środa, 4 sierpnia 2010

W poszukiwaniu raju utraconego

Legenda przypisuje Diogenesowi zwanemu Psem spacer po zatłoczonej ateńskiej agorze (nie mylić z wydawnictwem „Agora“ – choć tak, to właśnie od tego miejsca przezwali się nasi krzewiciele postępu..!) w środku jasnego dnia z zapaloną lampą oliwną. Wśród znaczących gestów przyzwyczajonych do szaleństw tego filozofa przechodniów, padło wreszcie pytanie: a cóż to Diogenesie robicie z tą lampą w środku dnia na rynku..? Szukam człowieka! – odpowiedział tamten.

Istnieje też wersja tej samej legendy, przypisująca ten czyn samemu Sokratesowi. Jeśliby nawet jej wierzyć – to nie był to ten Sokrates, którego zapamiętał i ożywia dla nas w swoich dialogach Platon! Sokrates Platona jednak wierzy w ludzi. W ludzi w sensie ogólnym, czyli w gruncie rzeczy w ludzkość. Po cóż by z nimi nieustannie rozmawiał, gdyby w nich nie wierzył? I to nie tylko z jakimś bezimiennym niewolnikiem, co by jeszcze i dzisiejsi abnegaci zrozumieli i pochwalili, ale i z takim arystokratycznym fircykiem jak Alkibiades? O całej plejadzie innych arystokratycznych młodzieńców, z samym Platonem włącznie, nie wspominając… Czyn z lampą jest zaś manifestacją w ludzkość niewiary. A w każdym razie – w ludzkość na rynku stłoczoną. Nawet na tak małym ryneczku jak ateński – bo nie dajmy się zwariować: cała ta kolebka demokracji i praw człowieka, to było małe, zapyziałe i cuchnące cebulą, zjełczałą oliwą i fekaliami miasteczko, gdzie wszyscy wszystkich znali na wylot. Taka większa (i właśnie zdecydowanie bardziej śmierdząca! W ogóle cała ta miejska czystość i zapachowa sterylność, to bardzo świeży wynalazek jest… Warszawy latem to zresztą nadal nie dotyczy: jedzie z kanalizacji gorzej niż w oborze!) wioska. W dodatku – procent zawodowo czynnych zatrudnionych w rolnictwie był tam do samego końca większy, niż wśród mieszkańców mojej Boskiej Woli, gdzie rolników na palcach jednej ręki można policzyć. No i u nas – kiedy akurat Radek, druh mój serdeczny nie rozwozi szlamu z oczyszczalni na pola, czyli przez 360 z 365 dni w roku, nic a nic nie śmierdzi! Ha! Lepsi jesteśmy niż Ateny…

Rozprawiwszy się w ten sposób z kolebką postępu i demokracji oraz z mitem o Sokratesie i lampie, wróćmy do Diogenesa i jego manifestacji. Czego tak naprawdę szukał na rynku nasz filozof? Bo przecież nie po to z lampą za jasnego dnia chodził, żeby „człowieka“ znaleźć – tylko po to, żeby swoim cuchnącym potem i cebulą rodakom coś zakomunikować. Miał ich przynajmniej za na tyle ważnych – i na tyle rozumnych – że i chciało mu się coś im komunikować i sądził, że ten komunikat zrozumieją.

Może chciał im dać do zrozumienia, że przepychając się łokciami i drąc na sobie nawzajem chitony w zaciekłej pogoni za każdym obolem – tracą to, co sam uważał za człowieczeństwo..? I że równie dobrze mogliby sobie usiąść pod najbliższym portykiem i pofilozofować..? Jeśli tak, to należał, podobnie jak nieco od niego starszy Platon, do pierwszej generacji utopistów – tyle, że w przeciwieństwie do swojego starszego i nieco lepiej urodzonego kolegi, był utopistą – indywidualistą o skłonności do mizantropii. W dzisiejszych czasach pewnie by się zaszył w Bieszczadach i kontaktował ze światem tylko przy pomocy ociekającego ironią bloga.

Cóż: bratnia dusza! Nawet go wygnali z rodzinnej Synopy za fałszowanie waluty, co wydaje mi się nad wyraz sympatyczne. W końcu monopol władzy na emisję środków płatniczych nie daje się uzasadnić ani logicznie, ani moralnie… Sam bym chętnie trochę waluty sfałszował i upłynnił – pięć stów zupełnie by wystarczyło, żeby przeżyć do następnego tygodnia. Tyle, że nie mam diogenesowej zręczności w palcach…

Czy jednak Diogenes aby się nie przeliczył sądząc, że taką i podobnymi manifestacjami przekona swoich współmieszkańców, by przestali się przepychać łokciami i drzeć na sobie chitony i przystopowali? Owszem, był tak szokujący i szczery w swojej abnegacji, że przez całą starożytność znajdował naśladowców – szkoła cyników dopiero wraz z triumfem chrześcijaństwa zniknęła z intelektualnego krajobrazu antyku. Jej ślad zresztą i w chrześcijańskim ruchu monastycznym przetrwał. Zawsze jednak i w świecie antycznym i w średniowieczu i w czasach nam całkiem współczesnych, zastęp indywidualistów – mizantropów szukających człowieka na zatłoczonym rynku z zapaloną w środku dnia lampą – był może i doborowy, ale też i bardzo niewielki.

Tak samo przez wszystkie epoki ci mizantropi narzekali na odczłowieczenie swoich przepychających się łokciami i drących na sobie nawzajem szaty w pogoni za środkami pieniężnymi bliźnich – czy tymi środkami były obole, czy grosze praskie czy też dolary, to akurat nie ma żadnego znaczenia.

Mizantrop może z tego faktu wyciągnąć pesymistyczne wnioski: ludzkość jest stracona, skora przez tyle dziesiątków wieków nie dała się zawrócić ze swego „wyścigu szczurów“. Jest jednak i druga strona medalu. Skoro 24 wieki temu obraz świata rysował się tak samo ponuro i pesymistycznie jak teraz (owszem, Diogenes nie mógł używać takich metafor jak „mechanizacja“, czy „cyborgizacja“ ludzkości, bo one należą do naszej, nowoczesnej menażerii – ale poza tym, co go różni od mizantropów współczesnych..?) – a mimo to i świat i ludzkość istnieje i ma się przynajmniej tak samo źle (albo: tak samo dobrze!) – więc może wcale nie jest to takie straszne? Może żadna zagłada nam nie grozi? Owszem, większość z nas to bezmózgie cyborgi, ale takie same bezmózgie cyborgi zaludniały już i ateńską agorę – i nic się nie stało (że Ateny upadły, to szczegół – ale przecież chyba nikt nie sądzi, że obecna forma naszej cywilizacji trwać będzie wiecznie..?).


Wszystko już było. Także wyprawy w poszukiwaniu raju utraconego. Czy też świętego Graala. Taka wiedza, to prawdziwe pocieszenie, jakie nam daje filozofia. Fakt, większym byłoby, gdyby Diogenes zostawił też po sobie w spadku niezawodny przepis na produkcję fałszywych drahm (te z jego epoki „chodzą“ po całkiem przyzwoitych cenach, nawet sfałszowane!). Ale przecież nie można chcieć za wiele naraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...