cesarzach – mędrcach i dobroczyńcach, którzy u pradziejów chińskiej cywilizacji ukształtowali jej najbardziej fundamentalne podstawy. Dwaj pierwsi, Yao i Shun, położyli tę fundamentalną zasługę, że kopiąc kanały, który pomogły wodzie zalewającej nieustannie Nizinę Chińską spłynąć szybciej do morza, ocalili ludzi przed plagą nieustannych powodzi. Jest to oczywiście tylko mit, w dodatku ze specyficznie chińskim morałem: „naturą wody jest płynąć w dół, zamiast więc budować tamy, lepiej wykopać jej kanały…“ Nie bez przyczyny jednak mit ten powtarzano. Gdyby nie mozolna praca milionów chińskich chłopów przez ostatnie pięć tysięcy lat, w środkowym i dolnym biegu obu wielkich chińskich rzek, Huanghe i Yangzi, rozciągałyby się bezkresne trzęsawiska. Wspaniała siedziba dla hipopotamów, nosorożców i wielu innych bestii. Nie jestem pewien, czy tzw. „ekolodzy“ uznaliby więc obecny wygląd Niziny Chińskiej, utrzymującej ponad miliard ludzi, ale za to bardzo niewiele hipopotamów i nosorożców (prawdę pisząc, żadnego poza ogrodami zoologicznymi…) za „lepszy“ od jej pierwotnego kształtu. Jeśli jednak pomyśleć, że bez tej przemiany, nie mielibyśmy także Konfucjusza ani Lao Zi, to chyba jednak wolę tych dżentelmenów niż hipopotamy…




Przechodząc do konkluzji: nie jest prawdą, że człowiek jedynie niszczy przyrodę. To zresztą ideologiczna bzdura bez związku z rzeczywistością. Człowiek wszak sam jest częścią przyrody – a to, że potrafi przekształcać swoje środowisko życia na o wiele większą skalę niż robią to inne organizmy..? Wróć! Wcale nie jest takie pewne, czy to właśnie człowiek jest gatunkiem na największą skalę przekształcającym środowisko naszej planety. Co myślicie Państwo o morskich glonach, bez których nie mielibyśmy tlenu do oddychania..? Czyż nie jest to o wiele ważniejsze od jakichś tam autostrad czy nawet bardzo dużych plam ropy..? Przy tym człowiek przekształcając środowisko zgodnie ze swoimi potrzebami, czy tego chce czy nie, „pomaga“ też setkom i tysiącom innych gatunków, które na tej zmianie korzystają. I dzięki temu od czasu do czasu można się także cieszyć pięknym widokiem.

2 komentarze:

  1. Oczywiście to prawda!
    Tzw. ekolodzy nie potrafią tego zrozumieć, że każdy organizm zmienia środowisko w którym żyje Człowiek jako część natury nie jest od nich inny.

    Bobry niszczą chociażby takie lasy poprzez budowanie tam i powodowanie gnicie korzeni drzew. To przekształcone przez nie środowisko wcale nie jest gorsze niż niż pierwotny las - jest po prostu.. inne. Z czasem te "zniszczone" lasy zmieniają się w tereny gniazdowania dużej ilości ptaków wodnych co sprawia, że ogólna bioróżnorodność środowiska się zwiększa.

    Człowiek dzięki swojej wiedzy i ilości jest w stanie na naturę wpływać bardzo silnie. Naszym zadaniem jest robić to w sposób racjonalny, jak np. Indianie północnoamerykańscy, którzy stworzyli żyzne prerie amerykańskie a nie tak jak mieszkańcy terenów, które dzisiaj są Saharą...

    Co do glonów... Kiedyś proporcje gazów (tlenu i dwutlenku węgla) w atmosferze były zgoła odwrotne. Dobrze, że wtedy nie było glonowej Brukseli, która zabroniłaby zmienić skład atmosfery. Czyż nie przez działalność glonów właśnie Antarktyda i Grenlandia są niemal beż życia?

    OdpowiedzUsuń
  2. O mieszkańcach i glebie Amazonii pisałem trochę w tym wpisie:
    http://permakulturnik.blogspot.com/2010/03/permakultura-i-naturalne-nawozy-cz-6.html

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...